Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Powłoka Cienia

Marek Kausner

Grzegorz i Radek byli najlepszymi przyjaciółmi od czasów szkolnych. Razem bawili się w policjantów i złodziei, razem chodzili do liceum, razem palili pierwsze papierosy. Oczywiście Radek nie miał pojęcia, że Grzegorz jest wielokrotnym mordercą.
Pod wieloma względami ich biografie przebiegały w podobny sposób. Doświadczenia z zadziwiającą dokładnością pokrywały się na mapie czasu. Wydawać się mogło, że jeden starał się prześcignąć drugiego w drodze do dojrzałości, poznania, prawdy. Jakkolwiek tego nie interpretować, Grzegorz i Radek od zawsze byli swoimi duchowymi braćmi.
Gdyby jednak przyjrzeć się uważniej, na jaw wychodziła dziwaczna, może nawet przerażająca prawda: z losami dwóch mężczyzn splecione było przeznaczenie jeszcze jednej osoby. Nie fizycznej, lecz niematerialnego cienia, istniejącego tylko w psychice Grzegorza. Cień zawsze podążał śladami nierozłącznej dwójki. Obserwował ich, naśladował, uczył się – przede wszystkim jednak kierowała nim dzika, zwierzęca zazdrość, taka, jaką czuje silny samiec wobec przewodnika stada, który odebrał mu najzdrowszą samicę. Analogia może nie całkiem trafna, ale nie tak daleka od prawdy, jak mogło się wydawać.
Cień zazdrościł Grzegorzowi. Okupował najmroczniejsze krańce jego umysłu, czasami kryjąc się w mroku tak głębokim, że nie dostrzegał go nawet właściciel tej niedoskonałej ludzkiej powłoki. Dopiero w okresie dojrzewania, po wyjściu z lekkich, idyllicznych lat dzieciństwa, Grzegorz zdał sobie w pełni sprawę z istnienia tej drugiej, niezależnej osoby w swoim umyśle.
Od tego czasu czytał i oglądał wiele filmów i książek. Czasami zdawało mu się, że Cień jest niczym matka Normana Batesa z tego starego, czarnobiałego filmu. Norman był sympatycznym młodzieńcem, a później sympatycznym starszym człowiekiem (może tylko o trochę zbyt nerwowym spojrzeniu), ale potrafił też być wyjątkowo paskudny, kiedy do głosu dochodziła zakopana głęboko w jego głowie świadomość matki. Tak przynajmniej rozumiał to Grzegorz, a poświecił co najmniej trzy pełne dni życia na uważne analizowanie czarnobiałej taśmy filmowej.
Innym razem miał wrażenie, że jest opętany przez istotę z obcego świata. Jak w „Inwazji porywaczy ciał”, albo jednym opowiadaniu Stephena Kinga, w którym pewnemu kosmonaucie wyrosły na dłoni oczy pozaziemskich istot.
Czasami patrzył na świat jako Grzegorz, a czasami jako Cień. Po namyśle nie mógł usprawiedliwiać samego siebie twierdzeniem, że dwie świadomości są całkowicie odrębne. Wciąż był jedną osobą, zaś wewnętrzny głos miał zawsze to samo brzmienie. Pozostawała tylko jedna możliwość – choroba psychiczna, szaleństwo.
Poświęcił problemowi Cienia oraz rozdwojenia jaźni wiele godzin milczących rozmyślań, wiele bezsennych nocy i przeżył wiele trawiących duszę i wnętrzności załamań nerwowych. Nierzadko popadał w uparte milczenie, rozmyślną katatonię. Nieraz ogarniał go lęk tak przenikliwy, że zaczynał się trząść jak nowo narodzony psiak, wystawiony na mroźne powiewy nieprzychylnych wiatrów. Nieraz zastanawiał się, co ze sobą począć. Czy ze sobą nie skończyć.
Przy życiu trzymała go osoba Radka. Radek był człowiekiem całkowicie normalnym, doskonale zrównoważonym. Zawsze wiedział, kiedy należy się odezwać, i zawsze milczał, gdy wymagała tego sytuacja. Posiadał niespotykane wyczucie taktu, szczególną świadomość sytuacji i wyczulenie na problemy innych ludzi. Czasami Grzegorzowi wydawało się, że Radek rozumie go tak dobrze, że jest świadom istnienia tego drugiego – Cienia – na dnie jego głowy.
Jeżeli ktokolwiek na świecie mógłby przeniknąć wzrokiem mroczną pajęczynę oplatającą umysł Grzegorza, tą osobą był właśnie Radek.
Czasami Grzegorz odnajdywał w tym pociechę, a czasami – wręcz odwrotnie. Budził się w nocy, zlany potem i drżący, wciąż mając w pamięci przerażający sen, w którym Radek wskazywał go palcem i darł się na całe gardło: „To on! To morderca! Morderca!”
Jednak w dzieciństwie Grzegorz zupełnie nie zdawał sobie sprawy ze swej dwoistej natury. Gdy po powrocie ze szkoły szli z Radkiem na boisko, odbijając piłkę od nagrzanego słońcem chodnika – dźwięk zarazem głęboki i dziwnie pusty w szarej przestrzeni betonowych budynków: ŁUP-ŁUP! – nic nie wskazywało na to, że ci dwaj czymś się różnią. Nic nie wskazywało, że jeden z nich ma mroczną tajemnicę, z której, co gorsza, nawet nie zdaje sobie jeszcze sprawy.
Podczas niekończących się rozgrywek na placu między budynkami, Grzegorz i Radek doświadczyli tylu zwycięstw i porażek, że nie sposób byłoby ich wszystkich policzyć. Każda wygrana była jak nagły dar od losu, jak niespodziewany prezent od starego znajomego. Przyjmowali ją z otwartymi ramionami, pełni wiary, czując uniesienie typowe dla wielkich mistrzów olimpijskich, naukowców noblistów i wielkich pisarzy, którzy właśnie popełnili dzieło swego życia.
Porażki zdarzały się niemal równie często, ale nie znaczyły nic. Odpływały jak papierowe statki w rynsztoku, żegnane bez fanfar i zaraz zapominane. Wszystko zmierzało ku najlepszemu, ku zwycięstwu, ku nieskończonym uniesieniom.
Jednak pewnego lata wszystko się zepsuło. Domek z kart runął. Składany przez miesiące model rozpadł się.
A wszystko za sprawą nowego szefa. Szefem nazywano najsilniejszego, najtęższego chłopaka, który na chwilę lub dłużej niepodzielnie trząsł całym osiedlem. Tamtego lata był nim wysoki, zbudowany jak górski szczyt licealista, nazywany Bykiem.
Byk był niebezpieczny. Wszyscy drżeli, kiedy przechodził przez osiedle z papierosem w garści i złowieszczym, złośliwym uśmieszkiem na twarzy. Potrafił pobić kogoś tylko dlatego, że był akurat w złym humorze. Nie wolno było wchodzić mu w drogę. Nie wolno było go lekceważyć, lub, co gorsza, w jakikolwiek sposób go obrażać. Jeśli po osiedlu rozeszła się wieść, że ktoś za plecami wyśmiewa się z Byka, było pewne jak w banku, że pewnego dnia ten ktoś zostanie znaleziony z powybijanymi zębami i złamaną nogą. To znak rozpoznawczy Byka, ta złamana noga. Zawsze łamał swym ofiarom kości, naskakując na nie obiema stopami i krzycząc jak człowiek jaskiniowy walczący o swoje terytorium.
Nikt nie próbował sprzeciwiać się czy podejmować walki. Inni licealiści nie interesowali się Bykiem, zajęci własnymi problemami. Młodsi znajomi z boiska tylko wzruszali ramionami i udawali, że nic się nie stało, w duchu modląc się, by nie byli następni w kolejce. Rodzice ofiar kilka razy zawiadamiali policję, ale jak to zwykle bywa, nie było żadnych dowodów. Później pociechy takich nadgorliwych opiekunów jeszcze przez długi czas musiały spłacać u Byka dług wdzięczności za to, że nie zamordował ich za kapowanie.
Według powszechnej opinii Byku byłby zdolny do morderstwa. Niektórzy przypuszczali, że już mógł mieć jakieś na koncie, ale były to tylko niepotwierdzone pogłoski.
Grzegorz i Radek mieli po dwanaście lat. Grali do upadłego na osiedlowym boisku. Byli jednymi z najlepszych. I to dlatego Byku zawsze grał przeciwko nim.
Żelazna zasada głosiła: z Bykiem nie można wygrywać. Nie wolno. Jeśli ktoś pokona go podczas meczu, po jego zakończeniu zbierze najostrzejsze baty, jakie można sobie wyobrazić. Dlatego gracze dla zasady ustępowali osiłkowi, pozwalając mu wykonywać najlepsze strzały, i zawsze dobrowolnie oddając mu piłkę.
Grzegorzowi i Radkowi, którzy przez całe dzieciństwo starannie wypracowywali sobie przewagę w osiedlowych nieoficjalnych rozgrywkach, narzucane przez Byka jarzmo było jak nóż w serce. Czuli się stłamszeni, zniszczeni. Ktoś robił z nich marionetki, pozbawione woli i możliwości zwyciężania. A przecież tylko to się liczyło. Walka i sukces. Zdobywanie kolejnych szczytów.
To właśnie wtedy Grzegorz zdał sobie sprawę z obecności Cienia. Wydawało mu się, że to tylko frustracja z powodu niemożliwości wygrywania. Ale nie. Cień był w nim od zawsze i czekał na odpowiedni moment, by się uwolnić.
Byk okazał się zapłonem dla upiornych mocy z pogranicza świadomości. Gdyby podczas tamtego meczu nie nazwał Grzegorza „malutkim”, może do niczego by nie doszło. Ale obelga, choć ani trochę nie tak ostra i wulgarna jak zwykle, w jakiś sposób poruszyła właściwe przyciski. I od tego momentu Grzegorz przestał grać dla Byka. Zaczął grać dla zwycięstwa. Zawzięcie, samotnie, bezmyślnie torował sobie drogę do pewnej śmierci: zwodził, skakał, podawał, ale przede wszystkim gnał przed siebie z piłką przy boku, gotów do strzału, czekając wiwatów i krzyków niewidzialnej widowni.
Koledzy z drużyny szeptali mu po cichu, żeby przestał, pomni wściekłych spojrzeń Byka, pełni dziecinnego lęku. Ale Grzegorz wpadł w samobójczy trans. I cieszył się nim.
Kolejni gracze schodzili ze sceny, bojąc się ściągnąć na siebie gniew. A Grzegorz grał dalej, zachęcany przez Cień. Radek nie odstępował go na krok. Ostrzegał go tylko raz, a potem wzruszył ramionami i przybrawszy zacięty wyraz twarzy, również ruszył po zwycięstwo.
Byk był duży i powolny. Nie miał techniki. Zwodzili go bez większego trudu, wbijając jedną bramkę za drugą. Osiłek wrzeszczał na nich, bił i tratował, a kiedy porażka została przypieczętowana, dopadł ich i stłukł potężnymi pięściami, młócąc powietrze jak wiatrak. Ciosy przypominały uderzenia cepem, ból był nie do zniesienia, ale Grzegorz i Radek nie płakali.
Po wszystkim zabrali piłkę – pękniętą i sflaczałą, gdyż Byk wyżył się również na niej – i poszli do domu. Parę minut tłumaczyli się rodzicom z rozcięć i siniaków, a potem spotkali się i z dziarskimi uśmiechami rozmawiali o starciu, mówiąc: „Ale mu daliśmy popalić!” „Teraz będzie wiedział, że nie miałby z nami szans nawet za tysiąc lat!”
Byli podnieceni wygraną w meczu i zapomnieli o upokorzeniu, bólu, w końcu nawet o samym Byku.
Grzegorz, Radek… ale nie Cień.
Cień pamiętał.
Dwa dni po meczu, pod osłoną zapadającej nocy, dorwał Byka pod trzepakiem. Osiłek stał samotnie, nie bojąc się nikogo i niczego. Miał wypisane na twarzy owo kretyńskie przekonanie o własnej potędze, które sprawiało, że rządził osiedlem, trzymając mieszkańców w garze wrzących lęków i otwartych gróźb. Niedługo krzywy uśmieszek miał raz na zawsze spełznąć z jego twarzy.
Grzegorz – którego umysłem władał teraz Cień – przyszedł na spotkanie sam, jeśli nie liczyć dużego noża kuchennego i pałki policyjnej, którą kupił dawno temu na bazarze w charakterze pamiątki. Ojciec mówił mu, że z takich pałek korzystało ZOMO, ale on nieszczególnie się tym interesował. Broń to broń, nieważne kto z niej korzystał.
Pałka wydawała głuchy, plaskający dźwięk, najpierw lądując na nosie Byka i łamiąc go z odrażającym chrzęstem, a potem na jego żebrach, biodrach, karku i genitaliach, kiedy zwijał się na ziemi i kwiczał jak torturowana świnia. Bo tym mniej więcej był w oczach Grzegorza, nawet jeżeli w tamtym momencie patrzył przez nie kto inny.
Cień połamał osiłkowi kilka kolejnych kości, po czym schował pałkę i wyciągnął nóż. Wcześniej uderzył Byka w gardło, na pewien czas uniemożliwiając mu wydawanie krzyków. Rozejrzał się, czy nikt tego nie widzi, ale latarnie jeszcze się nie zapaliły, a nikt nie stał w okolicznych oknach. Krzaki wokół trzepaka ziały mroczną pustką.
Złapał Byka za włosy i szarpnął do góry, obnażając lśniące od potu, zaczerwienione od ciosów gardło. Ręka z nożem wzbiła się w górę i opadła jak nocny ptak, nurkujący po swoją zdobycz. Cień jednym, płynnym ruchem, bez żadnych skrupułów, przejechał ostrzem po odsłoniętej szyi ofiary. Byk zacharczał, gdy z jego krtani trysnęła fontanna szkarłatnej krwi.
Cień upuścił ciało i schował nóż. Przez chwilę patrzył, jak życie wypływa z Byka na brudny, szary chodnik, a potem wrócił do domu i znów stał się Grzegorzem.
Radek oczywiście nic o tym nie wiedział. Grzegorz nie powiedział mu, sam dostatecznie przerażony swoim czynem. Dopiero po kilku dniach wszystko sobie wytłumaczył. Siedzi w nim zły Cień i za wszelką cenę chce przejąć całkowitą, niepodzielną władzę nad jego umysłem. Cień jest zazdrosny i uważa, że Grzegorz odebrał mu życie.

* * *

Zwycięstwo było pierwszym i najważniejszym doświadczeniem, jakie dzielili Grzegorz i Radek. Każdy z nich przeżywał je na swój sposób: dla Radka było słodkim afrodyzjakiem, dla Grzegorza opętańczą potrzebą, a dla Cienia… dla niego zwycięstwo było wszystkim. Kolejne ważne doświadczenia także dzielili we trójkę. Pierwsze było zwycięstwo. Potem pojawiła się miłość.
Radek znalazł sobie dziewczynę pierwszy. Miał wtedy dziewiętnaście lat i wyrósł na przystojnego chłopaka o długich czarnych włosach i zielonych oczach. Jego ukochana (jedyna, aż do końca studiów, kiedy ich drogi w naturalny i pokojowy sposób rozeszły się) miała na imię Ania i była śliczna jak z obrazka. Co więcej, miała rozum nie od parady – nauczyciele w liceum zgodnie uznali ją za najzdolniejszą uczennicę z całego rocznika. Była laureatką olimpiady fizycznej i dostała się na studia z mechatroniki. Poza tym, nie sposób było jej nie lubić. Uczynna, koleżeńska, lojalna – Grzegorz nie dziwił się, że Radek zakochał się bez reszty.
Cień zazdrościł.
Cień zazdrościł tak bardzo, że w nocy i nad ranem Grzegorza paliła głowa, a w lędźwiach szalała burza z piorunami. Pożądał Ani całym ciałem. Nie kochał jej, nie pragnął jak Radek miłości i oddania. Czuł zazdrość z powodu jej wyglądu, sposobu poruszania się, długich nóg i lekkich, nieświadomych ruchów bioder, kiedy szła korytarzem akademika.
Na pierwszym roku znosił swoje cierpienia i niezaspokojone żądze w milczeniu. Później robiło się coraz ciężej i ciężej.
Do czasu, aż pierwszy raz zrobił to z dziewczyną. Było to podczas imprezy w domu jakiegoś bogatego kumpla. Wszyscy tańczyli w najlepsze, a ta dziewczyna – nieźle podpita, tak samo zresztą jak on – zaproponowała mu wspólną noc. Wyszli przed zakończeniem przyjęcia i poszli do niej do domu. O dziwo, była bardzo ładna. Szczupła, o wyrazistej twarzy i uwodzicielskich oczach. Grzegorzowi podobała się jej wąska talia, krągłe biodra i kształtne, miękkie piersi, które uwolniła spod czerwonego sweterka. Włosy miała krótko przycięte, blond z ciemniejszymi pasemkami.
Pozwoliła mu się na sobie położyć i oplotła go ciasno ramionami na przestronnym, dwuosobowym łóżku (znajdowali się pewnie w sypialni jej rodziców). Obsypała jego usta ciepłymi, wilgotnymi pocałunkami, aż poczuł, że członek sztywnieje mu w spodniach.
Potem wszystko potoczyło się jak na filmie erotycznym, które oglądał od dwunastego roku życia na kanale nocnym. Martwiło go, że nie założył prezerwatywy, ale oboje byli zbyt pijani i oszalali z podniecenia, by się tym przejmować. Rozebrali się do końca i położyli obok siebie. Wyzwolone z ubrania, jej ciało było tak jasne i czyste jak świeże mleko.
Jego penis wsunął się w nią bez trudu. Zachęcony pierwszym sukcesem, podniecił się tak mocno, że osiągnął orgazm już po paru minutach ekstatycznych, rozpaczliwych drgawek na miękkim, skrzypiącym łóżku.
Potem ją zabił.
Kiedy otworzył oczy, spojrzał poprzez nie jako Cień, nagle czując przeszywający gniew, że to nie Ania pod nim teraz leży, ale jakaś przypadkowo napotkana zdzira. Był wściekły, gotował się od nienawiści.
Nawet nie zauważył, kiedy jego dłonie oplotły szyję dziewczyny. Ocknął się, mając pod sobą jej martwe, wykręcone w cierpieniu ciało. Ślady duszenia na gardle wyglądały jak sinofioletowa obręcz. Jego kochanka była martwa, skierowane ku sufitowi rozszerzone z przerażenia oczy przeszywały pustką. Usta pozostały otwarte, wilgotne, język opadł głęboko w tył, zatykając gardło jak zdechły wąż. Grzegorz, jeszcze nie całkiem wyzwolony z objęć Cienia, nachylił się i pocałował stygnące, martwe wargi na pożegnanie. Jak przez mgłę pomyślał: „Twój ostatni całus na dobranoc, kurwo.”
Jego umysł był wtedy zimny i nieprzenikniony jak styczniowa noc. Wyszedł z domu dziewczyny, bez pośpiechu zacierając ślady i zastanawiając się, ile osób widziało ich wychodzących razem. Zastanawiał się, czy policja przyjdzie jutro nad ranem, żeby wypytywać go o okoliczności śmierci, o to, gdzie był i co robił, gdy biedna dziewczyna konała na łóżku w pokoju rodziców.
Z niepokojem pojmował, że zostawił za sobą więcej niepodważalnych dowodów, niż mógł kiedykolwiek przypuszczać. Ślady krwi (gdy ją dusił, dziewczyna podrapała go w pierś i zostawiła długie, równoległe bruzdy po paznokciach), potu, odciski palców, nasienie. W zasadzie równie dobrze mógłby zostawić na miejscu swój dowód osobisty i numer telefonu kontaktowego, na wypadek, gdyby gliny nie wiedziały, jak do niego dojechać.
Przeszedł nad tym do porządku dziennego. Udawał, że nic się nie stało, a kiedy po czterech, pięciu dniach policja wciąż się nie zjawiła, doszedł do wniosku, że jest bezpieczny. Nikt nie pamiętał, kto towarzyszył dziewczynie po wyjściu z imprezy. Nic dziwnego, wszyscy byli zalani. Potem kumpel zwierzył się mu, że w ogóle zapomniał powiedzieć policji, że Grzegorz tam był.
- Kompletnie wyleciałeś mi z głowy, stary – zarzekał się bezmyślny koleżka, śmiejąc się nerwowo z własnej nieudolności. – Kurwa, mam nadzieję, że jej nie stuknąłeś, bo teraz wstyd by mi było znów zawracać glinom głowę.
- Co ty, człowieku. – Grzegorz nachylił się i rzucił konspiracyjnym szeptem. – Gdybym to ja wyrwał taką cizię, to zachowałbym ją sobie na dłużej, a nie zabił po pierwszym bzykanku.
Obaj wybuchli śmiechem, a Grzegorz rozejrzał się i odetchnął z ulgą, że Radka nie ma nigdzie w pobliżu. Wiedział, że przyjaciel zwróciłby uwagę, że Grzegorz nigdy nie wyrażał się w ten sposób. Ten Grzegorz, którego znał Radek, którego Radek uważał za przyjaciela, nigdy w życiu nie powiedziałby czegoś takiego o niedawno zmarłej dziewczynie. W ogóle o żadnej dziewczynie.
Ale Grzegorz nie wiedział, w jakiej części był sobą, z zimną krwią ratującym własną cuchnącą skórę, w jakiej zaś panował nad nim Cień, gdy wymawiał te słowa.
Jedno było pewne. Druga osobowość objawiała się coraz częściej, w miarę jak Grzegorz dorastał i stawał się bardziej samodzielny. Cień również doroślał i także zaczynał żyć na własnych zasadach, coraz rzadziej słuchając się swego gospodarza.
Dwoje zabitych: Byk i piękna dziewczyna, której imię szybko zamazało się w pamięci Grzegorza, przede wszystkim dlatego, że po niej było jeszcze wiele innych, podobnych. Niektóre oddawały mu się dobrowolnie, inne zaś brał siłą. Niektórym pozwalał żyć, czując, że nie przedstawiają żadnego zagrożenia dla Cienia, inne znowu zabijał z zimną krwią. Dwa lata po ukończeniu studiów miał już na koncie dwa następne uduszenia, a oprócz tego jedno śmiertelne pobicie i jedno zadzierzgnięcie przy pomocy kabla od telefonu.
Liczba ofiar nie wiadomo kiedy zwiększyła się do sześciu, potem do siedmiu, ośmiu, aż w końcu Grzegorz zaczął się lękać, że straci rachubę. Z przerażającą skrupulatnością odnotowywał w pamięci zbrodniczą działalność Cienia, modląc się, by pewnego dnia skurwiel poszedł do diabła i zostawił go samego.
Ważnym momentem było zamordowanie Ani. Przez tyle lat po zakończeniu studiów (a także po jej rozejściu się z Radkiem), Cień wciąż pamiętał dawne pożądanie, nieugaszoną nienawiść i chęć wyrwania serca z jej kształtnej piersi. Spełnił najskrytsze marzenia pewnej zimowej nocy. Obserwował mieszkanie dziewczyny przez dwa dni, upewniając się, że żyje sama i rzadko miewa gości. Nikt nigdy u niej nie nocował – zapewne od czasu Radka nie gościła w swym łóżku żadnego mężczyzny. Pewnie czekała, aż strzała Amora ugodzi ją po raz kolejny, nim znowu to się zmieni.
Buszując pod jej nieobecność po pustych pokojach (Grzegorz nie potrafił włamać się nawet do bagażnika własnego samochodu, a co dopiero do czyjegoś mieszkania, ale Cień najwyraźniej znał pewne sposoby, o których on nie miał pojęcia), odkrył, że na dnie jednej z szuflad trzymała wibrator. Wciąż była do niego przytwierdzona karteczka z życzeniami urodzinowymi od jakiejś koleżanki, a sam przyrząd nigdy nie został odpakowany.
Czy znaczyło to, że miała kochanka, czy po prostu nie odczuwała potrzeby zaspokajanie seksualnego głodu w samotności? Cień zastanawiał się, przechadzając się po pustym mieszkaniu w ciele Grzegorza jak jeździec dosiadający posłusznego wierzchowca. Grzegorz był wtedy w pełni świadomy i jeszcze raz wracał myślami do Normana Batesa oraz całego korowodu innych filmowych szaleńców. Zwariowana Annie Wilkes z „Misery” cierpiała niekontrolowane zmiany nastrojów. Doktor Lecter miał zbyt wysokie mniemanie o sobie.
Jaki był jego problem? Czy to zwykłe, banalne rozdwojenie jaźni? Czy cień był zwyczajnie drugą stroną jego osoby, innym wcieleniem tej samej umysłowości? Czy może stanowił samodzielny byt, gotów wyprosić swego gospodarza z jego własnej głowy?
Kiedy Grzegorz rozmyślał o tym wszystkim, Cień przechadzał się po pustych pokojach i czekał na Anię. W kieszeni miał nóż, co prawda nie ten sam, którego użył podczas morderstwa Byka w okresie dorastania, ale bez wątpienia równie zabójczy.
W tym samym czasie, niczego nieświadomy Radek leżał w łóżku ze słuchawką przy uchu i popijając kawę rozmawiał z przedstawicielem dużego wydawnictwa, któremu zaproponował publikację swojej książki popularnonaukowej. W kuchni czekała wystawna kolacja, przygotowana na przywitanie któregoś z nowych kolegów, wraz z jego dziewczyną. Radek także był w związku. Jego ukochana, z którą za parę lat miał się zaręczyć, pracowała dla firmy farmaceutycznej i była najbardziej opanowaną i zrównoważoną osobą, jaką Grzegorz widział. Miała na imię Karolina.
Cień nienawidził jej, jak wszystkich kobiet, które kiedykolwiek otarły się o Radka. Wydawało się, że nie było po temu żadnych powodów, a jednak niechęć pozostawała, paląca i niemożliwa do zapomnienia niczym znak wypalony na czole.
Grzegorz dopiero później (miał wtedy około trzydziestu pięciu lat) zaczął zdawać sobie sprawę, że od dawna zbiera tylko okruszki po daniu, które Radek spałaszował już dawno temu. Właśnie dlatego stał w domu Ani, w jej ciasnej, ale przyjemnie umeblowanej kuchni – z dużą lodówką, w której oprócz jedzenia poniewierały się także niezidentyfikowane preparaty do prac naukowych, z przypiętymi do szafki kartkami, na których wypisano drobnymi literkami przypomnienia w rodzaju: „JUTRO PILNE SPOTKANIE, KONIECZNIE WYPIERZ TAMTĄ CZARNĄ SUKIENKĘ!!!”, z misą pełną owoców i całym morzem innych bezwartościowych szczegółów z życia tej miłej, niewinnej dziewczyny – Grzegorz stał w samym środku tego cudzego świata, a właściwie nie on, tylko jego Cień, i czekał, cierpliwie czekał.
Wiele złego można było powiedzieć o Cieniu, ale na pewno nie był porywczy. Zawsze kalkulował na zimno, odwlekając zemstę o całe dni, miesiące, lata, a mimo to żar wewnętrznej nienawiści nigdy nie przygasał, nieskończony jak czarna dziura w kosmosie.
Stojąc w kuchni, Grzegorz przeprowadził swoją pierwszą rozmowę z Cieniem. Pierwszą, a zarazem ostatnią. Później ich umysły stały się sobie tak bliskie, tak pokrewne, że nie musieli porozumiewać się w równie prymitywny sposób. Ich uczucia przepływały z jaźni do jaźni, impulsy elektromagnetyczne pełne tajemnych przesłań i zagadek.
- Czemu to robisz? – spytał Grzegorz. – Czemu robisz to wszystko?
- A czemu ludzie zawsze zadają pytania? – Cień zgęstniał, objął go jak czarna mgła. – Czemu zawsze chcą wiedzieć „dlaczego”? To przecież bez znaczenia.
- Nie. To nie jest bez znaczenia.
- Mylisz się. W tej chwili jedynym ważnym pytaniem jest: „kto”. A odpowiedź brzmi, dzięki Bogu, ja! I zawsze tak pozostanie.
Tylko tyle Grzegorz zapamiętał z tej dziwnej rozmowy . Wkrótce potem Ania wróciła na noc do domu i stało się to, na co czekał Cień. Jeszcze raz wykorzystał ciało Grzegorza. Najpierw, by ją zgwałcić, zaś później, by wydrzeć z niej życie.
Pamiętał, jak bardzo był wtedy podniecony. Zabił ją nie nożem, jak planował, ale gołymi rękami. Złamał jej kark, tak jakby miażdżył zapałkę pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym.

* * *

Dla Radka miłość była motywacją i motorem działania. Grzegorzowi jawiła się jako sen, złudne marzenie, nieosiągalne tak długo, póki dzielił ciało z jeszcze jedną istotą. Cień nie znał prawdziwej miłości – nieobce mu były za to zwierzęce żądze, nienawiść i zazdrość. Nie pragnął szczęścia ukochanej kobiety, ale jej krwi, łez i ostatecznego poniżenia. Pragnął odrażających, wynaturzonych gwałtów, odbierających ostatnią cząstkę duszy tym biednym wrakom, które pozostawiał za sobą: żywym lub martwym, całym i zdrowym bądź na zawsze okaleczonym, przeraźliwie oszpeconym.
Cień nienawidził Grzegorza. Nie cierpiał też Radka, choć żywił do niego nieokreślony szacunek. W jakiś sposób uczucia wobec starego kolegi nie były tak jednoznaczne, jak do reszty świata. Radek stanowił to, czym Cień pragnął się stać, a od czego odgradzała go cielesna powłoka Grzegorza.
Zamknięty w tym kole szaleństwa, Grzegorz nie potrafił już normalnie egzystować. Stracił najpierw jedną, potem drugą pracę. Nie miał dziewczyny, podczas gdy Radek oświadczył się zaraz po skończeniu dwudziestego szóstego roku życia. Staczał się na samo dno mrocznej studni własnego umysłu, coraz rzadziej potrafiąc odróżnić wymysł od faktu, szaleństwo od normalności.
Cień przejmował władzę coraz częściej. Liczba ofiar wynosiła równo dziesięć. Dwóch mężczyzn, osiem kobiet. Wydawało się, że nikt i nic nie jest w stanie go powstrzymać.
W końcu musiało dojść do nieuniknionego. Cień, od tylu lat zdążający śladami Radka, naśladujący go i zbierający okruszki, które tamten pozostawiał na odkładanym talerzu, w końcu ruszył do otwartej konfrontacji. Trawiła go zawiść tak silna, że ledwo nad sobą panował, a Grzegorz odczuwał jego wściekłość jak gorące prądy przepływające przez zmęczony walką mózg. Pogodził się z tym, że utracił przewagę, i że odtąd to Cień jest Panem, a nie on.
Cień pojawił się w domu Radka za dziesięć siódma, wieczorem, gdy słońce wciąż jeszcze wisiało na ciemniejącym niebie jak pomarańczowa tarcza ognia jarząca się w nieubłaganej ciemności. Otworzył drzwi do mieszkania tak samo, jak zrobił to wcześniej w apartamencie Ani. Miał ze sobą pałkę, młotek oraz nóż, gotowy nie tylko do popełnienia zabójstwa, ale również do zadawania wymyślnych tortur.
Jednak gdy Grzegorz myślał, że Cień planuje zamordować Radka, grubo się pomylił. Chociaż od samego początku swego istnienia wrogą istotę napędzały wyłącznie nienawiść i zazdrość, daleko jej było do zwyczajnego szaleństwa.
Grzegorz zrozumiał, że Cień tak naprawdę chce nie tyle zabić, co przejąć Radka, jak statek piracki przypuszczający abordaż na przepływającą barkę, i wtedy zaczął naprawdę się bać. Dokądkolwiek prowadziło go to szaleństwo, wiedział, że spotka go tylko rozpacz i śmierć. Był pewien, że niemożliwe do spełnienia zamierzenie jego drugiej osobowości zaowocuje tylko jednym – Radek przed śmiercią zostanie poddany niewyobrażalnym cierpieniom.
Cień krążył po pustych pokojach, mamrocząc coś do siebie niezrozumiale, pogrążony w szalonym przekonaniu, że jeśli zechce, może STAĆ SIĘ swym marzeniem, stać się RADKIEM, przejąć jego ciało i kontynuować rozpoczęte przezeń życie.
Grzegorz szlochał na dnie umysłu; w tym samym czasie z oczu Cienia płynęły łzy, choć on nawet nie zauważył tego w morderczym podnieceniu.
W końcu zjawił się Radek. Potwór w ludzkiej skórze, zaczajony w ciemnym wnętrzu przedpokoju, czekał spokojnie, aż drzwi rozewrą się i zamkną na powrót, a gdy buty zaszurały na wytartym dywanie, bez ostrzeżenia włączył światło.
- Grzesiek! – zawołał przerażony mężczyzna, stojąc krok za progiem własnego mieszkania. – Co się dzieje? Co ty tu robisz, do cholery?
- Przyszedłem z wizytą – odparła postać, ledwie widoczna w tajemniczym cieniu, gromadzącym się w kącie jak chmury burzowe na nieboskłonie.
- Ktoś cię wpuścił? – spytał Radek. Ale zajrzał w oczy Cienia i po chwili już wiedział. – Włamałeś się? Czy to właśnie zrobiłeś?!
- Nie ważne, co zrobiłem. Nie twój zasrany interes.
- Grzesiek, co ty do cholery…
Radkowi w dalszym ciągu wydawało się, że go zna; sądził, że osobą, która teraz przed nim stoi jest Grzegorz, jego przyjaciel od czasów dzieciństwa. Był przekonany, że ma mu do zakomunikowania coś ważnego. Przeczuwał, że nadeszły ciężkie chwile, że coś złego wisi w powietrzu, ale nie śmiał nawet przypuszczać, że coś może mu zagrażać z ręki najbliższego kumpla.
Oczywiście myślałby zupełnie inaczej, gdyby wiedział, że osoba stojąca w ciemności już nie jest Grzegorzem. I może nawet nigdy nie była.
Cień rzucił się na Radka i przygniótł go do drzwi, chwytając mocno za kołnierz, miażdżąc jedną dłoń w niedźwiedzim uścisku. Jego twarz była blada i ściągnięta nienawiścią, oczy pałały jak dwa rozgrzane w ogniu węgle.
- Myślisz, że jesteś nieśmiertelny? – zapytał unieruchomionego mężczyzny, dysząc mu prosto w twarz. Jego oddech miał obcy, słodkawy zapach, niepodobny do niczego, z czym Radkowi kojarzył się Grzegorz. Był zimny, cuchnący i przysuwał na myśl jakieś starożytne przedmioty, zakopane w piaskach na początku cywilizacji. – Myślisz, że to ciało zawsze należało do ciebie? Jak sądzisz, skąd się wziąłem? I skąd wziąłem tę powłokę, którą teraz widzisz?
- O czym ty mówisz?
- Nie wiesz? Nadal nic nie rozumiesz? – Cień roześmiał się. Śmierdzący oddech, składający się jakby z woni gnijących bananów, rozgrzanego piasku i stuletniej stęchlizny, buchnął Radkowi w nozdrza, odbierając mowę. – Jesteś głupcem!
- Co, do…
- Bezmyślny sukinsynu, jestem starszy niż ty i twój świat. Jestem tak stary, że nawet ci, których zwiecie Starożytnymi uważali mnie za istotę pradawną. Przybywam z Kosmosu, z Pustki, i potrzebuję ciała, które zapewni mi godne życie. – Stwór, kryjący się w ciele Grzegorza, grzmiał teraz jak bateria dział. – Ale ten nędzny skurwysyn, którego postać zajmowałem do tej pory, nie był zdolny utrzymać w sobie takiej potęgi. Był tak słaby i głupi, że nie potrafił zdobyć dla mnie podstawowych radości. Nie wiedział, co to żądza albo wygrana, co to zazdrość i nienawiść. Ale ty… ty będziesz lepszy!
- Grzesiek, ja…
- NIE JESTEM GRZESIEK!
Cień nagle spotężniał, rozrósł się, a potem opadł na Radka jak płaszcz mroku, obejmując go bez wahania zimnymi ramionami. Wbił usta w jego twarz, ale nie był to pocałunek, lecz coś o wiele gorszego. Po chwili zimne wargi odnalazły ucho, a potem chrypiący głos szepnął:
- Przyjmij mnie, a spotka cię największy zaszczyt, jakiego może dostąpić tak marna istota, jak ty. Otwórz się. Bądź bramą.
A potem coś nagle zabulgotało wewnątrz ciała Grzegorza, coś zaczęło przemieszczać się tuż pod skórą. Mięśnie jakby przemieniły się, ścięgna naciągnęły, a potem wargi i zęby niemal całkiem oderwały Radkowi ucho. Pociekła krew, mężczyzna zaczął wyć, a w tym samym momencie Cień wydał taki odgłos, jakby silne uderzenie wydarło mu z płuc powietrze. Hałaśliwe dławienie się, krztuszenie i bulgotanie zabrzmiało w uchu Radka, a zaraz po dźwiękach przyszła fala czegoś ciepłego, odrażającego i… żywego. Owa rzecz sączyła się wolno w jego ucho i przenikała do wnętrza głowy.
Wrzeszczał, kopał, wzywał pomocy, ale to nic nie dało. Po chwili świat stał się tylko jedną wielką projekcją bólu, a z jego ucha trysnęła znowu krew, gęsta i ciemna jak smoła.
Po paru minutach Grzegorz upadł na podłogę. Znów był sobą, a Cień… zniknął. Nie, wcale nie! On był tu nadal, w tym pomieszczeniu, ale tym razem znajdował się w ciele Radka.
Stojący przy drzwiach mężczyzna odchylił głowę i wyprostował się. Rozciągał ramiona, aż strzeliło mu w karku. Twarz miał mroczną, zimną, przejmującą grozą. Oczy w niczym nie przypominały spojrzenia dawnego kolegi z lat szkolnych, jakiego zapamiętał Grzegorz. I szczerze mówiąc, w ogóle nie przypominały oczu człowieka.
- Radek? – spytał leżący na podłodze mężczyzna.
- Wciąż niczego się nie nauczyłeś? – dobiegł go głos. – Słusznie zrobiłem, opuszczając twoje ciało i umysł!
- Radek…? – W słowach Grzegorza nie było nadziei.
Istota, która kiedyś była jego przyjacielem, pochyliła się do przodu i wyjęła z kieszeni Grzegorza nóż. I wtedy Grzegorz zrozumiał. Broń, którą zabrał Cień, miała posłużyć nie uśmierceniu Radka, ale JEGO! W akcie ostatecznej rozpaczy, podniósł głos do krzyku.
Ale było już za późno.
Stwór uniósł nóż w powietrze i zamachnął się potężnie, jakby próbował wybić dziurę w rzeczywistości. Potem uzbrojone ramię opadło, a ostrze przeszyło pierś Grzegorza. Mężczyzna zawył, ale po chwili wrzask utonął w bulgotliwym śmiechu obcej istoty.
I to było wszystko.
A może nie.













Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -