Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




WYŚCIG Z CZASEM

Jan Woland

Rafał usiadł w fotelu niewielkiej kawiarenki przy ulicy Freta. Miał tu się spotkać z jakimś mężczyzną. Zwykle nie umawiał się na spotkanie z ludźmi, których zna jedynie z kilkuminutowej rozmowy telefonicznej. Ale w ostatnich dniach nic nie było takie jak zwykle.
Siedział w twardym fotelu, na stoliku przed nim parowała moccha. Nie mógł uwierzyć, że tu przyszedł. Co go skłoniło? Przecież to co wygadywał przez telefon ten koleś nie miało żadnego sensu. Ale co go miało? Znalezione przez ochroniarza ciało staruszki, która zeszła na zawał w wieku osiemdziesięciu dwóch lat. Która ostatecznie, jak wykazały badania, okazało się być jego dwudziesto trzy letniej koleżanki z roku? Pewnie oczekiwał, że na spotkaniu pozna jakieś odpowiedzi. Liczył, że dzięki nim wszystko złoży się w logiczną całość. Marta nie była jedyną osobą, która zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach, nie była jedyną osobą, która zginęła ostatnio. Siedział w tym miejscu i czekał na nieznajomego dlatego, że był jedynym elementem łączącym wszystkie zgony. Nie on to odkrył, poinformowali go o tym dwaj niezbyt mili funkcjonariusze policji na przesłuchaniu. Gdyby wszystko miało jakieś wytłumaczenie i sens to zapewne by teraz siedział w areszcie i czekał na rozprawę. Ale nie mieli go o co oskarżyć.
Nie wiedział jak jego rozmówca wygląda. Przez telefon usłyszał, że rozpozna go bez problemu. Jedynym wymaganiem jakie Rafał dostał przed tym spotkaniem, było przyniesienie zegarka. W pełni sprawnego i dobrego. Musiał mieć pewność, że będzie działał bez zarzutu. Słysząc tą dziwną prośbę nie oponował, dopiero po odłożeniu słuchawki zaczął się zastanawiać, po co to jest potrzebne.
- Przepraszam, czy mogę? – usłyszał za sobą głos.
- Oczekuję koo-gooś… – głos zamarł mu w gardle. Oto stał przed nim jego wykładowca od filozofii, profesor Czarszewski. Nie dziwna by była nawet jego obecność, gdyby nie to, że profesor nie żył od dwóch tygodni. Zmarł na zawał zaraz po wykładzie, na który uczęszczał Rafał. Do tego osobnik miał na nosie bardzo ciemne okulary przeciwsłoneczne, które zupełnie nie pasowały do starego profesora. Nawet dzień nie było zbyt słoneczny.
- Więc miałem rację, że mnie rozpoznasz – Czarszwski uśmiechnął się i usiadł na fotelu po drugiej stronie stolika. Rafał, nadal oszołomiony, podniósł się z miejsca i wyciągnął rękę na powitanie gościa – Lepiej mnie nie dotykaj, nie wiem jakie to może mieć skutki.
- Jak pan to zrobił? Znaczy czy pan naprawdę…? Przecież byłem na pogrzebie…
- A zaglądałeś do trumny? Widziałeś zwłoki?
- No, nie – Te pytania zdziwiły Rafała. Co prawda nie widział ciała. Stał daleko, a trumny i tak nie otwierali. Córka profesora się nie zgodziła.
Widząc zdziwioną i przestraszoną minę chłopaka Czarszewski zaczął się śmiać.
- Nabijam się z ciebie – wykrztusił profesor zaśmiewając się – Stary zszedł i leży w ziemi. Nie będę ukrywał, że mu w tym pomogłem. Teraz przybrałem tylko jego postać, żebyś mnie rozpoznał – mężczyzna spoważniał – miałem do wyboru starego, albo twoją koleżankę. Jednak jako typowy samiec nie lubię stroić się w damskie ciuszki.
- Czemu do mnie pan zadzwonił? Kim pan jest? O co w tym wszystkim chodzi? – Rafał nadal oszołomiony zdawał się wracać na tory rzeczywistości. W jego głowie kiełkowały pytania, na które chciał poznać odpowiedzi.
- Zamknij się! – ryknęła postać ubrana w ciało profesora – Opowiem ci tylko to co chcę, a dokładnie tylko tyle ile mam ci tu opowiedzieć. To da ci wystarczająco dużo odpowiedzi. Zapamiętaj sobie, że nie jestem tu po to, żeby odpowiadać na twoje pytania. Jeżeli będziesz grzeczny to może coś więcej ci powiem. Czy to rozumiesz?
- Tak, ale nie podoba mi się.
- Nie ma ci się podobać, to nie randka. Jeśli będziesz mi przerywał to skończę mówić i się pożegnamy – Czarszewski wyjął z kieszeni papierosy. Wsadził sobie jednego do ust, a resztę rzucił na stół – Jak chcesz to się częstuj.
Rafał sięgnął po paczkę. Nigdy takich nie widział. Pudełko było całe czerwone z białym napisem w jakimś dziwnym języku. Wyglądało to na jakiś arabski język. Wyjął papierosa i odpalił. Musiał się jakoś uspokoić. Najchętniej przyłożyłby temu niby profesorowi, ale bał się konsekwencji, chciał usłyszeć co ten ma mu do powiedzenia. Po pouczeniu poczuł się jak uczniak w podstawówce zrugany przez nauczycielkę.
- Czy masz to o co prosiłem? Przyniosłeś zegarek? – Zmienność w głosie tego dziwaka była przerażająca. W jednej chwili ryczał niczym zwierzę po chwili zmieniał ton na stanowczy i groźny, by znowu emanować ciepłem i przyjaźnią. Jakby w jednej postaci siedziało wiele istot zmieniających się bardzo szybko.
Rafał zdjął z ręki potężny zegarek Atlantica i położył na stoliku. Rozmówca odwrócił tarczę zegarka w stronę chłopaka i dotknął jej palcem. Wskazówki ruszyły bardzo szybko do przodu, a na metalu zaczęła pojawiać się małe przerdzewienia, pęknięcia i inne oznaki zużycia. Rafał zdziwił się, wczoraj odebrał zegarek od zegarmistrza. Wszystko było w jak najlepszym porządku.
- Prosiłem o twój zegarek, bo gdybym pokazał to na swoim zapewne uznałbyś to za jakąś sztuczkę – mężczyzna podniósł palec i ponownie dotknął tarczy zegarka. Tym razem wskazówki cofały się bardzo szybko i całe urządzenie wróciło do stanu sprzed pierwszego dotknięcia – Pokazałem ci to, ponieważ bardzo ważne jest, żebyś wiedział kim jestem, a raczej czym. Z tego co zobaczyłeś mam nadzieję, że wywnioskowałeś, że mam kontrolę nad czasem. Ale nie czasem ogólnie ujętym. Potrafię postarzać i odmładzać poszczególne rzeczy, czy osoby. Jednak tylko pojedynczo, nie cofnę ziemi do roku 1939 i nie powstrzymam Hitlera – popatrzył na chłopaka, który siedział wsłuchany, zdawał się pochłaniać każde słowo i je analizować – Nie jestem czasem samym w sobie, bo on nie jest istotą. Potrafię się nim posługiwać jak narzędziem do własnych celów. Chcę byś o tym pamiętał. Teraz opowiem ci wszystko co ma znaczenie z ostatnich dni. Pamiętaj, że masz siedzieć cicho i się nie odzywać dopóki ci nie pozwolę.

xxx

Maleńkie drewniane drzwiczki otworzyły się i wysunęła się z nich drewniana figurka ptaszka. Całą aulę wypełniły odgłosy kukania. Studenci zerwali się, momentalnie zrobiła się wrzawa.
- Za tydzień skupimy się na zagadnieniach związanych z czasem – profesor starał się jeszcze na chwilę zająć uwagę studentów, bezskutecznie. Zrezygnowany spojrzał na zegar stojący na biurku przed nim. Od lat przynosił go na wykłady. Twierdził, że określa w ten sposób ramy swoich zajęć. Pierwsze kuknięcie oznaczało początek, na auli zapada absolutna cisza. Drugie to sygnał na pięciominutową przerwę. Trzecie kończyło wykład. Wierzył, że dzięki tak dokładnie określonym zasadom jest w stanie zmusić studentów do słuchania w ciszy. Niestety efekt był taki, że po pierwszym sygnale wrzało nadal, a raczej buczało od szeptów. Po ostatnim zaś nie był w stanie nawet na sekundę zwrócić uwagi młodych ludzi.
Odwrócił się plecami do rzeki studentów wypływającej z auli. Kiedy wszystko ucichło zwiesił głowę. Początkowo w takim momencie zastanawiał się gdzie popełnił błąd, teraz już wiedział. Był za łagodny. Nie potrafił jednak tego zmienić, taki już był. Z rozmyślań wyrwało go klaskanie. Odwrócił się zdziwiony, był pewien, że na auli nie pozostał już nikt.
W ostatnim rzędzie krzesełek siedział mężczyzna w ciemnych okularach. Na oko miał trzydzieści kilka lat. Bił brawo.
- Wspaniały wykład. Od lat jestem pana wielkim fanem – mężczyzna wstał i wolnym krokiem schodził w dół w kierunku profesora – czytałem chyba wszystko co pan profesor wydał, ale dopiero pierwszy raz udało mi się trafić na pański wykład.
- Bardzo dziękuję. Cieszy mnie, że choć jedna osoba na świecie zgadza się z moimi poglądami – wykładowca nie bardzo wiedział jak się zachować. Nie przywykł do bycia komplementowanym.
Mężczyzna stał już przed profesorem. Zdjął okulary i mocno uścisnął dłoń wykładowcy.
- Nie powiedziałem, że się z panem zgadzam – profesor spojrzał w oczy mężczyzny. Chciał spytać po co przyszedł, jeżeli nie zgadza się z nim. Jednak to co zobaczył w tych oczach odebrało mu mowę.

xxx

Kelner podszedł do ich stolika i podał Czarszewskiemu kartę. Starszy pan przerzucił kilka stron po czym zamówił podwójne espresso.
- Przepraszam, czy możemy przerwać na moment? Muszę iść do toalety – Rafał podniósł się z miejsca. Nie miał zamiaru czekać na pozwolenie. Spojrzał odruchowo na profesora, uśmiechał się. Przez moment przebiegło chłopakowi przez myśl, że jego rozmówca potrafi czytać w myślach. Uznał to za niedorzeczny pomysł i szybko o nim zapomniał.
Wracając z toalety zobaczył, że przy stoliku nikt na niego nie czeka. Rozejrzał się wokoło szukając wzrokiem postaci profesora. Nigdzie go jednak nie było. Rafał usiadł na swoim miejscu, na stoliku, naprzeciw niego, stał filiżanka czarnej kawy. Pod spodkiem znajdowała się serwetka. Wyciągnął ją, na środku widniał napis ZARAZ WRACAM.
- Ale mnie wkurwiają tacy rozgorączkowani idioci – obok Rafała stał kelner, który przed kilkoma minutami przyjmował od nich zamówienie – Czego nie rozumiał kiedy mu powiedziałem, że odchodzę?
- Przepraszam, czy pan mówi do mnie? Nie bardzo rozumiem o co panu chodzi? – chłopak zdziwił się nagłym spoufalaniem się kelnera z nim – Czy nie widział pan mojego przyjaciela? Wyszedłem do toalety, a on chyba wyszedł.
- Nie wiedziałem, że już masz mnie za przyjaciela. Sądziłem, że nie zaprzyjaźniasz się tak szybko – kelner uśmiechnął się widząc zdziwioną twarz Rafała – Co? Pytań przybywa? – A więc przybrał postać kelnera. Tylko co będzie kiedy chłopak przyjdzie ponownie.
- Dobra, wyjaśnię ci kilka rzeczy – kelner usiadł na miejscu zajmowanym wcześniej przez profesora i upił łyk stojącej przed nim czarnej kawy – Umiem czytać w myślach. Wiem, że na początku chciałeś mi przyłożyć, jestem jedną istotą w jednym ciele, a jak idziesz do toalety to wypada poczekać na pozwolenie, z grzeczności. Kultura, wiesz. Zaczekam za każdym razem kiedy będziesz miał potrzebę. Nawet ja rozumiem, że fizjologii nie oszukasz. Podpowiem ci również, że mogę przybierać postacie jedynie martwych osób, a więc prawdziwy kelner tu nie przyjdzie – osoba w kelnerze uśmiechnęła się. W jej wizerunku jedna rzecz się nie zmieniła, ciemne okulary. Jednak tym razem lepiej pasowały do młodego kelnera.
- Czy ty go zabiłeś? – głupie pytanie, pomyślał – Czemu?
- Bo rozpoznał starego. Studiował z tobą na roku i też miał wykłady z Czarszewskim. Nie mogłem pozwolić, żeby komuś o tym powiedział. Zrobiłaby się niepotrzebna wrzawa i nie dokończylibyśmy rozmowy. Potraktuj tę odpowiedź jako akt dobrej woli – kelner uśmiechnął się – Teraz skup się, opowiem ci o twojej koleżance i twoim współlokatorze.
- Przecież Tomka potrącił samochód – zdziwił się Rafał.
- A jak myślisz, kto prowadził? – uśmiechnął się ironicznie.

xxx

Ding-dong. Odezwał się dzwonek u drzwi mieszkania pani Zagrzelnej. Młoda dziewczyna, opiekująca się staruszką, podniosła się z fotela wyłączając telewizor. Spojrzała przez wizjer, po drugiej stronie stał jej wykładowca od filozofii, profesor Czarszewski. Otworzyła zdziwiona, nie wiedziała, że jej pracodawczyni znała się z profesorem.
- Dzień dobry, niestety pani Zagrzelna śpi. Jeżeli to coś pilnego to mogę ją obudzić.
- Nie trzeba, poczekam – mężczyzna wepchnął się do środka. Zdziwiło ją chamstwo i brutalność gościa. Zawsze uważała Czarszewskiego za staromodnego dżentelmena. Bardziej niezdarnego, płochliwego staruszka, niż brutala. Dziwiły ją również jego ciemne okulary. Nigdy nie widziała, żeby nosił coś takiego. Tym bardziej, że nie pasowały do niego, a zawsze dbał o wygląd.
- Czy mogę zaproponować profesorowi kawę, bądź herbatę? – zachowywała się najuprzejmiej jak mogła. Starsza pani bardzo zwracała uwagę na etykietę. Starała się, chociaż bardzo jej się ta wizyta nie podobała.
- Nie kłopocz się, lepiej siedź tu i zabawiaj mnie rozmową – uśmiechnął się szeroko pokazując wszystkie zęby. Po plecach przebiegły jej ciarki. W wyrazie jego twarzy był jakiś dziwny chłód, coś przerażającego. Starał się jednak zachować zimną krew. Wiedziała, że musi się odpowiednio zachowywać, żeby nie stracić posady. Jeżeli by coś się działo, to wystarczy krzyknąć. Korytarz kamienicy cały czas patrolowany jest przez ochroniarza.
Usiadła w fotelu naprzeciw profesora. Ten nadal się durno uśmiechał. Nie miała pomysłu o czym może z nim porozmawiać.
- Długo pan profesor zna panią Zagrzelną? – nie odpowiedział, siedział bez ruchu z tym swoim durnym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy – Czy jest pan może spokrewniony ze starszą panią? – znowu nic. Nie miała pomysłu o co jeszcze może zapytać. Na szczęście z opresji wybawiła ją pracodawczyni. Z sypialni dobiegały odgłosy krzątaniny, kobieta musiała już obudzić się. Marta miała już wstać i iść do staruszki, ale poczuła na kolanie zimną dłoń, jakby ktoś położył na nim połać mięsa prosto z lodówki. W gardle zrodził jej się krzyk. Odwróciła się, żeby zaoponować, zanim wybuchnie. Mężczyzna pochylał się nad nią, nie miał na oczach już swoich okularów. Spojrzała mu w oczy, to co w nich zobaczyła sprawiło, że opuściły ją wszystkie siły. Poczuła się bardzo słaba, zamknęła oczy i osunęła się na podłogę. Mężczyzna wstał i wolnym krokiem poszedł do pokoju staruszki. Zajrzał do środka. Tak jak się spodziewał, starsza pani smacznie sobie spała. Chwilę wcześniej posłużył się jedynie sztuczką, żeby odwrócić uwagę dziewczyny. Spojrzał przez ramię. Przed fotelem leżało malutkie skurczone ciałko w za dużych ubraniach. Twarz zakryta była siwymi lokami. Uśmiechnął się dumny z siebie i poszedł zająć się staruszką.

xxx

- A co do twojego współlokatora to ja siedziałem za kierownicą, dlatego uznano, że kierowca uciekł. Auto spłonęło, a ja się z niego ulotniłem – kelner siedział zadowolony z siebie. Sięgnął po paczkę papierosów, ale Rafał był szybszy. Schwycił je wyjął jednego, a resztę pomiął i rzucił na ziemię.
- Po co mi to mówisz?
- Od pewnego czasu zastanawiałeś się co jest grane. Teraz wiesz. O pozostałych osobach nie będę opowiadał, nie ma to znaczenia – spojrzał na resztki pudełka papierosów, może gdyby nie były w miękkiej paczce to by przetrwały. Tak nie miały szans. Spojrzał na ostatnią rurkę tytoniu, którą jego rozmówca trzymał w dłoni – Oddaj mi tego papierosa. Nie trzeba być złośliwym, fajki to jedyna przyjemność jaką odczuwam.
- To nie poczujesz tym razem. Powiedz mi czemu to mnie dotyczy? – zacisnął rękę na papierosie. Nie zdołał jednak się zorientować kiedy kelner wstał i wyciągnął mu go z dłoni.
- Nie ładnie. Nie lubię jak ktoś zabiera mi papierosy – stał już za fotelem z odpalonym papierosem w ustach – Nie byłeś zbyt grzeczny, ale i tak muszę powiedzieć ci coś jeszcze. Jesteś zbyt istotny dla mnie, nikt nie może się za bardzo do ciebie zbliżyć. Każdego twojego przyjaciela będę zabijał. Nawet nie będziesz wiedział kiedy.
- Ale Czarszewski i Zagrzelna nie byli moimi przyjaciółmi.
- Potrzebowałem przebrania za pomocą, którego podejdę do ciebie i tej małej. Co do starej baby to wyświadczyłem przysługę kostusze, wiesz czasami sobie pomagamy – zaśmiał się głośno ze swojego dowcipu – Żegnam – Zanim Rafał zdążył zareagować, już go niebyło. Rozpłynął się w powietrzu. Chłopak rozejrzał się, ale nikt zdawał się tego nie zauważyć.
Wstał i podszedł do baru, żeby zapłacić. Jeszcze zanim zdąrzył się odezwać zorientował się, że coś jest nie tak. Cały personel był poruszony, kelnerka płakała, barman biegał z telefonem, a kucharz coś gorączkowo tłumaczył jakimś ludziom. Domyślił się, szybko, że pewnie znaleźli ciało tego biednego chłopaka. Najlepszym pomysłem na jaki wpadł było ulotnienie się. Nikt i tak nie będzie miał głowy, żeby go skasować, a po przyjeździe policji, będzie miał tylko problemy. Bezszelestnie wysunął się z lokalu i wolnym krokiem poszedł w stronę starówki. Za plecami słyszał jeszcze dźwięki podjeżdżających radiowozów i karetki.

xxx

W nocy obudził się cały zlany potem, znowu śnił mu się ten sam koszmar, który nawiedzał go od kiedy pamiętał. Jako mały chłopiec stoi w płonącym budynku, ma jakieś trzy, może cztery lata. Nie jest sam, jest tam więcej dzieci, około dziesięciu w różnym wieku, ale wszystkie są małe. Niektóre osoby rozpoznaje, chociaż nie wie jak się nazywają. Jest z nimi jakaś kobieta, ale ona tylko płacze. On, jeszcze jeden chłopiec i dziewczynka są spokojni. Reszta strasznie panikuje. Wtedy do sali wchodzi strażak, jednak zamiast ratować, łapie każde z dzieci i wrzuca je w ogień. Wszędzie słychać przerażające krzyki i płacz. Kobieta rzuca się na mężczyznę, ten ją uderza w twarz. Siła ciosu odpycha ją w stronę okna, wypada z niego. Strażak podchodzi do niego, ale nie jest w stanie go podnieść. Stara się zaatakować pozostałą dwójkę, ale oni go pokonują. Rozrywają ciało strażaka na strzępy i rzucają w ogień. Miażdżą kości w malutkich rączkach. Niedługo po mężczyźnie pozostaje jedynie plama krwi. Mały Rafałem nie rusza się nadal, zamyka oczy i silno ściska piąstki. Pożar zaczyna wygasać. Kiedy jest już bezpiecznie, nie ma ognia, jedynie dym i zwęglone małe ciałka, do Sali wchodzi jakaś mroczna postać. Chłopiec widzi w nim demona, postać pokryta jest zwisającą szatą. Podchodzi do dzieci. Bierze za ręce chłopca i dziewczynkę. Rafał zostaje sam. Postać odchodzi z dwoma dzieciakami, ale przy samych drzwiach spogląda na Rafała. W tej chwili chłopak się budzi. Sen jest zawsze taki sam. Nic się nigdy nie zmienia.
Poszedł do kuchni po szklankę wody. Usiadł przy stole i zaczął zastanawiać się nad rozmową z tym dziwnym kolesiem. Popatrzył na swój zegarek, jak on to zrobił? Dotknął tarczy, ale nic się nie wydarzyło. Przecież to co ten gość gadał było całkiem bez sensu. Jak ktoś może mieć wpływ na starzenie się, czy odmładzanie ludzi, albo rzeczy. Może to, że tak bardzo chciał w coś wierzyć, żeby wyjaśnić ostatnie wydarzenia nakazywało mu brać pod uwagę ewentualną prawdziwość tej opowieści. Ale jeżeli to był tylko głupi żart to skąd się tam wziął Czarszewski? Co do kelnera nie miał pewności, ale profesor na pewno nie żył. Dobra, przyjmując, że wszystko jest prawdą, to czemu on jest taki istotny? Czemu on nie może mieć przyjaciół? Rozmowa nie dała pożądanych odpowiedzi, a jedynie przysporzyła pytań. Przez głowę przeszła mu myśl, że nie może mieć przyjaciół, bo ten dziwak boi się, że odnajdzie tą dwójkę dzieci ze swojego snu. Przez chwilę zastanawiał się czy to możliwe, czy ten koszmar jest w jakiś sposób powiązany z tą całą sytuacją.Uśmiechnął się na myśl tak głupią, ale ziarno nadziei zostało zasiane. Nie chciał tego głośno przyznać przed sobą, ale w głębi duszy wierzył, że to może mieć coś wspólnego z wyjaśnieniem zagadki.
Z pokoju dobiegała cicho jakaś melodyjka. Początkowo nie zwracał na nią uwagi, ale po chwili rozpoznał utwór „Yesterday” zespołu The Beatles. Utwór jaki ustawił na dzwonek swojej komórki. Rzucił się, żeby odebrać. Telefon w nocy nie oznaczał nic dobrego, tym bardziej musiał go odebrać za wszelką cenę. Podniósł aparat, dzwonił numer prywatny.
- Halo?
- Odnajdź naszego brata – dobiegł go ściszony, prawie szepcący głos kobiecy, nie znał go
- To chyba pomyłka, nie mam brata – To się nazywa szczęście w nieszczęściu. Odbierasz telefon pewny, że dowiesz się o jakieś tragedii, a tu pomyłka – siostry też nie – starał się mówić możliwie na luzie i zawadiacko.
- Mamy brata Rafale, odnajdź go zanim będzie za późno. Ty musisz do niego dotrzeć pierwszy.
- Kim jesteś? – ale odpowiedzi na to pytanie się już nie doczekał. Kobieta się rozłączyła. O co jej mogło chodzić, jakiego brata. Chyba, że wizja z koszmaru była choć w części prawdziwa i dwoje tych dzieci z nim to było jego rodzeństwo. Ale jeżeli tak to czemu ich nie pamięta. Zdał sobie sprawę, że z dzieciństwa niewiele pamięta. Rodzice nigdy nie opowiadali mu o tym jak był mały. Po rodzinie nie krążyły anegdoty o tym co Rafałek spsocił jak był brzdącem. Zdjęć też nie było. Rodzice twierdzili, że byli bardzo biedni i nie było ich stać na aparat, ale wszyscy mają fotki z chrzcin chociażby. Musi porozmawiać z rodzicami, miał dziwne wrażenie, że czegoś mu nie powiedzieli. Bał się do tego przyznać, ale rosło w nim przekonanie, że jest adoptowany.

xxx

Z samego rana spakował się w niewielki plecak i wsiadł w pociąg. Nie planował wyjeżdżać na długo, dwa, może trzy dni maksymalnie. Złapał pierwszy pociąg do Radomia. Na ogół nie spał w środkach komunikacji, ale po nie przespanej nocy rytmiczne stukotanie kół wagonu było jak kołysanka. Kiedy poczuł, że odlatuje ustawił budzik w telefonie. Dał sobie godzinę. Jechał pociągiem osobowym, a z Warszawy do Radomia wlecze się on około dwóch godzin. Sen nadszedł bardzo szybko. Ponownie śniło mu się, że jest w tym samym pomieszczeniu z dziećmi, że jest pożar, nie było jednak z nim chłopca. Stała dziewczynka i patrząc mu prosto w oczy powtarzała głosem kobiety z telefonu: Odnajdź naszego brata, zanim będzie za późno. Chciał ją zapytać o coś, ale nie mógł sobie przypomnieć o co, miał to dziwne uczucie, że coś mu uciekło z myśli, coś istotnego. Najdziwniejsze dla niego było to, że byli dziećmi, a myśleli i rozmawiali jak dorośli. Tym razem nie zjawił się strażak, a jedynie postać, którą Rafał uznał za demona. Kiedy dziwna postać szła w jego kierunku zauważył, że dziewczynka zniknęła. Postać złapała go za ramię i zaczęła nim potrząsać. Obudził się przerażony, stał nad nim konduktor.
- Ma pan bilet?
- Już, już pokazuję – nie ma kiedy sprawdzać, pomyślał, prawie się zlałem ze strachu. Wygrzebał z plecaka bilet, ale konduktora nie było już. Wyjrzał na korytarz, ale nie było po nim śladu. Co prawda szedł konduktor, ale to był ktoś inny. Podszedł do niego.
- Przepraszam, był tu przed chwilą pana kolega i sprawdzał mi bilet, ale gdzieś zniknął. Nie wie pan gdzie poszedł?
- Chłopcze, jeżeli nie masz biletu to ta bajka nie przejdzie – poirytowany konduktor spojrzał na Rafała, ale ten pokazał mu bilet – Po za mną w tym pociągu jest jeszcze tylko pani konduktor, wkurzyła by się gdybyś określił ją jako faceta.
Rafał spojrzał na niego zrezygnowany. Poczekał aż sprawdzi mu bilet i wrócił do przedziału. Przez resztę podróży starał się znowu zapaść w sen, ale mu się nie udało. Później w busie z Radomia też starał się zmrużyć oko chociaż na chwilę, ale nic to nie dało.

xxx

- Czy ja jestem adoptowany? – rzucił w domu na powitanie. Matce wypadł z rąk talerz, który akurat wycierała, kawałki porcelany rozbryzgnęły się po całej podłodze w kuchni.
- Ale mnie przestraszyłeś – starała się uśmiechnąć – co ci strzeliło do głowy? Czemu nie zadzwoniłeś, że przyjedziesz?
- Mamo odpowiedz, czy mnie adoptowaliście?
- Nie, oczywiście, że nie, dlaczego pytasz? – usiadła, widać było po niej, że się zdenerwowała – Ojca nawet nie staraj się pytać o takie rzeczy. Wiesz jaki on jest.
- Czemu nie mam zdjęć z wczesnego dzieciństwa? – Rafał nie dawał za wygraną
- Już ci mówiłam wielokrotnie, nie mieliśmy aparatu. Ale nadal mi w to nie wierzysz? – po policzkach spłynęły jej łzy – Czemu mi to robisz? Jesteś moim jedynym dzieckiem, czy tak ci źle było z nami, że nie możesz uwierzyć, że jesteśmy twoimi biologicznymi rodzicami? – zanim zdążył coś powiedzieć, matka już wstała i ciszo łkając wyszła z pokoju. Poszedł za nią do salonu. Czuł się okropnie, nienawidził kiedy matka płakała, a świadomość, że to przez niego łamała mu serce. Kiedy wszedł grzebała w jednej z szuflad.
- Proszę – powiedziała siląc się na uśmiech, położyła na stole przed chłopakiem jakiś papier – Twoje świadectwo narodzin, - obok położyła drugi dokument – a to świadectwo chrztu. Masz jeszcze jakieś wątpliwości?
- Przepraszam – chciał spojrzeć jej w oczy, ale nie potrafił – chodzi o to… - przerwał w pół zdania, nie wiedział co mógł jej powiedzieć – Ostatnio się trochę pogubiłem. Działy się dziwne rzeczy. Nie chciałem robić ci przykrości.
- Chcesz o czymś porozmawiać? Coś cię gnębi? – matka zdawała się już nie pamiętać o zajściu sprzed chwili, wytarła łzy i wyglądało to jakby z nimi zniknął problem – Mi możesz powiedzieć.
Rafał wyjrzał przez okno, widział ojca koszącego trawę wokół domu. Nie był pewien czy powinien rozmawiać z matką o ostatnich wydarzeniach. Co jeżeli ten dziwny osobnik przyjdzie po nią. Nie, nie mógł pozwolić na coś takiego. Odwrócił się od okna i podszedł do niej, pocałował ją w czoło.
- Nie mogę, przykro mi, ale się nie martw. Nic takiego się nie dzieje – tak bardzo chciałby sam w to wierzyć – zostanę na kilka dni, dobrze?
- Co za pytanie, jaka matka nie pozwoliłaby zostać własnemu dziecku – uśmiechnęła się i poszła do kuchni. Przed drzwiami przystanęła jeszcze na chwilę – idź zawołaj ojca, za chwilę obiad. Nawet się z nim jeszcze nie przywitałeś. – Zniknęła za drzwiami.
Rafał uśmiechnął się do siebie. Było mu głupio, że doprowadził matkę do łez, ale cieszył się, że odbył tą rozmowę. Chociaż tą jedną rzecz udało mu się wyjaśnić. Wyszedł na podwórze, ojciec stał do niego tyłem. Przez ramię miał zarzucony pas od kosiarki żyłkowej, na oczach gogle chroniące oczy przed rozbryzgującą się trawą. Rafał miał do niego podejść, ale zobaczył kurę, która spokojnie dziobała sobie coś niedaleko ojca. Zastanawiał się czemu zwierzę nie ucieka, zawsze wydawało mu się, że to takie płochliwe zwierzęta. Jego rozmyślanie przerwała kosa, która bez ostrzeżenia przysunęła się do głowy kurczaka i ją ścięła. Z niedużej szyjki trysnęła krew ochlapując wszystko wokoło. Ciało ptaszyska pozbawione głowy zaczęło przerażająco gdakać z kikuta szyi i biegać po podwórku, żeby po kilku chwilach paść martwe na ziemię. Ten widok tak go zszokował, że nie wiedział co ma ze sobą zrobić. Chciał wierzyć, że to był przypadek, ale wyraźnie widział, że zwierzak dziobał ściętą trawę jakiś metr od ojca, nie mogło być mowy o przypadku. Cofnął się do przedsionka i zamknął drzwi. Stał w nich chwilę oszołomiony, nie wiedział co powinien zrobić. Pierwsza spontaniczna myśl jaka mu przyszła do głowy kazała udawać, że nic nie widział, i że nic się nie stało. Odczekał chwilę i wyszedł z domu, trzasną przy tym głośno wyraźnie drzwiami, żeby zaznaczyć swoją obecność. Pomimo hałasu jaki wydawała z siebie kosiarka ojciec usłyszał trzask i się odwrócił. Miał na ustach wielki uśmiech, który na widok syna trochę zmalał. Ewidentnie zabicie kury wprawiło starego w dobry nastrój, czego nie można powiedzieć o widoku syna.
- Cześć Rafałku, kiedy przyjechałeś? Matka nic nie mówiła, że będziesz – Ojciec zdjął gogle i podszedł o syna – Co masz taką kwaśną minę? A krew. Kura mi podeszła pod kosiarkę, ale to nic, jutro będzie rosół.

xxx

Wieczorem ojciec rozsiadł się w fotelu, rozłożył gazetę i czytał najnowsze wiadomości z polityki. Matka leżała na kanapie i rozwiązywała krzyżówki. W tle gadał coś spiker w telewizji.
- Czemu nie powiedziałaś, że Rafał przyjedzie? – spytał nie odrywając oczu od gazety. Za drzwiami stał Rafał, miał wejść do pokoju, ale na dźwięk swojego imienia zatrzymał się i słuchał o czym będą rozmawiać.
- Mnie też zaskoczył. Najdziwniejsze było to, że pytał czy jest adoptowany.
- No i co ty na to?
- Rozpłakałam się i rzuciłam mu akt urodzenia.
- Biedaczka – dopiero teraz ojciec opuścił gazetę – ale nic więcej mu nie pokazywałaś?
- Nie, tylko akt urodzenia. – podniosła wzrok znad krzyżówki i chwilę się zastanowiła – O nic więcej też nie pytał. Zobaczył, że jestem roztrzęsiona i nie ośmielił się, pewnie nie chciał mnie bardziej denerwować. – uśmiechnęła się i wróciła do rozwiązywania – Stolica Peru? Na cztery? – Mruczała cicho pod nosem.
- Lima – odpowiedział ojciec wracając do czytania gazety.
Za drzwiami Rafał po cichu wycofał się i wrócił do swojego pokoju. Położył się, ale nie starał się usnąć. Czekał, aż rodzice pójdą spać.

xxx

Kiedy miał już pewność, że rodzice śpią po cichu zszedł na dół do salonu i zaczął szukać segregatora z dokumentami. Cały czas zastanawiał się o czym rodzice rozmawiali wcześniej, o czym mu nie powiedzieli. Sprawdził półkę pod telewizorem, ale znalazł tam jedynie dokumentację dotyczącą zwierząt i ziemi, wszelkie rozchody i przychody. Odłożył wszystko na miejsce. Sprawdził szuflady koło barku i sam barek, ale w nim tylko były butelki alkoholi, niemal tyle samo było trunku w każdej butelce od kiedy pamiętał. Rodzice nie byli zwolennikami picia, raczej trzymali to wszystko dla gości. Przejrzał wszystkie półki z książkami i wszystkie segregatory w pokoju, ale nic nie znalazł. Pluł sobie w brodę, że nie zwrócił uwagi skąd matka wzięła segregator z jego aktem urodzenia, ani gdzie go schowała. Postanowił, że się jednak nie podda.
Poszedł do drugiego pokoju na dole, sąsiadującego z salonem. Tu również przeszukał wszystkie szafki, szuflady i półki. Znalazł jakieś segregatory i dokumenty, ale nic co by go interesowało. Jednak zwrócił uwagę na czarny notes z adresami, pomiędzy numerami do ciotek i wujów były numery telefonów do osób, których nie znał. Nie było by w tym nic dziwnego, od kiedy poszedł na studia rodzice mogli poznać jakichś nowych ludzi. Zastanawiało go czemu matka, zawsze wylewna i opowiadająca wszystko o wszystkich, nie wspominała o tych ludziach. Przy każdym nazwisku był również numer, ale nie telefonu, Przemysława Rybicki (3), Maria Noskowska (5). Było pięć nazwisk wpisanych w ten sposób po całym notesie, przy każdym była cyfra od jeden do pięć, a każde powtarzające się nazwiska był wpisane innym kolorem długopisu. Czerwony, niebieski i żółty. Odłożył notes na miejsce i odwrócił się, żeby iść do kuchni, ale w drzwiach pokoju zobaczył ciemną postać mierzącą do niego ze strzelby. Jedną rękę wyciągnęła do włącznika światła. Kiedy żarówka rozbłysła oślepiającym światłem Rafał zobaczył ojca stojącego w drzwiach.
- Synu co ty tu robisz? – zapytał nie opuszczając lufy.
- Nie mogłem spać, chciałem wziąć coś do czytania. – chłopak zająknął się mówić to, nie był pewien, czy to przejdzie.
- Czemu nie zapaliłeś światła? Myśleliśmy z mamą, że to złodziej, a gdybym cię zastrzelił?
- Przepraszam, nie myślałem, że narobię hałasu i was obudzę. – przypomniała mu się kura i radość ojca kiedy ścinał jej głowę. Przez chwilę zastanawiał się, czy zabicie człowieka sprawiłoby ojcu równie dużo radości, a może i więcej. Na tą myśl przebiegł mu po plecach zimny dreszcz.
- I znalazłeś coś? – ojciec stał teraz z uśmiechem na twarzy, broń już opuścił.
- Słucham? – zastanawiał o co mu chodzi, skąd ojciec wiedział, że czegoś tu szukał.
- No czy znalazłeś coś do czytania?
- A, nie. Nic ciekawego, chyba się położę i jeszcze raz spróbuję zasnąć. – wysilił się na uśmiech.
- Zrób tak.

xxx

Cały dzień starł się wzrokiem znaleźć poszukiwany segregator, albo coś co mogło by zawierać dokumenty. Jednak nic nie widział.
Kiedy rodzice wyszli na podwórze poszedł jeszcze raz, tym razem w świetle dziennym, przejrzeć notes teleadresowy. Sprawdził szufladę, w której go wczoraj znalazł, ale była pusta. Szybko przerzucał rzeczy w kilku pozostałych, ale nigdzie nie było szukanego notatnika.
- Czego szukasz? – w drzwiach stała matka z złożonymi rękami.
- Niczego.
- Jedziemy z ojcem na zakupy do miasta. Jedziesz z nami?
- Nie, zostanę. Jest tu coś do roboty?
- Chyba nie. – Już wychodziła, ale odwróciła się przed drzwiami – Chociaż ojciec chyba nie skończył kosić trawy. Możesz to dokończyć. Nie zostało tego dużo.
- Dobra. – odpowiedział, ale rodzice już wsiadali do samochodu i widział przez okno jak odjeżdżają. Stał w oknie i czekał, aż samochód zniknie za wzniesieniem na linii lasu. Kiedy już nie było ich widać szybko wbiegł na górę. Kroki skierował do pokoju rodziców. Wiedział, że najpewniej tam będą ukryte dokumenty. Nacisnął na klamkę, ale było zamknięte. Pierwszy raz, od kiedy pamiętam, zdarzyło się, żeby zamknęli drzwi na zamek. Na ogół zostawiali je otwarte na oścież.
Pobiegł do swojego pokoju i zabrał klucz z drzwi. Kilkanaście lat temu bawił się z kuzynem w chowanego i ten zamknął się w pokoju rodziców. Ojciec nie lubił kiedy dzieciaki się tam zamykają. Otworzył drzwi kluczem od drugiego pokoju. Rafał miał nadzieję, że nie zmienili zamków, ale nie widział powodu żeby zrobić coś takiego. Włożył klucz do zamka, pasował.
Będąc w środku najpierw wyjrzał przez okno na drogę. Z tego pokoju miał większe pole widzenia. Chwilę wpatrywał się w szosć ciągnącą się w kierunku lasu. Nie było na niej żadnego auta. Po chwili doszedł do wniosku, że nie ma czasu do stracenia i rozpoczął poszukiwania. Wszystko co ruszał starał się odkładać na miejsce w taki sam sposób w jaki leżało wcześniej. Na najwyższej półce z książkami, między różnymi segregatorami z dokumentacją gospodarstwa znalazł to czego szukał.
Niebieski, lekko wyblakły segregator zawierający jego akt urodzenia. Owy dokument był w pierwszej koszulce. W drugiej zaś, co go całkowicie zamurowało i przeraziło, znajdował się akt jego zgonu. Datowany na tydzień po narodzinach. Zrobiło mu się duszno i zaczęło się kręcić w głowie. Usiadł na łóżku i wielkimi haustami łapał powietrze, którego zdawało się niemal nie być w pokoju wcale. Chwilę trwało zanim doszedł do siebie. Wyciągnął dokument, i położył obok siebie na łóżku. Jeszcze raz przejrzał go i tym razem dostrzegł nazwisko urzędnika wydającego dany akt, był nim Przemysław Rybicki, ten sam, który był kolorem czerwonym w notatniku z numerem 3. W kolejnej koszulce był drugi akt jego urodzenia, data się zgadzała, ale szpital był inny. Rodzice mówili mu, że urodził się w Radomiu i taki akt widział wczoraj, ale ten drugi pochodził z Łodzi. Na akcie z Radomia rozpoznał kolejne nazwisko Maria Noskowska. Jakby urodził się w dwóch miejscach. Przejrzał wszystkie pozostałe koszulki, ale nie było tam nic więcej ciekawego. Oszołomiony odłożył segregator na miejsce i wyszedł z pokoju z dwoma aktami urodzenia i zgonu. Usiadł w fotelu w salonie.
Kiedy rodzice wrócili z miasta zobaczyli go siedzącego w tym fotelu. Matka widząc go wypuściła zakupy na ziemię. Jeszcze nigdy nie widziała nikogo tak bladego, jakby miał za chwilę wyzionąć ducha.
- Co ci jest? Co się stało? – podbiegła do niego. Ojciec słysząc na podwórzu jej rozgorączkowany głos wbiegł szybko do domu.
- Gdzie ja się urodziłem? – spytał Rafał nie patrząc na nią, wzrok miał odległy nieobecny.
- Co? – zawahała się przez chwilę – Przecież wiesz, w Radomiu.
- A nie w Łodzi? I nie umarłem tam tydzień później? – spojrzał na nią, miał łzy w oczach – Co to jest? – pokazał jej trzy dokumenty, które zabrał z segregatora. Ojciec spojrzał na w górę schodów i zobaczył, że drzwi od ich pokoju są otwarte na oścież. Matka nie wiedziała co powiedzieć, patrzyła na dokumenty i starała się powstrzymywać łzy.
- A mówiłem ci tyle razy, żeby spalić wszystkie dokumenty! Ale nie ty musiałaś zatrzymać pamiątki!
Ojciec wyszedł z pokoju i udał się na górę. Rafał nadal siedział na fotelu bez ruchu, na podłodze obok niego, siedziała, a raczej niemal leżała, matka i szlochała. Już miał ponownie poruszać temat, ale usłyszał z góry jakieś szuranie i za chwilę kroki na dół. Po chwili w drzwiach salonu stanął ojciec, w rękach trzymał jakąś grubą starą książkę.
- Chodź do drugiego pokoju. – Rafał wstał powoli i skierował swe kroki do drzwi, po drodze odwrócił się i spojrzał na matkę – Za chwile się wyryczy i się uspokoi. – Ojciec poszedł w kierunku pokoju gdzie był już Rafał, jednak po drodze zatrzymał się jeszcze przy matce – Jak się uspokoisz to przynieś nam herbaty. – Nie czekał na odpowiedź, poszedł zostawiając kobietę szlochającą na podłodze.

xxx

Rafał siedział już przy stole, miał przed sobą rozłożone trzy dokumenty. Ojciec wszedł do pokoju, zebrał je i usiadł po drugiej stronie stołu. Położył przed sobą wielką księgę, a obok dokumenty.
- Miałem nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tej rozmowy. Ale skłamałbym, że nie spodziewałem się tego. Najbardziej bałem się w noce kiedy nie mogłem zasnąć. Wtedy układałem sobie w głowie scenariusz takiej rozmowy. A wiesz co jest teraz najśmieszniejsze? – uśmiechną się, chyba trochę sztucznie – Że w tej chwili nic z tego nie pamiętam.
Rozłożył księgę przed sobą i przerzucił kilka kartek.
- Nawet nie wiem od czego teraz zacząć. – głos zaczął się ojcu łamać. Z pokoju obok przestał dobiegać szloch matki.
- Najlepiej od początku. Co to za dokumenty? – Rafał starał się mówić stanowczo, ale głos wiązł mu w gardle, czuł że może się w każdej chwili załamać i rozpłakać. Starał się jednak nie dać nic po sobie poznać.
- Dobrze, dwadzieścia dwa lata temu urodził się nasz jedyny syn, ty. Byliśmy szczęśliwi, ale nie trwało to długo. W wyniku jakiejś choroby dziecko umarło po tygodniu. Byliśmy zrozpaczeni. Tym bardziej, że nie mogliśmy mieć więcej dzieci. Tego samego dnia, zanim wyszliśmy ze szpitala przyszedł do nas pewien lekarz, nazywał się Andrzej Kryształowicz, widziałeś zapewne jego nazwisko z numerem jeden zapisane na czerwono w notatniku. Zaproponował nam pomoc. Mówił coś o odrodzeniu, o jakimś rytuale, ale ja nie chciałem słuchać i wyszliśmy. Jednak matka później wróciła do szpitala i odnalazła tego lekarza. Następnego dnia odwiedził nas w domu i opowiedział o wszystkim. Doszliśmy do wniosku, że nie mamy nic do stracenia i możemy spróbować. Nie wiem czemu na to się zdecydowaliśmy, kiedy teraz o tym myślę to wydaje mi się, że nie podjął bym się tego drugi raz. – spojrzał na syna i poczuł się jakby zrobił mu tymi słowami jakąś krzywdę – Znaczy cieszę się, że jesteś z nami i nie chciałbym tego zmieniać.
- Nie musisz się tłumaczyć. – powiedział Rafał – Rozumiem o co ci chodzi.
- Dziękuję. Ale zdecydowaliśmy się na to. Powiedział nam, że mamy przyjechać tu. Niedaleko od tego miejsca znajdowała się stara pogańska świątynia. Teraz nie ma po niej śladu po za kilkoma kamieniami, które nie zorientowanemu nic nie powiedzą. Nieważne. Stąd odprowadził nas ktoś na miejsce. Było tam już trzynaście osób. Na ziemi na wielkich kamieniach pokrytych prześcieradłami leżały ciała trzech niemowląt. Okazało się, że po za nami były jeszcze dwie pary, jedna z chłopcem, druga z dziewczynką. Pozostałe dziewięć osób to było sześciu lekarzy i troje urzędników miejskich z różnych miast, po dwóje lekarzy i jednym urzędniku z każdego miasta. Posiadali oni ze sobą wykradzione akta zgonu i urodzenia dzieci, oraz kopie nowych aktów urodzenia. Wszystkich tych ludzi, jak i pary dobierał ten sam lekarz co rozmawiał z nami, Kryształowicz. On był przywódcą tego ruchu, sekty, czy jak chcesz to, to nazwij. Rytuał wywodził się z pogańskich wierzeń. Najbardziej żałowałem w chwili kiedy zabito trzy zwierzęta i ich krwią namalowano każdemu dziecku jakiś kształt na czole. Jednak kiedy się obudziłeś byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i byłem gotów zrobić wszystko dla tych ludzi. Chciałem porozmawiać z innymi rodzicami, którzy tam byli, ale zabroniono nam. Nie chcieli nic w zamian, jedynie zachowania wszystkiego w tajemnicy. Dokumenty mieliśmy spali, ale matka je zachowała. Od tamtej pory nie spotkaliśmy nikogo z tych ludzi, nie szukaliśmy. Powiedziano nam, że nie możemy i nie próbowaliśmy.
- Kim byli ci ludzie? – Rafał nie mógł uwierzyć w to co właśnie usłyszał. Ledwo mógł mówić. Czuł się oszukany i przerażony. Ojciec miał zacząć opowiadać od nowa kiedy do pokoju weszła matka, niosła na tacy dwa kubki herbaty. Nie płakała już, ale oczy miała nadal wilgotne. Postawiła przed każdym z nich po kubku i wyszła bez słowa. Ojciec odczekał jeszcze chwilę.
- Jak już mówiłem to byli lekarze i urzędnicy, ale jeżeli chodzi o rytuał to mam tu w tej księdze wszystko co udało mi się zebrać. Jednak nie interesowałem się tym od dziesięciu lat. Poznałem wtedy jednego naukowca. Robił wtedy habilitację na uniwersytecie w Warszawie i napisał publikację traktującą po części o tym rytuale. Ale wtedy jeszcze nie miał zbyt dużo informacji. Jeżeli będziesz chciał to możesz go poszukać. Może dziś wie więcej.
Rafał wstał bez słowa. Nie upił nawet łyka z ciągle parującej herbaty. Podszedł do ojca i wyciągnął rękę po książkę, którą mu podał.
- Tylko proszę niech nie opuści ona tego domu. Zarówno dla twojego, jak i naszego dobra. – poprosił ojciec. Usłyszeli głos matki, która ich wołała do kuchni. Kiedy tam weszli stała przy oknie wpatrzona w stronę drogi biegnącej nieopodal.
- Stoi tam jakiś facet i od godziny, albo i dłużej gapi się tu – wskazała palcem, ale nikogo tam nie dojrzeli – Nie rozumiem, przed chwilą jeszcze tam był.
Rafał z księgą pod pachą poszedł do pokoju na górę. Rozłożył się na łóżku i zaczął czytać. Kult jakiemu oddawali się jego rodzice, dzięki któremu on podobno ożył był uprawiany przez odłam plemion Sandomierzan. Wierzące w to osoby zostały wydalone ze społeczności i przeniosły się na późniejsze ziemie radomskie, w okolice Grabu Gielniowskiego. Wierzyli oni, że czas posiada trzy duchy. Jeden odpowiada za przeszłość, drugi za teraźniejszość, a ostatni za przyszłość. Nie ingerują one w losy ludzi, a nawet chronią ich przed ingerencją chaosu. Chaos jest przeciwieństwem czasu. Czas jest symbolem porządku, normalnego stanu rzeczy, chaos zaś stara się go naruszyć. Posiada on swojego wysłannika, który stara się przechytrzyć duchy czasu i zmusić je do zejścia na ziemię pod postacią ludzką. Jeżeli to mu się uda wtedy czas sam w sobie jest bezbronny, a chaos może nim sterować jak mu się tylko podoba. Według legend kiedyś to się udało chaosowi. Nieświadome niebezpieczeństwa duchy czasu postanowiły pomóc zrozpaczonej rodzinie, której zmarło troje dzieci. Odnaleźli dusze tych dzieci i wraz z nimi wrócili na ziemię. W tym czasie chaos wiedząc, że jest bezkarny rósł w siłę przez lata. Kiedy poczuł, że jest wystarczająco silny zaczął ingerować w losy ludzkie. Miał na uwadze tylko jedną rzecz - nie zranić dzieci, wtedy już dorosłych ludzi, ani nie pozwolić im, aby wiedziały kim są w rzeczywistości. Gdyby zginęły duchy czasu powróciły by na swoje miejsce. Przez dziesiątki lat chaos robił co tylko chciał pogrążając ludzkość w zarazach, plagach i kataklizmach. Nie pozwalał sobie jednak na zabijanie zbyt dużej ilości ludzi, oni byli jego zabawkami. Kiedy dzieci, już jako starcy poumierali chaos znowu stał się bezbronny. Duchy czasu czując się odpowiedzialne za całe nieszczęścia jakie spotkały przez nich śmiertelników po raz pierwszy i jedyny ośmieliły się zaingerować w losy świata i cofnęły czas do dnia kiedy postanowiły pomóc biednej zrozpaczonej rodzinie. Ludzi nie wiedzieli o niczym co się wydarzyło i od nowa tworzyli swoją historię. Całe zajście zostało jedynie w pamięci duchów czasu jako nauczka i wysłannika chaosu, który od tamtej pory stara się sprowadzić duchy czasu na ziemię i je tu uwięzić. Przez dziesiątki lat nie udawało mu się to, ale nie przestawał próbować.
Zszedł na dół, ojciec siedział w swoim fotelu z gazetą.
- Kim jest ten historyk o którym mi mówiłeś? – Rafał stanął w drzwiach salonu z plecakiem na ramieniu.
- Co robisz? – zdziwił się ojciec, odłożył gazetę.
- Jadę z nim porozmawiać. Jak on się nazywa.
- Jachimski Marek. Dziesięć lat temu wykładał na UW, być może tam jeszcze uczy. Mam jego stary numer telefonu, domowy. Zaczekaj chwilę. – ojciec wstał i poszedł do drugiego pokoju. Rafał domyślał się, że spisuje numer z czarnego notesiku. Wrócił i wręczył chłopakowi kartkę z numerem – Jak będziesz z nim rozmawiał to powołaj się na mnie. To powinno go bardziej otworzyć. Zaczekaj zawiozę cię na pociąg.
- Nie trzeba. Mam za chwilę busa. Pożegnaj mamę. – wyszedł nie odwracać się. Kobieta stała w oknie i ze łzami w oczach patrzyła za nim. Patrzyła jak jej syn idzie w kierunku mężczyzny, którego wcześniej widziała.

xxx

W akademiku usiadł do komputera i sprawdził w Internecie wszelkie zagadnienia związane z czasem i pogańskim kultem czasu, czy przemijania oraz wszystko co mógł znaleźć na temat plemion Sandomierzan. Nie było tego zbyt wiele, szczególnie jeżeli chodzi o interesujące go informacje. Nie odkrył nic nowego, potwierdziła się jedynie część informacji otrzymana od ojca w czarnej księdze. Ostatecznie poszukał jeszcze informacji na temat Marka Jachimskiego, nadal pracował na UW, ale był już profesorem. Sprawdził jego plan zajęć i pojechał na uczelnię.
xxx

Za grupką studentów wyszedł z sali brodaty mężczyzna na oko pięćdziesięcioletni. Jedyną osobą znajdującą się na korytarzu był Rafał. Podszedł do wykładowcy.
- Przepraszam, czy profesor Jachimski?
- Tak, z kim mam przyjemność? – Uśmiechnął się mężczyzna, aż siwa broda mu się lekko podniosła.
- Nazywam się Rafał Małkowski. Chciałbym z panem porozmawiać na temat plemion Sandomierza.
- Dyżur mam jutro o 15:30 zapraszam wtedy. Ale czy pan jest moim studentem, mam pamięć do twarzy, a pana jakoś nie kojarzę. – mężczyzna zamknął salę na klucz i odwrócił się do Rafała.
- Nie, studiuję na innej uczelni. Jednak przypuszczam, że zna pan mojego ojca, Dariusza Małkowskiego. To on polecił mi spotkać się z panem – chłopak patrzył z nadzieją na wykładowcę, który się zamyślił. Widocznie szukał w pamięci ojca Rafała – Jakieś dziesięć lat temu kontaktował się z panem w sprawie obrzędów plemion pogańskich związanych z duchami czasu i ożywianiem zmarłych.
- Tak, już pamiętam. Ale czemu cię to interesuje? – zdziwił się wykładowca.
- Chciałbym poznać te obrzędy i całą ich historię. Interesuję się starymi wierzeniami moich rodzimych ziem. Na temat tego kultu jest mało publikacji, a ojciec mówił, że pan profesor wie bardzo dużo na ten temat.
- Chodźmy na kawę. Normalnie musiałbyś przyjść na dyżur, ale skoro interesuje cię coś takiego i jesteś synem swojego ojca – mówiąc to uśmiechnął się bardzo serdecznie – to mogę poświęci ci trochę czasu. Mam akurat przerwę.
Udali się do pobliskiej kawiarenki znajdującej się na Nowym Świecie, usiedli w ogródku, dzień był bardzo ciepły chociaż dopiero kwiecień. Zamówili kawy.
- Dobrze to co już wiesz, żebym się nie powtarzał, albo co cię interesuje?
Rafał opowiedział mu wszystko co dowiedział się z książki jaką otrzymał od ojca. W tym czasie kelnerka przyniosła zamówienie. Profesor z zainteresowaniem słuchał opowieści chłopaka.
- No to chyba wiesz już wszystko. Co cię jeszcze interesuje?
- Gdzie znajdę ludzi, którzy uprawiają jeszcze ten kult? Jeżeli to prawda to jak można powstrzymać Chaos?
- Tego kultu nie ma od początków XX wieku. To wtedy pojawiła się ostatnia wzmianka o ludziach, który próbowali przywołać duchy czasu. Legenda mówi, że jedynym sposobem, żeby powstrzymać Chaos jest zabicie nosicieli duchów czasu. Kiedy duch znajduje się w człowieku jest uśpiony. Czasami mogą przychodzić jakieś dziwne sny, które wywołuje duch czasu, ale człowiek do końca jest nieświadomy tego co w nim jest. Ale to jest tylko legenda. Stare pogańskie wierzenie.
- Mówił profesor, że Chaos ciągle szuka sposobu, żeby pokonać duchy czasu raz na zawsze, ale co jeżeli duchy czasu szukają skutecznej obrony i przygotowują się na ewentualny zamach Chaosu?
- O czymś takim nie słyszałem. Skąd masz takie wiadomości? – zdziwił się profesor.
- Nie to są tylko moje przypuszczenia. Tak sobie w tej chwili pomyślałem. Przecież one chyba też mogą chcieć się bronić. Nie sądzi pan? – Rafał wydawał się być podniecony tą myślą. Profesor spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Czemu to pana tak bardzo interesuje? Niech pan mi powie jeszcze raz. – profesor spojrzał na zegarek – Ale już nie dziś. Niech pan przyjdzie do mnie jutro na dyżur. Pogadamy sobie jutro, o ile ma pan czas. – podniósł się, podał rękę Rafałowi i wyszedł z ogródka. Skierował swe kroki w stronę ulicy Świętokrzyskiej. Zwykle o tej porze na pasach czeka bardzo dużo ludzi, a tym razem profesor był sam. Lekko to zdziwiło Rafała, ale takie rzeczy się zdarzają. Zapaliło się zielone światło i profesor wszedł na pasy. Rafał spojrzał na rachunek i szukał w plecaku portfela, żeby zapłacić kiedy usłyszał głośne uderzenie. Na pasach leżał profesor, a dokładniej to co z niego zostało. Środek skrzyżowania zajmował autobus stojący niemal w poprzek. Wokoło zrobiła się wrzawa. Do uszu Rafała dobiegały krzyki kobiet, kilka osób wyjęło telefony komórkowe chcąc zadzwonić po pomoc albo powiedzieć komuś co właśnie widziało. Z deptaka biegł już patrol dwóch policjantów. Niemal cały tłum jaki znajdował się w danej chwili w okolicach skrzyżowania Świętokrzyskiej i Nowego Świtu obserwował ciąg wydarzeń. Kilkanaście osób podbiegło bliżej z miejsca zdarzenia, żeby zobaczyć ciało uderzone z dużą siłą przez autobus. Drzwi pojazdu się otworzyły. Wybiegli z niego pasażerowie, niektórzy nie dali rady wyjść o własnych siłach i ktoś im pomagał. Z oddali było słychać już dźwięk nadjeżdżającego wozu na sygnale. Przednimi drzwiami z autobusu wysiadł kierowca. Nie zwracał uwagi na całe zamieszanie. Nawet nie spojrzał na przejechanego mężczyznę. Z miną ewidentnie wkurzoną, że ktoś ośmielił się przerwać jego pracę szedł wzdłuż deptaka. Ktoś z przechodniów starał się go zatrzymać, ale kierowca odepchnął go z dużą siłą. Podszedł do Rafała.
- Mówiłem ci, że kurwa zabiję każdego! – krzyknął i dopiero teraz Rafał zauważył okulary na jego twarzy. Nim zdążył odpowiedzieć mężczyzna już się oddalał. Odwrócił się jeszcze z uśmiechem i krzyknął do chłopaka – Pozdrowienia od starych! – tym razem odszedł i zniknął na dobre. Rafał wyjął z kieszeni telefon komórkowy i wykręcił numer ojca.

xxx

Telefon komórkowy zaczął wygrywać melodyjkę. Mężczyzna oderwał na chwilę wzrok od drogi, żeby spojrzeć, gdzie leży urządzenie.
- Ty prowadź, nie zajmuj się telefonem – pouczyła go żona sięgając po telefon. Mężczyzna znowu skupił się na prowadzeni samochodu. Poczuł się skarcony jak uczniak.
- Tak – odebrała nie patrząc na to kto dzwoni. Nigdy nie patrzyła. Sama nie miała komórki, twierdził, że jej nie jest do niczego potrzebna. W domu po za stacjonarnym telefonem był jeden komórkowy, jej męża. Pożyczała go niemal cały czas, ale nadal twierdziła, że jej jest nie potrzebna osobista – Cześć Rafałku. To Rafał – powiedziała szeptem do męża zasłaniając mikrofon telefonu ręką. Mężczyzna spojrzał z uśmiechem na nią – Co? Nie, wszystko dobrze. Jedziemy do miasta właśnie na zakupy. Nie, ojciec prowadzi. Zadzwoni jak dojedziemy. No dobra. Chce z tobą rozmawiać – mężczyzna wyciągnął rękę po telefon. Zdziwił się, że żona pozwala mu rozmawiać prze telefon podczas prowadzenia auta. Zdawał sobie sprawę, że gdyby nie ostatnia sytuacja z ich synem to pewnie by to nie miało miejsca. Mężczyzna wyciągnął rękę po telefon, w tej samej chwili wyjechała z dużą prędkością ciężarówka. Kobieta zasłoniła twarz rękami i zaczęła panicznie krzyczeć. Telefon wypadł z ręki mężczyźnie, na szczęście miał tyle zimnej krwi, żeby odpowiednio zwolnić i wyminąć ciężarówkę zahaczając o pobocze.
- Było blisko – mężczyzna uśmiechnął się do żony, która siedziała nadal oszołomiona. Gdzieś z podłogi dało się słyszeć stłumiony głos. Mężczyzna przypomniał sobie o telefonie, który upuścił. Zaczął szukać po omacku ręką po podłodze samochodu. Wyczuł słuchawkę, ale była poza zasięgiem jego ręki. Żeby ją sięgnąć musiał się schylić i na chwilę oderwać oczy od drogi, robiąc to machinalnie dociskał mocniej pedał gazu.
- Rafał, jest dobrze. Upadł mi telefon… - mówił głośno mężczyzn, żeby uspokoić syna. Nie dokończył zdania. Sięgając po telefon nie zwrócił uwagi na zakręt i rosnące wokoło drogi drzewa. Z dużą prędkością samochód wbił się w starego dęba.

xxx

Rafał nadal siedział przy stoliku w kawiarence na nowym świecie. Pogotowie już dawno przyjechało i zajęło się zbieraniem resztek profesora Jachimowskiego. Policja przesłuchiwała tłum gapiów zebranych przy skrzyżowaniu. Chłopak opuścił wolno telefon w którym automatyczny głos powtarzał, że połączenie zostało przerwane. Nie łudził się wiedział, że jego rodzice nie żyją. Zastanawiał się tylko czy to przez jego telefon, czy przez wysłannika Chaosu. Jego rozmyślania przerwał jeden z gapiów wynurzający się z tłumu i wskazujący palcem w kierunku kawiarni. Spodziewał się, że funkcjonariusz za chwilę przyjdzie go przepytywać, a na to nie miał kompletnie ochoty, ani siły. Odczekał moment, aż mężczyźni odwrócą wzrok, wstał i szybko wyszedł. Szedł przed siebie nie obracając się. Skręcił za pierwszy róg. Znikając za budynkiem spojrzał przez ramię. Policjant, który przesłuchiwał gapia szedł jak mu się wydawało do kawiarenki, ale nie zatrzymał się przy niej. Widząc Rafała skręcającego za róg przyspieszył. Chłopak nie zamierzał na niego czekać. Kiedy tylko zniknął za budynkiem rzucił się pędem przed siebie. Cel miał prosty, jak najszybciej dobiec do najbliższego przystanka autobusowego i odjechać w obojętnym kierunku, zanim złapie go policjant.
Wybiegł pod Domami Centrum. Akurat na przystanek podjeżdżał autobus. Przyśpieszył i tak już głośno dysząc i wpadł do środka ostatnimi drzwiami. Kierowca ruszył. Rafał stał przy tylnej szybie wypatrując funkcjonariusza. Dojrzał go po chwili, mimo że autobus znajdował się w na tyle bezpiecznej odległości, że nie było szansy, żeby policjant go zauważył, chłopak i tak się pochylił i odsunął od szyby.

xxx

Rafał siedział w ekskluzywnej restauracji, na białym stoliku przed nim stał kieliszek czerwonego wina. Podniósł go, żeby skosztować trunku, ale nie czół żadnego smaku. Po drugiej stronie stoliku stał identyczny kieliszek, a na środku wystany, pozłacany świecznik na trzy świece. Mimowolnie nasunął mu skojarzenie z trójzębem. Rozejrzał się wokoło, ale restauracja była pusta. Nawet nie było w niej obsługi.
- Mogę? – usłyszał za plecami. Odwrócił się, stała przed nim piękna wysoka blondynka, była młoda, w jego wieku, może rok młodsza.
- Oczywiście, nie jest zajęte. Tak mi się zdaje – starał się uśmiechnąć i wstał wskazując blondynce krzesło – Czy my się znamy?
- Jeszcze nie – uśmiechnęła się nieśmiało – ale to na mnie czekasz, jestem twoją siostrą.
- Jak to siostrą? Przecież ja jestem jedynakiem – zdziwił się.
- Jestem duchem przeszłości. To ja byłam tą dziewczyną, którą ożywiono z tobą dwadzieścia dwa lata temu. To ja jestem tą dziewczynką ze snu o sierocińcu i to ja do ciebie dzwoniłam przed kilkoma dniami. Musisz znaleźć naszego brata.
- Czemu sama tego nie zrobisz?
- Bo ja jestem zawieszona między życiem i śmiercią. Chaos mnie pokonał, ale nie wszystko stracone dopóki ostatni z nas może nam pomóc.
- Jak to jesteś zawieszona między życiem, a śmiercią?
- Jestem w śpiączce, z której nie mam szansy się obudzić. Wszelkie czynności życiowe podtrzymują za mnie maszyny. Lekarz, który nade mną czuwa dba, abym przeżyła i nie pozawala mnie odłączyć. Łudzi moją rodzinę fałszywą nadzieją.
- Może nie jest tak źle, może się obudzisz.
- Nie, nie ma szans – dziewczyna starała się uśmiechnąć, ale nie wyszło jej. Zamiast tego na twarzy wykrzywiła w dziwnym grymasie – To ten lekarz wprowadził mnie w taki stan i w nim trzyma. Jedynym sposobem na uwolnienie mnie jest odłączenie sprzętu i zabicie mnie. Tak samo jak ciebie i naszego brata. Musimy umrzeć wszyscy, żeby nasze duchy powstrzymały Chaos.
- Skoro jesteś w śpiączce to jak się ze mną kontaktujesz? Jak znalazłaś się w tej restauracji? Co to za miejsce?
- Za dużo pytań. Kontaktuję się z tobą przez sen, w tej chwili śpisz. Nie mamy wiele czasu na pogaduszki. Musisz znaleźć naszego brata zanim dotrze do niego Chaos i go zniszczy tak jak mnie.
- Jak mam go odnaleźć? Gdzie szukać?
- Nie wiem jak ci pomóc z tym. Jedyne co wiem na jego temat to, że urodził się tego samego dnia co my. Rodzice mówili mi zanim zapadłam w śpiączkę, że były trzy rodziny z trzech miast. My mieszkamy w Łodzi, a dwie pozostałe w Radomiu i Warszawie. Pośpiesz się, nie wiem czy zdołam się jeszcze z tobą skontaktować, ale się postaram. Znajdź naszego brata i odszukajcie mnie – wstała i odeszła. Chciał za nią pobiec, ale kiedy otworzył drzwi od restauracji obudził się.

xxx

Cały tydzień Rafał starał się znaleźć jakiś ślad nosiciela trzeciego ducha czasu, bezskutecznie. Przeszukał wszystkie portale społecznościowe jakie znał, owszem znalazł bardzo dużo ludzi urodzonych tego samego dnia co on, bardzo wielu z Warszawy. Niestety nie wiedział w jaki sposób ma się z nimi skontaktować. Napisać wszystkim wiadomości „Cześć, jesteś moim bratem, którego nie mam?”. Może jeszcze trafi na jakiegoś psychola i co wtedy? Jeżeli zginie to nie odnajdzie ducha przyszłości, a skoro Chaos ma już sposób na uwięzienie ich w tym świecie to pewnie postara się, żeby nikt więcej nie zginął.
Udał się do marketu, żeby kupić coś do jedzenia. Od tygodnia nie wychodził z pokoju w akademiku. Starał się za wszelką cenę znaleźć jakiś ślad. Od tego wszystkiego bolała go już głowa i miał wrażenie, że się dusi. Musiał się ruszyć, najlepszym rozwiązaniem w tej chwili była wyprawa po zakupy, półki w lodówce świeciły pustkami.
Chodził między półkami marketu zbierając do wózka potrzebne mu produkty. Przy stoisku z warzywami zapatrzył się na ładną brunetkę. Dziewczyna podchwyciła jego wzrok i uśmiechnęła się nieśmiało. Potraktował to jak zaproszenie i postanowił ją zagadnąć. Dziewczyna ewidentnie na to czekała, nie ruszała się z miejsca. Stał wpatrując się w niego i uśmiechając delikatnie. Na moment zapomniał o całym zamieszaniu z duchami czasu, znowu był normalnym dwudziestodwuletnim chłopakiem, który zauroczył się przypadkowo spotkaną dziewczyną. Nie patrzył na nic tylko pchał przed siebie swój wózek. Spomiędzy półek wyszedł jakiś chłopak, którego Rafał nie zauważył i przypadkiem zahaczył ramieniem. Na sekundę wszystko zdawało się zniknąć, Rafał poczuł się bardzo lekki, jakby oderwany od ciała. Uczucie to jednak nie trwało długo. Po sekundzie znowu stał w markecie, obok stał jakiś chłopak, który obok nogi miał upuszczony koszyk. Ze środka lała się oliwa z potłuczonej butelki, wszystkie zakupy zalane były gęstą, tłustą cieczą.
- Patrz jak łazisz chuju! – warknął chłopak.
- Przepraszam, przypadek – powiedział Rafał. Mówiąc to spojrzał chłopakowi w oczy. Zobaczył w nich coś dziwnie znajomego. Chciał się jeszcze odezwać, ale nieznajomy zniknął powrotem między półkami klnąc pod nosem.
Rafał znowu zaczął pchać wózek przed siebie zastanawiając się skąd mógł znać tego chłopaka. Zamyślony minął wpatrzoną w niego dziewczynę, która przestał się uśmiechać, zdziwiona sposobem w jaki została potraktowana.
Spotkał jeszcze raz tego chłopaka w tłumie pasażerów autobusu, którym wracał do akademika. Chciał podejść, ale widząc jego wkurzoną minę zrezygnował z tego. Przyglądał mu się jedynie schowany w tłumie. Nieznajomy wysiadł na tym samy przystanku co Rafał.
W akademiku nadal myślał o przypadkowo spotkanym chłopaku, a raczej o jego oczach. To te oczy przykuły jego uwagę, starał się przypomnieć sobie czemu są takie znajome. Przez głowę przeszła mu jeszcze myśl, że jest to trochę dziwne, że tak wspomina oczy. Coś podobnego zdarzyło mu się w życiu raz, może dwa, ale dotyczyło to oczu dziewczyn. Jednak to uczucie, które odczuwał teraz nie miało nic wspólnego z zakochaniem. Tym razem było to takie uczucie, kiedy nie można sobie czegoś przypomnieć, a nie chce to uczucie odejść. Do tego dochodziło dziwne porażenie i uczucie lekkości jakie miało miejsce gdy się zderzyli. To tym bardziej nie pozwoliło zapomnieć o tych oczach.
Wstał i spojrzał na zegarek. Było już dawno po północy. Zabrał z łóżka piżamę i poszedł do łazienki. Czas mu bardzo szybko minął na bezowocnych rozmyślaniach. Zmoczył twarz wodą i spojrzał w lustro. Zdawało mu się, że w odbiciu widzi twarz chłopaka z marketu. Teraz już rozpoznał te oczy, miał takie same. Dziewczyna z jego snu miała identyczne spojrzenie. Ale czy możliwe, żeby miał takie szczęście, żeby spotkać trzeciego ducha czasu, żeby mieszkali praktycznie obok siebie. Długo się nad tym nie zastanawiał. Po ostatnich wydarzeniach zabrnął już za daleko, żeby się teraz zastanawiać, czy wierzy w to wszystko, czy nie. Przyjął za pewniaka to, że ten chłopak jest osobą, której szuka.
Z samego rana Rafał poszedł na przystanek autobusowy i wypatrywał widzianego w markecie chłopaka. Pojawił się dopiero około dziewiątej rano. Wybiegł spomiędzy bloków i wskoczył do stojącego na przystanku autobusu. Niewiele to pomogło Rafałowi. Wrócił do akademika. Doszedł do wniosku, że będzie go wypatrywał wieczorek, żeby z nim porozmawiać. Tak też zrobił. Około siedemnastej spakował plecak i poszedł na przystanek. Dopóki słońce świeciło czytał książkę, obserwował wszystkie osoby wsiadające i wysiadające. Im było później tym mniej osób wysiadało. Pierwszego wieczora nie udało mu się spotkać chłopaka, drugiego również. Pomyślał, że albo chłopak był tu przypadkiem, u kogoś albo jest strasznym domownikiem i nie wychodzi wieczorami. Trzeciego wieczoru, kiedy już zwątpił i zabrał się powrotem z akademika zobaczył, że poszukiwany przez niego osobnik wysiada po drugiej stronie ulicy. Początkowo stał chwilę z jakimiś ludźmi, zapewne znajomymi, którzy wysiedli z nim. Po chwili podjechał inny autobus i przesłonił widok Rafałowi. Kiedy odjechał na przystanku pozostał chłopak z marketu z jakimś kolegą. Podali sobie ręce i rozeszli się. Rafał czekał, chłopak przeszedł niemal koło niego, nie zwracając uwagi na stojącą nieopodal postać. Chłopak zszedł na ścieżkę prowadzącą między bloki, nie odwrócił się, nie zdawał sobie sprawy, że ktoś idzie za nim.
- Zaczekaj – powiedział Rafał łapiąc go za ramię.
- Co jest? Czego kurwa chcesz? – chłopak wyrwał się, nie zatrzymywał się, ale nie przyspieszył.
- Spotkaliśmy się w markecie przed kilkoma dniami. Przeze mnie upuściłeś koszyk.
- Aha, spoko. Przeprosiny przyjęte – dopiero teraz chłopak lekko przyspieszył kroków. Rafał jednak nie dawał za wygraną.
- Zaczekaj. Nic ci nie zrobię. Powiedz mi tylko czy urodziłeś się trzynastego marca 1987 roku? – słysząc to chłopak się zatrzymał. Spojrzał na Rafała. Zdał sobie sprawę, że jest od niego niemal dwa razy potężniejszy.
- Może, o co ci kurwa chodzi? – teraz on zaczynał przejmować inicjatywę.
- Nic tylko tyle chcę wiedzieć. Powiedz to i dam ci spokój – Rafał wolno zaczął się cofać widząc, że karty się odwróciły, i że to on jest na straconej pozycji.
- Tak, urodziłem się trzynastego marca, a teraz odpierdol się koleś – chłopak odwrócił się i zaczął odchodzić, nie odwracał się, z każdym krokiem jednak przyspieszał. Usłyszał, że za plecami ten dziwny gość co go zaczepiał zaczyna czegoś szukać w plecaku. Najwyższa pora była wziąć nogi za pas. Nie oglądając się za siebie pobiegł między bloki.
Od tego wieczora chłopaka stał się o wiele bardziej uważny. Starał się sam nie chodzić wieczorami, a przynajmniej nie bez gazu. Minął ponad tydzień od spotkania z tym dziwakiem. Z czasem zaczął ponownie wracać do swojego standardowego rozkładu dnia. Po kolejnych kilku dniach sam siebie przekonał, że nawet gaz mu jest niepotrzebny, chociaż z niego nie zrezygnował.

xxx

Minęły dwa tygodnie od spotkania z chłopakiem z marketu. Rafał zdawał sobie sprawę, że zastraszył trochę chłopaka, chociaż ten był większy i silniejszy od niego. Tamto spotkanie pozwoliło mu się upewnić, że obserwowany przez niego chłopak na pewno jest tym za kogo go miał. Kiedy tamtego wieczoru złapał go za ramię poczuł dokładnie wstrząs podobny to tego co poczuł przy pierwszym ich przypadkowym spotkaniu. Na moment jego ciało stało się lekkie i zdawał się unosić ponad ziemią. Cały świat zniknął by po chwili objawić się w jakiś inny dziwny sposób. Wszystko wokoło było rozmazane, jakby stworzone było z ulatującego piasku. Krawędzie wszystkich budynków, ziemia było rozmazane, ale mimo to Rafał czuł, że rozumie wszystko wokoło, widział co się działo za ścianami, znał historię wszystkiego na co spojrzał. Wszystko zmieniło też barwy, było bardzo jasne. Przed sobą nie widział twarzy chłopaka, którego zaczepił, ale starca, jednak spojrzenie było to samo. Właśnie to jak widział twarz tego chłopaka upewniło go, że jest on jednym z duchów czasu.
Czternastego wieczoru od spotkania z chłopakiem wracając do akademika z obserwacji Rafał zauważył jakiegoś dziwnego mężczyznę, który mu się przyglądał. Stał niedaleko drogi osiedlowej na parkingu, który służył za plac manewrowy dla jednej ze stołecznych szkół jazdy. Starał się nie zwracać uwagi na nieznajomego, chociaż przyciągał jego wzroki.
- Zaczekaj chłopcze – Rafał usłyszał za sobą głos mężczyzny, którego właśnie minął. Odwrócił się, ale postać zniknęła. Zaintrygowany już miał skierować kroki w tamtym kierunku, ale poczuł dolatujący do niego znajomy zapach tytoniu. Spojrzał przed siebie. Mężczyzna stał teraz przed nim, w ręku trzymała arabskie papierosy. To był ten specyficzny zapach, to były te same papierosy jakie palił wysłannik chaos przy ich pierwszym spotkaniu.
- Widzę, że mnie poznajesz – uśmiechnął się mężczyzna. Nie miał na sobie okularów, zamiast oczu miał czarne dziury, które sprawiały się nie mieć dna. Rafał starał się w nie, nie patrzeć.
- Czego chcesz? – nie ukrywał zdenerwowania, ale starł się być stanowczy.
- Chciałem tylko zobaczyć co u ciebie – mężczyzna uśmiechnął się – ostatnio byłem bardzo zajęty, ledwo znalazłem czas na nasze ostatnie spotkanie, a i wtedy się śpieszyłem. Widzę, że czegoś się nauczyłeś w ciągu ostatnich kilku dni. Pamiętaj, że chociaż nie widzisz mnie to ja widzę ciebie – po tych słowach mężczyzna zniknął, rozpłynął się w powietrzu. Pozostał po nim specyficzny, gryzący zapach arabskich papierosów.

xxx

Chłopak wysiadł z autobusu, rozejrzał się wokoło. Chociaż minęły już ponad dwa tygodnie od spotkania z wariatem z marketu to nadal nosił przy sobie gaz. Twierdził, że ostrożności nigdy za wiele. Starał się nawet nie wracać wieczorami do domu, a szczególnie sam. Dziś jednak sytuacja była wyjątkowa. Kończył po jedenastej pracę i ledwo się załapał na ostatni dzienny autobus jadący do niego. Miał czekać na kolegę, ale wtedy tłukli by się razem nocnymi trzy razy dłużej. Stał teraz sam w świetle lampy na przystanku. Zacisnął mocno dłoń na gazie w kieszeni gotowy wyciągnąć puszkę, gdyby ktoś go atakował, jednak nikogo nie było w okolicy. Przeszedł na drugą stronę i poszedł na skróty ścieżką prowadzącą za jego starą podstawówką. Kiedy skręcił za róg zobaczył biegnącą w jego kierunku postać. Mocniej zacisnął rękę na gazie i wolno zaczął wysuwać ją z kieszeni gotową do użycia. Biegnąca postać minęła go, jakiś człowiek uprawiał sobie wieczorne biegi. Schował gaz powrotem do kieszenie, w głębi duszy śmiał się sam z siebie, ze swoje nadwrażliwości. Rozejrzał się po starym boisku i ruszył przed siebie. Tym razem nie zauważył zbliżającej się do niego postaci.
Rafał czekał szedł za chłopakiem od przystanku. Już miał do niego podejść, ale usłyszał, że ktoś biegnie. Zwolnił kroku i spuścił wzrok. Chłopak zniknął za rogiem budynku, ale wybiegł zza niego jakiś szczupły mężczyzn. Kiedy go minął odczekał chwilę i wyjrzał zza budynku. Chłopak stał i rozglądał się wokoło, chociaż noc była ciemna, a na starym boisku nie było oświetlenia to obserwowana postać ewidentnie się rozluźniła. Rafał odczekał kilka chwil, żeby chłopak ponownie ruszył przed siebie i zdecydowanym krokiem ruszył w jego kierunku. Starał się nie iść najciszej jak potrafił, nie chciał być przedwcześnie zauważony.
Chłopak usłyszał, że ktoś z tyłu się do niego zbliża. Odwrócił się sięgając po gaz, ale było już za późno. Poczuł jak coś rozrywa mu brzuch. Całe ciało sparaliżował szok i ból.
Rafał poczuł ciepłą lepką krew płynącą mu po ręce. Przerażony tym co właśnie zrobił zamarł na chwilę. Chłopak patrzył mu w twarz, ale oczy zdawały się ślepnąć, traciły wyraz. Niewiele myśląc wyciągnął ostrze noża z brzucha ofiary i ugodził ponownie, tym razem wyciągnął nóż szybciej. Zadał jeszcze dwa szybkie ciosy. Wyciągnął nóż i szybko zaczął uciekać pozostawiając konającego chłopaka na chodniku biegnącym przy boisku.
Wybiegł do ulicy, na szczęście nikogo nie było w polu widzenia. Nóż wrzucił do studzienki kanalizacyjnej przy przejściu i szybko przebiegł przez pasy. Przed samymi drzwiami do akademika ściągnął koszulę i zawinął ją wokół ręki pokrytej krwią.

xxx

Leżał na łóżku w akademiku. Na ręku nadal miał ślady krwi. Wszedł do środka, z koszulą niedbale zawiniętą wokoło ręki, nie zwracał uwagi czy ktoś mu się przyglądał. Nie miało to teraz znaczenia. Nie mógł uwierzyć, że właśnie zabił człowieka. Na wspomnienie o tym zrobiło mu się nie dobrze. Zanim to wszystko się zaczęło miał normalne życie, przyjaciół rodzinę, wiedział kim jest. Teraz wszyscy z jego otoczenia ginęli, on sam zabił, nie wiedział dobrze kim jest. Podniósł się z łóżka i podszedł do okna, otworzył je szeroko i zaczął gwałtownie wdychać powietrze. Zemdlenie powoli ustępowało. Odwrócił się, dzięki świeżemu tlenowi mózg znowu zaczął pracować normalnie. Wiedział, że musi zmyć z siebie resztki krwi i zmienić ubranie. Odwrócił się, stał przed nim wysoki osobnik, miał na sobie czarną długą szatę, skojarzyła się ona Rafałowi z jakimś druidzkim strojem, czy ubraniem jakiegoś czarodzieja z baśni. Na głowie miał szeroki kaptur, który zakrywał pół twarzy. Wsparty był na wysokiej lasce, niemal tak wielkiej jak on. Fragment twarzy jaki wystawał był pomarszczony, dłonie opierające się na lasce również. Nie widział oczu starca, ale czuł jego lodowate spojrzenie na sobie, przeszywało go całego.
- Uwolniłeś mnie. Teraz musimy udać się do ducha przeszłości. Dopiero kiedy będziemy razem zdołamy powstrzymać Chaos. Jednak strzeż się, on nie ma nic do stracenia. Może cię zabić, żeby nie dopuścić do uwolnienia trzeciego ducha.
- Co mam teraz robić? Jak mam ją odnaleźć?
Starzec wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu Rafała. Zniknął pokój chłopaka, momentalnie znaleźli się w sali szpitala, był to całkiem przestronny jednoosobowy pokoik. Na środku stało łóżko obstawione wokoło monitorami, wskaźnikami i kroplówkami. Na łóżku leżał dziewczyna ze snu Rafała. Oczy miała zamknięte, na ustach miała maskę z odchodzącą rurką dostarczającą powietrze do płuc. Do żył miała podłączone dwie kroplówki. Widok przyprawiał o dreszcze. Za ich plecami otworzyły się drzwi, do sali weszła pielęgniarka. Przeszła koło nich, ale nie zwróciła uwagi na ich obecność.
- Ona nas nie widzi. Nas tam nie ma – powiedział starzec kiedy poczuł, że Rafał poruszył się na widok pielęgniarki. Słysząc to chłopak się uspokoił. Siostra wpisała coś w karcie pacjenta i dopiero teraz Rafał zaczął dostrzegać istotne szczegóły. Dziewczyna nazywała się Paulina Jaszczura, leżała w Łodzi w szpitalu klinicznym im. WAM przy ulicy Żeromiskiego. Odczekali chwilę, kiedy pielęgniarka wychodziła Rafał odwrócił się i zobaczył na drzwiach numer 327. Teraz już wiedział gdzie ma szukać.

xxx

Starał się zachowywać normalnie, ale cały czas miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Zdawał sobie sprawę, że to normalne kiedy ma się coś na sumieniu, albo stara się przed kimś ukryć, ale świadomość tego wcale go nie uspokajała. Przy kasie był pewien, że baba w okienku wezwie za chwilę patrol policji, albo ochronę. Pomimo nieuprzejmości z jaką został obsłużony, nic się nie stało. Poszedł na peron, stanął i obserwował przechodzących ludzi. Jeden mężczyzna wyjął telefon, zapewne po to, żeby wezwać policję. Kobieta z wózkiem w oddali rozmawiała z jakimś mężczyzną, Rafał wiedział, że na jego temat. Wszyscy co chwilę spoglądali na niego nieufnie, nawet gdy tego nie widział to czuł na sobie spojrzenia wszystkich wokoło. Nie mógł wytrzymać, wyjął z kieszeni paczkę papierosów i odpalił jednego. Nie zdążył nawet dobrze się zaciągnąć kiedy zobaczył znaczek z przekreślonym papierosem. Szybko zgasił i wyrzucił niedopałek do kosza, był pewien, że jeżeli tego nie zrobi to zapewne za chwilę przyjdzie ochrona kolei i go zaczepi, a ludzie będą wytykać go palcami. Robiło mu się coraz goręcej, chociaż wiał chłodny wiatr. Spojrzał na stary zegar na peronie. Jeszcze piętnaście minut takiej udręki. Rozejrzał się naokoło, chociaż nikt nie patrzył to był pewny, że i tak go obserwują.
Całą drogę siedział wpatrzony w siedzenie przed sobą. Usiadł przy przejściu na wypadek gdyby musiał uciekać, chociaż nie wiedział jak może uciec z pędzącego pociągu. Owszem widział tego typu akcje w filmach szpiegowskich, czy westernach, ale on nie jest Johnem Waynem. Mimo jego przeczuć nic się nie stało. Dojechał do Łodzi bez problemu, wysiadł na dworcu Fabryczna. Na placu przed peronami wzrokiem szukał wolnej taksówki. Zdziwił się widząc jedno wolne auto. Dojrzał jeszcze jedno, ale właśnie wyjeżdżało. Minął wolnostojącą kabinę toi-toi, do której ustawiał się bardzo długa kolejka. Kogoś musiało bardzo przycisnąć, że siedzi tak długo, pomyślał. Od kiedy wysiadł w Łodzi czuł się bezpieczny, póki co. Wiedział, że zapewne pod szpitalem znowu obleci go strach, jednak starał się o tym nie myśleć. W tej chwili cieszył się spokojnymi myślami. Podszedł do taksówkarza, który wykłócał się o coś z podchmielonym mężczyzną.
- Przepraszam, można? – zapytał Rafał uprzejmie.
- Oczywiście, proszę wsiadać – taksówkarz uśmiechnął się do chłopaka. Odepchnął na bok pijaczka i syknął do niego przez zęby – spierdalaja, ale już. – odwrócił się i wsiadł do taksówki.
- Zawołam policję złodzieju! – krzyknął podchmielony mężczyzna, jednak kiedy zobaczył, że taksówkarz ponownie otwiera drzwi uciekł w popłochu.
- Przepraszam pana bardzo, pijaczki przychodzą i chcą pożyczać pieniądze od nas. Myślą, że jak nas codziennie tu widzą to jesteśmy ich kumplami i będziemy na nich robić. – powiedział zrezygnowany trochę taksówkarz – Dokąd jedziemy?
- Na Żeromskiego, do szpitala, poproszę. – powiedział trochę niepewnie Rafał. Nie był pewien, czy chce jechać tą taksówką, ale nie miał wyboru. Chciał dotrzeć jak najszybciej na miejsce, a to był jedyny wóz na parkingu. Kiedy włączali się do ruchu przez ramię Rafał dostrzegł jak kilku mężczyzn wyważa drzwi od toalety. Po chwili z tłumu wyrwały się krzyki i piski.
- Pewnie ktoś się tam zaćpał. Mówię panu, w tym mieście to plaga z takimi. Głównie na dworcu. Nie wiem co ich tak pociąga w szprycowaniu się w tych obsranych publicznych kiblach – powiedział zdegustowany kierowca patrząc w lusterko wsteczne. Rafał dopiero teraz dostrzegł ciemne okulary na jego oczach.
- Przepraszam, ze pytam, ale czy panu dobrze się prowadzi w tych okularach? Nie są za ciemne?
- To są lecznicze, mam jaskrę, gdyby nie one to bym wcale nie mógł jeździć. I tak muszą często latać na badania. Jeżeli raz się nie zgłoszę to mi zabiorą papiery.
Chłopak obserwował obdrapane kamienice przez okno samochodu, w pewnym momencie pomyślał, że warto spojrzeć na taksometr, żeby upewnić się, że kierowca nie chce go oskubać. Nie zależało mu w tym momencie na pieniądzach, ale chciał to sprawdzić dla zasady. Nie godził się, żeby ktoś go oszukiwał. Próbował spojrzeć na licznik, ale taksówkarz trzymał rękę na gałce zmiany biegu. Słyszał już o tym. W ten sposób nieuczciwi taksówkarze wozili na droższych taryfach nieświadomych niczego pasażerów.
- Przepraszam, jaką taryfą jedziemy? – zapytał nie mogą dojrzeć licznika.
- A jak pan myśli? – odparł wyraźnie urażony kierowca – Pierwszą, po mieście, dzienną, a co pan? Myśli, że jak taksówkarz, to zaraz złodziej?
- Przepraszam, tak tylko pytałem – odpowiedział grzecznie chłopak. Przypomniał mu się widok pijaczka grożącego policją i wyzywającego taksówkarza od złodziei. Ewidentnie bardzo go bolało takie wyzwisko.
- Człowiek haruje całe dnie, uczciwie, ledwo wiąże koniec z końcem, ale nie kradnie, a tu co? Mają go za złodzieja.
- Przepraszam, nie chciałem pana urazić. Tyle ostatnio się słyszy o oszukiwaniu w taksówkach. Przepraszam jeszcze raz – taksówkarz jednak już go nie słuchał. Widząc to Rafał rozsiadł się na kanapie z tyłu i obserwował budynki. Kierowca pogłośnił lekko radio, leciała jakaś lista przebojów. Jakaś młoda gwiazdka zawodziła do rytmu dobrze znanego starego przeboju. Zanim jednak utwór się skończył rozpoczęły się wiadomości: „Polskie Radio Łódź, przerywamy nadawanie programu, aby podać wiadomość z ostatniej chwili – przyjemnym głosem mówiła spikerka – na dworcu Łódź Fabryczna został znaleziony martwy starszy mężczyzna. Ciało znajdowało się zamknięta w wolnostojącej kabinie toi-toi. Mężczyzna posiadał dokumenty, był to Jarosław K., taksówkarz. Jego auto zostało skradzione z dworca. Świadek widział złodzieja uciekającego skradzionym samochodem. Poszukiwany to mężczyzna około czterdziestu lat. Krótkie czarne włosy, przerzedzone, zarost kilkudniowy. Nosi ciemne okulary. Ucieka czerwonym Volkswagenem Passatem o numerach rejestracyjnych EL 2387TW. Osoby, które widziały pojazd, bądź mężczyznę proszone są o pilny kontakt z policją. Podejrzany może podawać się za taksówkarza. Z dworca odjechał z pasażerem, który może być w nie…”. Taksówkarz wyłączył radio, chłopak wpatrzył się w radio, które już przestało nadawać. Dopiero teraz zobaczył, że licznik jest wyłączony.
- Znowu się spotykamy. – powiedział taksówkarz zdejmując okulary. Zamiast oczu miał czarne doły – Mówiłem, że cię obserwuję. Chyba sam rozumiesz, że nie mogłem pozwolić, żebyś odwiedził naszą małą przyjaciółeczkę. To mogłoby popsuć wszystko co sobie zaplanowałem.
- Już za późno, nie powstrzymasz nas. Za to my zatrzymamy ciebie – syknął Rafał i niewiele myśląc rzucił się na kierowcę i zaczął go dusić. Mężczyzna jednak nic nie czuł, zamiast się krztusić zaczął się śmiać.
- Myślisz, że co, że mnie udusisz i wszystko wróci do porządku? Ja nie jestem człowiekiem zapomniałeś? – powiedział śmiejąc się. Samochód pędził co raz szybciej przez wąskie uliczki – Ale ja mogę ciebie zabić, a wtedy was pokonam. Żadne z was osobno nic mi nie może zrobić, dopiero gdy będziecie wszyscy razem. Rozumiesz? Twój kolega nie żyje, teraz wystarczy ciebie zabić, a tą małą sukę podtrzymywać przy życiu – odwrócił się do Rafała z diabelskim uśmiechem. Chłopak puścił szyję kierowcy i usiadł na kanapie. Widząc jak zbliżają się z duża prędkością do skrzyżowania zapiął pasy. Kierowca odwrócił się w ostatniej chwili, żeby zeskoczyć na lewy pas i ominąć wyrastający przed nimi ogonek samochodów. Nie zwalniając pędził lewym pasem, którym nic nie jechało. Zbliżali się do skrzyżowani, nadal było czerwone. Niewiele brakowało, żeby wskoczyli przed szereg samochodów na swoim pasie. Kiedy byli kilkaset metrów od skrzyżowania na warunkowej strzałce wjechał wprost na nich samochód nauki jazdy. Było już za późno na jakikolwiek manewr. W przebłysku zdrowego rozsądku Rafał spojrzał na zapięcie pasa kierowcy. W ostatniej chwili wychylił się i go odpiął. W momencie zderzenia mężczyzna wyleciał przez przednią szybę jak z katapulty. Taksówka uderzyła z wielką siłą, odbiła na bok uderzając w samochody stojące w korku. Przody obu samochodów były zmiażdżone. Kursant i instruktor zginęli na miejscu, ich ciał leżały rozmiażdżone w resztkach Fiata Punto. Rafał poobijał się trochę, ale zdołał o własnych siłach wyczołgać się z samochodu. Miał dużo szczęścia, gdyby jechali czymś mniejszym zapewne skoczyłby jak osoby z drugiego auta. Stanął na nogach i spróbował iść do przodu. W głowie mu huczało i kręciło się, chociaż niemal nie dochodziły do niego żadne odgłosy z otoczenia. Z samochodów stojących w korku wychodzili ludzie, kilka osób podbiegło do niego. Starał się ich wyminąć, ale nie dał rady. Udało mu się zrobić krok do przodu po czym upadł nieprzytomny.

xxx

Ocknął się w karetce. Głowa bolała go jak nieszczęście, ale nie miał już zawrotów i słyszał normalnie. Starał się poruszyć ręką, ale coś ją blokowało. Próbował podnieść głowę, ale również nie dał rady. Domyślał się, że zapewne przypięto go, żeby nie latał na noszach w trakcie jazdy. Jeden z ratowników medycznych widząc, że chłopka otworzył oczy uśmiechnął się.
- Ale miałeś szczęście chłopie. Wieziemy cię do szpitala, ale tylko na obserwację. Posiniaczyłeś się trochę i poobijałeś. Żadnych złamań, ani nic takiego, nie mówiąc już o niczym poważniejszym – pocieszał chłopaka – Kierowca nawet nie włączył koguta, nie było potrzeby.
Ponownie wszystko pociemniało i poczuł jak świadomość ulatuje. Stracił przytomność.
Tym razem obudził się kiedy mijał recepcję na łóżku pchanym przez pielęgniarzy.
- Gdzie ja jestem? – wymamrotał budząc się, podniósł rękę, nie miał z tym zbyt wielkiego problemu, nie był już przywiązany, chociaż bolały go wszystkie kości.
- W szpitalu, miałeś wypadek. Nic ci nie jest, ale jeszcze dokładnie cię zbadamy i zostaniesz do jutra na obserwacji – pochylił się nad nim mężczyzna w białym kitlu.
- Ale w jakim szpitalu?
- W Łodzi w szpitalu akademickim na Żeromskiego – słysząc to Rafał uśmiechnął się i położył czekając, aż dowiozą go na miejsce.
Przed windą lekarz powiedział coś pielęgniarzowi i poszedł wzdłuż korytarza. Wepchnięto go z łóżkiem do kabiny dźwigu. Mężczyzna, którego kojarzył z karetki wcisnął przycisk z numerem dwa i ruszyli. Kiedy znaleźli się na piętrze drugim wypchnęli go na korytarz i ustawili łóżko między windą, a schodami.
- Poczekasz tu chwilkę, lekarz zaraz do ciebie przyjdzie – powiedział pielęgniarz i wrócił do windy zanim ruszyła. Rafał z całych sił podniósł się i usiadł. Kosztowało go to bardzo wiele cierpienia. Poczekał kilka sekund, aż ból niemal we wszystkich mięśniach przestanie pulsować. Przechylił się delikatnie w lewo i nacisnął przycisk przywołujący windę. Z całych sił zaparł się na rękach i wolno spuścił nogi na podłogę. W pierwszym odruchu kolana się pod nim ugięły, ale zdołał stanąć. Wmawiał sobie, że wystarczy rozruszać się trochę i ból minie. Małymi kroczkami podszedł do windy. Otworzyły się przed nim drzwi, kabina była pusta. Wjechał na trzecie piętro, wysiadając minął grupkę pielęgniarek, wśród nich była ta, którą widział, kiedy duch czasu pokazał mu salę, w której leżał dziewczyna. Popatrzył po numerach. Numeracja zaczynały się od sali znajdującej się naprzeciw windy od 301. Szedł wolno podpierając się o ścianę. Po jednej stronie znajdowały się numery parzyste, po drugiej nieparzyste. Korytarz był bardzo długi. Przechodząc obok drzwi prowadzących na schody dostrzegł w szybie swoje odbicie. Miał brudną twarz, w kącikach ust i pod nosem miał zaschnięte ślady krwi. Wypatrywał toalety, musiał się opłukać zanim ktoś go zaczepi, na szczęście po korytarzu nie kręciło się zbyt wiele osób. Naprzeciw numeru 313 znajdowały się drzwi do damskiej toalety. Kuśtykając przeszedł pod nie i zapukał. Poczekał chwilę, ale nikt się nie odezwał. Rozejrzał się wokoło, widząc że nikt nie zwraca na niego uwagi wśliznął się do środka. Było to małe pomieszczenie zamykane od środka z jednym sedesem i umywalką. Zaryglował drzwi i zmoczył twarz zimną wodą. Chłód orzeźwił go bardzo przyjemnie. Z wielkim bólem pochylił się nad umywalką i płukał twarz. Rozejrzał się po umywalce, pod ścianą leżała mała kostka mydła. Sięgnął po nią. Po chwili doprowadził się do porządku. Przystawił ucho do drzwi i nasłuchiwał chwilę, cisza. Otworzył zamek i wolnym ruchem pchnął drzwi, które złapała jakaś ręka i pociągnęła energicznie. Ręka należała do pielęgniarki, którą znał z wizji. Szarpnięcie sprawiło mu wielki ból, zdawało mu się, że ręka został wyrwana z ramienia, do oczu napłynęły mu łzy i wydał z siebie ciche sapnięcie.
- Przepraszam, pilna potrzeba – powiedział widząc pytający wzrok pielęgniarki. Starał się mówić naturalnie i na luzie – nie nabrudziłem. Pielęgniarka pokręciła zrezygnowana głową.
- Tu jest męski – wskazała palcem kolejne drzwi i przepchnęła się obok niego. Niemal wypchnęła go i zaryglowała drzwi.
Rafał ponownie wolno podpierając się o ścianę przemieszczał się w kierunku pokoju z numerem 327. Wreszcie stanął przed szukanymi drzwiami. Serce zaczęło mu bić szybciej. Był szczęśliwy, że pomimo tak wielkiego bólu udało mu się dostać wreszcie. Nacisnął klamkę i wśliznął się tyłem do środka obserwując korytarz. Delikatnie zamknął za sobą drzwi i odwrócił się gotowy do odłączenia rurki z tlenem. To co zobaczył wywołało jego przerażenia. Ogarnęło go poczucie bezsilności, tyle cierpienia na marne. Łóżko było puste. Aparatura była odłączona. Oparł się plecami o drzwi nie wiedząc co ma teraz zrobić. Był gotowy wyjść z pomieszczenia kiedy usłyszał odgłos spuszczanej wody. Dźwięk dochodził od prawej strony. Dopiero teraz zobaczył, że brakuje stojaka z kroplówkami. Z toalety wyszła dziewczyna, którą znał ze swoich snów. Nie zauważyła go jeszcze, podeszła do okna i otworzyła je. Oparła się o parapet i głęboko zaciągnęła powietrzem.
- A jednak się obudziłaś? – powiedział powoli idąc w jej kierunku. Na dźwięk jego głosu dziewczyna lekko podskoczyła przestraszona.
- Kim pan… Kim jesteś? Co tu robisz? – odwróciła się w jego kierunku.
- Nie poznajesz mnie, przecież sama kazałaś, żebym cię odnalazł.
- Nie przypominam sobie – próbowała się cofnąć, ale natrafiła na parapet, który ją blokował. Lekki wiatr owiewał ją unosząc cienką koszulę nocną. Rafał nie zważając, że go nie poznaje wolno posuwał się coraz bliżej niej.
- Przychodziłaś do mnie w snach. Jestem twoim bratam – uśmiechnął się wyciągając do niej obie ręce – nie bój się. Nasz brat został już uwolniony. Zabiłem go, dołączymy do niego i tan koszmar się skończy – słysząc to dziewczyna nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć ile miała sił w płucach. Obudziła się przed trzema dniami ze śpiączki, w której była od roku i od razu odwiedza ją jakiś wariat, który grozi, że ją zabije. Zdezorientowany Rafał stanął w miejscu krok od niej, nadal miał wyciągnięte przed siebie obie ręce gotowe objąć ją. Na korytarzu biegło kilka osób, kroki było słychać co raz bliżej. Drzwi się otworzyły, stanął w nich lekarz, który rozmawiał z nim, kiedy się ocknął w tym szpitalu. Patrząc na niego Rafał zrozumiał, że jeżeli teraz czegoś nie zrobi to nie będzie miał kolejnej szansy. Zebrał w sobie wszystkie siły i z wielkim bólem rzucił się na dziewczyną wypychając ją przez otwarte okno. Wylecieli, lot nie trwał długo, z trzeciego piętra. Przez te kilka sekund Rafał nie czół już bólu, powietrze przyjemnie go owiewało. Dziewczyna ciągle krzyczała, ale to też nie trwało długo. Ich ciała upadły na ławkę pod oknami szpitala i wszystko się skończyło.

xxx

Troje starców w długich szatach wspartych o długie laski patrzyło jak tłum ludzi zbiera się pod szpitalem, żeby oglądać wypadek. Z budynku szybko wybiegli lekarze i pielęgniarki, ale już i tak było za późno. Na starców nikt nie zwracał uwagi, nikt ich nie widział. Oni zaś widzieli wszystko w odcieniach szarości, widzieli dokładnie wszystkie cząstki z jakich składa się każdy organizm, każdy budynek, każda rzecz. Jedne cząstki odlatywały, inne przylatywały i zaczepiały się. Wszystko i wszyscy wyglądali jakby składali się z ulatującego ciągle piasku. Spośród postaci znajdujących się pod szpitalem jedna wyróżniała się. Była ciemniejsza niż ludzie wokoło. Starcy otoczyli go i skrzyżowali nad jego głową swoje laski. Chaos nie oponował, wiedział że w tej chwili nic nie jest w stanie mu pomóc. Laski obniżyły się, postać rozpływała się i wsiąkała w ziemię.

xxx


20 marzec 1987 roku.

- Bardzo mi przykro z powodu śmierci państwa dziecka – kobieta jednak nie słuchała już lekarza. Wtuliła się w ramiona męża i płakała. Mężczyzna również miał łzy w oczach. Był to ich pierwszy syn i zarazem ostatni. Nie mogli mieć więcej dzieci. Wtuleni w siebie szli w kierunku drzwi wyjściowych ze szpitala. Naprzeciw wyszedł im lekarz, zdawało się, że za chwilę zatrzyma się i coś im powie, jednak z wahaniem poszedł dalej. Mężczyzna spojrzał na plakietkę na piersi lekarza, widniało na nim nazwisko Kryształowicz. Para wyszła ze szpitala na przedmieściach Łodzi. Minęli troję starców w dziwnych szatach. Nie zwrócili uwagi na dziwne postacie obserwujące ich. Nikt nigdy nie zwraca uwagi na te postacie, nikt nigdy nie widzi duchów czasu.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -