Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




HAUST

Kornel Mikołajczyk


WYRÓŻNIENIE W KONKURSIE LITERACKIM HORROR ONLINE I SCIENCE FICTION, FANTASY I HORROR

"Ktokolwiek się wody doszukiwał na Nim, ten ją zobaczył i w burzy piaskowej.
Który w tarczy czerwonej oczekiwał znaku wojny, do walki szedł pod Jego lśnieniem.
Kto myślał o życiu na Nim istniejącym, ten dowody życia znajdował i w martwocie.
A kto symbolu męskości potrzebował, to także na Wenus przecież nie spoglądał.
Czemu więc nigdy nikomu nie przyszło do głowy, by szukać na Marsie Boga?" - własne.


Damien Fate uniósł zdrętwiałą szyję znad próbek żelazistej gleby i spojrzał dla relaksu w niebo.
Tego sol bóg wojny Mars wypuścił na spacer swoich dwóch synów, pozwalając im przechadzać się po różowym firmamencie w przeciwnych kierunkach. Błękitnoszara plamka Fobosa prawdziwie uosabiała strach: marsjański księżyc pędził po niebie w odwiecznej obawie przed jakimś gwiezdnym pościgiem, wybałuszając na Damiena oko wielkiego krateru. Dejmos – trwoga – zachowywał się odmiennie: ledwo dostrzegalny na tle gwiazd, sprawiał wrażenie trzęsącego się z przestrachu kleksa, ale równocześnie powoli, sukcesywnie wycofywał się do kosmicznego azylu – czyli poza linię horyzontu.
Nisko ponad buchającą krwistym szkarłatem ziemią unosiły się maleńkie pierzaste chmurki z kryształków lodu: gniewne kłęby dymu z nozdrzy wojennego boga.
Zaprawdę, Czerwona Planeta nigdy nie wyglądała piękniej, niż w samo południe.
- Damien, łap! – rozległ się nagle głos w audiokomunikatorze.
Fate obrócił się i w ostatniej chwili chwycił ciśniętą mu przez Gibsona futbolówkę, napakowaną mnóstwem najnowszych technologii antygrawitacyjnych, tak aby przyszli amerykańscy wczasowicze mogli i na obcej planecie porzucać do siebie skórzanym pęcherzem. Patriotyzm co się zowie.
- Jared, cholera – fuknął Damien, niską parabolą odrzucając piłkę przez rozrzedzone powietrze. – Robię ostatnie próbki gleby przed burzą piaskową, a ty co? Sprawdzasz, czy ludzie będą mogli do siebie piłeczką porzucać? Jeszcze kij do bejsbola wyciągnij! A najlepiej czajnik do curlingu, to pogramy sobie na lodzie Elysium. No puknij ty się w łeb. Chyba ważniejsze jest, czy ktokolwiek przeżyje tu na tyle długo, by zapłacić Biuru grube pieniądze za kolejny turnus, nie?
- Próbki gleby, tak? – odrzekł zgryźliwie Gibson. – Zaskakująco wysoko patrzyłeś jak na badanie gleby. – Uśmiechnął się znacząco, a Damien rzucił mu gniewne spojrzenie. – Okej, okej! Tylko żartowałem! Przecież każdy lubi się trochę poopierdalać. Tylko pamiętaj, że jutro musimy jechać do kanału Aramskiego i Doliny Aresa, więc prześpij się trochę w nocy. A teraz biorę się do badania łazików jak na technika przystało, dobra?
Odwrócił się i podrzucając futbolówkę odszedł parę metrów dalej, na skraj małego krateru, gdzie zostawili sprzęt do przetestowania. Damien patrzył za nim przez chwilę, uśmiechając się na widok pulchnej sylwetki Jareda Gibsona okręconej ciasnym marsjańskim skafandrem, z bańką hełmu sprawiającą wrażenie, jakby dostał wodogłowia.
Znali się od czasów studenckich w Technikum XXIII Wieku i od tamtej pory nie potrafili się rozstać. Wspólnie czepiali się już różnych zajęć – od projektowania żeńskich robotów seksualnych, poprzez rozprowadzanie cyfrogazet, a na wytłaczaniu czerwonego paliwa skończywszy – ale teraz w końcu znaleźli dla siebie idealną pracę: Fate jako geolog-areolog, Gibson jako mechanik. Odwiedzali egzotyczne miejsca, pracowali we własnym tempie, dostawali grube pieniądze właściwie za nic. Doprawdy, żyć nie umierać.
Uśmiechnął się do siebie na te wesołe myśli. A potem poprawił przyciąganie grawitacyjne w podeszwach butów, rozprostował przez rękawiczki palce i pochylił się nad swoimi próbkami.
Natychmiast skrzywił się z niesmakiem.
Po wartych wiele tysięcy commonów maszynach spacerował beztrosko rządek maleńkich pluskiew – jak na razie jedynych form życia odnalezionych na Czerwonej Planecie; powstałych prawdopodobnie po krachu terraformacji przed pięćdziesięciu laty. Damien widywał je często, zwłaszcza tutaj, w okolicy bazy Rubor-1, sławetnego centrum założonego przez członków Ekspedycji 303. Pełzające ohydy pokryte były zielonobrązowymi, nachodzącymi na siebie łuskami, miały trzy komplety niewielkich oczek oraz dwa tuziny długich odnóży, przypominających maleńkie pazurki. Nie mogły być większe od kciuka. Biolodzy twierdzili, że stworzenia te oddychają dwutlenkiem węgla, wydzielając z siebie dwukrotnie większą dawkę metanu poprzez przerwy w pancerzykach. W jaki sposób mogły przeprowadzać tak cudaczną wymianę gazową – pozostawało zagadką do rozwiązania.
Damien lubił je obserwować, zresztą jak i wszystko inne na Marsie. Miały zdumiewający sposób poruszania się. Często patrzył zafascynowany, jak pluskiewki z mozołem wdrapują się na wielkie czerwone głazy, tylko po to, by rzucić się z nich na wiatr i przeszybować parę metrów dalej. Poza tym jednak wyglądały na oślizgłe, a ich wścibskość nie znała granic.
Tak więc Damien westchnął, po czym bezceremonialnie podniósł próbnik gleby i pieczołowicie otrząsnął tytanową rurę ze wszystkich dzikich lokatorów. Robaczki posypały się jak zielonkawy grad pod jego stopy. Na nowo wbił próbnik w twardy, marsjański lateryt, ustawił parametry na panelu i rozpoczął pobieranie danych o składzie chemicznym, temperaturze i procentowej zawartości wody.
Ostatni testerzy planety – oto, kim byli oni, mieszkający w stacjach Rubor na długości Doliny Marinerów badacze. Wykańczacze, mówili szefowie Biura. Komisja Ostateczna. Sami jednak woleli myśleć o sobie jako o gwarantach bezpieczeństwa, swoistych pieczątkach pod planami całego projektu. Bowiem w przeciągu kilku miesięcy – a dokładniej dwudziestego czwartego sierpnia 2208, w czasie największej opozycji Marsa i Ziemi od stuleci – Biuro Mars Travel miało uruchomić pierwsze, całkowicie fakultatywne wycieczki na Czerwoną Planetę, zamienniki dla nieudanej terraformacji. A oni – oni musieli dopiąć wszystko na ostatni guzik; tak aby żaden ziemski turysta nie zginął w tej trudnej międzyplanetarnej podróży.
Praca jak praca, Damien nigdy na nią nie narzekał, mimo że od ponad pół roku nie widział Caroline i dziecka. Myślał o niej tak często, że gotów byłby zgodzić się na ślub, na który ona tak długo nalegała – gdyby tylko nagle objawiła się na żelazistej równinie Marsa.
- Mamy już dziecko, mieszkamy razem, kochamy się, znamy od dziewięciu lat, no Damien, nooo…! – Sto razy słyszał te narzekania, te proste argumenty. Ale dopiero gdy znalazł się sześćdziesiąt milionów kilometrów od niej, zaczął je racjonalnie rozważać.
Nagrodą za jego tęsknotę było obserwowanie niesamowicie błękitnych wschodów słońca, za noszenie skafandra – podziwianie potęgi burz piaskowych, a za oddychanie powietrzem przesączanym przez aparat sprężający – poznawanie drobnych sekrecików, skrywanych dotąd starannie przez czwartą planetę Układu. Po kilka razy na sol obserwował pędzącego po niebie Fobosa, paradoksalnie wschodzącego na zachodzie. Spacerował skrajem parowu większego od Kanionu Colorado i oglądał górę przewyższającą trzy ustawione na sobie Everesty.
I kochał to zajęcie.
- Damien, ostatni raz! – zawołał niespodziewanie Jared Gibson, najwyraźniej oderwawszy się od sprawdzania łazików.
- Co znowu? – mruknął Fate, w pierwszej chwili nie zrozumiawszy, o co chodzi przyjacielowi. Podniósł się po krótkiej chwili i… natychmiast wydarzyło się mnóstwo rzeczy, które ledwie zarejestrował.
Najpierw futbolówka Gibsona uderzyła go w obojczyk, gdzie mechanizm zamykający hełmu skapitulował niehonorowo, wpuszczając do wnętrza powiew rozrzedzonego powietrza. Odruchowo przystąpił do defensywy: wcisnął przycisk po raz kolejny, w ułamek sekundy po pierwszym uderzeniu. Jego ciało zareagowało jednak szybciej od zmysłów. Dopiero po zabezpieczeniu hełmu dotarł do jego nozdrzy cudowny żelazisty zapach, obcy i egzotyczny, woń marsjańskich zórz. Przez chwilę czuł się jak pan świata – ba, Wszechświata! – wdychając w swoje płuca esencję zupełnie innego wymiaru, jako jedyny w dziejach…
A potem zaczął się kaszel. Rozrywający płuca, drapiący w gardło, zginający przeponę atak, który nie ustawał pomimo usilnych prób, mimo wyrzucania z siebie setek, tysięcy haustów skażonego powietrza. Implant żołądkowy pracował na najwyższych obrotach, dostarczając jego gardłu wody przedestylowanej z pęcherza, ale usta wciąż wydawały się suche jak pustynia. Czuł się tak, jakby osiadła mu na krtani ogromna gruda gęstej flegmy, trzęsąca się tylko ze śmiechu na całe to jego krztuszenie i wypluwanie.
Gdzieś w oddali (a może całkiem blisko?) usłyszał głos Gibsona.
- Boże, Damien! Damien, dobrze się czujesz? – zadawał absurdalne pytania przez audiokomunikator, podbiegając do klęczącego przyjaciela.
Fate uniósł wzrok i dostrzegł na szybce hełmu zieloną plamę, rozmywającą się przed jego wzrokiem jak na deszczu.
Wyplułem – pomyślał o flegmie. A potem siedzący na szkiełku marsjański robaczek wytrzeszczył na niego sześcioro oczu, skoczył na wiatr i zniknął z pola widzenia, odsłaniając pełen widok na Czerwoną Planetę.
Tego już jednak Damien nie zarejestrował, bo osunął się w kosmiczny niebyt.

*
Następnego sol ze stacji Rubor-3 na dwieście siedemdziesiątym drugim południku odlatywał na Ziemię kosmolot z ładunkiem hematytu z Terra Meridiani. Wyleczony z kaszlu Damien wsiadł na niego wraz z doktorem Glenem – jego uzdrowicielem – i paroma innymi pracownikami, którym kończyła się umowa z Biurem Mars Travel. Co prawda kontrakt Fate’a obejmował jeszcze co najmniej tydzień badań gleby i powietrza w zależności od lokalizacji areograficznej, ale miał zwyczajnie dość. Przedarcie się marsjańskiego powietrza do jego hełmu wskazywało, że stracił czujność, że rozmarzył się w Czerwonej Planecie zbyt mocno, mało nie zapominając o tym, skąd pochodzi. Zaniepokoiło go to. Spakował więc swoje rzeczy, bez najmniejszej urazy pożegnał Jareda Gibsona oraz jego półautomatyczne łaziki i rozmówił się z szefostwem Mars Travel, którzy przydzielili go do prac koordynacyjnych na Ziemi. To mu odpowiadało, gdyż od początku zabiegał o to stanowisko.
Czwartego sol Skorpiona-2, o godzinie szesnastej czterdzieści marsjańskiego czasu Airy, kosmolot Red Horus opuścił Czerwoną Planetę. A wraz z nim Damien Fate, patrzący tęsknie na oddalającą się, rdzawą powierzchnię, okrąglejącą przed jego wzrokiem z każdym pokonanym metrem…
Ziemia przywitała go hurgotem fabryk, oparami kominów, stalowymi ptakami odrzutowców na czerwony i niebieski napęd oraz dzikim ruchem ulicznym. On zaś przywitał ukochaną Caroline, przytulił swego synka, umył się pod prysznicem z gorącą wodą, zjadł prawdziwe śniadanie (a nie hermetyczne konserwy), obejrzał talk-show w telewizji, posłuchał mieszanki utworów przez multiradio, przespacerował się sztucznym arboretum, wchłaniającym nadwyżkę dwutlenku węgla z powietrza. Udzielił nawet kanałowi Space-24 krótkiego wywiadu na temat postępów w przystosowywaniu Marsa do potrzeb wczasowiczów, jednak… Czegoś mu wciąż brakowało. Tęsknił za pustką i spokojem, za rdzawoczerwonymi równinami, wulkanami górującymi na horyzoncie, skalnymi rozpadlinami i słabo świecącym słońcem. Księżyc był zbyt srebrny i w dodatku jeden, niebo zbyt niebieskie, a ziemia zdecydowanie nie dość sterana meteorowymi sznytami i kraterami. Nie wiedział, czy wcześniej takie myśli krążyły po jego głowie, ale teraz – po zaczerpnięciu marsjańskiego powietrza, po zabraniu cząstki Czerwonego Globu ze sobą; tak, teraz z całą pewnością.
Długi czas myliły mu się dni tygodnia i miesiące. Caroline usilnie próbowała znów przestawić go na kalendarz gregoriański, ale on uparcie liczył dariańskim. Albo gdy mówiła:
- Wychodziłeś na taras, misiu? Zimno dziś, sam zobacz.
On odpowiadał:
- O, nie tak jak na Marsie, kochanie. Tak zimno to tam jest za dnia – w sol, znaczy się – a wyobraź sobie, co dzieje się nocą!
I tak w kółko i w kółko, jakby wpadł w jakieś boskie uwielbienie, jakby zapętlił się w jednym punkcie na osi czasu.
Ale wszystko ma przecież swój początek i koniec.
I nie minął miesiąc, a Damien znów zanurzył się w bagnie codzienności po kolana. Półtoraroczny synek potrzebował sporo uwagi, tak więc Fate biegał od łóżeczka do kuchni, od kuchni do łazienki, od łazienki do sklepu i ze sklepu z powrotem do łóżeczka, aby zadowolić malca. Teraz, gdy zostało mu jeszcze trochę urlopu przed wznowieniem pracy w Mars Travel, chciał być naprawdę dobrym ojcem: czytał mu przed zaśnięciem, podawał zmodyfikowane mleko na prawidłowy wzrost kości i tulił do siebie prawie bez przerwy.
I tylko we śnie, gdy już zsuwał się z dyszącej Caroline po namiętnym wieczornym seksie, widział przepastne równiny nawiedzane przez czerwone duchy pożogi; tylko we śnie odwiedzał dwór Aresa i witał się z jego niebiańskimi synami jak z równymi sobie.

*
Samochody pędzące ulicami przypominały ruchomy, wielokołowy gabinet dziwactw. Damien, idąc szparko ulicą ku Biuru Mars Travel, przypatrywał się wszystkim tym dziwom, które powstały pod jego nieobecność, ale i rozpoznawał stare modele, jak choćby nieśmiertelną Pomarańczę – toczącą się drogą z typową dla niej ociężałością setek kół – czy też znanego na całym świecie Dachowca: pierwsze bezkolizyjne auto, bo posiadające opony tak duże, że niemożliwym było wywrócenie go podwoziem do góry. Mijały go też prawdziwe kurioza, cudaczne pokraki sunące po jezdni na mechanicznych szczudłach czy podskakujące na iście żabich tytanowych kończynach.
Każdy przecież chciał być oryginalny; pokazać cząstkę siebie. Każdy brał udział w tym ogromnym międzynarodowym wyścigu szczurów, jakim jest ludzkie życie.
A Damien, na przekór wszystkim, szedł piechotą niemalże pustym trotuarem. Tak mu po prostu w duszy grało. Czuł rześkość. Wewnętrzną siłę, krzepę zahartowaną wielotygodniowymi podróżami pod Olympus Mons i wspinaczkami Labiryntem Nocy. Czymże jest bowiem droga do pracy w porównaniu do pielgrzymki z Rubor-4 do Rubor-15, przez siedem kraterów i rozpadlinę?
Odetchnął głęboko strutym czerwonymi spalinami powietrzem.
Sama przyjemność tak spacerować, czyż nie? Na co komu koła i silniki, kiedy ma się własne nogi! Aż chce się śpiewać!
Zerknął na zegarek – i w jednej chwili całą jego teorię spokojnego spaceru szlag jasny trafił. Było pięć po dziesiątej.
Znowu spóźniony.
Przyspieszył i prędkim krokiem minął róg Halla i Gangale’a, wychodząc zaraz przed budynek Mars Travel, który przypominał oklejoną oknami wapienną maczugę, dźgającą niebo setkami iglic nawigacyjnych.
Damien zmarszczył brwi, widząc gęsty tłum pod wejściową arkadą z metalu.
- I jeszcze mi drogę zagrodzą, warchoły jedne – burknął do siebie. – Jasne, urlop się skończył, to i zaczęło się: żer dziennikarski i skargi mieszkańców, których łamie w kościach. Ile to już razy…
Urwał przemowę, oblany nagłym prysznicem strachu. Oto spojrzało na niego oko Fobosa…
To nie byli żadni dziennikarze ani starej daty stręczyciele, narzekający na zbyt wysokie stężenie eteru w powietrzu. Reporterzy nie noszą ze sobą metalowych pałek paraliżujących, staruszkowie nie biegają po ulicach z diamentowymi kastetami wprawionymi w knykcie ani z elektrycznymi dusiołkami przewieszonymi przez ramiona.
Zaprawdę, jeśli ludzkość coś unowocześniła przez stulecia istnienia i tysiące minionych pokoleń, to właśnie przyrządy do łamania innym kończyn.
Damien stał jak wryty, nie mogąc uwierzyć we własnego pecha.
Terrofile.
- Tylko spokojnie – powiedział do siebie. – Te łyse pały pewnie tylko czekają na prezesa Bjornsena, żeby potłuc się trochę z jego ochroną. Nic takiego, dzień jak co dzień. Nic ta-kie-go.
To zaskakujące, ale jego stopy posłuchały irracjonalnych podszeptów rozumu. Ruszył regularnym krokiem ku skłębionemu tłumowi agresji i ksenofobii; ku morzu różnokolorowych kamizelek ochronnych, które prędko mogło rozkołysać się w nieokiełznany sztorm. Kilku stojących na końcu bojowników rozsunęło się przed nim, łypiąc podejrzliwie na garnitur i teczkę w dłoni. Wszyscy bez wyjątku byli łysi, a głowy wytatuowali w pewien charakterystyczny sposób: pod lewym okiem zachodni kraniec Afryki, pod prawym wschodni Ameryki Południowej; na brodzie Antarktyda, czerniąca się niby brzydkie znamię, a Azja, Europa i druga z Ameryk wprost na nagiej czaszce; z Grenlandią pośrodku czoła przypominającą trzecie oko paleolitycznego szamana.
Pocił się coraz bardziej, im dalej wkraczał w sferę miłości do Ziemi i do Ziemi tylko, czując się skażonym własnym uwielbieniem dla Marsa. Niektórzy spoglądali na niego tak złowrogo zza ciemnych kontynentów otatuowanych oczu, że miał wrażenie, iż czytają mu w myślach.
Postarał się uspokoić oddech.
Nie wstydzę się – pojawił się nagle przebłysk objawienia. Mam trzydzieści siedem lat i widziałem już w życiu dwa inne światy. Byłem na Księżycu i byłem na Marsie. A oni nigdy nie wyjdą z więzienia tej smrodliwej, przeludnionej planety. Jeśli mają mnie pobić za miłość do całego Wszechświata, do wolności, to splunę im prosto w twarz śliną ksenofila!
Miał jednak szczerą nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Wyciągał już rękę do genoklamki – tuż-tuż obok czytnika DNA – kiedy nagle dobiegł go kobiecy głos:
- Hej! Czy to nie ten ważniak, co to właśnie wrócił z Marsa? Dawał wywiad na tym jebanym kanale kosmicznym!
Pieści zacisnęły się na pałkach, dusiołki skręciły niby żmije, wszczepione kastety wyskoczyły spod skóry jak kolce smoka.
Zaklął pod nosem. Tak blisko…
Nadludzkim wysiłkiem woli obrócił się w kierunku większej grupy Terrofili; dwóch osiłków zręcznie zastawiło mu wejście swymi kwadratowymi cielskami „dwa na dwa”.
- Owszem, pojawiłem się na kanale Space-24 – odrzekł wymijająco. – Z tego, co pamiętam, zbyłem ich dwiema minutami gadaniny. Nie przepadam za tymi hienami dziennikarzami.
- Mówiłeś, że Mars jest taaaki piękny!
- Ta, i że lepszy niby od Ziemi!
- Pewnie już cię wykastrowali i zrobili z ciebie ufoluda, żeby zwykłych ludzi przeciągać do siebie tymi jebanymi wycieczkami! A my ich tu nie chcemy!
- NIEEE!
Nagle zaskakująco wielu spośród nich przypomniało sobie, że faktycznie, widzieli go w telewizji, jak klął na Błękitną Planetę i chwalił politykę Mars Travel. Fobos przemknął nad horyzontem jego umysłu, zarażając go swą odwieczną obawą przed nieznanym.
Odchrząknął z trudem.
- Moja praca… – zaczął w miarę spokojnie, ale nie dane mu było skończyć.
- A chuj z twoją pracą!
- Bić sukinsyna!
- TAK! ZIE-MIA-NIE! NA ZIE-MIĘ!
Damien zareagował instynktownie, jak zawsze. Obrócił się ku najprostszej linii ucieczki i skoczył pomiędzy dwóch osiłków tarasujących arkadę, starając się ich zmylić. Ale tamci nie byli w ciemię bici. W przeciwieństwie do niego.
Pierwszy cios wylądował na jego głowie, szczęśliwie jednak zadała go naga pieść. Skulił się w sobie i w ten sposób uniknął świszczącego pocisku w postaci pałki paraliżującej, która uderzyła innego Terrofila w masywną klatkę piersiową osłoniętą zieloną kamizelką. Ochronne ubranie trysnęło fontanną iskier.
Czas zwolnił swój bieg przez Wszechświat, zagiął wiecznie niezbadane linie w jeszcze większą spiralę, sprężynował, rozciągając swe bezkształtne cielsko. Do uszu Damiena uderzyła adrenalina, serce zaczęło bić nieznanym mu wcześniej tonem – nie rytmem, a melodią. Siła, którą czuł w chwili zaciągnięcia się marsjańskim powietrzem, moc zdobywcy światów – ta siła powróciła niespodziewanie, szepcząc powitalne słowa głosem uwodzicielki. Przyjął ją chętnie, przyhołubił, a potem sprężyna czasu raptownie ścisnęła się do niemożliwego stopnia.
Terrofile krzyczeli. Tylko to tak naprawdę zdołał zapamiętać. Ich wrzaski, bolesne i przerażone, ginące w Fobosowym miazmacie strachu, dające ujście wszystkim tłumionym przez lata emocjom. Obawie przed śmiercią, przed bólem, kompleksom, które teraz objawiły się w zwielokrotnionej formie.
Damien nie dbał o nic. Egzekwował swe ponure przeznaczenie Siewcy Trwogi, łamiąc kości, wyrywając pałki z dłoni gołymi rękami, wydzierając oddechy z płuc; ochlapując i drąc sobie nowy garnitur. Ekstaza krwi, upojenie walką, trwało jakieś dobre pół minuty, ale dostarczyło mu więcej satysfakcji niż dziesięć lat wytrwałej pracy w Mars Travel.
A potem wróciła racjonalność.
Stał ponad pełzającymi po chodniku Terrofilami niczym mityczny bóg wojny, dysząc z ogromnego wysiłku; strzępki garniturowej koszuli wiszące u jego przedramion, krew spływająca z nosa jak gęsty wiśniowy sok. Mięśnie napinały się spazmatycznie, pulsowały wraz z arteriami krwi, domagając się ruchu, działania, akcji! Nienasycone, spragnione jeszcze bardziej druzgoczącego zwycięstwa.
Ci, którzy jeszcze mogli, uciekali sprzed drzwi głównych Mars Travel gdzie pieprz rośnie. Reszta czołgała się niezdarnie w kierunku pobliskiej alejki, trzymając za połamane nieludzką siłą gnaty. Jeszcze inni nie ruszali się w ogóle, pożerani przez długie węże krwi spełzające z nozdrzy na wskroś wytatuowanych Ameryk, drążące koryta czerwonych pradolin…
Damien zwymiotował. Był to odruch bezwarunkowy przy widoku pobojowiska połączonym z wiedzą o własnej winie. W głowie wirowało mu jak na karuzeli.
Jak on zdołał…? Jak połamał te metalowe pałki na pół, w jaki sposób strzaskał ich czaszki gołymi dłońmi? Przecież nigdy wcześniej tego nie potrafił! Ba, żaden człowiek, nigdy – chyba żeby liczyć Hulka ze starych komiksów Marvela!
Ktoś wybiegł przez dziurę w przeszklonych drzwiach Biura, wybitą przez odrzuconego ciosem Terrofila, i zaciągnął Damiena do środka. Fate podążył, stropiony własnym szałem, zawstydzony odkryciem nowej, mrocznej strony samego siebie.
Podążył, bo dokąd indziej miał niby pójść on, zarażony Marsem odmieniec? Chorzy ludzie powinni przebywać tylko w jednym miejscu.
Blisko doktorów, którym mogą zaufać.

*
Najpierw zadzwonił do Caroline i skłamał jej, że zostanie w pracy nieco dłużej niż planował. Trochę się obawiał, że ukochana wyczuje w jego głosie zaniepokojenie, które wciąż targało jego ciałem, najwidoczniej jednak talenty zdobyte w młodości na kółku teatralnym zrobiły swoje. Caroline zgodziła się bez przeszkód, opowiedziała chwilę o tym, jakich nowych słów nauczył się ich malec, po czym pożegnała go czułym „Kocham cię, wracaj szybko”.
Teraz Damien siedział i wspominał potok słów, płynący ze słuchawki w słodkim tonie głosu Caroline. Gdyby tylko mógł od razu wyznać jej prawdę, opowiedzieć o niepokojących zmianach, które czuł wewnątrz siebie – o tej obcej, czerwonej obecności, pełnej nielimitowanej władzy… Ale przecież nie chciał jej niepokoić więcej, niż potrzeba.
Muszę się z tym zmierzyć sam – pomyślał. Tylko ja i wojenny bóg o rudej czuprynie. Inaczej nigdy nie będę mieć pewności, że ona jest przy mnie bezpieczna.
Ani nikt inny.
- Zaburzasz maszyny myślowe – poskarżył się Glen: mężczyzna chudy i przygarbiony jak staruszek, nie mający jednak więcej niż czterdzieści lat. Stuknął zgiętym paluchem w szybkę jakiegoś skomplikowanego urządzenia o czterech podziałkach, po czym z uśmiechem ruszył ku Damienowi poprzez wypełnione naukowym chaosem pomieszczenie.
Fate’owi trzęsły się dłonie. Glen zmarszczył brwi, sprawiając, że czoło pobruździło mu się iście południowomarsjańskimi kanionami.
- Martwimy się na zapas? Nie ma co, nie ma co, zaraz wszystko ci objaśnię, Damienie.
Kroczył przez swój przestronny gabinet niemalże jak żuraw, omijając chwiejne kolumny cyfroksiążek, przełożonych chudymi warstwami odręcznych notatek. Dwa metry od Damiena zachwiał się i postąpił niepewny krok przed siebie. Stopa w wojskowym bucie zawisła nad przewalonym smętnie taboretem.
- Uważaj, bo się poobijasz – ostrzegł Fate, wskazując na leżący stołek. Doktor Glen uśmiechnął się i zmienił kierunek ruchu.
- No właśnie, to chyba potwierdza wszystko – mruknął, przeczesując białe włosy albinosa.
- Słucham?
Glen pokręcił jedynie głową, przypominającą dziecięcy balonik kołyszący się na długiej tyczce. Zrobił sobie miejsce przy biurku i usiadł na lekko już steranym fotelu obrotowym, spoglądając przez nanoskop.
Mars Travel zatrudniał Glena ze względu na jego wszechstronną wiedzę w zakresie medycyny, fizyki, biologii i astronomii. Doktor był jednym ze słynnych „dzieci szczęścia” – zmutowanych umysłowo potomków ludzi, którzy pozatruwali się oparami odrzutowców. Miał naprawdę wyjątkowy fart – jeden do dwóch tysięcy, według telewizyjnych danych – że nie urodził się jako jarzyna, jak większość tych tak zwanych umysłowców. A tak: skończył cztery kierunki studiów, zarobił już chyba Nagrodę Nobla-Berga za opracowanie łazików o sztucznej inteligencji i stał się mózgiem wszelkiej ekspansji człowieka na Czerwoną Planetę.
- Oczywiście diagnoza – jeśli można to tak ochrzcić – jest jasna – mówił umysłowiec do nanoskopu, kręcąc beztrosko pokrętłami z czarnego szkła. – Zmieniasz się w aspekcie fizycznym, mój drogi. Zupełnie jakbyś naszpikował się narkotycznym błękitem z paliwa, tyle że w twoim przypadku jest to raczej stała metamorfoza, a nie narkotyczny berserk czy podobne zjawisko.
- Nie berserk, mówisz, doktorze? – mruknął z przekąsem, wspominając pełzających po chodniku Terrofili. Żołądek zaprotestował i przekręcił się o sto osiemdziesiąt stopni w jamie brzusznej jak moszczący sobie legowisko niedźwiedź.
- Po pierwsze kwas mlekowy – ciągnął Glen, na krótką chwilę odrywając wzrok od okularu, by zerknąć na ogromny kryształowy chronometr w końcu sali. – Twoje mięśnie wydzielają go wielokrotnie mniej, a jednak nadal pracują bez zarzutu. Ich tkanki wzmocniły się i zbiły samoistnie jakbyś przez okrągły rok rzeźbił je na hormonalnej siłowni. Widzisz lepiej w półmroku, co udowodniłeś choćby przed chwilą, ostrzegając mnie przed zgubnym krokiem. Poza tym stawy i kości dostały dodatkowy kopniak wapienny, jednocześnie tracąc na swej wadze, pneumatyzując się, można by rzec. Jesteś teraz silny jak tur, ale i lekki niby odrzutowiec na wietrze.
No cóż, zawsze brakowało mi czasu na wypracowanie sylwetki – pomyślał obojętnie Fate. Przynajmniej jakaś korzyść z tej całej marsjańskiej afery. Myślę, że Caroline, na swój sposób, się to spodoba.
- Czyli mówisz, doktorze, że stałem się silniejszy? – Glen szukał teraz czegoś w odleglejszej części biurka, przestawiając po mlecznej płycie stukające słoje i fiolki. – No cóż, tyle zauważyłem. A czy… – Stuk, stuk, stuk; denerwowało go to łomotanie, nie mógł skupić myśli. – A czy to oznacza… czy to oznacza, że jestem – stuk, stuk, stuk – że jestem też… zręczniejszy?
Odpowiedź nadeszła zupełnie niewerbalna, za to najwyrazistsza, jaką mógł otrzymać. Z dłoni Glena wystrzelił ku niemu nóż laboratoryjny, rzucony z wojskową niemalże precyzją. W Damienie zadział refleks dawnego tenisisty, wzmocniony jeszcze przez siłę boga wojny. Mars mieszkający w jego żyłach odrzucił go na bok, daleko od trajektorii lotu chirurgicznego ostrza. Nóż świsnął niby pikujący jastrząb i wbił się w białą boazerię.
Zorientował się nagle, że leży na podłodze. Serce biło w nim oszalałe, jak ziemia pulsująca przed wybuchem wulkanu.
- Tak, jesteś zręczniejszy – stwierdził spokojnie doktor Glen, ku najwyższemu zdumieniu Damiena. Umysłowiec uśmiechał się jak entomolog na widok wyjątkowo rzadkiego gatunku afrykańskiego motyla, a jednocześnie w jego oczach jak rozrzedzone kałuże dostrzec można było nabożne uwielbienie.
Damien przełknął gorzką ślinę i podniósł się na nogi. Przysiadł na samym skraju miękkiego stołka, wpatrując się niepewnie w doktora.
- Jak pan myśli? Jak bardzo się jeszcze zmienię? I czy to… czy to może być przez ten haust marsjańskiego powietrza, który dostał się do moich płuc?
Glen rozłożył bezradnie ręce, ale uśmiech nie schodził z jego spękanych warg.
- Kto wie, kto to wie… Mars jest pełen tajemnic, mój przyjacielu. Pomyśl chociażby o Ekspedycji 303. Myślałby kto, trzy setki ludzi zdolnych do przeprowadzenia terraformacji części Czerwonej Planety, cóż złego może im się przydarzyć! A jednak. Nie minęło pół roku i Mars wchłonął ich jak rosiczka, tak że do dziś nie wiemy, co się tam mogło wydarzyć. Jakby z góry zostali naznaczeni, by przestać istnieć; jakby Mars bronił się przed wszelką obcością. Jednakże z tobą, Damienie… z tobą – mam wrażenie – sprawa przedstawia się nieco inaczej.
Słowa te wcale nie poprawiły mu humoru. Inaczej? To zawsze niesie ze sobą jakieś problemy, wyobcowuje ludzi z powszechnie akceptowanych grup. „Skonstruuj to inaczej niż wszyscy, uda się” –dopingowała go nauczycielka nanotechnologii, gdy projektował własny mini-łazik. „Damien, będą jeszcze inne dziewczyny, mnóstwo dziewczyn” – pocieszała go matka, gdy zaliczył pierwszego kosza od koleżanki z technikum. „Jesteś jakiś inny, wiesz?” – mówiła Caroline, kiedy pierwszego dnia po powrocie zasiedli do kolacji na tarasie.
Damien Fate. Inny niż wszyscy. Zachwycony Marsem, zdegustowany niszczejącą Ziemią.
Zarażony na zawsze oddechem obcej planety.
Oczy Glena orbitowały gdzieś na skraju widzenia, poruszając się niespokojnie. Damien podążył za ich wzrokiem i zamarł. Maszyny myślowe. Czy doktor zobaczył to wszystko na ich maleńkich, ciemnych ekranikach? Czy był teraz w stanie go zrozumieć? Jak wiele z rozproszonych myśli Fate’a zdołały wyłapać i uwięzić w surowej czcionce te tajemnicze mentalne urządzenia?
- Tak, z tobą wyraźnie jest inaczej – konstatował doktor, nie patrząc mu w oczy – bo już stałeś się kimś wyjątkowym. Nie zaginąłeś w wojaży, jesteś tu. Powróciłeś z Marsa ubogacony nie tylko duchowo, ale i fizycznie, a przecież nikomu przedtem nie udało się dokonać takiej przemiany, międzyplanetarnego katharsis. Odkryłeś sposób. – Pokiwał do siebie głową na chudej szyi. – Mam wrażenie, że Bóg stworzył Marsa tylko w tym jednym celu: byśmy pewnego dnia po niego sięgnęli i stali się równi Jemu… jak ty.
Podał mu wreszcie kartkę, na której zamieszczone zostały wszystkie odpowiedzi na nie zadane pytania. Parametry ciała Damiena porównane z ciałem normalnego mężczyzny, wszystkie nadwyżki energii, metabolizmu, zręczności, szybkości myślenia, połączeń synaptycznych, krwiobiegu, rejestrowania zmysłowego – zamknięte w więzieniu cyfr, z kolącym w oczy znakiem plusa przed swymi dumnymi postaciami. Nie potrafił tego objąć rozumem, przyjąć do wiadomości, a jednak miał to wszystko przed sobą, czarne na białym: Damiena Fate’a w liczbach, rozłożonego na czynniki pierwsze. Niezbity dowód na to, że haust marsjańskiego powietrza faktycznie postawił go na równi z bogami.
„Nie jesteśmy już w Kansas, Toto”.
- Mars jest jak Eden – mówił nabożnie doktor Glen. – Jego powietrze to zakazany owoc, strzeżony przez kosmicznych aniołów odległości i strachu. A ty, Damienie – ty właśnie zerwałeś go jako pierwszy.

*
- Dust in the wind – zanucił Damien, wolno odrywając stopy od metalowej iglicy. – All we are is dust in the wind…
Czyja to właściwie piosenka? Już nie pamiętał. Multiradio nie podawało żadnych danych o utworze czy wykonawcy, po prostu wrzucało w eter wszystko, co zostało kiedykolwiek nagrane w losowej kolejności. Była to swego rodzaju sprawiedliwość dziejowa, grać wszystkich i wszystko na równi, jednak Damien uważał, że muzyka wiele na tym straciła. Nieuchwytna magia dźwięków odleciała na zawsze w nicość.
- Everything is dust in the wind…
Zamknął oczy, napawając się pocałunkami wiatru na swojej nagiej skórze. Był kroplą w morzu możliwości, pyłkiem na wietrze losu, jesiennym liściem szybującym wolno ku ziemi. Stracił imię i tożsamość, zatopił się w zbiorowej świadomości świata; przed laty wyraźniejszej, teraz z każdą chwilą słabnącej przez cuchnące opary i wyziewy metalowo-parowych niszczycieli zwanych fabrykami.
A potem skoczył ponad miastem, w pogardzie dla ziemi ginącej w dole, za nic mając ryzyko i strach. Jego lot w niczym nie przypominał lewitacji na antygrawitacyjnych butach czy szybowania na mechanicznych skrzydłach Ikarus-2200, ostatnio bardzo popularnych. To była czysta wolność – niczym nieskrępowana, rodząca się w piersi potrzeba ogarnięcia wzrokiem całego świata na raz.
Wiatr pociągnął go w kierunku potężnych wieżowców, ponad Placem im. Percivala Lowella i bulwarem Schiaparelliego. Podmuch okręcił jego lekkie jak piórko ciało. Wykorzystał to i obrócił się szybciej, wykańczając pełne trzysta sześćdziesiąt stopni. Dłońmi wyposażonymi teraz w pazurki przykleił się do metalicznej szyby i wpełznął na dach łaskoczącego chmury budynku. Ogromne zbiorniki z glonami wyłapującymi dwutlenek węgla z powietrza kładły na nim miękkie cienie morskiej głębiny, duszne i orzeźwiające jednocześnie. Odetchnął z trudem. Spodnie kleiły mu się do ud, po nagiej piersi płynęły kropelki potu, w płucach miał ostry lód oddechu. Przeszedł pomiędzy dwoma akwariami i oparł się o barierkę poprowadzoną wzdłuż dachu. W cieniu przelatującego niebem odrzutowca spojrzał na miasto.
Rozciągnięta nad brudną rzeką metropolia ginęła częściowo w promieniach zachodzącego słońca: jedne ze ścian rozpalała ognista czerwień rozpraszanych w atmosferze promieni, inne zalegały w kompletnym cieniu, łypiąc oczodołami okien. Kilka fantazyjnych samochodów przejechało lub przebiegło ulicą w dole, metro ruszyło z wizgiem pochyłymi szynami okalającymi miasto niczym wąż boa, odrzutowiec odleciał na północ, zostawiając za sobą chmurę po błękitnym paliwie. I to wszystko.
Ziemia, planeta ludzi, opustoszała.
Nareszcie mam tutaj spokój, myślał z uśmiechem Damien, rozglądając się po wolnej od latających pojazdów linii horyzontu. Spokój i ciszę, a wszystko to zawdzięczam samemu sobie.
Odkąd pokazano go w globalnej sieci telewizyjnej minęło już dobrych kilka miesięcy. Jakieś sto – sto pięćdziesiąt dni wystarczyło, by Ziemianie poddali się nowemu szaleństwu, jak wcześniej wojnom, Internetowi czy technologii. Po to, by konta Mars Travel przeładowały się miliardami commonów. By kosmoloty ruszały w przestrzeń przeładowane do ostatnich granic, niosąc na swoich pokładach podekscytowanych wycieczkowiczów z aparacikami fotonowymi w dłoniach.
A wszystko po to, by zrównać się z Bogiem. By zaciągnąć się marsjańskim powietrzem i przemienić w to, w co Damien Fate – sławny na całym świecie, Równy-Bogom Damien Fate – przedzierzgał się od dobrej połowy roku. Chcieli stać się tacy, jak on – silni, szybcy, lekcy, szybujący na wietrze dzięki pneumatycznym kościom.
Nie przeszkadzało mu to w tym konkretnym momencie. Odpoczywał nareszcie, z daleka od Marsa, na swojej rodzinnej planecie.
Jakie to dziwne, że bez ludzi Ziemia może być taka piękna…
Zabytkowy zegar na wieży ratusza wybił dziewiątą wieczór. Damien westchnął, odepchnął się od barierki i skoczył na podmuch wiatru, który miał go zabrać do domu. Jego, pana świata, Równego-Bogom, fruwające kuriozum. Genius loci opustoszałego miasta.
Przebiegł po kilku dachach w cieniu ich glonowych zbiorników, minął najnowszy fruwający billboard Mars Travel, unoszący się na czerwonych silnikach („Bogotwórca – inhalator pełen Marsa. Szukaj w dobrych aptekach”) i przez okno wślizgnął się do niedawno kupionego mieszkania.
Prosto w ramiona Caroline.
Teraz była jego żoną. Gdy otrzymał pieniądze, premię od prezesa Bjornsena za „odkrycie nowego rynku zbytu”, natychmiast kupił pierścionek zaręczynowy i oświadczył się jej na schodach Technikum XXIII Wieku – dokładnie tam, gdzie się poznali. Ślub wzięli po cichu, tydzień po pierwszej wycieczce na Marsa podczas opozycji dwóch planet, w małym kościółku przed białym automatem zaślubinowym. Na wesele zaprosili swoje najbliższe rodziny, ubrali synka w maleńki garniturek, a Jared Gibson przez orbitalny komunikator został ich drużbą. Obiecywał też, że odwiedzi ich, jak tylko wyląduje na Ziemi.
I mimo że niewiele zmieniło się w ich życiu, poza stanem cywilnym być może, wciąż trwali w tym słodkim upojeniu miodowego miesiąca, które uderzało do głów silniej od wszelkich paliwowych narkotyków.
- Uuu, witaj, tajemniczy superbohaterze – zachichotała Caroline, błądząc chudymi dłońmi po jego nagiej piersi, utwardzonej przez siłę boga wojny. Nie widział jej twarzy w ciemności domu, którą tak lubiła, ale mógł się założyć, że uśmiecha się lubieżnie; tak jak tylko ona potrafiła. – Wiesz, co teraz zrobimy? Wskoczysz pod prysznic, a zaraz potem wskoczysz do łóżka, mokry i golutki. Mały już śpi…
- Tak jest, proszę pani. A czy nie chciałaby pani zostać moją asystentką i wraz ze mną uratować świat?
- Może później – odparła przekornie, odsuwając się nieco. – Jeśli za rok nic się nie z panem nie stanie, to uwierzę w tych wszystkich Bogotwórców. Na razie – czas pokaże.
- Wiele pani traci – uśmiechnął się, ale posłusznie wkroczył do łazienki, zamknął drzwi i zaczął zrzucać z siebie odzienie, pogwizdując bliżej nieokreśloną melodię.
Damien wciąż nie potrafił ocenić, czy „Bogotwórcza” przemiana była dobra czy zła i wyłuszczył to szczegółowo szefostwu Mars Travel. Mówił im o okrutnym kaszlu, jaki go dopadł zaraz po wciągnięciu haustu, o braku kontroli nad własnymi mięśniami w walce z Terrofilami, o umiłowaniu Marsa, ciemności i potrzebie wolności. Także o zmaksymalizowanym popędzie seksualnym, odbijającym się częstokroć na trzeźwości myślenia. Miał jednak wrażenie, że nikt go nie słucha. Wszyscy zajęci byli planowaniem sprzedaży wycieczek, rozszerzeniem eksploatacji Czerwonej Planety, zakupem większej liczby kosmolotów czy zakładaniem nowych stacji Rubor – tym razem mieszkalnych. W ich oczach, zupełnie jak w starych kreskówkach, dostrzegał jedynie lśniące złotem symbole „dolara”.
A potem oferta poszła w eter i zaczęło się całe to szaleństwo. Ziemia w miesiąc wyludniła się z miliona mieszkańców.
Nie minęły dwa miesiące, a ktoś (Damien podejrzewał, że sam doktor Glen) wymyślił inhalatory dla tych wszystkich, którzy nie mogli sobie pozwolić na romantyczną wojaż na Czerwony Glob. Biuro Mars Travel wypluło z siebie spółkę Mars Pharmacy, przynoszącą jeszcze większe dochody. Pokazywali w telewizji fragmenty z reportażu o nim, Damienie, latającym ponad zrębami miasta i zapewniali w spotach, że tak będzie z każdym, kto tylko zażyje owego Bogotwórcy.
„Jeden wdech i jesteś po drugiej stronie lustra”.
Wielu ludzi skusiły te przemyślane slogany i spoty i teraz czekali tylko dalszych efektów przemiany, mających nastąpić już po kilku tygodniach.
Istnieli jednak i przeciwnicy Bogotwórców i – by nie szukać ich daleko, pośród Terrofili – sama Caroline od razu odmówiła użycia inhalatora, wiecznie nieufna jeśli chodzi o rozwój techniki. Szczerze powiedziawszy, Damien kochał ją za tę postawę. Wolał czuć, że jest bezpieczna, nawet gdyby cały świat ryzykował swoje zdrowie dla obietnicy boskości. Niechby została na świecie sama ze swoją normalnością, byleby tylko żyła i opiekowała się dalej ich synkiem.
Fate odkręcił kurek prysznica i wysłał do zaworu impuls myślowy z mózgowego implantu, regulując ciepło spływającej wody. Cisnął ubrania w kąt, przeciągnął się i obrócił, by spojrzeć na swoje odbicie w lustrze.
Piorun łysnął przez niebo jego życia.
Caroline nie zauważyła tego w ciemności ich mieszkania, ale całą twarz i szyję Damiena pokrywała zielonobrązowa łuska, ostra i zachodząca na siebie. Wykwitała wprost na jego oczach, obejmując coraz większe połacie w swoje posiadanie: pędziła po ramionach, oplatała nogi i krocze, zaciskała się na gardle; na ciele coraz mniejszym i mniejszym, które przestało przypominać humanoidalny twór.
Doskoczył do lustra i zacisnął na jego ramie deformujące się dłonie. Koszmar nie mijał. Damien bezradnie obserwował przemianę, w mig rozpoznając znajome wzory, tworzące się na własnej skórze; malowane przez niewidzialny paluch Marsa Mściciela spirale zemsty.
Łuski oślizgłej pluskwy. Szybującej na wietrze. Silnej i zwinnej jak na swoje maleńkie rozmiary. Kochającej Czerwoną Planetę.
Nagle wszystko stało się dlań jasne; objawienie trzasnęło w szczyt świadomości ognistym gromem. W jednej chwili zrozumiał, co stało się z Ekspedycją 303 i dlaczego przez lata nikt nie dotykał powierzchni Marsa nawet kawałkiem paznokcia. Planeta skrycie pilnowała swoich sekretów.
I potrafiła się mścić za złamanie zasad.
Zostałem ukarany za zerwanie… tego owocu – pomyślał jego spłycający się umysł. – Popełniłem… pierworodny grzech Marsa, za który wkrótce… wszyscy zapłacą. Ja… Adam… z czerwieni… utkany…
Łuski okręciły się wkoło jego krtani niby ostry szal.
Krzyknął do Caroline.
Zwęził się.
I zniknął.

*
Dźwięki przedostawały się do jego umysłu bezproblemowo, znajdując swoje miejsce w mózgu; komnatę, w której mogły należycie wybrzmieć. Były krótkie i urywane. Jakby zapętlone w czasie, a przecież całkiem od siebie różne.
A on nie rozumiał ich ani w ząb.
- Jestem! Jestem, Matko Ziemio, co się stało, pani Fate? Dlaczego pani tu płacze? Przez telefon brzmiała pani jakby się świat miał zawalić. Biegłem, aż mi implant krążeniowy ledwo nadążył. Gdzie jest Damien? Czy wydarzyło się coś…?
- Tutaj jest, panie doktorze. Właśnie tu. Tak go znalazłam, kiedy krzyknął.
Drżąca wraz ze szlochem dłoń wskazuje na łazienkowe kafelki.
- Co? Że co? Przecież to tylko ta mała marsjańska… O nie. Nie, nie, nie!
- Mówiłam wiele razy, że to wszystko jest złym pomysłem. Prosiłam: „Damien, powiedz im coś, niech przestaną, to nie w porządku. To wbrew ludzkiej naturze.” I przekazywał wam to wszystko, bo sam przecież uważał podobnie. Ale wy nas nie słuchaliście. W dupie mieliście, co wam perswadują wielce szanowni państwo Fate. Liczyły się tylko commony, które wpływały na wasze konta.
- Pani Caroline, o czym pani mówi? Przecież to jest… Boże, to nie nasza wina! Damien całkiem sam zgłosił się do pracy w Mars Travel na technika geologa i… i oczywiście jest mi bardzo przykro z jego powodu, ale nie może pani zrzucać wszystkiego na nas! Błędy planowania są naturalnym…
Trzask w oddali. Kroki. Czyjś urywany oddech.
- To wszystko moja wina! – Trzeci ton dźwięków, inny, mocniejszy i jakby chropawy. – Och, Damien… Caroline, to wszystko przeze mnie. Tak mi przykro, tak mi przykro.
- Uspokój się, Jaredzie, to był tylko wypadek. Błąd w badaniach nad obcą planetą. Prawda, pani Fate?
- Damien… On zawsze mówił mi, że Ziemia umiera, gnije, i jeśli Mars nie przystosuje się do nas, my przystosujemy się do niego, chociażby po to, by przetrwać. Cóż, chyba miał rację, prawda? To był jedyny sposób, jedyna droga, by na Marsie przeżyć – dostosować się. Mój biedny, kochany Damien…
- O mój Boże. – Znowu ów pierwszy ton. – Sprzedaliśmy tym ludziom klątwę. Oni wszyscy, te miliony, miliardy… Ci, którzy zażyli Bogotwórcę albo polecieli… I Ekspedycja 303, to jasne. Jezu najmilszy, muszę biec! Biec, powstrzymać resztę!
- A kogo pan niby chce powstrzymać, doktorze? Przed chwilą wróciłem z Marsa, oddelegowany na Ziemię, bo stacje Rubor zaczęły się przeludniać pieprzonymi pseudoprorokami i ludźmi czekającymi na ubóstwienie haustami powietrza. Nie ma już dla nich nadziei. Wszystko stracone…
- Może nie, Jared, może ktoś jeszcze… Zbiorę innych umysłowców. Wszystkich, których znam. Znajdziemy szczepionkę czy antidotum, to może się udać, może! Muszę lecieć! Jak najszybciej, powstrzymać tę farsę.
- Zaraz, zaraz, moment, a co my mamy zrobić z Damienem, doktorze Glen?
- Nie wiem… Zróbcie wedle uznania. Zamknijcie go w terrarium. Albo odeślijcie na Marsa… Tak, myślę, że to właśnie zrobi większość ludzi, jeśli nie zdołamy tego wszystkiego odwrócić. Na razie… proszę się nim jakoś zająć, na Boga!
Kroki oddalają się, drzwi trzaskają. Gdzieś w oddali płacze dziecko, zbudzone całym tym domowym rejwachem – woła matkę, by wyjaśniła mu, co się stało, by uspokoiła.
Ale jak można coś takiego przetłumaczyć dwulatkowi?
- Jaredzie…
- Tak, Caroline?
- Zrobisz coś dla mnie?
- Wszystko, moja droga!
- Czy nie poszedłbyś… nie poszedłbyś do apteki?
Chwila ciszy.
- Rozumiem, Caroline. Pójdę. Będę tu za chwilę.
Dziecko uspokaja się, gdy oddalają się stąpnięcia mocnych butów, jakby wyczuło, że nie ma już żadnych obcych osób w jego mieszkaniu. Coś w oddali skrzypi na wietrze, milknie.
I zostaje tylko ten zapętlony w nieskończoność, urywany dźwięk, który ktoś chwilę wcześniej, ponad jego głową, nazwał płaczem.
- Och, Damien, Damien, kochanie, teraz będziemy razem na zawsze. Ty, ja i nasz mały. Nie opuszczę cię w tej chwili, ani na krok. Słyszysz mnie? – Szlocha. – Słyszysz, kochanie? Będę z tobą na wieki; tam, gdzie tak bardzo pragnąłeś być.
Marsjańska pluskwa Damiena Fate’a nie odpowiada.

*
Mars przestaje być czymś, na czym się żyje, po czym się stąpa. Teraz jest jego częścią.
W oddali czerwona równina Chryse spotyka się z różowym niebem, zlewając się w jedną krwistą plamę. Księżycowe dzieci boga wojny mijają się w odwiecznej wędrówce, prześlizgując blisko słońca – bez widocznego dawniej strachu, bez trwogi; jak odrodzone.
Z północy nadchodzi piaskowa burza: skłębiona na horyzoncie rdzawa mgła szału. Jego bracia wdrapują się na żelaziste głazy, by poszybować na ożywczym siarczanym powietrzu dokądkolwiek ich wicher poniesie. Teraz są ich tutaj tysiące, a co jakiś czas wielkie-stalowe-cylindry i ich smutni pasażerowie przywożą spomiędzy gwiazd nowych, tak że napływ właściwie nie ma końca. Zaludniają glob swoją oślizgłą obecnością, wypełniają powietrze metanem z gazowej przemiany, wywołując coraz silniejszy efekt cieplarniany. I walczą pomiędzy sobą o przetrwanie w dzikich, rytualnych potyczkach insektoidów. W końcu to planeta boga wojny, a wszyscy oni są jego dziećmi.
Pierwszymi kolonizatorami Nowej, Czerwonej Ziemi.
Wyciąga silne pazurki, wchodzi na głaz zaraz za swoją towarzyszką, która złożyła mu już wiele jajek. Na szczycie burza targa Marsem jak dziecko grzechotką, pozwalając na naprawdę długie loty. Słońce sol migocze na ich pancerzykach w popołudniowym sygnale.
Wspaniale.

Kto zaś wywyższał się nad pozycję Boga, ten niechaj pełza jako robak mały.

KONIEC





Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -