Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




MARZENKA

Jan Woland

Słońce zbliżało się ku zachodowi. Mężczyzna podniósł się z ziemi prostując plecy. Od rana z żoną pracowali w polu. Zawsze wstawali o świcie i szli pracować. Wracali przed zachodem słońca. Mimo ciężkiej pracy pieniędzy nadal było za mało. Nie byli w stanie utrzymać dwóch młodych chłopców i dorastającej dziewczyny, żeby tego było mało mieli na głowie starą zniedołężniałą babcię. Potrzebowała ona stałej opieki i leków, na które nie było ich stać. Opieką zajmowała się Marzenka, córka. Chłopcy chociaż byli mali, ale chętnie pomagali w polu, jeżeli praca nie była dla nich zbyt ciężka. Mężczyzna nigdy nie był zadowolony z tego, że ma córkę. Jako rolnik potrzebował raczej silnych chłopców do pomocy. Początkowo chciał nawet utopić dziewczynę w pobliskiej rzece, kiedy była jeszcze niemowlęciem, ale zawsze na drodze stawała jego matka. Teraz role się odwróciły, Marzenka opiekowała się staruszką. W przeciwieństwie do babci była zbyt słaba i nie przeciwstawiała się ojcu, na czym często obie traciły.
- Chyba już pora wracać – podeszła do niego żona wycierając spocone czoło chustką. Patrzyła na męża ze strachem. Było tak od dnia ich ślubu, wtedy okazał się prawdziwym tyranem, jednak mimo to go kochała i nie potrafiła odejść – To dziś. Czy jesteś pewny? Wolałabym…
- Jestem pewny! – ryknął wchodząc kobiecie w zdanie – Poza tym nie mamy wyjścia. Nie stać nas na utrzymywanie jej dłużej! Dzieci myślą, że wyjeżdża, nawet Marzenka w to uwierzyła.
Przez większość drogi do domu szli w milczeniu. Jednak kiedy zobaczyli światła i swoją córkę w oknie nakrywająca do stołu, zatrzymali się. Kobieta zaczęła płakać.
- Ale czemu ona? Przecież to jeszcze dziecko! Kto wie, co oni jej tam zrobią! Proszę! Jeszcze nie jest za późno! – łkała krzycząc na męża – Pro.. – mężczyzna uderzył ją w twarz. Kobieta przewróciła się na ziemię.
- Postanowione! Obie mają zniknąć! – wrzeszczał pochylony nad żoną. Wiedziała, że nie jest w stanie nic zrobić, żeby zmienił zdanie. W takich chwilach, jak ta, nienawidziła go. Chciała mu powiedzieć, co o nim myśli, że widzi w nim potwora, ale nigdy się nie odważyła. To ją najbardziej bolało, nie potrafiła się sprzeciwić kiedy mężczyzna, z którym dzieli łóżko ich córki i swojej matki. Siedziała cicho, bo wiedziała, że ją może spotkać taki sam los.

* * *

- Marzenko przyszło dziś pismo z internatu. Dostałaś stypendium, napisali, że oczekują Cię w przyszłym tygodniu. – oświadczył ojciec starając się ukryć swoje zadowolenie, że wreszcie pozbędzie się córki. Dziewczynka spuściła głowę i przytaknęła. Nigdy nie sprzeciwiała się ojcu, wiedziała, że grozi za to lanie. Kiedy zrozumiała, że ojciec nie ma jej już nic do powiedzenia wyszła z pokoju. Nie podnosiła głowy, nie z szacunku. Nie chciała widzieć zadowolenia na jego twarzy. Tak bardzo go kochała, a on jej nienawidził. Nie wiedziała czemu, ale kiedy to okazywał pękało jej serce.
Mężczyzna patrzył na swoją odchodzącą córkę. Miała zaledwie piętnaście lat, ale wyglądała bardzo dojrzale jak na swój wiek, była w pełni rozwiniętą kobietą. Słyszał różne historie o miejscu, do którego ją wysyła i o ludziach tam pracujących. Głównie o mężczyznach. Zastanawiał się, co z nią zrobią, nawet się domyślał, ale nic go to nie obchodziło. W ogóle nie był zainteresowany losem córki. Dla niego liczyło się tylko gospodarstwo i synowie, którzy je przejmą. Dla nich był gotowy do największych poświęceń.
Marzenka weszła do pokoju babci. Usiadła na stołeczku przy łóżku i wzięła staruszkę za rękę.
- Pewnie jesteś podekscytowana babciu. Dziś rodzice zawiozą Cię do domu opieki. Będziesz tam miała porządną opiekę, nie to, co ja tutaj… - oczy dziewczynki napłynęły łzami, głos grzązł w gardle - … ja wiem, że ty mnie słyszysz, chociaż ojciec mówi, że nie … - nadeszła kolejna fala łkania - …pamiętasz jak zabierałaś mnie na wycieczki na mostek … tam gdzie woda w rzece jest najgłębsza … koło jeziorka … - głos dziewczynki łamał się, jednak starał się ciągle mówić - … byłam jeszcze bardzo mała, ale pamiętam … zawsze opowiadałaś mi różne historie … a … a ja się tak bałam tej … tej o tej starej posiadłości … tej na wzgórzu za lasem … co … co teraz jest w niej dom dla wariatów … ty powtarzałaś mi, że mieszkają tam … demony w ludzkiej skórze … a ja się tak bałam … - dziewczynka skryła twarz w dłoniach i szlochała. Od zawsze babcia była przy niej, była najbliższą jej osobą – … a za tydzień ja też wyjadę … - Marzenka starała się dalej opowiadać, choć głos jej się często łamał - … dostała stypendium … i … będę teraz mieszkała w internacie … w mieście … - zdołała się zdobyć na lekki uśmiech, chociaż zniknął on szybko z jej twarzy wywołując kolejne łkania - … ojciec powiedział, że już więcej cię nie zobaczę… że nie będę mogła cię odwiedzać … że tam gdzie będziesz nikt nie może … - dziewczyna przestała mówić, nie była już w stanie. Jedynie szlochała.

* * *

Po zapadnięciu zmroku z domu wyszedł mężczyzna niosąc na rękach staruszkę. Na wozie czekało już przygotowane posłanie z poduszek i koca, ułożył kobietę wygodnie i przykrył. Z domu wybiegli uradowani chłopcy, nie do końca świadomi tego co się dzieje. W progu stała Marzenka wsparta o futrynę. Płakała, kilku godzin nie mogła przestać.
Mężczyzna upewnił się, że konie są dobrze zaprzężone i usiadł na miejscu woźnicy. Żona odprowadziła chłopców do łóżek i wróciła na wóz. Po drodze ucałowała w czoło płaczącą Marzenkę, sama również płakała. Usiadła koło męża i ruszyli.
Dziewczynka stała w progu dopóki wóz nie zniknął za zakrętem. Kiedy już nie było widać rodziców ruszyła biegiem ich śladami. Chciała zobaczyć gdzie zawiozą babcię, żeby mogła potajemnie ją odwiedzać. Śledziła rodziców, aż do mostku, gdzie zatrzymali wóz. Marzenka obserwowała wszystko ukryta w krzakach rosnących pod wielkim drzewem na skraju lasku. Ojciec zszedł i szybkim krokiem udał się na brzeg jeziorka. Podniósł największy kamień jaki był w stanie unieść i wrócił z nim na mostek. Matka również zeszła z wozu. Spod poduszek na których leżała babcia wyjęła linę i obwiązała ją wokół kamienia. Ojciec wziął z wozu swoją matkę i podszedł z nią do barierki. Żona zawiązała pętlę na szyi staruszki. Mężczyzna niewzruszony opuści ręce. Ciało staruszki wypadło za barierkę. Lina się napięła. Usłyszeli gruchot łamanych kości. Kamień delikatnie poruszył się. Żona chciała przytulić się do męża, ciągle płakała, jednak ją odepchnął. Podniósł kamień i wyrzucił go do rzeki. Ciało i kamień wpadły do wody niemal jednocześnie, wydając jeden przeciągły dźwięk chlupnięcia. Mężczyzna wychylił się, żeby sprawdzić, czy zwłoki nie wypłynęły, ale nie było po nich śladu. Wrócił na wóz, gdzie czekała już zapłakana żona.
W krzakach Marzenka z przerażeniem obserwowała rozwój wydarzeń na mostku. Wiedziała, że ojciec jest okrutny, ale nigdy nie sądziła, że aż tak. Kiedy zrzucił babcię, chciał podbiec, chciał go zabić. Nie ruszyła się jednak wiedząc, że bez mrugnięcia okiem by ją wykończył, nie miała wątpliwości po tym co zobaczyła. Kiedy wrzucił kamień i zwłoki staruszki zatonęły zapragnęła uciec jak najdalej stąd, od tego potwora. Nie mogła uwierzyć, że matka też była w to zmieszana, że pomagała. Nie była w stanie jej tego wybaczyć. Gdy rodzice wsiedli na wóz Marzenka ruszyła pędem do domu.

* * *

Przez cały ostatni tydzień Marzenka wydawała się mamie jakaś nieobecna. Kobieta starała się porozmawiać z córką, jednak dziewczyna unikała wszelkich kontaktów. Ojciec nie nawet tego nie zauważał, chodził rozradowany i w wolnym czasie bawił się z synami.
W nocy dziewczyna się przebudziła, zdawało jej się, że słyszy jakiś hałas. Była przekonana, że ktoś jest w pokoju. Podniosła się na łóżku i rozejrzała wokoło. Chwilę wpatrywała się w ciemność, ale nic nie dostrzegła. Miała się kłaść, jednak usłyszała za sobą szmer. Ktoś stojący za z tyłu zarzucił jej worek na głowę. Wokół głowy na wysokości ust zacisnęli jej pętlę, związali nadgarstki. Starała się krzyczeć, wzywać pomoc, ale sznur wciskający worek w jej usta zadziałał jak knebel.
- Zabrać ją! – usłyszała głos ojca. Zaczęła szlochać. Jakieś ręce schwyciły ją i wyniosły z domu. Z całych sił starała się wyswobodzić, jednak porywacze byli zbyt silni. Przed domem usłyszała płacz matki.
Kobieta widząc jak dwóch typów wynosi jej córkę rzuciła się na pomoc. Schwyciła jednego za ramię i starał wyszarpnąć jego ramię. Porywacz puścił nogę dziewczynki i odepchnął kobietę. Marzenka zaczęła machać wolną nogą, jednak oprawca zdążył ją złapać zanim zdążył go trafić. Lekki wiatr unosił koszulę dziewczynki odsłaniając jej piękne, młode ciało.
Z domu wyszedł ojciec, najpierw podszedł do żony, podniósł ją z ziemi i wymierzył mocny cios w twarz. Kobieta upadła na ziemi, szlochała, cios rozerwał jej wargę i łzy spływając mieszały się z krwią i skapywały na ziemię. Oprawcy wrzucili na wóz związaną dziewczynkę. Do jednego z nich, wysokiego i szczupłego, podszedł ojciec Marzenki.
- Dalej się nią już zajmiecie. Nie obchodzi mnie co z nią będzie, nie chcę jej tu więcej widzieć – mówił półszeptem, jakby bał się, że ktoś go usłyszy.
- Jasna sprawa, już moja w tym głowa – mężczyzna podał sakiewkę ojcu Marzenki – oto obiecana zapłata.
Dryblas wsiadł na wóz i złapał dziewczynkę za wierzgające nogi.

* * *

Kiedy wóz znalazł się w bezpiecznej odległości od domu Marzenki woźnica zatrzymał konie. Wokoło słychać było jedynie odgłosy szumiącego lasu. Silne ręce złapały dziewczynkę i ściągnęły ją z wozu. Napastnik cisnął jej delikatnym ciałem o ziemię. Starała się podnieść, ale nie była w stanie, nadal miała na głowie worek i związane ręce. Słyszała wokół siebie śmiechy, starała się krzyczeć, ale nie przynosiło to efektu, jej głos tłumił knebel. Z oczu spływała rzeka łez. Jeden z oprawców pochylił się nad nią i zerwał ubranie odsłaniając nagie młode ciało. Płacz dziewczynki zamienił się w lament, ale głos nadal nie opuszczał gardła. Zamknęła oczy, mimo, że worek przesłaniała jej widok i zaczęła się modlić, z całych sił zaciskając mięśnie. Kiedy kończyła pierwszą litanię napastnik wlazł na nią i rozłożył jej nogi. Nie była w stanie powstrzymać go, był zbyt silny. Poczuła ból, jakby ją rozerwał, starała się bronić wymachując nogami. Dobiegł ją głośny śmiech drugiego oprawcy. Widok kolegi gwałcącego dziewczynkę wprawił go we wspaniały humor.
- Pomogę ci! – rzucił przez śmiech. Po tych słowach Marzenka poczuła silne uderzenie w głowę, po którym straciła przytomność.

* * *

Niepewnie otworzyła oczy. Leżała na zimnej podłodze w ciemnym pomieszczeniu. Spokojnie podniosła się i rozejrzała wokoło. Znajdowała się w niewielkiej celi, wyglądającą bardzo staro. Otoczona murami z kamienia, bardzo solidnymi. Na jednej ze ścian znajdowało się malutkie zakratowane okienko, dokładnie naprzeciwko masywnych, drewnianych drzwi. Wolnym krokiem podeszła do okienka. Dopiero teraz zdała sobie sprawę ze swej nagości. Całe ciało pokrywały jej sińce i zaschnięta krew, włosy miała nią pozlepiane.
Za oknem widok rozpościerał się na las, rzekę i mostek, pod którym spoczywało ciało jej babci. Oczy napłynęły jej łzami na myśl o staruszce. Trochę dalej widziała swoją wieś. Pod okienkiem znajdował się wysoki, gruby mur otaczający posesję. Patrząc na okolicę zdawała sobie sprawę z tego gdzie się znalazła. To miejsce, o którym opowiadała jej babcia, a ona się bała. Dom dla wariatów, szpital psychiatryczny. Tylko dlaczego ona tu jest? Przecież całe życie była normalna.
Usłyszała za sobą trzask. Odskoczyła na bok, była pewna, że ktoś otwiera drzwi. Starała ukryć się w kącie celi, całymi siłami wpychała się ścianę, czuła jak wystające zimne kamienie wbijają jej się w plecy. Rękami starała się zasłonić swoją nagość. Przestraszonymi oczami patrzyła na drzwi, które się nie poruszały. Dostrzegła w nich jakieś wgłębienie wielkości pięści. Cicho, niemal bezszelestnie, podeszła bliżej, by się przyjrzeć. Zrozumiała, że jest to otwór, przez który mogą ją obserwować z zewnątrz nie otwierając drzwi.
Powróciła do miejsca, w którym się ocknęła. Na ziemi leżał koc, jedyny przedmiot jaki teraz posiadała. Ułożyła się otulając nim swe ciało. Wspominała ostatnie wydarzenia jakie ją spotkały. Żyła tyle lat z człowiekiem, który okazał się potworem, to jej ojciec powinien być teraz w tej celi, nie ona. Łzy napłynęły jej do oczu, nienawidziła go, ale nadal to był jej ojciec i jakaś cząstka wciąż darzyła go niezasłużoną miłością. Zastanawiała się co będzie z jej braćmi, chociaż była pewna, że są bezpieczni. Ten potwór nigdy ich nie skrzywdzi.
Starała się zasnąć, jednak rozbudzał ją każdy szmer. Była zbyt przerażona, bała się wszystkiego. W myślach zaczęła się modlić, jednak nie otwierała ust. Nie chciała się odzywać. Bała się swojego głosu, że ktoś ją usłyszy i przyjdzie ją skrzywdzić.

Szczęk kluczy wyrwał ją z delikatnego snu. Usłyszała skrzypnięcie otwieranych starych drzwi. Odskoczyła w kąt swojej celi i nakryła się kocem czekając na najgorsze. Zobaczyła jedynie rękę, która postawiła przy drzwiach kubek z wodą i wrzuciła kilka kromek suchego chleba, pierwszy posiłek, jaki dostała od opuszczenia domu. Nie ruszyła się z miejsca dopóki znowu nie usłyszała klucza zamykającego drzwi. Kiedy miała pewność, że nikt niespodziewanie nie wkroczy, rzuciła się na jedzenie. Pochłaniała czerstwe pieczywo popijając je wodą, zbierała z ziemi okruszki i zlizywała je z palców.
Po południu drzwi się ponownie otworzyły. Tym razem do celi wtoczył się wielki gruby mężczyzna. Trzymał w ręku wiadro wody.
- Pod ścianę! – tłustym palcem wskazał miejsce pod zakratowanym okienkiem, Marzenka jednak nie zareagowała. Siedziała wciśnięta w kąt celi, zakryta kocem.
- Już! Pod okno! – krzyk nie odnosił zamierzonych efektów, dziecko jedynie bardziej zakrywało się kocem. Grubas więcej już nie nalegał. Wylał lodowatą wodę na dziewczynę, która aż odskoczyła z zimna. Mężczyzna wychylił się za drzwi i odstawił puste wiadro. Wziął kolejne pełne i tym razem bez słowa wylał na Marzenkę. Spojrzał jeszcze na nagą dziewczynę ociekającą wodą w ciemnej celi, uśmiechnął się i wyszedł.
Nocą, kiedy starała się zasnąć usłyszała krzyki. Zdawały się dobiegać z celi obok, ale mogło to być tylko złudzenie, echo niosące głos po starych pustych ścianach. Krzyk był przeraźliwy, dziewczynka schowała się w kącie celi obserwując otoczenie i czekając, aż wszystko znowu ucichnie. Po chwili dołączyły inne głosy, wtórując pierwszemu wyciem, bądź piszczeniem. Wszystko wokoło zdawało się szaleć. Pośród tych hałasów nawet kamienie wystające ze ścian zdawały się krzyczeć. Z daleka dobiegał również znajomy śmiech, ten, który słyszała w lesie zanim ją tu przywieźli. Początkowo był bardzo daleko, ale cały czas się zbliżał. Marzenka już wiedziała, że oprawca znowu po nią idzie. Siedziała skulona pod ścianą cicho łkając i obserwując drzwi. Kiedy klucz wsunął się w drzwi zamarła. Miała nadzieję, że jej się wydaje, że to tylko zły sen. Drzwi jednak się otworzyły, serce dziewczynki przestało bić. Stanął przed nią znajomy grubas.
- Będziesz grzeczna kochanie? Czy mam znowu cię kopnąć? – zaśmiał się potwornie. Marzenka nie miała gdzie uciekać, starała się z całych sił wcisnąć w ścianę, ale silna ręka złapała ją za kostkę i wyciągnęła na podłodze. Grubas najpierw przykucnął, następnie położył się z ciężkim sapaniem na dziewczynce. Ściągnął swoje spodnie i rozłożył nogi swojej ofiary. Nie miała jak się bronić, ręce przyciskał jej do podłogi, nogi przytrzymywał swoimi. Zaczęła płakać, głośno wyć, ale to nie pomagało, jej głos niknął wśród hałasów domu. Grubas nadal ją gwałcił pocąc się i sapiąc. Nie widząc inne szansy na ratunek dziewczynka zacisnęła z całych sił zęby na uchu oprawcy.
- Aaa! – zawył z bólu. Całymi siłami pociągnął głowę do góry, pozostawiając kawałek ucha w zlanych krwią ustach Marzenki. Grubas zeskoczył z niej i podciągnął spodnie. Dziewczynka nadal leżała na podłodze zawodząc. Gwałciciel złapał ją za włosy i podniósł.
- Nauczę cię szacunku dziwko! – krzyczał z nienawiścią, z ucha sączyła mu się krew ściekająca na ramię. Splunął na twarz swojej ofiary i cisnął nią o ścianę. Uderzyła głową o jeden z wystających kamieni. Nieprzytomne ciało opadło na podłogę. Grubas jeszcze stanął nad nią i wyszczał się na nieprzytomną Marzenkę. Humor szybko mu wrócił, wyszedł z celi znowu się śmiejąc.
Obudziła się dopiero wieczorem następnego dnia. Kiedy oprzytomniała znowu stał nad nią grubas. Śmiał się trzymając w ręku wiadro lodowatej wody. Dziewczynka uniosła wzrok, by spojrzeć na swego oprawcę.
- Dzień dobry – zaśmiał się. Kopnął półprzytomną dziewczynkę z całej siły w brzuch. Krew napłynęła jej do ust, ciało odruchowo zwinęło się starając bronić brzuch przed kolejnym atakiem, który jednak nie nastąpił. Grubas wylał wodę na Marzenkę. Zimno przebiegło przez całe jej ciało napinając wszystkie mięśnie, skurcz wyprostował ją na chwilę.
Znowu została sama, leżała zmarznięta i obolała na zimnej kamiennej podłodze. Myślami starała się uciec z tego strasznego miejsca. Wracała do swojej rodzinnej wis, wycieczek z babcią nad rzekę, zabaw z braćmi, porannych spacerów do szkoły. Przez chwilę była szczęśliwa, jednak rozbudziło w niej to poczucie samotności. Zrozumiała, że nie jest pierwszą osobą, która trafiła do takiego miejsca. Słyszała historie o rodzinach, które oddają kogoś do szpitala psychiatrycznego z powodu biedy. Ona poza biedą miała jeszcze ojca tyrana, który jej nienawidził. Zastanawiała się jak wiele dzieciaków jeszcze trafi do tej celi po niej. Chciała jakoś pomóc kolejnym ofiarom tego obłędu. Jedynym pomysłem jaki przyszedł jej do głowy było napisanie listu, może dzięki temu kolejna osoba nie będzie już taka samotna. Zastanawiała się gdzie może zachować się najdłużej coś takiego, ale żeby była w stanie też tego dokonać. Najlepsze były drzwi, drewno jest miększe od kamienia, a przetrwać może bardzo długo. Musi jedynie odpowiednio mocno wyryć literki. Podniosła się i podeszła do nich. Delikatnie paznokciem zaczęła drapać. Lekki ślad, jaki pozostawał był zbyt słaby, aby przetrwać. Zaczęła drapać mocniej. Drewno wolno ustępowało pod jej paznokciem. Pierwszego dnia zdołała wyryć jedno słowo, własne imię. Położyła się na kocu i wyciągała drzazgi spod paznokcia. Krew lała się delikatnym strumyczkiem po palcu, a następnie po dłoni i skapywała na podłogę. Marzenka patrzyła na czerwoną ciecz z poczuciem wyższości, teraz miała cel. Postanowiła opisać swoją historię na tych drzwiach. Położyła się pełna dumy, pierwszy raz usypiała spokojnie w tym miejscu. Nawet nie przeszkadzało jej, że w nocy znowu przyszedł grubas i ją gwałcił. Stała się obojętna na wszystko, teraz liczyła się tylko jej opowieść.
Rano od razu przystąpiła do pracy. Tym razem szło jej o wiele szybciej. Napisała cały wyraz, po którym zrobiła sobie odpoczynek. Podczas pisania drugiego słowa paznokieć o coś zahaczył. Dziewczyna starała się go oswobodzić szarpiąc dłonią mocno we wszystkie strony. Przy każdym szybkim ruchu ręką czuła jak delikatna skórka odrywa się od paznokcia. W oderwanym miejscu zbierały się duże ilości krwi. Ból wzrastał z każdym szarpnięciem, łzy lały jej się z oczu strumieniami. Widząc, że takie rwanie po kawałku sprawia za duży ból przestał. Spojrzała jeszcze raz na swój palec ociekający krwią, nadal tkwiący w drzwiach. Nie widziała już innego wyjścia, zebrała wszystkie siły i najmocniej jak potrafiła szarpnęła dłonią w dół. Paznokieć oderwał się z palca pozostając w drzwiach. Krew obficie zbierała się w miejscu rany i skapywała na podłogę celi. Z ust Marzenki wyrwał się przeraźliwy krzyk przesiąknięty bólem. Dziewczynka opadła na kolana podtrzymując drugą ręką krwawiący palec. Przez resztę dnia nie była w stanie się ruszać, leżała sparaliżowana bólem.
Następnego ranka starała się kontynuować pisanie, jednak ból wciąż był zbyt silny. Patrzyła na drzwi nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Ujrzała oderwany paznokieć tkwiący w drzwiach. Wyrwała go, miała narzędzie do rycia. Używała martwego paznokcia dopóki się całkowicie nie starł i połamał, w tym czasie palec przestał boleć, pojawił się nawet zalążek nowego paznokcia.
W ciągu kilku miesięcy zapisała całe drzwi tracąc przy tym paznokcie ze wszystkich palców po kilka razy. Grubas po pewnym czasie przestał przychodzić, pewnie przywieźli jakąś nową dziewczynkę, którą teraz się zaopiekował. Razem z ukończeniem opowieści zauważyła, że jej życie znowu straciło sens.

Całymi dniami snuła się po celi, wyobrażała sobie, że jednak poszła do internatu i że jest teraz wielką damą. Z czasem wszystko wydawało jej się coraz bardziej realne. Zaczynała zatracać kontakt z rzeczywistością.
Jednej nocy obudził ją głos wołający jej imię.
- Kto? Kto to? – szeptała dziewczynka.
- To ja, babcia – z mroku wyłoniła się postać niskiej, chudej staruszki. Dziewczynka zaczęła płakać.
- Przecież nie możemy się odwiedzać…
- To ty Marzenko nie możesz do mnie przychodzić. Ja mogę cię odwiedzać, kiedy tylko zechcę – babcia przykucnęła przed wnuczką i objęła jej dłonie. Z zza ściany dobiegł straszny skowyt, dziewczynka odruchowo odwróciła głowę. Kiedy chciała ponownie spojrzeć na staruszkę, tej już nie było.
Każdej nocy Marzenka biegała po swej celi szukając babki, krzyczała i płakała, by po chwili znów się śmiać. Staruszka jednak już więcej nie przyszła.

* * *

Jednej zimowej nocy ze snu wybudził ją silny uścisk na szyi. Grubas z uśmiechem spojrzał jej w oczy trzymając rękę na jej gardle. Dziewczynka na chwilę zamarła. Drugi osobnik związał jej ręce z tyłu. Wyprowadzili ją z celi. Szli przez długi korytarz, następnie po schodach w dół. Zatrzymali się dopiero w piwnicy. Grubas otworzył drzwi, zaś drugi osobnik rozwiązał jej ręce i wepchnął do pomieszczenia. Wbiegła po wilgotnej podłodze potykając się o coś. Wokoło słychać było delikatne popiskiwanie gryzoni. Usiadła na ziemi. Pomieszczenie było całkowicie ciemne, nie było okien, ani kratki w drzwiach. Kiedy oczy przyzwyczaiły jej się do mroku ujrzała, że coś leży na podłodze. Wszędzie były porozrzucane kości i ludzkie czaszki. Z przerażeniem patrzyła na swoje nowe towarzystwo, kiedy poczuła, że coś ugryzło ją w nogę wyrywając kawałek mięsa z łydki. Odwróciła się. W jej kierunku czołgała się trójka zapuszczonych, wygłodniałych mężczyzn. Jednego z nich rozpoznawała, tego, który ją nadgryzł. To był jej ojciec.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -