Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Horror w Ń.

Wojciech Grzelak

HORROR W Ń.


- Prowincja – rozpoczął doktor – bywa nie tylko głucha, lecz także ślepa, a często w ogóle pozbawiona zmysłów. Są jeszcze mocno podejrzane regiony, gdzie zachodzą wypadki zdumiewające, niepojęte w pospolitych kategoriach. Zagadkowa ich istota polega głównie na niemożności sklasyfikowania tego rodzaju fenomenów podług naszych zwyczajnych wyobrażeń. Samotni wobec przerażających faktów, poddajemy się wówczas ponadracjonalnej grozie.
Tuż przed ostatnią wojną praktykowałem w miejscowości Ń., osadzie pasterzy i drwali zagubionej pośród borów porastających północno-wschodnie stoki Karpat, na dobre odciętej od świata. Żyli tam ludzie posępni, skryci, zajęci własnymi sprawami, w dodatku bez jakiegokolwiek pojęcia o przyzwoitym folklorze – słowem, kompletna nuda. Nocami słychać było bezustanne, grobowe wycie wilków. Zimą na księżycem płonącym śniegu warowały czarne sylwety i nieprzeliczone watahy do świtu otaczały wieś grubym pierścieniem. Ze skąpych pomrukiwań górali wywnioskowałem, że znają oni jakoby dziwaczne przypadki makabrycznej zażyłości pomiędzy człowiekiem a drapieżnikiem. W pewnej publikacji etnograficznej, dość dawno wydanej, odkryłem wzmiankę o powszechnej w tej części gór wierze w zjawisko zwane wilkołactwem. Rzecz jasna wszystkie te rewelacje traktowałem z przymrużeniem oka.
Pewnej nocy obudziło mnie gwałtowne kołatanie do drzwi, typowe w nagłych wypadkach. Byłem przyzwyczajony do tego rodzaju wizyt, schwyciłem więc torbę lekarską... Na progu stała młoda wieśniaczka, okryta chustą o prymitywnym wzorze, popularnym w tej okolicy. Nieprzeciętna uroda dziewczyny wręcz porażała. Zaskoczony, nigdy jej bowiem wcześniej nie spotkałem, spróbowałem machinalnie wyrazić mój szacunek. Ująłem jej dłoń, zanim jednak złożyłem pocałunek, cofnęła gwałtownie rękę. Jedynie musnąłem wargami skórę. Była ona nadzwyczaj osobliwa, miałem uczucie, jakbym otarł usta o futrzany puch. Tymczasem dziewczyna ponaglała mnie niecierpliwie. Ruszyliśmy w drogę.
Podążaliśmy wąską ścieżyną na przełaj borem. Stopniowo poddawałem się szczególnemu nastrojowi, rzeczywiście niesamowitemu: w zaroślach jarzyły się pary żółtych ogników, eskadry nietoperzy wirowały wokół czubów strzelistych sosen, nocną ciszę zaś wciąż zakłócały pomruki i pohukiwania. W ruchach mojej przewodniczki wyławiałem coś zwierzęco miękkiego, jakąś dzikość pierwotną. Z przerażeniem spojrzałem na oszalałą kulę dorodnego satelity, miotającą się bezsensownie wśród gnanym wichrem chmur.
Wreszcie na skraju lasu zamajaczyła zmurszała chata. Pacjenta zastałem w dość niechlujnym barłogu; stary góral, chłop jak tur, leżał niczym kłoda i ciężko dyszał. Dziewczyna zbliżyła się w milczeniu do legowiska, w oczach jej zaigrał przelotnie blask jedynego w izbie ogara. Pochwyciłem coś potwornego w tym wzroku: gdyby tylko patrzyła na znacznie starszego męża z nienawiścią i źle tłumioną odrazą! Tych dwoje musiała łączyć jakaś okropna tajemnica... Poczułem, że dusi mnie kołnierzyk – zdarłem go jednym szarpnięciem i cisnąłem w kąt, skąd wnet dobiegło podniecone popiskiwanie szczurów, uradowanych nieoczekiwanym przysmakiem. Popełniłem wszak fatalny błąd: na widok mojego odsłoniętego gardła dziewczyna wydobyła z siebie nieprzyjemny i złowróżbny charkot.
Na zewnątrz rozpętała się burza.
Osłaniając szyję ręką ruszyłem ku posłaniu chorego, lecz ona zastąpiła mi drogę. Uniosła lekko zmarszczoną górną wargę i odsłoniła drapieżne siekacze. Desperacko odepchnąłem ową istotę, co do pochodzenia której nie miałem już złudzeń, i zaświeciłem latarkę, aby obejrzeć chorego. Poczułem, jak miękną mi kolana. Tors i ramiona górala pokrywały liczne rany o nieregularnym kształcie. Poszarpane mięśnie krwawiły obficie.
- Niech pan mnie ratuje, doktorze – wymamrotał stary. Jego długie i sine palce kurczowo zaciskały się na tandetnym, posrebrzanym medaliku.
Rany nie wyglądały bardzo groźnie, były jednak głębokie. Chyba że... Przyjrzałem się baczniej. Rany boskie! Jakaż to opętana bestia pozostawiła swoje piętno?!
W świetle błyskawicy ujrzałem ją – opierała się plecami o ścianę z grubo ciosanych bierwion, a jej oczy...
Latarka wypadła mi z ręki i głucho stuknęła o polepę.
- Uważajcie, panie – zabełkotał wiekowy góral. – Sprzęt przecież drogi...
Pochyliłem się do jego ucha. Kolejna błyskawica unaoczniła mi, że małżowinę sędziwego pasterza porastają rzadkie rudawe włoski.
- Skąd te okaleczenia, dziadku? – wyszeptałem z przejęciem. – Kto wam?... Powiedzcie! Czy to ona?... Ta... wilczyca?!
Stary szeroko rozwarł oczy.
- Gdzieżby! – odparł zdziwiony. – Ino sweter mnie ździebko pokąsał.
Momentalnie otrzeźwiałem. Mój pacjent uniósł się nieco na posłaniu i drżącą ręką wskazał spore zawiniątko tuż obok swojej gawry. Spojrzałem: zwyczajny, niemal ordynarny sweter z owczej wełny, może nieco podejrzanie napęczniały.
- Czysta żywa wełna – oznajmiła dziewczyna, a w jej chrapliwym głosie usłyszałem rodzaj satysfakcji. – Zrobiłam mu na drutach sama, kiedy zaniemógł. „Gryzie”, skarżył się. Ja mu na to, że tak być musi, gdy choroba wychodzi, prawda? Ot, i wszystko.
Oboje spoglądali na mnie wyczekująco. Burza niespodziewanie ustała. Z kamienną twarzą rutynowo zdezynfekowałem rany i udzieliłem kilku lapidarnych wskazówek. Zachodziłem w głowę, jak mogło zdarzyć się, że uwierzyłem w...
Czułem się okpiony i do Ń. powróciłem palony wstydem.
Po tygodniu stary owczarz umarł. Cóż, wścieklizny w stadium tak zaawansowanym nie da się pokonać.
Panowie, oto przestroga, by nie dać się zwieść prozaicznym interpretacjom. Przyznaję, w chwili słabości dopuściłem istnienie wilkołaka, czy jednak można żądać od człowieka cywilizowanego, aby uwierzył we wściekły, do krwi gryzący sweter?! „Absurd!” – powtarzałem sobie, lecz nie oparłem się pokusie i odwiedziłem młodą wdowę pod jakimś tuzinkowym pretekstem. Nie była zbyt przejęta śmiercią męża, z pewnością ich pożycie nie układało się najlepiej. Teraz gospodarzyła na swoim i sprawiała wrażenie zadowolonej z takiego obrotu sprawy.
Zdołałem rzucić okiem na feralną część garderoby. Sweter był gruby, obrzydliwie wzdęty.
Z obowiązku zbadałem przypadki wścieklizny na terenie Ń. Weterynarz opowiedział mi o wściekłej wilczycy, która przed dwoma miesiącami w biały dzień wypadła z kniei i pogryzła parę owiec ze stada zmarłego pasterza. Odszukałem chłopa, który na polecenie władz weterynaryjnych pomagał zakopywać padłe na wściekliznę sztuki. Moje najgorsze przypuszczenia potwierdziły się.
Wszystkie martwe owce przed wrzuceniem do dołu młoda góralka starannie ostrzygła.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -