Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




A man standing outside the door

Joanna Piwowar

-Deb, chodź tu!
Mikey wyciągnął rękę do tyłu, by przywołać do siebie siostrę. Nie zareagowała. Wciąż siedziała na swoim łóżku tępo wpatrując się w kolorowy obraz na ścianie. Był tam, od kiedy sięgała pamięcią. Zawsze tak samo kłujący w oczy. Za każdym razem, gdy przyjeżdżali do ciotki dostawali właśnie ten pokój, który naznaczony był jego piętnem. Deb wierzyła, że nigdy nie został ściągnięty, gdyż na fragmencie ściany, którą przykrywał widniała ciemniejsza, wręcz brunatna rama. Sam pokój nie był wcale lepszy. Znajdował się na pierwszym piętrze, a wszystko od podłogi po stare, dawno nieoliwione drzwi, skrzypiało. Zielonkawe ściany wyglądały, jakby wieki temu osiadł na nich niezniszczalny grzyb, a łóżka były tak małe, że kiedy Mikey przekroczył wiek trzynastu lat jego nogi wystawały daleko poza ich krańce. Małe szafeczki, w których ubrania mieściły się
z trudem, co chwila wypuszczały jakiegoś mola, a przez szare okna z pewną trudnością można było obejrzeć całe, wielkie, zachwaszczone podwórko. Rodzice wciąż i wciąż powtarzali, że muszą to wytrzymać, że to rodzina, a rodziny nie zostawia się samej sobie, gdy zdziwaczeje, bo to niehumanitarne. Ciotka potrzebuje towarzystwa, żeby nie popaść
w obłęd, na co Deb w duszy powtarzała sobie, że jak dla niej, to na zapobieganie o kilka lat za późno. W tym roku obiecali sobie z Mikey’em, że coroczne odwiedziny najwyższy czas zakończyć, że już nie mają ochoty spędzać czterech godzin w samochodzie, by następnie znaleźć się w miejscu, w którym czas jakby zwalnia, a potem wydłuża się niemiłosiernie. Jawnie postawili sprawę rodzicom, którzy zgodzili się, że już więcej ich do tego zmuszać nie mogą. Tak więc tegoroczne odwiedziny już na samym początku zaczęli uważać, za jedne z najlepszych w swoim życiu.
-Deborah! – powtórzył Mikey bardziej energicznie i natarczywie zaczął machać długimi palcami, by zwrócić jej uwagę.
-Ten obraz przyprawia mnie o mdłości – powiedziała spokojnie i z lekkim obrzydzeniem na twarzy odwróciła od niego wzrok, by spojrzeć na brata. Dostrzegła jego zapraszający gest, zwlokła się z łóżka i podeszła do chłopca, który dziwnym sposobem w ostatnim roku, w niepohamowanym tempie urósł tak, że teraz był od niej więcej, niż o głowę wyższy.
-Widzisz? – zapytał ją i chowając się za ciemna kotarą wskazał jej głową podwórko.
-Co? Komara na oknie? – pokiwał głową na znak, że nie o to mu chodziło – Więc na co patrzymy? – zmarszczyła wysokie czoło.
-Tam – niecierpliwie powtórzył gest – Pod drzwiami.
Deb pokręciła burzą włosów i przeniosła błękitny wzrok na młodszego brata z czułością próbując położyć mu rękę na spoconym czole.
-No daj spokój! – zirytował się i szybkim ruchem umknął jej dłoni – Naprawdę nie widzisz? – i niemal w tej samej chwili, znikając z zasięgu jej wzroku krzyknął – Schyl się!
Poczuła, jak ciągnie ją za rękę i zwala z nóg. Ostry ból niespodziewanie pojawił się w jej kościstym kolanie, które przy zgięciu trafiło w ścianę. Syknęła i zaciskając delikatną rękę w małą pięść uderzyła brata w ramię.
-Co ty wyprawiasz? – zapytała ostro rozcierając sobie obolałą nogę.
-Spojrzał na nas – powiedział Mikey cicho podnosząc się spokojnie, by ponownie rzucić okiem na podwórko.
Za oknem szarzało. Słońce, tu zachodzące wcześniej, zaczęło umykać z horyzontu już ponad pół godziny temu. W zamian na niebie pojawiły się ciemne, niepokojące chmury, rychło zapowiadające wczesnojesienną burzę. Oboje wiedzieli, że ostatnią rzeczą, na jaką mają ochotę, to spędzić wieczorną ulewę w pokoju, w którym okno zdawało się ledwo trzymać ram, a sufit przeciekał w kilku miejscach. Do tego senna atmosfera nudnego, wakacyjnego popołudnia zaczęła ulatywać przez okno, na które wciąż energicznie wskazywał Mikey. Niepokoił Deb. Nie był to pierwszy raz, kiedy zachowywał się dziwnie, ale już od pewnego czasu miała nadzieję, że nareszcie dojrzał i teraz on będzie zachowywał zimną krew w sytuacjach, które tego wymagają. Zwłaszcza w tym domu.
-Mikey – zaczęła już lekko zirytowana jego dziecinną grą – wyjaśnij mi w końcu, o czym ty mówisz.
-Naprawdę go nie widzisz? – zapytał z realnym zdziwieniem na pryszczatej twarzy.
Deb przyjrzała mu się dokładniej. Nie wiedziała, czy to żart. Właściwie to powinna się tego spodziewać. Przecież to właśnie on utrzymywał, że w ich domu światło na korytarzu zapala się samo, kiedy wszyscy śpią, a babcia kłamie i tak naprawdę ma o wiele więcej lat, niż twierdzi, a to znaczy, że już z trzydzieści lat temu powinni byli ją pochować.
-No dobra - podniosła się z podłogi obiecując sobie, że tym razem wytęży swój zmęczony wzrok. W końcu na dworze było już szaro, okna myte raz na kilka miesięcy, a organizm wykończony całym dniem. Miała prawo nie dojrzeć tego, co widział on. Zazwyczaj obdarzała brata pewnym kredytem zaufania i nie wiedziała, dlaczego teraz miałoby być inaczej. W końcu uwierzyła mu, gdy twierdził, że coś drapie w jego łóżko, jak tylko się na nie położy.
- Pokaż, gdzie dokładnie – powiedziała i położyła mu rękę na ramieniu na znak, że bardzo się stara.
-Tam – wskazał głową na ganek i potężne, mosiężne drzwi wejściowe – Widzisz go? Teraz znowu wpatruje się w okno. Obserwuje dom!
Deb podążyła wzrokiem za jego gestem, ale niczego nie udało jej się dostrzec. Na drewnianym ganku paliło się nikłe światełko, które ledwo przyciągało ćmy i komary, a na słupku siedziała mała sroka, która dopiero przy dokładniejszym przyjrzeniu się stawała się widoczna dla zmęczonego szarością oka. Deb dostrzegła pierwsze krople deszczu na brudnej szybie.
-Chodzi ci o tego ptaka? – zapytała mając na to wielką nadzieję. Ale Mikey tylko pokręcił gwałtownie głową i nakazał jej spojrzeć inaczej. Skrzywiła się.
-Co znaczy „inaczej”?
-Przechyl głowę – poradził – I zmruż delikatnie oczy. Możliwe, że możesz go dostrzec tylko pod pewnym kątem. Albo tylko z tego miejsca – Chodź! – pociągnął ją do siebie
i ustawił dokładnie tam, gdzie przed chwilą stał on – Teraz?
Deb już zamierzała pokręcić głową i powiedzieć, by dał sobie spokój, że to bezcelowe, że może lepiej położyć się już spać, że są zmęczeni podróżą i zwyczajnie wzrok płata im figle, ale wtedy, pełna zrezygnowania otworzyła szerzej oczy i uderzyło ją. To. Mężczyzna. Ale nie. Nie zwykły mężczyzna. Mężczyzna lekko zgarbiony. Nie. Mężczyzna z garbem. O bardzo wypukłych kolanach. Wyjątkowo krótkich nogach i... I te rogi. Rogi. Jakby upolował jakiegoś wielkiego jelenia, ściągnął je z niego i założył na swoją głowę, jak gdyby udawał jakiegoś renifera. Ale przecież była dopiero końcówka lata. Do tego te rogi nie zdawały się sprawiać mu żadnego problemu, jakby nie były ciężarem. Z pewnością nosił je bardzo swobodnie. Może były z plastiku... Mężczyzna wyglądał zupełnie pokracznie, jak jakiś nieproporcjonalny karzeł, z ogromną głową, długimi jak małpa rękami zakończonymi zaciśniętymi pięściami.
Deb wydała z siebie zduszony okrzyk, co najwyraźniej sprawiło, że dziwny człowiek odwrócił wzrok od okna i uniósł głowę o kilka centymetrów w górę. Ich oczy spotkały się na krótką chwilę, zanim Deb straciła oddech i padła na podłogę obijając sobie o wiele więcej próbując go odzyskać. Poczuła, że Mikey siada obok niej. Gdy spojrzała na niego zobaczyła na jego twarzy wyraz, który doskonale odzwierciedlał jej chwilowe uczucia.
-Co to jest? – wydyszała?
-Nie wiem – zamknął oczy na chwilę i pozwolił uspokoić się siostrze. Dopiero, gdy jej świszczący oddech zaczął zanikać ponownie spojrzał na nią i odetchnął głośno – Może dziś jest Halloween? – zaproponował – Może to tylko zwykły przebieraniec. Może uważa, że to fajny kostium. Jakiś znajomy ciotki i w ogóle. No wiesz, może jest tak samo zwariowany, jak ona.
Deb pokręciła głową – Po pierwsze, do Halloween zostały jeszcze dwa miesiące – powiedziała nabierając powietrza – po drugie, jeśli to jakiś znajomy, to dlaczego tak stoi? Dlaczego nie zapuka do drzwi?
-Może się wstydzi. Tak na dobrą sprawę, to nie jest dobry kostium – Mikey zdawał się wymyślać najróżniejsze rozwiązania byleby tylko przekonać samego siebie.
-A dlaczego Mały nie szczeka?
-Może go zna – odpowiedział szybko – Może na niego nie szczeka.
-Mikey – Deb rozsiadła się wygodnie masując poobijane części ciała. Nie zamierzała podnosić się, by ponownie spojrzeć w okno – Zejdźmy na dół, upewnijmy się, że tam, za drzwiami, naprawdę stoi człowiek.
Brat kiwnął szybko głową, lecz nie ruszył się, nie wykonał żadnego ruchu w kierunku wyjścia z ich pokoju. Deb wiedziała, że tak samo jak ona, wolałby bezpiecznie zostać w środku i zapomnieć o tym, co zobaczyli. Bo przecież dojrzeli go tylko z jednego miejsca. A co, jeśli na dole nie będą w stanie tego zrobić? A co... A co, jeśli to nie jest człowiek?
Minęło dobre dziesięć minut, kiedy w końcu spojrzeli na siebie i razem zdecydowali, że czas najwyższy zrobić to, o czym rozmawiali. Podnieśli się ociągając się powoli i nie oglądając się za siebie ruszyli do przodu. Cała góra była ciemna. Jedyne światło, jakie do nich dobiegało biło z dużego salonu na dole. Rodzice i ciotka siedzieli tam razem, zapewne grając w karty, racząc się gorzkimi drinkami przygotowanymi przez ciotkę. Nie rozmawiali. W domu z dziewięcioma pokojami w większości zamieszkanymi przez pająki, panowała tak niezmącona cisza, że rodzeństwo, stojąc na samej górze, było w stanie dosłyszeć, jak plastikowe karty uderzają o drewnianą powierzchnię małego stolika. Delikatnie dotykając mocno zakurzonej poręczy schodów, zeszli jedno po drugim czując, jak przy każdym najmniejszym kroku stare stopnie zapadają się nieznacznie. Niezauważeni minęli salon i dotarli do wielkich drzwi wejściowych, zatrzaśniętych na cztery, potężne zamki. Przez małe, zasłonięte wątła zasłonką okienko, powoli wpływały pierwsze promienie wieczornego księżyca. Mikey, niesiony narastającą męską dumą, ruszył do niego pierwszy, zostawiając przerażoną siostrę w tyle. Drżącą ręką odchylił firankę. Nic. Pokręcił głową nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Usłyszał jedynie ciche jęknięcie Deb. Zawodu, czy zadowolenia? Nie wiedział. Porozumiewając się wzrokiem oboje ruszyli do salonu. Nie byli do końca przekonani, czy to już koniec. Doskonale wiedzieli, w które okno wpatrywał się dziwny mężczyzna. Pierwsze, które znajdowało się po prawej stronie, gdy wchodziło się do pokoju. Rodzice, usadowieni na twardych pufach podnieśli zaciekawione głowy i uśmiechnęli się do nich znudzeni. Nie zapytali, czy wszystko w porządku, zdawali się nie zwracać już uwagi na nic. Odliczali jedynie minuty do momentu, aż ciotka pójdzie nareszcie spać. Mikey wskazał ręką miejsce koło stolika dając Deb do zrozumienia, że to nienajlepszy pomysł, by teraz zaglądać przez okno. Wszystko zdawało się uspokoić. Może człowiek stojący za drzwiami już sobie poszedł?
A może to było tylko znudzenie... Oboje, z takimi samymi minami na twarzy zaczęli tępo wpatrywać się w karty. Co chwila spoglądali na wielki zegar wiszący na ścianie odliczając minuty, które przesiedzieli w salonie. Dziesięć... Piętnaście... Dwadzieścia... Dwadzieścia osiem... A potem usłyszeli jęk. Ciotka podniosła się gwałtownie i zaczęła nasłuchiwać. Deb chwyciła mocno brata za ramię, lecz on nie czuł, jak miażdżyła mu kości ze strachu. Sam czuł się podobnie wsłuchując się w żałosne skomlenie skundlonego wilczura. Jakby ktoś, lub coś torturowało go, obdzierało ze skóry. Piszczał i szczekał, wołał, by ktoś do niego przyszedł. Ciotka szybkim krokiem wybiegła z pokoju. Mikey poderwał się ze swojego miejsca wyrywając się z uścisku, którym obdarzyła go siostra. Dobiegł do okna
i jednym szybkim ruchem odsłonił grubą zasłonę. Nic. Ciotka już otwierała drugi zamek. Mocowała się z nim przez chwilę. Mikey, krzycząc jedynie do Deb, by została na dole, pędem wybiegł z salonu i po dwa stopnie niemalże pofrunął na górę, do ich pokoju. Zdążył dobiec do brudnego okna akurat w momencie, gdy ciotka otworzyła drzwi. Dziwny mężczyzna wciąż tam stał, najwyraźniej niezauważony. Ciotka niepewnym krokiem wyszła z domu na przemoczone podwórko, minęła nieproszonego gościa, który zdawał się odpychać od siebie krople deszczu, i świecąc sobie małą, podręczną latarką poszła
w stronę kojca. Mikey przez chwilę miał nadzieję, że to tylko jego złudzenie, lecz już po chwili uświadomił sobie, że nie, że mężczyzna naprawdę wyciąga przed siebie zaciśniętą pięść, rozprostowuje palce, które okazały się niezwykle długie i dziwnie powykręcane
i dotyka drzwi. Drzwi, które niedomknięte przez ciotkę skrzypnęły i otworzyły się na oścież. Wolnym, kaczkowatym krokiem ruszył przed siebie i już po chwili zniknął
z zasięgu wzroku Mikey’a przyprawiając go o silne mdłości. Usłyszał, jak na dole drzwi zamknęły się z głośnym łoskotem.
-Jest w domu! – krzyknął nie wiedząc nawet, czy ktoś go usłyszy i zrozumie. Jedynie Deb, ale... Ale co, jeśli Deb wciąż go nie widziała?
-Deb! – wrzasnął ponownie i gwałtownie odsunął się od okna chcąc pobiec w kierunku drzwi. Ale drzwi nie było. Przyłożył ręce do ściany wciąż nie wierząc w to, co widzi. Przecież jeszcze przed chwilą tu były, jeszcze przed chwilą przez nie wbiegł! To nie może się dziać! Zaczął krzyczeć. Krzyczeć tak głośno, że w tak małym pomieszczeniu ogłuszyło to nawet jego. Czując, że na więcej nie ma sił, otworzył okno i starał się krzyczeć jeszcze głośniej, i jeszcze, ale głos ugrzązł mu w krtani. Zakrztusił się i zwymiotował na podłogę. Wtedy usłyszał czyjś głos. Wyjrzał przez okno, blady i przerażony, i zobaczył swoją ciotkę, która stała w niewielkiej odległości od niego.
-Ciociu! – powiedział ochrypłym głosem – Ciociu, on wszedł do środka!
-Mały nie żyje – powiedziała, jakby w odpowiedzi na jego błagania.
-Ciociu! – Mikey wytarł twarz z deszczu, który napadał do środka, gdy otworzył okno
i ponownie wydarł się w dół – Nie mogę stąd wyjść!
-Przyszedł – usłyszał wątły głos przedzierający się przez deszcz – Za wcześnie... – nagle ciotka zrobiła kilka kroków w tył i zakryła twarz dłońmi.
-O czym ty mówisz?! Dokąd idziesz?
Miał ochotę rzucić czymś, by zwróciła na niego uwagę. Ale ona tylko wciąż wykonywała kroki w tył, jakby w akcie ucieczki – Pomóż mi!
Spojrzał na podwórko. Znajdował się na pierwszym piętrze, ziemia była rozmokła od deszczu, może mógłby zeskoczyć...
-Mikey! – spojrzał na ciotkę, które już teraz stawała się ledwo widoczna w zmagającej się ulewie – Zostań tam! – zachrypła – Tam jesteś bezpieczny!
-Co ty pieprzysz!? – krzyknął i wychylił się bardziej, by nie stracić jej z oczu – A oni?
-Nie możesz im pomóc! Już za późno! Nabrał nas!
-Nie jest wcale za późno! Pomóż mi!
Jednak ciotki już nie było. Krzyczał, wrzeszczał, wydzierał się, ale nie pojawiła się ponownie. Nie był w stanie dojrzeć już nic, bo deszcz stał się gęsty i potężniejszy. Ponownie spojrzał w miejsce, gdzie powinny być drzwi. Nic, tylko ściana. Poczuł, jak łzy złości spływają po jego chudych policzkach. Był taki bezsilny. Wiedział, że jedyna droga, którą może opuścić pokój, to okno, nawet, gdyby miał sobie przy tym połamać obie nogi skacząc. Musi coś zrobić. Nie wiedział, co przeraża go bardziej. Perspektywa kalectwa, czy spotkania z tym czymś, co zaatakowało jego rodzinę. Nie mógł liczyć na ciotkę, która zapewne ukrywała się gdzieś za drzewami czekając, aż dziwny stwór nareszcie sobie pójdzie. Gdy już dostanie to, po co przyszedł. Wciąż dzwoniły mu w uszach słowa ciotki. Że przyszedł za wcześnie. Ale co to znaczyło? Że to nie oni mieli na niego trafić, czy że ona nie zdążyła uciec?
Krzyk.
-Deb! – wrzasnął i nie czekając ani chwili dłużej usiadł na parapecie, przełożył obie nogi na drugą stronę, następnie ześliznął się lekko, uczepiając się obiema rękami, by skok był jak najkrótszy, czując, że jego wątłe palce nie wytrzymają długo, a potem puścił parapet. Mokra ziemia złagodziła upadek. Trafił na rozmokłą trawę z głośnym, nieprzyjemnym plaśnięciem natychmiast stając na trzęsących się nogach z zamiarem wejścia do domu. Ale wejścia nie było. Nie było nawet okien, które z łatwością mógłby wybić. Nie było nic. Nic, prócz kamiennych ścian oblepionych bluszczem i ciemnością zapadającej nocy. Nie wierzył. Dobiegł do zamkniętego budynku, czując, jak w jednym momencie przemaka każdy skrawek jego ubrania i zaczął kopać ściany w nikłym akcie desperacji. Przestał, gdy poczuł potworny ból w prawej nodze. Odsunął się i opadł na ziemię pod koroną wielkiego drzewa. Zapłakał.
***
Nie wiedział, w jaki sposób udało mu się zasnąć w tym zimnie i deszczu,
w największym strachu, jakiego doznał w życiu. A jednak, pozbawiony jakiejkolwiek nadziei zamknął oczy, by odpocząć od tego, co się wydarzyło, by poukładać to sobie
w głowie, wszystko to, co wydarzyło się od momentu, gdy dostrzegł za oknem rogatego mężczyznę. Wszystko to wydawało się być z zupełnie innego świata. Z wątłego snu wyrwała go jasność. Nagle, w środku nocy na podwórku zrobiło się tak jasno, iż przestraszył się, że przespał całą noc, do świtu. Wiatr i deszcz ustały zupełnie, Mikey był w stanie przysiąc, że na małą chwilę nie miał nawet czym oddychać. Chwilę potem pojawiły się drzwi. Okna też, jakby w ułamku sekundy, powskakiwały na swoje miejsca. Wszystko zdawało się wracać do normy. Świat przybrał swą poprzednią, nocną formę, na co Mikey poderwał się z miejsca chowając się pod najciemniejszym miejscem, które dawało mu drzewo. Zobaczył, jak drzwi uchylają się bardzo powoli, jak smuga światła wydobywająca się z wnętrza domu przedziera się przez pochmurną noc i bije go w oczy. Następnie pojawiła się noga. Nie. Nie noga. Szare kopyto, które cicho zapukało o próg. Za nim pojawiły się kościste, mocno owłosione kolana. Mikey wcisnął się w drzewo błagając o to, by stwór go nie dojrzał. Zobaczył rogi. Wychyliły się, jakby spokojnie badając otoczenie, a za nimi wychyliła się twarz. Najzwyklejsza na świecie twarz starego mężczyzny, pomarszczonego, zmęczonego, ale zadowolonego. Na wykrzywionych ustach widniał lekki uśmieszek. Zmrużone oczy wpatrywały się dokładnie w przestrzeń naprzeciwko nich. Duży, garbaty nos niuchał chłodne, letnie powietrze. Mikey, wciąż przerażony, ledwo oddychając, by nie wydać z siebie zbyt wielu odgłosów dostrzegł ruch, który go przeraził. Mężczyzna uniósł rękę i rękawem flanelowej marynarki starł coś z kościstego policzka. W świetle wciąż bijącym z mieszkania Mikey był w stanie dostrzec, co to takiego było. Poczuł, jak silny dreszcz obiega jego zamroczone zimnem ciało. Ale to nie zimno sprawiło, że zaczął dygotać. Czyja to była krew? Deb? Mamy, taty? A może to tylko złudzenie...
Tym samym wolnym, kaczkowatym krokiem, którym wcześniej wkroczył do domu, potwór ruszył przed siebie. Wszystko zdawało się zamierać, jakby w akcie ostatecznego przerażenia, gdy przechodził. Mikey miał nadzieję, że dopadnie jego ciotkę, że tym razem nie zdąży mu uciec. Potwór z każdą chwilą jakby rozpływał się w ciemności, aż w końcu zniknął zupełnie. Znów był niewidoczny. Z domu nie dochodziły żadne odgłosy. Mikey postanowił, że jeszcze przez chwilę nie będzie sprawdzał, co takiego się tam wydarzyło. Podświadomie doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego tak ciężko było mu się ruszyć z miejsca. Wtedy dostrzegł, że ktoś się zbliża, przedzierając się przez deszcz. Przez chwilę był przekonany, że stwór się wrócił, że wraca po niego, ale wtedy odezwał się głos.
-Chłopcze – wysapała ciotka – Czy już jest po wszystkim?
Nie wytrzymał. Rzucił się na nią, jak wygłodniały wilk, powalił ją na ziemię i przyłożył swoje silne, młodzieńcze dłonie na jej delikatnej szyi, a potem zaczął dusić z taką pasją, jakiej dotąd w sobie nie znał.
-Zabiłaś ich! – krzyczał czując, jak uścisk na jej krtań zwiększa się mimowolnie – Zabiłaś ich! – wrzeszczał wiedząc, że płoszy cały las.
-Za... wcześnie...
-Podałaś mu ich na talerzu! – darł się i szarpał ją waląc jej głową o ziemię tak długo, aż nie straciła oddechu. Wciąż próbowała się ratować. Mówić coś. Tłumaczyć się. Zacisnął ręce mocniej, aż przestała się opierać.
Mikey zwalił się z niej i opadł ciężko na błoto. Leżał tak pozwalając, by deszcz zmywał z niego złość i łzy rezygnacji. Za wcześnie. Prychnął. Co z tego, że przyszedł za wcześnie. Co z tego, że to nie oni mieli być dla niego. A jednak stali się jego ofiarami. Przez nią. Mikey spojrzał ostatni raz na martwą ciotkę zanim podniósł się z ziemi ruszając w kierunku drzwi. Na jego ustach pojawił się nikły uśmieszek. Jak dobrze, że nie żyje.

THE END



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -