Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




MROK

Marcin Kamiński

„Definitywnie i z całą pewnością życie jest do dupy” pomyślał McCoy i ponownie z całych sił naprężył mięśnie. Drzwi, które próbował sforsować ani drgnęły. Z resztą nie pierwszy już raz. Koleś odpuścił i osunął się na podłogę. Mętnym wzrokiem rozejrzał się po swoim więzieniu. Stare, brudne ściany, pokryte rdzą (przynajmniej McCoy miał nadzieję, że była to rdza) nadawały pomieszczeniu przerażającego wyglądu. W suficie ziała ogromna dziura, którą wpadł McCoy. Nigdy w życiu nie uwierzyłby, że jest na tyle ciężki, żeby załamać podłogę. Fredi, ten pieprzony Fredi, który wciągnął go w te cuchnące bagno od ponad dwudziestu minut nie wracał z liną. A mówił, że dotarcie do składziku zajmie mu kilka chwil. Oczywiście obaj nie wiedzieli czy na pewno znajduje się tam cokolwiek pomocnego, ale w końcu najważniejsza w życiu jest nadzieja. Tej McCoyowi nie brakowało. Szczególnie miał nadzieję, że wszystkie te historie, które słyszał o starym zakładzie Landcastera były bujdą na resorach. W miasteczku słyszał opowieści o słynnych na całą okolicę zainteresowaniach starego doktorka. Podobno testował na swoich pacjentach jakieś nowopowstałe medykamenty. Badania nie zawsze kończyły się przyjemnie dla pacjentów. Starzy ludzie z miasteczka opowiadali o buncie królików doświadczalnych. Podobno pacjenci zamordowali doktorka, dosłownie rozerwali go na kawałki, a jego krew wsiąkła w mury budynku. Czy to było prawdą? McCoy nie wiedział, wiedział tylko tyle, że zakład został zamknięty i od tamtej pory miejscowi omijają go z daleka. Wiedział też, że za nic w świecie nie chciałby zostać w nim na noc, te miejsce go przerażało. Znajdował się w jakby łaźni, podłogę wyścielały stare, popękane płytki ceramiczne. Na środku pomieszczenie znajdował się wielki odpływ, prawdopodobnie zmieściłby się w nim człowiek. Poza płytkami i odpływem w pokoju nie było niczego innego- żadnych natrysków, wanien, nawet sracza. Wyjścia natomiast broniły wielkie, stalowe drzwi, które za cholerę nie chciały się poruszyć. „Kurwa, jak zwykle musiałem posłuchać tego niedorozwoja. Chodź porobimy zdjęcia, będzie świetny materiał, wreszcie coś lepszego niż pieprzone problemy nastolatek, którym spóźnia się okres, wreszcie będzie coś z jajcem, gówniarze to pokochają- tak mówił, a teraz co? Tkwię po szyję w gównie.” McCoy i Fredi pracowali w magazynie młodzieżowym. Takim jaki czytają napalone nastolatki, które chcą poznać „10 sposobów na poderwanie fajnego Emo chłopaka” albo czytają o „Nowej słitaśnej płycie Tokio Hotel”. Obaj rzygali już podobnymi tematami i gdy podczas pobytu na urlopie Fredi usłyszał historię zakładu od razu postanowił zrobić z niej strawną papkę dla nastoletnich zlasowanych mózgów. Dostrzegł w tym okazję do zarobienia kilku dodatkowych groszy i być może nawet małego awansu, gdyby zwiększył poczytność magazynu. Może wreszcie wyszedłby z tego gówna, które nazywał swoim życiem. Wtedy jeszcze nie wiedział, że uda mu się dopiąć celu, tylko w zupełnie inny sposób niż pragnął.
W czasie, gdy McCoy leżał u progu drzwi wyjściowych jedynie z nadzieją na wyjście z tej paskudnej sytuacji Fredi naprawdę popędził ile sił w nogach do składziku z narzędziami. Według mapy, którą znaleźli w recepcji skład narzędzi znajdował się praktycznie po drugiej stronie kompleksu. Fredi biegł przez puste sale i korytarze. Ostatnie promienie słońca wpadały przez szpary zabitych dechami okien tworząc prawdziwie impresjonistyczne wrażenie. Barwy zaczęły się zamazywać, jedyną, która trwała nieporuszenie była biel bardzo grubych i starych pajęczyn, które oplatały dosłownie wszystko. Fredi w czasie swojej wędrówki uwierzył, że naprawdę nikt nie wchodził do kompleksu od czasu jego zamknięcia. Dokoła niego walały się rzeczy pozostawione jeszcze przed buntem. Minął stojący samotnie w kącie wózek inwalidzki. Wyglądał całkiem sprawnie, na pewno był warty trochę grosza, mimo to nikt go nie zabrał. Widocznie miejscowi bali się tego miejsca jak diabli. Czyżby mieli jakieś powody, o których Fredi nie wiedział? Mężczyzna machnął na to ręką- „Później o tym pomyślimy, teraz trzeba wyciągnąć McCoya”. Dopadł wreszcie drzwi, na których znajdowała się wyblakła plakietka „Magazyn”. Fredi pociągnął za klamkę- zamknięte. Bez namysłu przyrżnął w drzwi barkiem, puściły od razu. Facet wpadł do środka i zanurzył się w grubej warstwie kurzu. Pył dostał się do jego uszu, nosa, oczu i ust. Wstał i się wytrzepał. Nie musiał długo szukać liny, wisiała na drewnianym kołku, jakby tam na niego czekała. Uradowany Fredi złapał ją i ruszył w drogę powrotną. Powinien wcześniej pomyśleć o lękach miejscowej ludności, może by przetrwał.
McCoy prawie przysnął, jednak z zadumy wyciągnął go cichy, dziecięcy głosik szepczący jego imię. „Razy, wstawaj Razy, nie bój się, nic Ci się nie stanie, tylko otwórz drzwi, otwórz drzwi Ray, otwórz”. Ray McCoy p raz pierwszy w życiu tak się przeraził, po twarzy popłynął mu pot, zakręciło mu się w głowie. „Nie bój się Ray, otwórz drzwi, wyjdziemy stąd razem” usłyszał. „Ale nie mogę, są zamknięte” wyszeptał McCoy dziwiąc się sam sobie. „Ray głuptasie, podnieś kratę, rura jest duża, wyjdziesz nią na zewnątrz, podnieś kratę Ray, wyjdź do słońca”. W pomieszczeniu od początku panował mrok, dlatego też McCoy nie zauważył, że na zewnątrz słońce zaszło. Powoli, jakby nie panując nad swoimi ruchami McCoy podszedł do kraty ścieku. Schylił się i dźwignął, była cholernie ciężka, na pewno ważyła więcej niż tyle na ile wyglądała. McCoy sapnął, naprężył mięśnie z całych sił i szarpnął kratę w górę. Wylądowała obok dziury z głośnym szczękiem. „Dobrze Ray, a teraz chodź do mnie- głos dziecięcy zmienił się nie do poznania, teraz był to potężny bas, jakby głos zza światów- Chodź Ray, zabawimy się”. Pęcherz McCoya nie wytrzymał, na jego spodniach pojawiła się duża, czarna plama. Niestety to mu nie pomogło. Coś, czego nawet nie widział, sięgnęło po niego, coś z otchłani, coś mrocznego, coś czym była sama otchłań. Ciało McCoya bezwładnie poszybowało w dół rury. Całe pomieszczenie skąpało się w nieprzeniknionym mroku, który wylewał się głębi odpływu.
Fredi wrócił do pomieszczenia, z którego jego przyjaciel niefortunnie poszybował piętro w dół. Dziura w podłodze dalej znajdowała się na swoim miejscu, co więcej było ją wyraźnie widać, gdyż ziała z niej nieprzenikniona ciemność, kontrastująca z wnętrzem położonego wyżej pomieszczenia. Fredi zajrzał do dziury, ale nic nie zobaczył, było zbyt ciemno. „Stary żyjesz?” krzyknął. „Ta, ledwo, ale zawsze” usłyszał głos McCoya „Spuść linę”. Fredi przywiązał linę do znajdującej się w pomieszczeniu kolumny i rzucił ją w ciemność. Ponownie usłyszał głos McCoya, czuć w nim było zmęczenie „Stary może zejdziesz mi pomóc? Chyba skręciłem kostkę przy upadku, więc wiesz- razem byłoby raźniej pierdolić się z tą liną” „Spoko już schodzę” odpowiedział Fredi i złapał za linę. Po chwili był na dole. W pomieszczeniu panował taki mrok, że nic nie widział. Czuł, że znajduje się tu ktoś poza nim. Niestety nie był to McCoy.
Po drugiej stronie stalowych drzwi, które nie pozwoliły McCoyowi opuścić pomieszczenie znajdowała się tablica. Na czerwonym tle błyszczały białe litery. Napis głosił „Wstęp surowo wzbroniony, wejście grozi śmiercią.”. W leżącym nieopodal miasteczku nigdy więcej nie widziano dwóch ciekawskich turystów. Mówi się za to, że przechodząc po zmroku w okolicy starego zakładu Landcastera można usłyszeć cichy szept dziecka wymawiający imię śmiałka, który ośmielił się zbliżyć do kompleksu. Może to prawda, a może to tylko szept wiatru i bujna wyobraźnia. Nikt z miejscowych nie miał zamiaru tego sprawdzić.

Koniec



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -