Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Praca czyni wolnym

Michał Galczak

Komunikat z pokoju nadzoru wybrzmiał w setkach malutkich głośniczków rozwieszonych pod sufitami na wszystkich poziomach zakładu.
Jeszcze przez kilka sekund surowe, stalowe ściany odbijały głos naczelnika, przetwarzając go w zimny, beznamiętny dźwięk maszyny.
We wszystkich pomieszczeniach fabrycznych zapanowała zupełna cisza.
Wszyscy wstrzymali oddechy, w oczekiwaniu na kolejne słowa, które jednak nie padały. Zatrzymane w połowie pracy maszyny stygły, a siedzącym przy nich pracownikom drżały znieruchomiałe mięśnie. Takie były reguły: podczas ogłaszania komunikatu aż do odwołania obowiązywała absolutna cisza. Zamierała wszelka praca, przycichały zmęczone oddechy. Wszyscy zastygali w bezruchu i wsłuchiwali się w słowa naczelnika, tępo wlepiając wzrok w głośniczki umieszczone nad ich głowami.
W końcu władczy głos zatrząsł niewielkimi membrankami. Pierwsze słowa tradycyjnie stanowiły pozdrowienia pod adresem mocno posuniętego już w latach Führera. Następnie potoczyły się dziesiątki pochwał pod adresem rządzącej partii, jej założycieli, przodowników, a nawet ich rodzin. Potem przyszła kolej na krótkie i lakoniczne podsumowanie informacji na temat tego, co wydarzyło się od czasu ostatniego komunikatu w życiu tego i innych zakładów przymusowej pracy.
Niektórym z osadzonych zaczynało brakować sił w płucach i wypuszczali po cichu powietrze, by zaraz w jego miejsce bezgłośnie wciągnąć kolejną porcję.
Czujne detektory dźwięku i wciąż nadzorujące kamery śledziły najmniejszy nawet ruch i odgłos w każdym z ponad tysiąca ośmiuset jednoosobowych pomieszczeń.

Komunikat zastał Majera przy klejeniu dwa tysiące szóstej, z siedmiu i pół tysiąca kopert, które wyznaczono mu jako dzienną normę.
Zastygł w bezruchu w chwili składania posmarowanego klejem skrzydełka; w momencie, gdy z całej siły dociskał je opuchniętym i obolałym kciukiem.
Słowa naczelnika pochłaniały kolejne minuty, podczas gdy Majerowi palec zdążył już zbieleć i powoli przybierał coraz bardziej siny odcień.
Zeschnięty i podrażniony opuszek bolał niemiłosiernie.
Naczelnik szczęśliwie przeszedł do meritum swego wystąpienia.
- Wraz z jutrzejszym wieczornym transportem zaopatrzenia przybędą dla wszystkich pracowników...
Wszyscy obywatele Wielkiej Rzeszy określali ich, osadzonych, mianem „pracowników”. Rzeczywiście, wykonywali pracę, ale fakt, że wykonywali ją pod przymusem, w niewoli, zatarł się najwidoczniej na przestrzeni wielu lat w świadomości społeczeństwa i zdawał się być już od dawna nieistotny. Najwyraźniej przyjęto to jako normę.
- Otrzymacie nowe ubrania robocze. Swoje dotychczasowe szmaty złożycie w wyznaczonych miejscach. Od dzisiaj zostają też zwiększone normy. Niedotrzymywanie oczekiwanej przez rzeszę produkcji będzie surowo karane... - Majer na moment uciekł myślami od ogłoszenia naczelnika. Ukradkiem spojrzał na pulsujący z bólu palec i z trudem przełknął ślinę.
- ... surowo zakazane. Podobnie wszelkie rozmowy, gesty, czy uśmiechy. Od tej pory nikomu z was nie wolno rozglądać się na boki, szeptać, gestykulować. Nieprzestrzeganie zakazu będzie surowo karane... - naczelnik kontynuował przemówienie jeszcze przez chwilę. Wymieniał kolejne nakazy i zakazy, przedstawiał restrykcje. Wreszcie zakończył wygłaszanie komunikatów i po prostu wyłączył mikrofon. W głośniczku zatrzeszczało i po chwili zapanowała cisza.
W tym samym momencie skóra pod paznokciem Majera pękła, zraszając biały papier kilkoma kroplami krwi. Ból był okropny. Kciuk pulsował, wypluwając przez otwartą ranę kolejne krople czerwieni. Mężczyzna syknął z bólu i włożył palec do ust. Odchylił się do tyłu i opadł ciężko na oparcie krzesła. Wyciągnął przed siebie dłonie i przyjrzał się im. Obie były niemiłosiernie zniszczone. Siedem lat ciągłego klejenia kopert zamieniło skórę w poszarzałą, szorstką tarkę. Cierpiącą przy mocniejszym dotyku i wciąż puchnącą przy paznokciach. Co jakiś czas pojawiały się pęcherze, które z braku innej możliwości musiał ignorować. Przekłuwał je albo po prostu przegryzał, by móc wykonywać swój obowiązek i nie zostać surowo ukaranym na miejscu albo zesłanym do ośrodka koncentracyjnego.
Mężczyzna rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym pracował. Znał każdy jego centymetr. Pojawiał się tu regularnie, przez siedem dni w tygodniu. Od dwunastu lat. Nie było tu niczego poza krzesłem i stołem. Malutka kamera w rogu, na suficie i niewielki głośnik, z którego co kilka dni odzywał się głos naczelnika, przekazującego komunikaty. Nic więcej. Na stole dwa stosy kopert; po lewej te niezłożone, po prawej - już sklejone. Zanim przydzielono mu zadanie klejenia kopert, ich miejsce zajmowały stosy plastikowych elementów, które składał według instrukcji, a złożone przekazywał dalej. Ani wtedy, ani też później nie dowiedział się, co to było ani do czego miało służyć. Po prostu kazano mu to składać, więc składał. Nie wolno mu było o nic pytać. Każdy sprzeciw, czy dyskusję karano natychmiastowo i bezlitośnie. Bardzo często śmiercią. Także fuszerkę karcono biciem, które najczęściej prowadziło do zgonu. Natychmiastowe egzekucje i katowanie „pracowników” skończyło się dopiero sześć lat po zakończeniu wojny, gdy niemal całkowicie pozbyto się Żydów z obszaru hitlerowskiej Europy. Wtedy zaczęto łagodniej obchodzić się z więźniami, doceniać tanią siłę roboczą, którą wystarczyło jedynie karmić i utrzymywać na poziomie minimalnych warunków bytowych, by jej praca dawała plony niewspółmiernie duże do wniesionego wkładu.
Z podłogi o wymiarach dwa na dwa metry, wyrastały cztery proste, szare ściany. Pośrodku sufitu zaczepiony był plafon z ostro świecącą neonówką. Na ścianie, po prawej stronie stołu znajdowały się niewielkie, szczelnie zamykane, metalowe drzwi, którymi Majer codziennie wchodził i wychodził z pomieszczenia. Na przeciwległej ścianie, mniej więcej na wysokości kolan, była niewielka szpara, przykryta blaszaną klapką, a pod nią wąska, także blaszana szufladka. Tą drogą dostarczane były kolejne porcje kopert, a także racje żywnościowe, pakowane w plastikowe torebki. Codziennie o tej samej porze słychać było za ścianą głośny chrobot, a w chwilę później na szufladce lądował pakunek z pożywieniem. Majer kilkukrotnie zastanawiał się nad konstrukcją systemu rozprowadzającego żywność i koperty, rozważając jego przydatność podczas hipotetycznej ucieczki z zakładu pracy. W samym kącie podłogi znajdował się otwór, spełniający rolę ubikacji. Zamknięcie stanowiła blaszana, emaliowana klapa, przypominająca wyglądem pokrywkę garnka.
To wszystko. W pokoju nie było niczego więcej.
Całość w jednolitej, szarej tonacji. Nawet krzesło i stół, od początku te same, zdążyły poszarzeć przez czas, jaki tu spędził.
Każdy dzień pracy rozpoczynał się pobudką o szóstej rano, a kończył równo o dwudziestej. Godzina marszu miedzy gettem, a zakładem pracy. W sumie szesnaście godzin. Dziesięć minut na posiłek w ciągu dnia. Na sen zostawało osiem. Życie wyliczone z sadystyczną perfekcją.

Głośnik zazgrzytał nieprzyjemnie trzema krótkimi sygnałami, oznajmiając nadejście osobistego komunikatu. Majer podniósł się z krzesła. Podczas takiego komunikatu należało przybrać postawę pionową, twarzą do kamery. Posłusznie ustawił się w odpowiedniej pozycji i czekał.
- Majer, Joachim. Numer 9003511 - zaszczekał surowy głos.
- Zgadza się - odparł błyskawicznie więzień. - To ja.
- Zauważyliśmy przerwę w twojej pracy.
- Ja...
- Milczeć! Nie odzywaj się niepytany!
Majer pokornie opuścił głowę.
- Jesteśmy z ciebie coraz mniej zadowoleni. Twoja wydajność stale spada. Teraz widzimy, że siedzisz i nie pracujesz. Nie podoba nam się twoja postawa. Jest niegodna pracownika zakładu. Trzymamy was tu z nadzieją, że staniecie się w końcu w pełni przydatni dla naszego społeczeństwa. Postanowiliśmy zaufać tobie i twoim żydowskim braciom, więc nie nadużywaj naszej cierpliwości! Ostrzegamy, że jeśli nie poprawisz wyników w pracy, będziemy zmuszeni do wyciągnięcia surowych konsekwencji. Zrozumiałeś?
- Tak - mężczyzna skinął głową.
- Chciałbyś... - głos na moment zawahał się. - Masz coś do powiedzenia?
- Jeśli można. Na chwilę przerwałem pracę, bo...
- Dość. Nie o to nam chodziło. Liczyliśmy bardziej na twoją deklarację poprawy.
- Ach, tak. Deklaracja... - poprawił się więzień. - Oczywiście jak najszybciej postaram się... Dołożę wszelkich starań i z całych swoich sił...
- Tak lepiej. - Nadzorca wszedł mu w słowo. - Niebawem ponownie cię sprawdzimy. Jeśli nie poprawisz wydajności, będziemy zmuszeni do podjęcia odpowiednich kroków. Tymczasem wracaj do pracy!
Majer wyczekał, aż umilkną trzaski w głośniczku i z powrotem usiadł na krześle. Zignorował ból kciuka i powrócił do klejenia kopert.
Składał je wytrwale i z zapałem, pomimo obrzęku palca.
Na chwałę Wielkiej Rzeszy Niemieckiej.

O godzinie dwudziestej sygnał z głośników oznajmił koniec pracy. Zamki w drzwiach szczęknęły. Po chwili w wąskim korytarzu zaroiło się od jednakowo ubranych więźniów. Ustawili się gęsiego i na dźwięk gwizdka podreptali w stronę wyjścia z zakładu.
Na ulicy było chłodno i pusto. Siąpił drobny deszczyk, który skutecznie wystraszył większość nocnych spacerowiczów. Praworządne miasto zatopione było w mroku i w wielu domach powoli szykowano się do snu.
Szli w dwóch kolumnach brzegiem ulicy, gdzie zbierały się kałuże. Szli gęsiego, jeden za drugim. W zimnej wodzie, pół metra od chodnika. Co jakiś czas mijali pojedyncze postacie, swobodnie spacerujące i delektujące się rześkim, wieczornym powietrzem. Pomimo zakazu, Majer zerkał w ich stronę, łapczywie pochłaniając wzrokiem obraz ich kolorowych, pełnych życia twarzy. Rumieńce na policzkach, przypudrowane czoła, karminowane usta kobiet, przygładzone pomadą fryzury mężczyzn. Na głowach pań wymyślne kapelusze, eleganckie cylindry na głowach panów. Piękne suknie, płaszcze, fraki. W kawiarenkach i barach właśnie budziło się nocne życie, zapraszały przechodniów do środka ciepłym światłem lamp, gwarem i wesołą muzyką. Przez szyby widać było bawiących się, roześmianych ludzi.
Tuż obok przemykali oni - więźniowie. Brzegiem ulicy, niepostrzeżenie. Tak, żeby żaden z obywateli nie musiał odczuwać dyskomfortu na ich widok.
Towarzyszyła im nieodłączna eskorta kilkunastu żołnierzy, uzbrojonych w karabiny i ciężkie, gumowane pałki, przytroczone do pasów. Spod ciemnozielonych hełmów uważnie mierzyły więźniów takie same, nienawistne spojrzenia. Jednakowe, surowe oblicza patrzyły na eskortowanych z pogardą i zacięciem. Żołnierze gotowi byli w każdej chwili doskoczyć do „pracownika” i zatłuc go na miejscu, pod byle pretekstem. Wszyscy tak samo zawzięci, jednakowo reagujący. Jakby odlani z tej samej formy. Twarz każdego z nich była kopią twarzy poprzednika. Te same rysy. Ten sam aryjski wzór idealnego żołnierza. Gdy powiodło się po nich oczami, umysł rejestrował wciąż tę samą twarz, jednakowe oblicze.

Pochód więźniów bezpiecznie dotarł do murów getta. Bramę zatrzaśnięto, a przy stalowych drzwiach postawiono wartę. Więźniowie rozeszli się pośpiesznie w stronę swoich baraków. Nikt nie chciał tracić czasu, który najlepiej było wykorzystać na sen.

Kilka miesięcy wcześniej Majer spotkał wolno powłóczącego nogami Szegelbauma. Mężczyzna z trudem stawiał krok za krokiem. Na poharatanych dłoniach mężczyzny widoczna była gęsta siatka rozcięć i zadrapań. Szegelbaum był niegdyś znakomitym ciastkarzem. Po jego wypieki ustawiały się pod cukiernią we Wrocławiu długie kolejki. W Wielkiej Rzeszy żadnemu z Żydów nie wolno było jednak produkować żywności, więc naczelnik zakładu przydzielił ciastkarza do nawijania cienkiego drutu na półmetrowej średnicy szpule. Stalowe nitki kaleczyły dłonie mężczyzny, zostawiając na nich pajęczynę strupów i wzbierających ropą opuchlizn. Majer patrzył na towarzysza niedoli. Chciał się do niego uśmiechnąć, pokrzepić życzliwym wyrazem twarzy i przyjaznym spojrzeniem. Zupełny brak reakcji Szegelbauma całkowicie zbił go z tropu. Twarz starego mężczyzny pozostała bez wyrazu, nawet nie drgnęła mu powieka. Obojętnym wzrokiem przesunął po próbującym się uśmiechać Majerze i niczym katatonik ruszył przed siebie, w stronę baraku, w którym mieszkał. Jego tekturowa, szaro-brązowa twarz zniknęła po chwili w mroku korytarza.
Mężczyzna rozejrzał się po twarzach pozostałych „pracowników”. Z przerażeniem stwierdził, że niemal wszystkie wyglądają tak samo jak papierowa twarz Szegelbauma. Już nie umęczone i wystraszone jak dawniej, ale po prostu nijakie. Zdawało mu się, że zbladły z dnia na dzień. Jak przez mgłę widział w pamięci dawne, przypominające jeszcze ludzkie oblicza, twarze swoich towarzyszy. Twarze, które miały jakiś wyraz, które potrafiły się uśmiechać lub płakać. Twarze, które wyrażały emocje. Twarze, które w zależności od sytuacji przybierały coraz to inne kolory: brązowiały na słońcu, siniały z zimna, rumieniły się z zawstydzenia, bledły w przestrachu. Zupełnie inne od tych, na które patrzył teraz. Kiedyś różnorodne - choć w pewien sposób nacechowane wspólnymi szczegółami - teraz stały się niewyraźne i jednakowe.
Stojąc każdego wieczoru nad umywalką zastanawiał się, czy patrzy na własne odbicie w lustrze, czy na twarz któregoś z więźniów, korzystających z umywalki naprzeciw niego.

Po wymarszu z getta i dotarciu do zakładu, w pokoju pracy czekał na Majera świeży zapas kopert. Mężczyzna wszedł do środka i poczekał aż zamkną się za nim drzwi. Po chwili zamek szczęknął. Rozpoczął się kolejny dzień pracy. Majer wolnym krokiem podszedł do stołu. Po cichu odsunął krzesło i usiadł na nim delikatnie, spokojnie. Wziął ze stosu jedną z kopert i położył przed sobą, układając jej bok równolegle z brzegiem stołu. Gdy stwierdził, że leży idealnie równo, odsunął od niej dłonie i położył je po obu stronach koperty, niczym grzeczny uczeń na początku lekcji. Wolno przesunął wzrokiem po białym papierze, po każdym jego brzegu. Następnie spojrzał na swoje dłonie. Kilkukrotnie zacisnął i rozprostował palce, sprawdzając jak będą się zachowywały opuchnięte stawy i dopiero co zabliźnione rozcięcia. Bolało. W kilku miejscach ranki popękały, sącząc na blat stołu niewielkie krople krwi. Majer syknął z bólu. Spojrzał w bok, na blaszane obicie podajnika w ścianie. Zobaczył w nim odbicie swojej twarzy, bladej i bez wyrazu. W wykrzywionym, stalowym zwierciadle falowało blade oblicze, zupełnie niepodobne do tego, które przez szereg lat widywał w lustrze swojego domu. Przesunął dłonią po nieogolonym policzku, zostawiając na skórze krwawą smugę z rozciętego palca.
Głośnik nad jego głową zatrzeszczał.
Majer machinalnie odwrócił twarz w jego stronę i podniósł się do góry, odsuwając krzesło.
- Majer, Joachim. Numer 9003511 - warknął nadzorca.
Mężczyzna przytaknął.
- Tak. To ja.
- Nie pracujesz!
Majer pochylił głowę.
- Od dwudziestu minut siedzisz i rozglądasz się po pokoju, zamiast pracować! - stwierdził nadzorca.
Dwadzieścia minut? Czy rzeczywiście trwało to aż tak długo? Majerowi wydawało się, że upłynęło zaledwie kilka minut.
- Nie nadajesz się już do pracy - oznajmił beznamiętny głos w głośniku i w tej samej chwili wyłączył się.
Mężczyzna zadrżał. Czy słowa nadzorcy oznaczały, że...
Ze strachem spojrzał na drzwi, czekając aż się otworzą i pojawią się w nich strażnicy. Mijały kolejne sekundy, a dookoła wciąż było cicho. Na czole Majera zaczęły się perlić pojedyncze krople potu. Wciąż stał na baczność, z trzęsącymi się rękoma, zwieszonymi wzdłuż ciała. Czekał, lecz nic się nie działo. Odsunął się na środek pokoju. Miał tak czekać w nieskończoność, czy wrócić do pracy? Dlaczego nic więcej mu nie powiedziano?
Coś zagruchotało w ścianie, tuż nad podajnikiem.
„Zdecydowanie za wcześnie na posiłek...” - uświadomił sobie mężczyzna. Metalowy stukot zatrzymał się na wysokości podajnika w pokoju pracy Majera. Z głośnym hukiem coś uderzyło w blaszaną klapę i podbiło ją do góry. Niewielki, metalowy pojemnik wytoczył się na szufladę i zamarł w bezruchu na jej brzegu. Zdezorientowany mężczyzna wbił wzrok w połyskującą puszkę. Przełknął ślinę i zrobił krok do przodu. Nagle usłyszał ciche pyknięcie, podobne do tego, które towarzyszyło zdejmowaniu porcelanowego kapsla z butelki z piwem, lub wodą mineralną. Coś niewielkiego odskoczyło z pojemniczka w szufladzie i odbijając się od ściany, poszybowało w przeciwległą stronę pomieszczenia. Jednocześnie rozległ się głośny syk, a z puszki zaczęły wydobywać się kłęby jasnoszarego dymu.
- Gaz... - jęknął Majer.
Z przerażeniem wpatrywał się w blade obłoczki, rozlewające się po pokoju, czołgające po ścianach i zawisające pod sufitem. Kolejny oddech zwęził jego krtań. Majer zaczynał się dusić. Próbował złapać życiodajne powietrze w płuca, rozpaczliwie wdychając coraz większe ilości gazu. Jego płuca stały się ciężkie i stężałe, jakby dotknięte paraliżem. Upadł na kolana, łapiąc się za szyję. Dookoła robiło się coraz ciemniej. Pokój zdawał się wirować i przyśpieszać z każdą sekundą.
Majer spojrzał z wyrzutem w zimne oko kamery.
Próbował coś powiedzieć, ale tylko bezgłośnie poruszał zdrętwiałymi wargami. Wyciągnął dłoń w stronę stołu, lecz nie mógł go dosięgnąć. Zamiast tego namacał oparcie krzesła. Zacisnął na nim dłoń i spróbował dźwignąć się do góry. Bezskutecznie. Razem z krzesłem upadł na podłogę, przewracając się na wznak. Nad sobą widział smugi dymu, który krążył pod sufitem, lawirując i tańcząc sobie tylko znany, delikatny taniec śmierci.
Klatka piersiowa mężczyzny podnosiła się spazmatycznie i opadała w dół, pozbawiona możliwości oddechu. Majer odwrócił głowę na bok i spojrzał w stronę podajnika, na jego błyszczącą, metalową klapę. W odbiciu zobaczył, jak jego pierś szarpie się do góry, wciąż próbując złapać oddech, lecz sam już tego nie czuł. Przez łzy obserwował walkę swojego ciała z morderczą trucizną. Patrzył na drgawki poruszające mięśniami, widział pianę, która wylała mu się z ust. W ostatnich sekundach wydawało mu się, że widzi, jak jego twarz na moment staje się tą, którą była kiedyś.
Kolorowa, śmiała i piękna. Jego własna.
Uśmiechnął się.
Falujące odbicie w blaszanym lustrze odwzajemniło jego uśmiech i zastygło nagle, gdy oddał ostatni oddech.
Oblicze Majera z powrotem stało się papierowo białe.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -