Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Atak umrzyka

Marek Kausner


Valkiria mortis – niezwykle silny środek pobudzający,
o właściwościach narkotycznych, uzależniający psychicznie
i fizycznie. Powoduje nadnormalną aktywność ruchową,
połączoną z wyjątkową odpornością na zadawane obrażenia.
Prawdopodobnie powoduje efekt tzw. „opóźnionego zgonu”,
co oznacza, że umożliwia pracę mózgu nawet do pięciu godzin
po ustaniu pracy serca, przy zachowaniu całkowitej zdolności
psychoruchowej. Istnienie valkiria mortis nie zostało potwierdzone
medycznie lub naukowo. Informacje pochodzą z przesłanek
gromadzonych przez policyjne służby specjalne.




Kiedy w końcu nie mógł już dłużej wytrzymać, Maks Jankowicz zerwał się ze swego miejsca u stóp rozłożystego klonu i ruszył poprzez równo przycięty trawnik w stronę rozgrywającej się na środku szkolnego dziedzińca awantury. Jego krok był długi i zdecydowany, jak u żołnierza z pieśnią na ustach idącego na wojnę. Przeskoczył stojącą pod drzewem ławkę, ominął parę przytulających się w cieniu drugoklasistów i podszedł do epicentrum zamieszania, ostrożnie zwalniając tempo marszu. Głowę pochylił i ukrył w ramionach, przez co przypominał odrobinę byka, który właśnie szykuje się do szarży. W piwnych oczach lśniła furia, dłonią zmierzwił brązowe włosy opadające mu na czoło. Jego twarz przybrała wyraz zacięcia i nieustępliwości.
Jakiś krzyk uprzedził głównego sprawcę awantury o jego nadejściu. Czerwonowłosy, potężny skinhead odwrócił się i przypatrzył uważnie nadciągającemu nieszczęśnikowi. Najwyraźniej ocenił zagrożenie jako mierne, bo zaśmiał się tylko szyderczo i raz jeszcze kopnął w brzuch leżącego u jego stóp pierwszoklasistę. Stłamszony nastolatek wydał cichy jęk protestu, ale był już zbyt zmęczony, by usiłować się bronić. Zamiast tego zrobił ruch, jakby próbował się odczołgać, ale odwiódł go od tego ciężki glan, oparty na wygiętym karku. Skin wyszczerzył zęby, pozując na myśliwego tryumfującego nad zwierzyną. Wywołało to burzę oklasków ze strony niewielkiej widowni, zgromadzonej parę metrów dalej, pod zaśmieconym parkanem.
Maks Jankowicz minął rozradowany tłumek, odpychając skojarzenia z żądną krwi publiką ze starożytnego Koloseum, po czym podszedł do czerwonowłosego, zbudowanego niczym skrzyżowanie czołgu z buldożerem wyrostka o gębie zawodowego mordercy, wbitego w luźne spodnie moro i czarną koszulkę z wulgarnym napisem. Agresor wyglądał jak yeti, ale poziomem inteligencji raczej nie wykraczał poza wczesne stadium rozwoju najprymitywniejszej ameby, co bynajmniej jednak nie działało na korzyść Jankowicza. Cóż, reguła jest prosta: twój przeciwnik powinien mieć chociaż tyle oleju w głowie, by wiedzieć, kiedy należy przestać bić, jeżeli nie chce się zabić swojej ofiary. A ten facet nie wyglądał na takiego, który będzie się przejmował podobnymi sprawami. Najwyżej coś mu się omsknie, a wtedy… Houston, mamy problem. Ale Maks Jankowicz był zbyt wkurzony, by serio rozważać zasadność swojego postanowienia. Zamierzał ostro zaprotestować przeciwko torturowaniu mniejszych i słabszych, a w razie braku porozumienia, gotów był rozwalić gigantycznego skinheada w drobny mak.
- Co jest, cioto? – rzucił dość elokwentnie czerwonowłosy, macając się po kolorowym czubie na szczycie głazowatej czaszki. – Coś nie pasi?
Towarzystwo spod parkanu wydało jeszcze jeden głupawy rechot. Większość z nich nosiła na sobie znaki przynależności do jakiejś bliżej nieokreślonej subkultury: łańcuchy, ćwieki, opaski, buty podkute metalem, skórzane kurty, żyletki na uszach, barwne irokezy; pełen zestaw. Wyglądali, jakby ekipa pensjonariuszy zakładu w Tworkach zrobiła sobie wakacje na szkolnym dziedzińcu. Jankowicz żywił do nich mniej więcej tyle przyjaźni, co do wściekłych psów albo oślizłych, jadowitych węży… aczkolwiek wolałby z nimi nie zaczynać. W normalnej sytuacji, bo teraz miarka się przebrała. Stanął na wprost tłumu: samotny, niewysoki, niepozorny chłopiec w kraciastej koszuli, spoglądający wrogo spod długich, jasnobrązowych włosów. Nawet migdaląca się pod drzewem nieopodal para poderwała się z nagła, poruszona dramatycznym spektaklem.
- To jak? – spytał skin o posturze golema. – Chcesz coś powiedzieć, czy wypierdalasz?
- Odejdź od niego.
Proste oświadczenie, wyłożone przez Jankowicza głosem łagodnym i wręcz infantylnym, tak jakby zwracał się do wyjątkowo głupiego dziecka, podziałało na tłum jeszcze bardziej rozweselająco – towarzystwo spod parkanu zawyło jak stado pijanych kojotów. Jankowicz ocenił ich wzrokiem, ale nie doszedł do żadnych konstruktywnych wniosków, poza jednym: wszyscy, podobnie jak i on, byli licealistami, najprawdopodobniej chodzili do trzeciej klasy, choć niektórzy mogli spędzić w niej co najmniej rok więcej, niż było to przewidywane. Para pod drzewem odeszła o parę kroków. Nie, żeby się kwapili do wezwania pomocy, raczej oddalili się na bezpieczną odległość, aby móc swobodnie i bez przeszkód obserwować rozwój wydarzeń. Jankowicz nie miał im tego za złe, po prostu nie byli wariatami, tak jak on.
Spojrzał na rozpłaszczoną na trawie ofiarę. Chłopiec miał okulary, był drobnej budowy, dość niepozorny; słowem, Jankowicz poczuł się, jakby spoglądał w lustro, może za wyjątkiem tych szkieł. Podniósł wzrok na czerwonowłosego trolla i rzucił:
- To jak?
- Srak – padła błyskotliwa odpowiedź. – To mój gościu. Chcesz go skroić, to znajdź se lepiej inszego. – To stwierdzenie wywołało następną falę wesołości. Zapewne niektórzy już wyobrazili sobie Maksa, jak usiłuje kogoś „skroić’. Skinhead podsumował wypowiedź w typowym dla siebie stylu i ze zwykłą powagą: - Spływaj.
- Nie.
Jankowicz obrócił się. Na dziedzińcu tylko on, czerwony czub ze swoją ofiarą i towarzystwo parkanowe, nawet migdaląca się para uciekła po schodach do wnętrza budynku. Wokół rozciągał się szmat pustej, pokrytej zieloną trawą przestrzeni, nie oferujący żadnej kryjówki ani pomocy. Trudno, trzeba będzie sobie radzić, skonstatował wolno Maks Jankowicz, odwracając głowę. Jakoś. Przecież to nie pierwszy raz, kiedy musi pokonać większego od siebie. Musi skupić się na improwizacji, zaś potem wszystko samo wyjdzie. A, cholera – Houston, mamy problem. Czerwony czub już dał jeden krok w jego stronę, zacierając dłonie i przytupując glanami jak barbarzyński wojownik spuszczony ze smyczy. Był wielki jak trzy domy, albo nawet bardziej – jak trzy wieżowce Kuala Lumpur. Cechą charakterystyczną takich gości jest to, że kiedy już się przewrócą, to miażdżą swym cielskiem każdy przedmiot na swojej drodze, nie wyłączając napastnika.
- Bijesz się? – prowokował skin.
- Dawaj go, Chiński – zawołała któraś dziewczyna z tłumu piskliwym głosem. Jankowicz nie szukał jej, ale mimo woli wychwycił ją wzrokiem: stała na przedzie, blada jak śmierć, o krótko przystrzyżonych, czarnych włosach, wyzywającym makijażu, kolczyku w nosie, pomalowanych na kolor trumienny paznokciach. Całą sobą reprezentowała wartości, którym się oddawała, a były to ogólne zepsucie, anarchia i protest dla samego protestu, „dlatego, że tak, bo nam się tak należy i w ogóle to kto odważy się mi sprzeciwić, a? a?” Jak większość gotek, była drobna, niewysoka i szczupła, a jeśli chodzi o jej twarz, to pod warstwą kosmicznego makijażu rodem z horroru o Narzeczonej Frankensteina mogła nawet kryć się ładna buzia. Mogła, ale nie musiała, jednakże tego typu zabiegi częściej służyły ukryciu trawiącego duszę cierpienia, a dopiero na drugim miejscu przejmującej brzydoty. To trochę jak przemiana w żywego trupa – najciężej chyba znieść tę potworną muzykę, której wszyscy goci, metale i punkowcy słuchali w domowym zaciszu dzięki podkręconym na maksa wieżom lub innym sprzętom grającym.
- Dawaj go, Chiński! – zakrzyknęła dziewczyna jeszcze raz. – Jemu też rozwal ryj. Niech se tępy gnój nie myśli…
- No dobra...! – Jankowicz dał za wygraną. Argumentami do niczego tutaj nie dojdzie. – Puść małego, to nie zrobię ci krzywdy, ty wielki tępaku.
Zgodnie z wszelkimi przewidywaniami, troll rzucił się na niego z siłą pociągu ekspresowego, jedną łapą młócąc jak cepem, a drugiej używając na wzór młota kowalskiego. Jankowicz uchylił się szybko, wyrzucił złączone pięści w bok i trafił napastnika tuż poniżej mostka, wyciskając powietrze z ogromnych płuc. To go na chwilę zatrzymało. Wiedząc, że ma bardzo mało czasu, Maks wyprowadził cios stopą w kolano, a kiedy skinhead kucnął, by złagodzić ból, z całej siły rąbnął go w nasadę nosa. Tytan zwalił się jak ścięte drzewo obok niego.
Towarzystwo parkanowe przyglądało się temu ze zdumieniem graniczącym z ekstazą, zupełnie jakby właśnie doznali objawienia o podłożu religijnym. Pół tuzina oczu najpierw spojrzało w dół, na znieruchomiały kadłub powalonego kumpla, a potem w górę, wodząc niewierzącymi spojrzeniami po jego niepozornym zwycięzcy. Między początkiem walki a jej jakże gwałtownym zakończeniem nie minęło więcej niż parę sekund, ale zaskakujący rezultat malujący się przed oczami zgromadzenia był zbyt niewiarygodny. Złowieszczy wyrostek o dziwnym pseudonimie Chiński (Jankowicz nawet w najskrytszych marzeniach nie śmiał przypuszczać, że mogło to być jego prawdziwe nazwisko) był nieprzytomny, albo przynajmniej tak się wydawało. Jego nozdrza rozdymały się raz za razem w rytm zachrypniętego oddechu, lekko drgała jedna powieka, zaś alabastrowe czoło jak zwykle pozostawało nieskażone myślą.
Jankowicz pomógł wstać poobijanemu chłopakowi w okularach i spytał głucho, czy z nim na pewno wszystko w porządku. Pierwszoklasista spojrzał nań bojaźliwie, ale z niejaką wdzięcznością, po czym zwiał w popłochu. Teraz Maks czuł, jak gniew powoli się ulatnia, zastępowany przez coś na kształt niewiary. Wydawało mu się niemożliwością, że porwał się na podobny czyn tylko po to, żeby pomóc dzieciakowi w potrzebie. Pokręcił głową i zamarzył o papierosie, którego mógłby bez przeszkód wypalić na którymś krańcu dziedzińca, unikając wzroku nauczycieli. Palił mało, ale czasem tak po prostu potrzebował fajki, żeby uspokoić myśli. Rozejrzał się i ruszył w stronę boiska, zostawiając za sobą skonsternowaną widownię. Nie uszedł daleko, nim z grupy oddzieliła się tamta dziewczyna, gotka o krótkich ciemnych włosach i z kolczykiem w nosie. Zawołała za nim:
- Hej, fiucie! Hej!
Nie zareagował na obelgę, całkowicie obojętny na uczucia, jakie zapewne żywią wobec niego przedstawiciele licznych subkultur. Miał dość kontaktów z nimi jak na jeden dzień. Oddalając się od miejsca bójki, natknął się na swojego kolegę z klasy, Tymka Uszaniaka, który zbliżał się tanecznym krokiem od strony boiska do siatkówki, z uradowaną miną świadczącą o tym, że widział całe zajście i żaden szczegół nie umknął jego uwadze.
- Jestem pod wrażeniem – powiedział. – Jak to zrobiłeś?
- Zwyczajnie.
- Zwyczajnie?
Nie bardzo wiedział, co mógłby odpowiedzieć. W swoim krótkim życiu bił się tylko dwa razy i zazwyczaj był ugodowym, spokojnym chłopakiem z sąsiedztwa, który rozwiązuje swoje problemy za pomocą rozmowy, psychoanalizy i kiwania głową. Tym razem gniew przeważył. I to na tyle, że jakimś sposobem pozwolił mu dokonać niemożliwego. Odtąd Chiński i jego ekipa będę traktować go jak dziwaka i wariata, z jednej strony nie chcąc się przyznać do porażki, z drugiej czując przemożny szacunek do niebezpiecznego młodziana. Przy odrobinie szczęścia być może nie zasłynie w calutkim liceum jako pogromca bestii, chociaż miał obawy, że Tymek Uszaniak rozpowszechni tę informację w zastraszającym tempie.
- Czy wspomniałem, że jestem pod wrażeniem? – kontynuował Tymek. – Miałem na myśli, że jestem zszokowany.
- Nie rozwijaj się – upomniał go Jankowicz, mając na myśli zachwyty kolegi. – Trochę mnie poniosło. – Zamyślił się. – Sam nie wiem, tak po prostu wyszło. I nie mów nikomu…
- Żartujesz? Taka wiedza nie może się zmarnować! – zaśmiał się Tymek, klepiąc go w plecy.
Jankowicz nic nie odpowiedział. Szczerze mówiąc, teraz było mu to już obojętne. Ważne, że pomógł tamtemu pierwszakowi w okularach, zanim Chiński sprał go na kwaśne jabłko. Widok jakże nieskrępowanej, jawnej przemocy podziałał na niego jak katalizator, doprowadzając do zapłonu. Tak to sobie przynajmniej tłumaczył, szukając źródła swojego gniewu. Mógł uwierzyć, że zwyciężył nad osiłkiem, nawet jeśli wyglądał on jak Pudzian na dopalaczach, ale ciężej było znaleźć jasną przyczynę dzisiejszego pseudo-heroicznego wystąpienia. Nie uważał się za szczególnie szlachetnego, ani tym bardziej za obrońcę sprawiedliwości, ale widok jednostronnej, nieuczciwej bójki na dziedzińcu jakoś jednak doprowadził go do furii. A zatem? Może po prostu doszła do głosu ta Jaśniejsza Strona, albo przynajmniej chęć wyładowania nagromadzonej energii. Jak zwał, tak zwał.
W ślad za Tymkiem, wszedł po obszernych schodach prowadzących do wnętrza szkoły, nie zaszczycając nawet krótkim spojrzeniem błąkającego się nieopodal bez żadnego jasnego celu woźnego. Mężczyzna powiódł za nimi nieco zagubionym spojrzeniem, po czym wrócił do bezcelowej krzątaniny, łażąc w tę i z powrotem po pustym patio. Dalej naprzód ciągnął się długi, szeroki korytarz, prowadzący do hallu głównego i sal lekcyjnych. Zamiast tego Maks i Tymek znaleźli schody i zeszli na dół, do szatni. Znalazłszy swoje szafki, czym prędzej zmienili buty i wyciągnęli przeciążone plecaki, zamieniając kilka zdawkowych uwag na temat jutrzejszego dnia, zadanych lekcji i tym podobnych spraw. Maks nie był zbyt zainteresowany rozmową, ale przez grzeczność odpowiadał, starając się stworzyć pozory zaangażowania. Cholernie bolała go ręka, która ucierpiała zapewne w zetknięciu z twardym cielskiem olbrzymiego skinheada. Odepchnął od siebie nieprzyjemne myśli i czym prędzej, nie czekając na nic ani na nikogo, wyszedł ze szkoły. Lekcje tego dnia były już na szczęście zakończone, mógł więc udać się prosto do domu i odpocząć na kanapie przed telewizorem, tak jak to robią prawdziwie współczesne nastolatki.
Okej, pora iść precz. Pożegnał się z Tymkiem i ruszył na przełaj obrzydliwie zielonym trawnikiem i pomiędzy odrażająco białymi ławeczkami. Przeskoczył żywopłot i wylądował na ulicy, przeciął ją jakieś pięć metrów od przepisowego przejścia dla pieszych, po to tylko, by chwilę później nadziać się na rogu na wyczekującego złośliwie gliniarza. Jęknął głucho i zacisnął dłonie. No i na tyle zdały się jego dzisiejsze wyczyny. Jako nagrodę otrzyma mandat i pamiątkowy uśmieszek od znudzonego policjanta, który pewnie stoi na tym rogu od kilku godzin i tylko czeka na pechowców takich jak on. Na powitanie zapewne nie zapyta: „Cześć, jaki dobry uczynek dziś spełniłeś? Ach, naprawdę? Uratowałeś bezbronnego chłopca przed okrutnym, złym skinem? No to możesz iść, nie będę ci przeszkadzał!” Nie. Gliniarz zaśmieje się głucho i wypisze mandat, bo to jedyna rzecz, którą umie robić, oprócz żarcia pączków z dziurką. Tak naprawdę to Maks nigdy nie widział, by policjanci jedli takie pączki, ale wychodził z założenia, że amerykańskie filmy przynajmniej w tym jednym aspekcie nigdy nie kłamią. Ten gliniarz po prostu wyglądał jak urodzony, nałogowy pączkożerca.
- Dzień dobry! – rzucił uradowany przedstawiciel władzy.
- O kurwa – wymamrotał Maks. Nagle dał o sobie znać ból w nadwerężonej ręce, ale nie myślał o tym. – Panie władzo, może by tak dał pan spokój…
W tym momencie policjant zaśmiał się, a w powietrzu uniósł się głuchy ryk. Najpierw Maks nie wiedział, co go spowodowało, podobnie zresztą jak glina. Obaj rozejrzeli się uważnie i w jednej chwili dostrzegli pędzący w ich stronę motocykl. Maszyna wyła głucho jak nieboskie stworzenie i kołowała dziko po krawężniku, jakby za kierownicą siedział jeden z jeźdźców Apokalipsy. Postać na siodełku jednakże bynajmniej nie wywoływała biblijnych skojarzeń: Maks rozpoznał skina po jaskrawo-czerwonym czubie na szczycie kanciastej czaszki oraz powiewających na wietrze spodniach moro. A potem szaleniec wpakował motor prosto w zdumionego gliniarza, aż wyrzuciło go na dwa metry w górę. Opadłszy na ziemię, policjant przestał być policjantem, a stał się nieco tylko mniej atrakcyjną postacią tatara. Chlusnęła krew, aż Maks musiał otrzeć oczy z szkarłatno-czerwonych smug.
Odwrócił się, usiłując zlokalizować napastnika. Opętany skinhead wyhamował motocykl i obrócił się w miejscu, obserwując dokonane przez siebie zniszczenia z niejakim zadowoleniem. Potem ryknął ogłuszająco jak zwierzę, zawrócił swą maszynę i wystartował raz jeszcze. W prawej dłoni, którą zdjął z kierownicy, miał połyskującą złowieszczo brzytwę ze srebrnym łańcuszkiem, a po jego kamiennym czole i skórzanej kurtce spływała krew przejechanego gliniarza. Wyglądał groźnie, jak psychopata z któregoś kiczowatego horroru. Z tą różnicą, że psychopaci (ci filmowi) zazwyczaj pozostawiają bohaterom margines błędu dostatecznie duży, by ci dali radę na czas odskoczyć i oddać celny strzał. Naturalnie Maks nie miał ani refleksu niczym rewolwerowiec z filmu o kowbojach, ani też nie nosił ze sobą kabury z bronią, co czyniło z niego cel co najmniej o połowę łatwiejszy. Byłby postradał życie, widząc rozpędzonego skina gnającego wprost w jego stronę, gdyby nie pojawiła się tamta dziewczyna i nie wyciągnęła go na środek ulicy. Motor przemknął po krawężniku, ogłupiały skin wrzasnął wściekle, Maks zatoczył się jak pijany, a stojąca tuż za nim dziewczyna wrzasnęła ogłuszająco prosto w jego lewe ucho, nieomal rozrywając mu bębenek:
- Chodź! Spieprzamy!
Nie dał się prosić dwa razy. Złapał ją za rękę i razem dali dyla, starając się nie oglądać za siebie. Wiedział, że ją zna – była to owa gotka, która jeszcze kilkanaście minut temu dopingowała swego kumpla Chińskiego do bitki – i nie za bardzo rozumiał, czemu to robi, ale nie miał czasu się zapytać. Nogi niosły go same jak skrzydła anioła, czyniąc bieg lekkim i szybkim jak nigdy w życiu. Uczucie, że mógłby w ten sposób przegonić motocykl, szybko okazało się całkowicie mylne: za jego plecami dał się słyszeć miarowy warkot, kiedy skin zbliżał się metr po metrze, wymachując brzytwą jak średniowieczny rycerze kopią, gotowy do ataku. Maks zawył i pociągnął dziewczynę w bok, aż polecieli oboje na asfalt, a pędzący z tyłu skin imieniem Chiński przejechał obok, obdarzył oboje szalonym wzrokiem, i bezskutecznie usiłując wyhamować wpakował się prosto w ceglany mur otaczający czyjąś posesję.
Maks wstał i jednym szarpnięciem poderwał klnącą głośno gotkę, patrząc na efekty swojego działania. Motocykl rozpadł się w drobny mak w zetknięciu z twardą, ceglaną ścianą, a jego kierowca zarył w przeszkodę jak wystrzelony z procy. Na moment zamarł, a potem odpadł i wylądował na zimnym asfalcie. Nie mogło być żadnych wątpliwości – umarł na miejscu, z twarzą zgniecioną na siny naleśnik i krwawymi ranami na rozpostartych dłoniach. Korpus wyglądał na nietknięty, lecz obydwie nogi wykręciły się pod nienaturalnym kątem. Zimny trup, bez dwóch zdań.
- Jezu Chryste! – powiedział Maks.
Stojąca obok dziewczyna zachwiała się nieznacznie i przeczesała palcami postawione w lekki czub włosy. Ciemny makijaż spływał po bladej skórze jej twarzy, znacząc czyste policzki upiornymi plamami. Trzęsła się, ale wyglądała też na zupełnie świadomą tego, co się wokół dzieje. Popatrzyła na Maksa, a w jej oczach nie było już nienawiści, jaką widział kilkanaście minut temu na szkolnym dziedzińcu, lecz wyraz zakłopotania i niepewności, jakby nie wiedziała, co powiedzieć. Wydawało się, że boi się czegoś, co jeszcze nie nadeszło, ale może nastąpić w każdej chwili.
Jankowicz syknął:
- Co to ma być, do cholery? Myślałem, że mnie nie lubisz.
- Nie należymy do tej samej drużyny – odparła, oglądając się na zwłoki skina, i dodała: - Ale on należy do jeszcze innej.
- Nie żyje – zauważył odkrywczo Maks.
- Wcale nie – odparła, i w tym samym momencie niemożliwe stało się rzeczywistością.
Kilka metrów dalej zwłoki Chińskiego zaczęły o własnych siłach wstawać na nogi, odpychając się pokaleczonymi dłońmi od chodnika. Połamane kości nóg aż trzeszczały przy tej wyczerpującej czynności. Trup powinien być nieruchomy, ale pomimo tego animowała go jakaś dziwaczna, niewidzialna siła. Wstał i wyprostował się niezręcznie, jakby poruszany przez niewprawnego lalkarza, po czym zaczął dość wolno kroczyć przed siebie. Tylko dwie rzeczy się nie zmieniły: nadal trzymał w ręku brzytwę i nadal patrzył się przed siebie tym upiornym, przeszywającym spojrzeniem szaleńca. Wyglądał jak potwór Frankensteina albo zombie z Dnia Żywych Trupów.
- Co jest?! – zawołał Maks. – On chodzi! Ta cholera chodzi! – Spojrzał na gotkę po swojej lewej stronie. – To niemożliwe! – zaprotestował. – To jest kurewsko niemożliwe!
- Daj rękę! – krzyknęła. – Wiejemy!
I ruszyli czym prędzej, schodząc z drogi upiornemu monstrum. Chiński, lub raczej jego ożywiony trup, szedł chwiejnie krawężnikiem, krok za krokiem nabierając niebezpiecznej prędkości. Był szybki, szybszy niż za życia, szybszy niż jakikolwiek człowiek. Przeczył prawom fizyki, biegnąc na wygiętych w krzywe pałąki nogach, przy każdym susie skrzypiąc połamanymi kośćmi. Pomiędzy jego wydętymi, porwanymi wargami wzbierała krwawa piana.
Maks Jankowicz zobaczył go pięć metrów za swoimi plecami, uścisnął mocniej rękę dziewczyny i zaczął kluczyć jak wariat, lecąc dziwnym zygzakiem wzdłuż pustej jezdni. Kiedy wypadli za róg, o mało nie rozjechał ich czerwony fiat, hamując z piskiem opon. Kierowca zatrąbił i zakręcił kierownicą, dzięki czemu ominął ich dwójkę, nie zdążył jednak zahamować przed rozpędzonym Chińskim. Skin uderzył w maskę, na moment zawisł nad nią, a potem w pełnym pędzie przetoczył się na drugą stronę, by ponowić szaleńczy pościg. Maks spostrzegł, że podczas karkołomnej akrobacji raz jeszcze uszkodził swoje ciało, bo teraz jedno ramię miał przetrącone i wywrócone do góry nogami, jakby ktoś przyszył mu je na siłę i bez pomysłu.
- Nie oglądaj się! – wrzasnęła gotka i przyspieszyła biegu, pokonując metr za metrem długimi susami jak kozica. Była zwinna, co wydawało się o tyle dziwne, że goci i metale rzadko poddają się jakimkolwiek ćwiczeniom, poza słuchaniem ciężkiej muzy i trąbieniem litrów piwa, rzecz jasna. Maks był pod niejakim wrażeniem.
- Co… - zaczął, ale nie skończył.
Przed nimi pojawił się niski parkan. Puścili swoje dłonie, przesadzili go jednym susem i wylądowali tuż przed maską niebieskiego opla, którego kierowca w zaaferowaniu wypuścił z rąk kanapkę i uderzył głową w zbyt niski sufit. Maks dopadł go na moment później, po czym krzyknął mu prosto w twarz:
- Wysiadaj pan! Spieszymy się! – I uniósł pięść do ciosu.
Kierowca był na szczęście pojętny, bo natychmiast ewakuował się drzwiami po stronie pasażera, robiąc miejsce dla Jankowicza i młodej gotki. Dziewczyna skoczyła na bok, a on zajął miejsce kierowcy i uruchomił silnik… W tym samym momencie skinhead z czerwonym irokezem i połamanymi kończynami przesadził parkan i wylądował na chodniku około metra od nich. Kiedy podniósł głowę i spojrzał upiornie na Maksa, silnik zakasłał i odpalił z cichym rzężeniem. Chłopak nie czekał, lecz od razu wystartował z miejsca. Ale chodzący trup, zamiast odskoczyć lub przeturlać się po masce, skoczył do przodu przez przednią szybę i wbił obie ręce w taflę szkła, raniąc nadgarstki do krwi i podcinając sobie żyły. Łapy zaczęły gmerać, szukając punktu zaczepienia, ciągnąc Jankowicza za kołnierz i chwytając włosy dziewczyny. Maks nieoczekiwanie usłyszał swój własny wrzask.
Zahamował ostro i truposz gwałtownie zniknął z maski, wyszarpując mu pukiel włosów i rozrywając przód koszulki młodej gotki. Ciało Chińskiego przetoczyło się po chodniku, a rozpęd zdarł z pleców skórzaną kurtkę wraz z cienkimi płatami mięsa. Ciemnoczerwone, krwawe resztki przylepiły się do nawierzchni. Jankowicz przestał krzyczeć, zobaczył, że ręce i twarz ma pokryte lepką, niemal czarną krwią, która parę chwil wcześniej ściekała z poranionych nadgarstków żyjącego trupa. Siedząca obok dziewczyna dyszała ciężko, aż wznosiły się jej duże, miękkie piersi odziane w czarny stanik, a odsłonięte przez rozerwaną koszulę. Jankowicz dostrzegł też kawałek płaskiego, miękkiego brzucha, falującego w nagłym napięciu. Pot ściekał gotce po szyi i okrągłym, pagórzystym biuście, zostawiając brudne smugi.
- Jedź! – zawołała.
Ożywione ciało na drodze zaczęło już na powrót się podnosić. Chiński, przecząc wszelkim prawom natury, dalej potrafił chodzić. Miał połamane obie nogi, rękę i prawdopodobnie również kręgosłup lub miednicę, biorąc pod uwagę upiorny, koślawy sposób, w jaki się przemieszczał. Jego twarz była spuchnięta, sina, otarta do krwi, skórzana kurtka podarta na strzępy, ciało pod nią poranione do żywego mięsa. Obie ręce miał poharatane, dłonie zniekształcone, z przeciętych żył ciekła wolno czarna, gęsta krew. Jedno oko wychodziło mu na wierzch, z ust spływały płaty zabarwionej na różowo piany. Nie miał jednego ucha.
- Jedź, kurwa! – wrzasnęła znowu dziewczyna.
- Jadę!
Maks wdepnął gaz do dechy. Kurz i iskry sypnęły spod opon, a potem opel jak strzała przetoczył się po chodzącym ciele Chińskiego, wgniatając je w rozgrzany asfalt. Rozległy się głuche trzaski łamanych kości i ponury jęk nienawiści, który wyrwał się z martwej krtani.
Jankowicz przyspieszył, skręcił w boczną uliczkę, starając się dojrzeć coś przez popękaną szybę, po czym jeszcze bardziej docisnął pedał gazu. Ryzykował spowodowanie wypadku, ale wolał umrzeć od zderzenia niż z rąk nieumartego skina. Pędził na wprost jak dziki, lawirując między hamującymi autami i zderzając się z zaparkowanymi wokół pojazdami mieszkańców. Bolały go napięte mięśnie, cudza krew ściekała po ubraniu, a upaprane nią ręce ledwie trzymały się kierownicy. Tuż obok nieznajoma dziewczyna starała się połączyć strzępy podartej koszuli i osłonić obnażone piersi, lecz zdołała tylko pobrudzić nagie ciało i stanik ciemnoczerwoną, krzepnącą krwią Chińskiego. Zapłakała krótko, ale szybko wzięła się w garść.
- Co to było? – zawył Maks. – Ten gość powinien nie żyć od momentu, kiedy przypieprzył w mur!
- Nie można go zabić – odparła. – Nie teraz, kiedy wciąż jest pod działaniem narkotyku. Jego serce będzie biło jak długo krew obraca w żyłach to świństwo. Nie ma sposobu, by go zabić.
- Narkotyk? Jaki, kurwa, narkotyk?!
- Valkiria mortis, tak nazwali to gówno. Jest cholernie silne, pobudza calutki organizm, powoduje zmiany hormonalne. I trzyma cię przy życiu przez parę godzin, nawet jeżeli dostaniesz w głowę dziesięć kulek.
- I ten drań dalej chodzi, żyje i myśli? – To nie mieściło się Maksowi w głowie, nie chciał nawet tego rozważać.
- Chodzi, żyje, ale niewiele myśli. Pamięta pewnie tylko ostatnie wspomnienie, które zapisało się w jego umyśle przed zderzeniem. Że chce cię zabić. Będzie parł naprzód tak długo, aż tego nie zrobi, albo nie przestanie działać narkotyk. Uczyni dosłownie wszystko, żeby cię wykończyć.
- O kurwa! O żesz, ja pierdolę! – jęknął Jankowicz.
Dziewczyna spojrzała na niego niespokojnie. W jej oczach znowu widniał lęk, lecz tym razem innego rodzaju: bała się, że jej towarzysz nie wytrzyma presji i oszaleje. Rzeczywiście, Maks był już bardzo blisko granicy. Kiedy wyprowadził samochód na drogę główną, mknąc ostrożnie między innymi autami, czuł ogarniające go drżenie, skutek nadmiernego nagromadzenia adrenaliny. Nie mógł nic na to poradzić, bał się tylko, że z powodu nadmiernego zdenerwowania doprowadzi do wypadku i zabije nie tylko siebie, ale i nieznajomą dziewczynę, a prawdopodobnie także jakiegoś przypadkowego kierowcę, wracającego z pracy do domu po ciężkim dniu harówki. Musiał się uspokoić.
Uspokoić się, i to natychmiast!
- Ja jestem Irmina. Irmina Asieńska – powiedziała dziewczyna, raz jeszcze przeczesując włosy. Imię to w żaden sposób do niej nie pasowało, ale Jankowicz miał to gdzieś. – A ty?
- Maks – odrzekł potulnie, nie wiedząc, co jeszcze odpowiedzieć. – Maks Jankowicz. – Zamilkł na długą chwilę.
Irmina obróciła się w fotelu pasażera i pochyliła lekko w jego stronę, aż jej twarz znalazła się tuż przy jego twarzy. Popatrzył na nią, po czym znów skupił się na prowadzeniu; albo przynajmniej spróbował się skupić, bo ręce wciąż latały mu nerwowo, a kolana drżały jak szalone. Niewiele widział przez pękniętą szybę, jednakże był pewien, że droga przed nim jest akurat względnie pusta. Przynajmniej tyle szczęścia. Może uda mu się nie władować w czyjeś auto, nim dojadą bezpiecznie do… no właśnie, dokąd? Co oni teraz zrobią, do cholery? Czy będą czekać i modlić się, żeby Chiński sam raczył wreszcie paść trupem?
- Musisz się odprężyć – stwierdziła Irmina. – Inaczej zaraz nas zabijesz.
- Jak, do cholery? – syknął z irytacją Jankowicz. – Przed chwilą widziałem na własne oczy pieprzonego chodzącego trupa, a ty chcesz, żebym tak po prostu się zrelaksował? To nie jest, kurwa, film w telewizji!
- No dobra – szepnęła dziewczyna. Ściągnęła z siebie resztki koszuli odsłaniając nagie ciało: miała wspaniały, płaski i miękki brzuch, dorodne piersi obciśnięte stanikiem, a nogi wyglądające spod mikroskopijnej czarnej spódniczki prezentowały się lepiej niż zachęcająco. Miała kształtne uda, lekko rozchylone, jakby proszące o czyjś dotyk. – Pomogę ci się wyluzować, ale musisz zwolnić. On nas teraz nie dogoni, więc nie musimy się śpieszyć.
Z tymi słowami pochyliła się do przodu, odpięła Maksowi rozporek i odchyliła bokserki, by po chwili wziąć w usta jego rozpalonego członka. Nawet nie zauważył, kiedy dostał erekcji, ale widok jej obnażonego ciała musiał podziałać na niego silnie do tego stopnia, że pomimo stresu organizm zareagował niepowstrzymanym podnieceniem. Czując na swoim naprężonym wzwodzie delikatny, wilgotny dotyk jej warg, na moment aż zaniemówił i wypuścił powietrze z sykiem przez zęby. Jednocześnie mocniej pochwycił kierownicę, starając się za wszelką cenę nie stracić panowania nad samochodem, podczas gdy Irmina zapamiętale pieściła jego spuchniętą, nabrzmiałą męskość. Najpierw masowała trzon penisa wargami, ale potem zaczęła słodką torturę za pomocą języka, odprawiając szalony taniec na pulsującej gorącem żołędzi. Maks aż jęknął z rozkoszy, przez cały czas usiłując skupić się na jeździe. Pod wpływem gwałtownych doznań mimowolnie przyspieszył, ale z naprzeciwka na szczęście nic nie jechało.
O Rany! Poczuł ulgę.
Skurcze podniecenia przeniknęły jego ciało raz, potem drugi. Irmina nawet na moment nie przerywała miłosnej, zapamiętałej pieszczoty, wodząc mokrymi, gorącymi wargami po sztywnym członku, pobudzając podskórne napięcie i nieubłaganie przyspieszając krążenie krwi. Jankowicz miał wrażenie, że w jego lędźwiach lada moment nastąpi eksplozja o sile co najmniej kilku megaton, ale póki co niczego bardziej nie pragnął niż tego, żeby kontynuowała. Jego penis znikał w jej ustach raz za razem, błyszczący od śliny i wypuszczonych soków. Irmina delikatnie łaskotała palcami stężałe jądra, pobudzając go jeszcze bardziej, aż w końcu napięcie erotyczne stało się nie do wytrzymania. Maks mimowolnie wypuścił wodze i jego ciałem niemal natychmiast wstrząsnął przejmujący, niemal bolesny orgazm. Wystrzelił w ustach dziewczyny, oddając cały ładunek ciepłego nasienia, a ona pompowała je nieustannie aż do ostatniej kropli. Uczucie pod względem intensywności równało się erupcji wulkanu, przypominało wybuch lawy. A jednak, skończywszy z krzykiem na ustach, bez uprzedzenia Maks poczuł ulgę. Uspokoił się, przestał drżeć. Jego ręce pewnie trzymały kierownicę.
- Łał! – zauważył. – To było niesamowite.
- I widzisz… - Irmina opadła z powrotem na fotel pasażera, mokrą od krwi oraz spermy dłonią ocierając usta. – Już jesteś bardziej zrelaksowany.
Jechali dalej, z wolna przyzwyczajając się do nowej sytuacji. Byli teraz dla siebie kimś innym niż przed godziną, a nawet przed kilkoma minutami. Maks nie był pewien, czy rozumie tę zmianę, ale wyczuwał ją bardzo wyraźnie. Połączyły ich dwie rzeczy: ucieczka przed nieumartym potworem, napędzanym przez narkotyk o złowieszczych właściwościach, oraz stosunek oralny na przednim siedzeniu rozpędzonego samochodu. To wydawało się tak nierealne, że nie mogło być prawdziwe, a jednak takie właśnie było. Jankowicz jednak dalej nie rozumiał, czemu Irmina mu właściwie towarzyszy. Nie dalej jak pół godziny temu krzyczała: „Dawaj go, Chiński! Jemu też rozwal ryj…!”, nieco później uratowała mu życie, wyciągając go spod rozpędzonego motocykla, a teraz pomogła mu odzyskać zmysły w dość brutalny, skrajny sposób: po prostu obciągnęła mu druta. Czy to było normalne zachowanie? O co mogło jej chodzić? Jak to możliwe, że to wszystko w ogóle się działo?
- Czemu to zrobiłaś? – spytał.
- Masz na myśli, czemu zrobiłam ci loda? – odpowiedziała również pytaniem. – Musiałeś się uspokoić, inaczej zrobiłbyś coś głupiego i nas pozabijał. Najprostszym sposobem wydawało mi się…
Tak właśnie myślą gotki. Najlepiej przemówi do mężczyzny przespanie się z nim. Seks ma magiczną moc ozdrawiania, podobnie jak alkohol, narkotyki i ciężka muza, zatem nie powinno być w nim żadnych ograniczeń. Można zatem obciągać komu się zechce i kiedy się zechce. Tak przynajmniej rozumiał to Jankowicz. A on nie rozumiał jeszcze bardzo wielu rzeczy. Na czele z tą jedną: jak jakikolwiek narkotyk może spowodować, że czerwono-włosy skin przeżyje zderzenie z ceglanym murem i zamieni się w zombie?
Jechali w milczeniu zalaną promieniami wieczornego słońca ulicą, kiedy nagle za ich samochodem rozległa się syrena ostrzegawcza. Policja. Drugi raz tego dnia go dopadli, tym razem jednak nie za przejście nie po pasach. Tym razem zatrzymają go za przekroczenie prędkości, ale widząc przebitą szybę i krew na jego ubraniu, oraz półnagą dziewczynę w fotelu pasażera – dojdą do bardzo jednoznacznych wniosków. Mimo to postanowił się zatrzymać. Policja nie mogła mu zaszkodzić, a co najwyżej pomóc, chroniąc go przed zdążającym jego tropem ożywionym nieboszczykiem.
Zatrzymał samochód. Irmina posłała mu pytające spojrzenie, które mówiło: czy jesteś pewien? Czy na pewno chcesz to zrobić? Ale Maks już otwierał drzwi, aby wysiąść i powitać nadjeżdżającą policję, kiedy jeszcze jeden alarmujący dźwięk przedarł się przez wszechobecną ciszę. Ulica, skąpana w złocisto-pomarańczowych promieniach zachodu, wyglądała na wymarłą. Po obu jej stronach wyrastały samotne budynki i budyneczki, w większości serwisy samochodowe, supermarkety i sklepy żelazne, ale nie było widać ani śladu życia. Radiowóz, który włączył syrenę, zamarł na krawężniku na wprost, ale kiedy wycie sygnału ucichło, Maks rozpoznał źródło nowego dźwięku. Ze środka samochodu dobiegał przeciągły ryk wściekłości.
Za kierownicą dojrzał twarz trupa, wykrzywioną w grymasie nietajonej nienawiści, spozierającą wprost na niego czerwonymi, szalonymi oczami. Chodzące zwłoki nie tylko porwały policyjny radiowóz, ale również znalazły siłę, by go uruchomić, a potem skutecznie prowadzić. To wydawało się niemożliwe, ale było prawdą. Kolejna rzecz tego dnia, w którą Jankowicz nigdy wcześniej by nie uwierzył. To zwyczajnie nie mieściło się w głowie. Ale było rzeczywiste, aż za bardzo. Wykrzywiony, pałający żądzą zemsty umrzyk przekręcił kierownicę i ruszył w stronę opla, dążąc do czołowego zderzenia. Przerażony Jankowicz odwrócił się i już chciał wrzasnąć na Irminę („on tu jest, jedzie tu, wykurwiaj z auta, szybko, on tu jedzie, szybko!”), ale ona była już na zewnątrz i patrzyła nań, więc ruszyli szybko przed siebie, licząc, że uda im się uniknąć śmierci także i tym razem, jeszcze ten jeden raz… Radiowóz uderzył w opla, aż huk omal nie rozerwał Maksowi bębenków. Rozległ się zgrzyt protestującej stali, kiedy pojazd ciągnął za sobą dymiący wrak, a po chwili nie wiadomo już było, gdzie kończy się jeden wóz, a zaczyna drugi, bo oba zmieniły się w wielką, sunącą po ziemi niczym czołg kulę dymu i dartej stali. Brnący naprzód na skutek rozpędu wrak znajdował się tuż za plecami uciekających, ale cudem udało im się go wyprzedzić. Zamarli na chwilę pod ścianą jakiegoś przydrożnego sklepu (na opłotkach pełno było takich dziur, gdzie kierowcy mogli kupować najprzeróżniejszy złom: od antyradarów po CB radia i inne bajery) i odwrócili się w stronę trzeszczącej kupy złomu, która właśnie zmieniała się w ognista pożogę.
Płomienie buchały spod maski radiowozu, ale zaraz zajął się też zmiażdżony jak plastikowa zabawka opel. Wtedy jednak stało się coś jeszcze gorszego. Drzwi auta, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, otwarły się ze zgrzytem dartej stali, aby chwilę potem ON znów pojawił się na ulicy. Tym razem Chiński w ogóle nie wyglądał już jak człowiek, ale jak poskręcana, upiorna karykatura, pokryta zakrzepłą krwią, lecz o dziwo wciąż stawiająca ostrożne kroki. Przeczące prawom natury monstrum już po chwili zaczęło nabierać prędkości, krocząc przed siebie jak dziwaczna machina wojenna na dwóch nogach. To, co kiedyś było ludzkim ciałem, przypominało teraz jakąś dziwaczną, wypaczoną konstrukcję złożoną z nieforemnych dźwigów i krokwi. Potwór lazł dalej.
Nie, pomyślał Jankowicz, tylko nie to. Tylko nie znowu to. Czy on nigdy nie przestanie? Czy on nigdy się nie podda? Z tą szaleńczą myślą kotłującą się w głowie czym prędzej odwrócił się do Irminy, po czym oboje zgodnie ruszyli naprzód, przemykając między budyneczkami należącymi do niewielkich firm, lawirując pośród labiryntu płotków, murków, blachy falistej i betonu. Nie zatrzymywali się ani razu, bez przerwy słysząc za sobą przyspieszające kroki. ON ich ścigał i był coraz bliżej. ON nigdy się nie męczył.
- Tutaj! – zawołała Irmina, a Jankowicz podążył za jej spojrzeniem. – Szybko, tutaj! Gazem!
Ponad ich głowami pojawił się znak głoszący:

CAR SERWIS
NAPRAWA I SPRZEDAŻ UŻYWANYCH SAMOCHODÓW
otwarte pon.-pt. godz.10-19 sob. godz. 12-16

Wbiegli na teren serwisu. Maks zobaczył rzędy lśniących w słońcu samochodów, czekających na trawiastym podjeździe za bramą. Wbiegli między nie, kierując się w stronę kamiennego budyneczku po drugiej stronie. Była to jakaś szopa, jednak Jankowicz nie mógł więcej stwierdzić z tej odległości. Irmina dobiegła do niej jako pierwsza, otworzyła duże, stalowe drzwi i zniknęła w ciemności za nimi. Maks podążył za jej krokami, po czym odwrócił się i stanął niemal twarzą w twarz z upiornym zombie. Trup nadchodził tak szybko jak pociąg ekspresowy albo samolot, wymachując na boki swoimi połamanymi kończynami jak ożywione drzewo w makabrycznym tańcu. Jankowicz zebrał wszystkie siły i zatrzasnął drzwi niemal przed samym jego nosem, a następnie zaciągnął zasuwę i byli już bezpieczni, sami w ciemności, a potwór mógł się tylko dobijać, niszcząc ich nadzieję na wyjście z tej szopy z życiem.
- Jezu! – zawołał Maks. – O Jezu!
A potem opadł na plecy, znieruchomiał pod ścianą i stracił przytomność. Przez chwilę pływał w morzu nicości, poddając się ciemnym prądom, pozwalając im miotać swoim ciałem na wszystkie strony jak kawałkiem drewna. Potem śniło mu się, że trafił do jakiegoś zimnego, czarnego pomieszczenia, w którym wraz z nim znajdował się ten ogromny, różowy króliczek z odstającymi uszami i śpiewał jakąś dziecinną piosenkę, która szła mniej więcej tak: „Graj mi słodko, słodko graj, tylko nie zapomnij, że cię kocham…” Jeszcze później znajdował się w tym samym pomieszczeniu, ale już nie było mu zimno, zamiast tego czuł upał, aż po plecach spływały mu krople potu. Tuż przed nim uklęknęła na jedno kolano Irmina. Była kompletnie naga, jeśli nie liczyć mikroskopijnych, czarnych stringów. Małe, różowe sutki jej pełnych piersi sterczały w podnieceniu, gdy zdejmowała mu spodnie, potem ściągała majtki i umieszczała jego zesztywniały członek między swoimi nogami. Czuł podniecenie tak głębokie, że ledwie panował nad swoim ciałem.
Właśnie wtedy się obudził, a Irmina rzeczywiście tam była, tylko że częściowo ubrana, ani w połowie tak czysta i nieskalana jak w jego śnie. Naga do pasa, z odsłoniętymi przez krótką spódniczkę nogami, odrzuciła do tyłu biustonosz i skostniałymi dłońmi rozmasowywała sobie ramiona.
- Zimno – wyjaśniła.
Jankowicz podniósł się, ale zamiast chłodu wciąż czuł gorąco. Emanowało gdzieś z okolic krocza, a przez materiał spodni wyraźnie odznaczała się jego potężna erekcja. Był sztywny jak kawałek stali. Podświadomie słyszał krzyki i łomoty wywoływane przez szalejącego na zewnątrz umarlaka, ale tak naprawdę to miał je gdzieś. W tej chwili pragnął tylko zaspokoić swoje pożądanie. Rozpiął spodnie i pokazał dziewczynie wzwód, jakby prosił o łaskę. A ona zgodziła się. Podeszła doń wolnym krokiem, po czym zaczęli się całować, rozgniatając usta o usta, rozkoszując się dotykiem własnych warg i języków. Maks położył dłonie na jej piersiach, aż poczuł pod palcami sztywniejące sutki, a potem położyli się na ziemi i Irmina rozłożyła nogi, bez słowa pozwalając mu się posiąść. Ujął jej uda rękami, po czym umieścił pomiędzy nimi swój członek i jednym pchnięciem zagłębił się w ten rozkoszny, miękki futerał pełen wilgoci. Napierał na nią ostrożnie, poruszał się w przód i w tył, wolno stopniując rosnące w lędźwiach napięcie. Leżała pod nim ulegle, pojękiwała cicho przy każdym mocniejszym pchnięciu jak dzika kotka, prosiła go o jeszcze. Chciała więcej, nie mogła się opanować.
Poruszali się spazmatycznie, aż rosnące w nich podniecenie docierało do granic wytrzymałości, a napięcie seksualne stawało się całym światem. Maks zagłębiał w niej swój do bólu naprężony instrument, potęgując pożądanie; leżał na niej i szybko, łapczywie całował jej piersi. Dziewczyna falowała niesamowicie brzuchem i udami, przez co zdawała się brać go jeszcze głębiej, jeszcze intensywniej. Po niecałym kwadransie miała orgazm. Wtedy przewrócił ją ostrożnie na brzuch i łagodnie wsunął swą erekcję między jej miękkie, sprężyste pośladki. Zaczął zadawać szybkie pchnięcia, aż do jego uszu dobiegł rytmiczny, klaskający odgłos. Irmina jęczała z przyjemności, błagała o łaskę, a on niepowstrzymanie parł dalej, tak głęboko jak nie posunął się dotąd żaden mężczyzna, a jego spuchnięty członek zaczął pulsować i sztywnieć, zapowiadając zbliżający się wytrysk. I wreszcie wybuchnął w niej, cały czas pracując biodrami jak tłokiem lub młotem pneumatycznym, póki nie oddał ostatniego ładunku nasienia. Irmina krzyczała, osiągając drugi orgazm.
Potem leżeli bez ruchu obok siebie, a żywy trup walił niezmordowanie w zamknięte na głucho drzwi i porykiwał wściekle jak drapieżnik, który nie może dorwać upatrzonej zwierzyny. I kiedy tak odpoczywali, Jankowicz poczuł, że jest mu wszystko jedno. Czekał więc spokojnie, bo wiedział, że narkotyki przestają kiedyś działać, a po każdego człowieka przychodzi zasłużona śmierć. Wystarczyło więc tylko tutaj siedzieć, dopóki nieumarty wreszcie nie padnie lub nie znajdzie sposobu na dostanie się do ich kryjówki. Liczył, że tej nocy nie będzie musiał już walczyć. Liczył, że tej nocy wszystko się skończy.
Wtedy dziewczyna zaczęła opowiadać. Chodzący trup naprawdę nie nazywał się Chiński, co było raczej łatwe do przewidzenia, ale Edi Grzędzian, i był najbardziej niebezpiecznym skinheadem na osiedlu. Kiedyś Irmina nie tylko go lubiła, ale także podziwiała. Przespała się z nim kilka razy, ale nie był dobrym kochankiem, tak więc ograniczyła się tylko do podziwu. Kiedy jednak dzisiejszego dnia, pokonany przez mniejszego od siebie, zamiast pogodzić się z porażką, zażył valkiria mortis i ruszył po zemstę, zaczęła się go bać i postanowiła oszczędzić jego ofiarę. Nie spodziewała się jednak, iż ten osławiony narkotyk będzie działał tak długo i w tak dramatyczny sposób… Teraz natomiast siedzieli w tym oboje, gotka uzależniona od death metalu i heroiny oraz on, niepozorny chłopak o wielu ukrytych talentach i niezwykłej naturze. Irmina podziwiała go tak, jak kiedyś Ediego Grzędziana, zwanego Chińskim, jednak on był zupełnie inny od osiłkowatego skina: czuły, wyrozumiały, zdecydowany.
Imponował jej. Pociągał ją.
Za drzwiami rozległo się przeciągłe łup-łup-łuuuup, ale nie zareagowali, tylko nadal leżeli na podłodze w nadziei, że to wszystko samo się skończy. W pewnej chwili Maks znów poczuł przypływ podniecenia, a Irmina ścisnęła jego twardego członka i znów kochali się w ukryciu, spragnieni swoich ciał, pełni pożądania. Zaś prawie godzinę później drzwi do szopy w końcu nie wytrzymały i spragniony krwi potwór dostał się do środka, rycząc jak oszalałe zwierzę. W przeciągu kilkunastu minut było po wszystkim. Stwór najpierw dopadł Maksa, chwycił go wpół swoim powyginanym ramieniem, a drugą ręką przebił go jak puszkę sardynek, wyciągając na wierzch czyste, parujące wnętrzności. Bluznęła gęsta, cuchnąca krew, aż skulona w kącie Irmina zaczęła wrzeszczeć. Potwór przegryzł krtań Jankowicza i wychłeptał fontannę krwi, a kiedy już skończył, odrzucił jego ciało jak dziecko odrzucające niepotrzebną zabawkę i zwymiotował na ziemię kawałkami nadpalonego ciała, chorego mięsa i lepkiej, przypominającej kwas krwi. Pozbywszy się swego własnego, zatrutego śmiercią wnętrza, opadł na ziemię na wprost Irminy i umarł.
A ona patrzyła z fascynacją. O to chodziło. Chciała poczuć właśnie coś takiego. Kochać się z człowiekiem, który za chwilę umrze, patrzeć w jego twarz pozbawioną nadziei, zastanawiać się, co czuje. Te chwile dostarczyły jej prawdziwych emocji, te chwile zostaną z nią na zawsze. Od początku liczyła, że tak to się skończy, i nie myliła się. Było jej przykro z powodu Maksa, ale uczucie podniecenia dominowało. Widziała, jak człowiek reaguje na śmierć, jak w ostatnich chwilach swego życia chwyta się bezsensownej nadziei, jak za wszelką cenę pragnie przeżyć rozkosz, kiedy naokoło czeka go tylko koszmar.
Tylko koszmar.
Pod wpływem tej fascynacji, czując przypływ podniecenia, sięgnęła jedną ręką pod spódniczkę i dotknęła się między nogami, przypominając sobie seks z Maksem, a potem podeszła do jego martwego ciała, odnalazła wciąż jeszcze sztywny członek i pieprzyła się z nim po raz ostatni, babrając się wśród krwi i flaków. To właśnie była prawdziwa natura. To była prawdziwa miłość. I wreszcie, prawdziwy odjazd.
Valkiria mortis.






KONIEC



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -