Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




WŚRÓD NOCNEJ CISZY

Jakub Osieka

II MIEJSCE W KONKURSIE LITERACKIM HORROR ONLINE I SCIENCE FICTION, FANTASY I HORROR

Ciężkie ołowiane chmury zasnuwały niebo, całkowicie odcinając światło gwiazd i księżyca. Sypiący gęsty śnieg grubą warstwą osiadał na bruku ulic i dachach kamienic. Biel śniegu okrywająca wieżę kościoła Świętej Elżbiety wyraźnie kontrastowała z czarnym ubiorem postaci siedzącej na oblodzonej balustradzie. Mężczyzna przeczesał długie włosy koloru słomy, wytrzepując z nich białe płatki i sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki. Ciche kliknięcie wywołało płomień zapalniczki, który przez chwilę odbijał się w jego jasnoniebieskich oczach. Blondyn głęboko zaciągnął się papierosem i zapatrzył na rozciągającą się w dole panoramę miasta. Położony u stóp wieży plac i pobliski rynek były zupełnie puste. Nocnej ciszy nie mącił najdrobniejszy dźwięk. Mężczyzna zmrużył oczy z powodu blasku bijącego od licznych lamp i wszechobecnych świątecznych dekoracji i splunął. Drzwi prowadzące na taras wieży otwarły się z metalicznym zgrzytem i z ciemności wyłonił sie korpulentny mężczyzna o łagodnym pucułowatym obliczu i czarnych mocno przerzedzonych łysiną włosach. Długowłosy obrócił się, zwinnie zeskakując z barierki i z wyrzutem wdeptał niedopałek w śnieg.
- Miałem mieć wolny wieczór– rzucił nie zauważając wyciągniętej na powitanie ręki. Przybysz poprawił ciasno zapiętą pod szyją koloratkę i schował ręce do kieszeni nienagannie skrojonego wełnianego płaszcza.
- Michał, dla nas nie ma wolnych wieczorów. Poza tym, co miałeś w planie? Zakupy świąteczne?
- Nie twój interes.- Ten nazwany Michałem uśmiechnął się, ukazując równe białe zęby- Co tym razem?
- Opowiem Ci po drodze, chodźmy.
Z kościoła wyszli bocznym wyjściem, prosto w wąską ciemną uliczkę. Michał zajął miejsce za kierownicą białego Forda Mustanga zaparkowanego na chodniku. Drugi mężczyzna mocował się chwilę z drzwiami zanim usiadł na fotelu pasażera. Michał odpalił kolejnego papierosa.
- Dokąd jedziemy?
- Cmentarz komunalny na Grabiszynie.
Basowy bulgot dochodzący spod maski oznajmił, że ośmiocylindrowy silnik właśnie przebudził się do życia.
- Zapnij pasy. Michał wcisnął pedał gazu. Mustang lekko buksując kołami wyjechał na ulicę.
***
Samochód pędził pustą ulicą. Światła latarni rozmazywały się w długie smugi na tle nocnego nieba. Pęd powietrza, wpadający przez uchyloną szybę rozwiewał jasne włosy kierowcy. Michał włączył radio i z głośników huknęły ostre, gitarowe riffy.
- Chyba źle zrozumiałem. Od kiedy interesują nas jakieś typy pałętające się w nocy po cmentarzu. – Warknął Michał i ostro naparł na kierownicę. Samochód z piskiem opon wszedł w zakręt i przemknął przez skrzyżowanie na czerwonym świetle.
Mężczyzna siedzący na fotelu pasażera ze znużeniem rozmasował skronie. – Trzy samochody i grupa uzbrojonych ludzi próbująca dostać się w środku nocy na cmentarz to są rzeczy, które nas interesują. Rozmowa umilkła, na dłuższą chwilę, i poza dźwiękiem silnika dało się słyszeć tylko głos Ozziego Osbourna:

„Is he alive or dead?
Has he thoughts within his head?
We'll just pass him there
why should we even care?”

Milczenie przerwał blady jak płótno pasażer wpatrujący sie do tej pory w licznik wskazujący niemal dwieście kilometrów na godzinę. – Nie mógłbyś trochę zwolnić?
- Myślałem, że nie możemy pozwolić, żeby nasz przerażony stróż czekał na ratunek.
- Pomijając zupełnie zbyteczną ironię, mógłbyś zacząć traktować obowiązki poważnie. Nasz człowiek zgłasza problem, więc jedziemy to sprawdzić, tak?
- Tak tato. – Michał ze znudzeniem zerknął we wsteczne lusterko i zaklął pod nosem.
- Co? – Pasażer dopiero po chwili spostrzegł niebieskie światło widoczne we wstecznym lusterku.
Mustang wyhamował i wtoczył się na chodnik. Po kilkunastu sekundach błyskając niebieskim kogutem zaparkował srebrny radiowóz. Od strony pasażera wysiadł dobrze zbudowany policjant i zbliżył się wolnym krokiem, ani na chwilę nie zdejmując ręki z rękojeści służbowego pistoletu.
- Dobry wieczór. Starszy aspirant Ziemba. Kontrola drogowa, dokumenty proszę.
Michał przetrząsnął kieszenie kurtki, wreszcie wiercąc sie na fotelu z tylnej kieszeni spodni wydobył skórzany prostokąt i podał go policjantowi. W świetle latarni metalicznie błysnął orzeł w koronie.
Policjant otworzył, i jeszcze szybciej zamknął legitymacje. Oddał ją Michałowi salutując.
- Szerokiej drogi, Panie Komisarzu. – Powiedział głosem tak służalczym, że prawie udało mu się wymówić wielkie litery.
Mustang ruszył i po kilku minutach skręcił w węższą ulicę prowadzącą do cmentarza. Michał zwolnił, kiedy mijali otwartą na oścież bramę. Przejechali jeszcze kilkaset metrów wzdłuż ceglanego muru. Druga brama, wychodząca na stary park była zamknięta na głucho a jej potężne skrzydła spinał gruby łańcuch. Michał zatrzymał samochód na chodniku przed cmentarzem.
- Idź i sprawdź, co ze stróżem a ja rozejrzę się w środku.
Ksiądz tylko kiwnął głową w odpowiedzi, po czym skierował się w stronę mijanej poprzednio głównej bramy. Michał, rozglądając się na boki, ostrożnie podszedł do żelaznych prętów. Z lekko ugiętych kolan odbił się i bez widocznego wysiłku poszybował nad trzymetrowym łukiem bramy. Żwir zazgrzytał pod podeszwami wojskowych butów, kiedy wylądował. Przez chwilę rozglądał się czujnie a następnie osunął się na kolana, zamknął oczy i skoncentrował się. Mimo zamkniętych oczu po chwili znów zaczął widzieć, tym razem jednak świat wyglądał inaczej. Wszystko było w różnych odcieniach szarości i wyglądało jak pokryte warstwą popiołu, nie było wiatru a w pustce nie rozchodził się żaden dźwięk. Ze wszystkich stron zbliżały się do niego bezkształtne sylwetki, równie szare i pozbawionych wyrazu jak wszystko inne tutaj. Odprawił je niecierpliwym ruchem ręki, która teraz raziła oślepiającym, białym blaskiem. Sylwetki zniknęły, ale blask przygasł przytłoczony falą ciemności, która wylała się z pobliskiej alejki. W epicentrum ciemności, lekko powłócząc nogami szedł przygarbiony szkielet. Oprócz obowiązkowej kosy, opartej na ramieniu ciągnął za sobą brązowy płócienny worek.
Michał przyjaźnie skinął głową.
Szkielet przystanął wpatrując się w niego badawczo, po czym również skinął głową i podparł się drzewcem kosy.
- Spodziewałem się Ciebie. – Michał odpalił papierosa.
- Niesamowite! Śmierć na cmentarzu, świat rzeczywiście zupełnie zwariował!
- Ilu dzisiaj? – Michał postanowił, że nie da się wyprowadzić z równowagi.
Szkielet wzruszył ramionami. – Ja ich tylko zabieram. Nie inwentaryzuję.
- Nie pomagasz.
- Przypomnij mi Michasiu- Rzucił z pozoru niedbale szkielet, ale w jego oczodołach zapłonął ogień. – Od kiedy to wciągnęliście mnie na listę informatorów i muszę wam pomagać?
- Ok, ok już sobie idę. Miłej nocy.
- Do zobaczenia. Aleja pięćdziesiąta druga. – Powiedział szkielet, po czym zniknął.
- Dzięki. – Zamrugał i świat wrócił do normy. Nie było już eterycznych bytów, świat odzyskał ostrość i kolory.
- No dobrze. – Mruknął dobywając Glocka z kabury pod pachą. Nabój wskoczył do komory, kiedy Michał przeładował broń i ruszył w stronę alei pięćdziesiątej drugiej.
- Michał. Tu dwójka, zgłoś się. – Krótkofalówka zawieszona przy pasku szczeknęła głosem Tadeusza.
- Jestem. Kieruje się do alei pięćdziesiątej drugiej. Co u Ciebie?
- Stróż nie żyje. Idę do Ciebie. Bez odbioru.
***
Aleja pięćdziesiąta druga mieściła sie w najstarszej i najbardziej zaniedbanej części cmentarza. Grube, stare dęby rosły tutaj na długo przed człowiekiem i teraz robiły wszystko żeby swoją własność człowiekowi odebrać. Alejkę przecinały grube korzenie, inne rozsadzały lub podnosiły płyty nagrobne. Michał skręcił w prawo przy słupie z wyrytym numerem 52 i zaczął przedzierać się przez gęsty żywopłot, którym zarosło przejście. Alejka biegła prosto w stronę dębu tak starego, że kilku mężczyzn nie dałoby rady objąć jego okrytego czarną korą pnia. U stóp dębu ulokowano nagrobek w formie szerokiej płyty wyciosanej z granitu. Upływ czasu i niszczący wpływ sił natury dawno zatarł nazwiska, wyryte niegdyś na płycie. Michał schował broń i wolnym krokiem zbliżył się do nagrobka. Na powierzchni płyty rozciągnięto dwa nagie ciała. Kobiecie i mężczyźnie poderżnięto gardła a następnie ich krwią wyrysowano na kamiennej płycie kilka linijek skomplikowanych znaków. Michał pochylił się nad zwłokami i płynnym ruchem zamknął oczy, najpierw kobiecie, później mężczyźnie.
- Requiescant in pace.
Zareagował zanim usłyszał chrzęst skrzypienie śniegu za plecami. Obrócił się, błyskawicznie dobywając naładowaną broń i odchrząknął przepraszająco mierząc prosto między oczy Tadeusza.
- Kiedyś przez przypadek zrobię Ci krzywdę.
- Nadpobudliwy jakiś jesteś ostatnio... Boże miłosierny. – Tadeusz przeżegnał się kilkakrotnie widząc jatkę, jaka rozegrała się na płycie nagrobnej.
- Paskudne, nie? – Michał odpalił papierosa osłaniając płomień zapalniczki dłonią. Głęboko zaciągnął się i zapatrzył w niebo. – Co ze stróżem?
- Postrzał w tył głowy. O co tu chodzi? Jakiś rytuał?
- Wątpię. Chora zabawa raczej.
- Zabawa? Michał, o czym Ty mówisz! Przecież to jest ołtarz ofiarny, napisy są po fenicku a tych ludzi najwyraźniej złożono w ofierze! – Tadeusz był cały czerwony i dyszał ze zdenerwowania.
- Tadek błagam Cię!- Michał zgasił papierosa i schował ręce do kieszeni. – Jesteś egzorcystą, skup się! Tu nie ma ani śladu magii. Dużo bólu, cierpienia i nienawiści, ale niczego nadnaturalnego tu nie ma i nigdy nie było. – Michał wdeptał papierosa w śnieg pokrywający alejkę. – Wezwij naszych, niech ogarną ten burdel i zbiorą wszystkie dane zanim niebiescy zaczną tu węszyć. I spadajmy stąd.
***
Wsiadając do samochodu zobaczyli dwa szare Fordy Transity, ze zgaszonymi światłami podjeżdżające pod bramę cmentarza. Wysypali się z nich ludzie w czarnych strojach bojowych i wojskowych butach. Jeden z nich, nożycami do cięcia drutu rozciął łańcuch spinający skrzydła bramy. Kilku niosących metalowe walizki, szybki krokiem weszło na ogrodzony teren. Dwóch w policyjnych mundurach ustawiało pachołki na pobliskiej ulicy. Potężnie zbudowany mężczyzna o krótko ściętych rudych włosach i rudym zaroście wyskoczył z szoferki jednego z busów i szybkim krokiem zbliżył się do zaparkowanego Mustanga. Jego ubiór nie różnił się zbytnio od pozostałych, taki sam czarny strój i wojskowe buty, taki sam emblemat na piersi: biały krzyż wpisany w żółtą błyskawicę. Podszedł do samochodu od strony kierowcy i uścisnął dłoń wystawioną przez boczną szybę.
- Witaj Angus, chłopcy wiedzą, co mają robić?
- Oczywiście, wszystkim się zajmiemy, jesteście wolni- Mężczyzna nazwany Angusem mówił z mocnym niemieckim akcentem. – Raport ma być na wczoraj u szefa.
- Jasne. – Michał uśmiechnął się kpiąco. – Trzymaj się Angus.
- Z Bogiem!
Tadeusz w zamyśleniu przypatrywał się czarnym postaciom krzątającym się przy furgonetkach. Dopiero po chwili zerknął na Michała, który zmiął pustą paczkę papierosów i poklepywał się po kieszeniach kurtki w poszukiwaniu kolejnej.
- Masz zamiar to tak zostawić? Koniec, raport, wesołych świąt?
- Nie wiem. – Z satysfakcją Michał otworzył znalezioną przed chwilą paczkę papierosów. – Możemy sprawdzić jedno miejsce.
- Dokąd chcesz... – Jego głos został zagłuszony przez ryk silnika.
- Masz ochotę potańczyć? – Michał uśmiechnął się odpalając papierosa i wciskając pedał gazu w podłogę.
- Zwariowałeś?! Adwent jest!
- Wyluzuj, w pracy będziesz.
***
O tej porze pełen klubów pasaż wyglądał jak pobojowisko. Śmieci, puste puszki i butelki, kałuże wymiocin i miejscami krwi. Michał zaparkował w ciemnej, ciasnej uliczce na tyłach jednego z klubów. Idąc razem z Tadeuszem minęli policyjny patrol, pakujący do suki grupkę zalanych do nieprzytomności wyrostków. Przeszli przez podwórze i zalał ich blask latarni i jaskrawych neonów z nazwami klubów. Michał skierował się w stronę wejścia do jednego z nich i stanął oko w oko z bramkarzem. Wygolony na łyso facet ubrany w oliwkowy dres, stał oparty o framugę blokując niemal całe przejście.
- Dobry wieczór. – Powiedział Michał próbując wyminąć łysego.
- Impreza zamknięta, nie wejdziecie. – Wybełkotał łysy.
- My tylko na chwilkę, do znajomego.
- Powiedziałem, wypierdalać! – W oczach łysego błysnęła wywołana narkotykami agresja a w jego masywnej dłoni błysnęło ostrze sprężynowego noża.
Michał spojrzał mu prosto w oczy. Dresiarz zamarł z nożem wzniesionym do ciosu. Na poorane głębokim zmarszczkami czoło wystąpiły kropelki potu, źrenice rozjechały się na boki a z kącika rozchylonych warg popłynęła strużka śliny. Facet zwalił się na kolana bełkocząc. – Przebacz mi Panie, bo zgrzeszyłem.
- Idź i nie grzesz więcej. – Powiedział Michał kładąc mu dłoń na głowie.
Tadeusz wpatrywał się w bramkarza dopóki ten ni zniknął za rogiem krzycząc „Alleluja”, po czym ruszył w ślad za Michałem, który schodził już schodami w dół. Gdy tylko szklane drzwi zamknęły się za nimi zaatakował ich huk muzyki. Setki decybeli agresywnych beat’ów zdawały się izolować, otulać nieprzeniknionym kokonem a jednocześnie przeszywać na wskroś. Tadeusz odruchowo zasłonił uszy dłońmi, Michał szturchnął go z dezaprobatą i obaj ruszyli w stronę długiego skonstruowanego z plątaniny metalowych rur baru. Na tle kolorowych butelek, sennie kiwając się w rytm muzyki urzędowała chuda, blond barmanka.
- Dwa piasty. – Rzucił niedbale Michał i spojrzał na rozglądającego się naokoło, oszołomionego Tadeusza. – Usiądź, piwa się napij i przestań wyglądać jak idiota. – Michał łyknął piwa i przymknął oczy.
- Nie będę pił na służbie, poza tym jest post! Pojutrze wigilia!
- Przymknij się i nie przeszkadzaj. – Jeszcze raz zamknął oczy i skoncentrował się. Przestał słyszeć muzykę i widzieć błysk stroboskopowych lamp, zaczął ignorować obecność innych ludzi. Nie rejestrował już ludzi sennie wyginających się na parkiecie, barmanki rzucającej mu co chwilę zalotne spojrzenia ani faceta przy stoliku w kącie, który bez skrępowania wciągał ścieżkę białego proszku. Tego, kogo szukał bez trudu znalazł w loży vipowskiej po drugiej stronie pomieszczenia. Otworzył oczy i odwrócił się z powrotem w stronę naburmuszonego Tadeusza.
- No dobrze. – Michał duszkiem dopił piwo i zamówił następne. – A teraz zrelaksuj się i opowiedz mi, jakie masz plany na święta.
- Nie kpij! Długo planujesz tu siedzieć?
- Może kwadrans.
Nie minęło nawet dziesięć minut zanim ruch w obserwowanej loży przykuł uwagę Michała. Zza czerwonej kotary wyłonił się wysoki, chudy mężczyzna. Podciągnął wyżej niebieskie, workowate jeansy, ręką przeczesał postawione na żel czarne włosy i włożył ją do kieszeni szarej bluzy. Za nim pojawiły się dwie kobiety: blondynka w czarnych skórzanych biodrówkach i siatkowej bluzce, przez którą przebijał imponujących rozmiarów biust i szczupła, długonoga brunetka. Kobieta skierowała się do wyjścia głośno stukając obcasami w rytm kroków. Pozostała dwójka poszła za nią.
- Poczekaj na mnie w aucie.
- Co? Dokąd idziesz? – Tadeusz zerwał się ze stołka.
- Porozmawiać.
***
Szedł wolno pogrążoną w mroku uliczką. Nie musiał się spieszyć, wysoki damski śmiech aż za dobrze wskazywał drogę. Minął zbudowany z czerwonej cegły budynek biblioteki, zegar na jego wieży właśnie wybijał godzinę czwartą. Na ulicach prawie nikogo nie było i poza kilkoma marznącymi kwiaciarkami na Placu Solnym nikt nie go nie widział. Za placem skręcił w śmierdzący moczem tunel i znalazł się w mrocznym podwórku z czterech stron otoczonym zdewastowanym ścianami kamienic. Za trójką zamknęły się drzwi jednego z budynków. Zamek nie stawiał oporu, Michał wszedł do środka i odczekał chwile paląc papierosa. Klatka schodowa ziała pustką, lepiącą się podłogę ozdabiały płaty tynku, który odłaził ze ścian i sufitu. Drugie piętro, tutaj drzwi i zamek były bardziej solidne, ale i one ustąpiły po chwili. Zaraz za krótkim korytarzem otwierało się obszerne pomieszczenie, całe wyłożone czarnymi kaflami. Na oknach ciężkie metalowe rolety. Meble przypominające wystawkę z antykwariatu gryzły się w sposób karygodny z halogenowym oświetleniem i plakatami, z których gwiazdy polskiego hip-hopu straszyły gangsterskimi pozami. Na samym środku pokoju stała masywna skórzana sofa. Rozparty na niej mężczyzna z błogim wyrazem twarzy obserwował sufit a u jego stóp klęczały obie kobiety.
- Dobry wieczór. – Michał stanął naprzeciwko sofy, trzymając ręce w kieszeniach.
Obie kobiety odwróciły się błyskawicznie, w ich ustach błysnęły długie, cienkie kły. Rzuciły się na niego z miejsca, w nieprawdopodobnie długim skoku. Pierwszą zatrzymała seria pocisków 9 mm parabellum, wystrzelona w tej samej sekundzie, w której kobieta znalazła się w powietrzu. Blondynka zamarła z kłami tuż przy szyi Michała, spod jej lewej łopatki wystawała końcówka cienkiego, srebrnego ostrza. Wampirzyca jęknęła bezgłośnie i osunęła się na podłogę. Michał przestąpił nad zwłokami i usiadł na kanapie obok mężczyzny, przystawiając mu lufę Glocka do głowy.
- Kiedyś można było liczyć u Ciebie na bardziej życzliwe przyjęcie.
- Czasy sie zmieniają. Spierdaa... – Huk wystrzału zagłuszył pozostałe słowa mężczyzny, który złapał się za przestrzelone udo.
- Cze... Czego chcesz? – Mężczyzna spojrzał na Michała a w jego oczach zapłonął czerwony błysk.
- Potrzebuje informacji.
- I wyobrażasz sobie, że nieproszony wejdziesz do mojego domu, postraszysz mnie swoim małym pistolecikiem a ja z chęcią Ci pomogę? Mam licencję a ty nic na mnie nie masz!
- Mogę Cię postrzelić w obronie własnej. A to – potrząsnął Glockiem są srebrne kule poświęcone wodą z Jordanu. Zastanawiałeś się ile po czymś takim będzie odrastać Ci głowa?
- Ech... – Wampir westchnął i wstał. – Po co od razu te groźby, napijesz się czegoś?
- A masz coś... Bez hemoglobiny? – Michał schował broń i rozsiadł się wygodnie.
- Mołdawskie, czerwone, wytrawne z osiemdziesiątego ósmego, może być?- Mężczyzna poszedł do barku. – Noga już przestała krwawić, ale ciągle kulał zauważalnie.
- Osiemdziesiąty ósmy? Kryzys?
- Tysiąc osiemset osiemdziesiąty ósmy prymitywie. – Wampir postawił na okrągłym stoliku karafkę i dwa kielichy z rżniętego kryształu.
- A teraz powiedz jak uczciwy obywatel tego miasta może przysłużyć się stróżom prawa.
- Dzisiaj koło północy ktoś popełnił podwójne rytualne morderstwo na cmentarzu Grabiszyńskim. Chcę pogadać ze świadkami ewentualnie czy wcześniej ktoś podejrzany się tam nie kręcił. – Upił łyk czerwonego płynu. – Dobre.
- Najlepsze. Niestety nie mogę Ci pomóc. Przecież wiesz, że to nie mój rewir.
- Władek błagam Cię. Prowadzisz nielegalne interesy z połową tego kraju i masz najlepsze kontakty w tym mieście. W twojej teczce uzbierało się tyle, że możemy Cię deportować do domu w dwa dni, a tam raczej nie czekają na Ciebie z otwartymi ramionami.
- Czasami mam wrażenie, że jesteście gorsi od Ubecji.
- Na pewno jesteśmy dłużej w branży.
- Dalej palisz? – Wampir przyjął papierosa i odpalił go niecierpliwym pstryknięciem palców. – Załóżmy przez chwilę, że mogę popytać i z kimś Cię skontaktować. Dasz mi wtedy spokój?
- Jeżeli informacja będzie pomocna.
- I oczywiście, – wampir wypuścił kilka kółek z dymu. – Nikt się nie dowie, że udzielam Ci informacji.
- Oczywiście
- Odezwę się. – Wampir uśmiechnął się prezentując swoje imponujące uzębienie. – A teraz wybacz, ale robi się wcześnie.
***
Kostka brukowa na Placu Pereca była świadkiem wielu wydarzeń z historii miasta. To na nią padali żołnierze podczas walk o Festung Breslau, tutaj wystukiwały rytm ciężkie buciory zomowców tłumiących demonstracje. Nie pomny na te historyczne zaszłości biały Ford Mustang ślizgał się wzbijając fontanny błota i roztopionego śniegu. Michał zaparkował krzywo przed jednym z szarych post-gierkowskich bloków i przez cuchnący moczem tunel skierował się na podwórze. Wchodząc po schodach zaczął odczuwać zmęczenie. Niedbale zamknął za sobą drzwi mieszkania na ostatnim piętrze. W ciasnym przedpokoju odwiesił kurtkę i wszedł do pokoju lawirując pomiędzy stosami książek zagracającymi i tak ciasny już pokój. Usiadł na skrzypiącym niebieskim tapczanie i wyciągnął nogi na niski drewniany stolik. Na ten sam stolik powędrowała kabura z Glockiem, sześciostrzałowy rewolwer i długie cienkie ostrze, na którym zakrzepła prawie czarna krew wampirzycy. Michał przez chwilę wpatrywał się w leżącą przed nim broń, po czym wstał i skierował się do małej, przylegającej do pokoju kuchni. Wrócił po chwili, niosąc pół litrową butelkę whiskey i dwie szklanki. Usiadł na kanapie i napełnił szklanki do połowy.
- Faust! Napijesz się? – Nim skończył zdanie, na oparciu tapczanu, obok jego głowy pojawił się wielki kocur, tak czarny, że światło zdawało się go omijać. Kot przez moment wpatrywał się badawczo w jego ucho, po czym jednym susem znalazł się na stoliku. Przez chwilę jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu było kocie mruczenie, tylko od czasu do czasu przerywane głośnym siorbnięciem. Michał jednym haustem opróżnił swoją szklankę i odpalając papierosa zapatrzył się w kota, systematycznie opróżniającego drugą szklankę.
- Co się mówi?
- Twoje zdrowie? – Zaryzykował kot, po czym wrócił do siorbania i mruczenia. Kiedy szklanka została całkowicie osuszona kocur wbił żółte ślepia w stojącą obok butelkę. Michał bez komentarza nalał jeszcze raz. Czworonóg wpatrywał się na zmianę to w swoją szklankę to w swojego dobroczyńcę, po czym westchnął. – No dobra, co Cię gryzie?
Michał opowiedział wydarzenia wczorajszego wieczoru patrząc jak kot cierpliwie czyści sobie futerko, gdy skończył opowiadać kot uniósł brew. – Od razu nie magia. Magia jest wszędzie. Tak wiem, ze wy to nazywacie inaczej, ale to nie zmienia faktu. To, że nie było tam słupa światła albo nie siedział tam wielki rogaty skurczybyk o niczym nie świadczy.
- Nie rozumiesz, tam nie wydarzyło się nic nadnaturalnego.
- Czas i miejsce nie mają tak naprawdę znaczenia. – Rzekł filozoficznie kot i polizał w miejscu, które przynajmniej dla niego miało wielkie znaczenie. – A może to rzeczywiście dzieciaki bawią się w czcicieli szatana?
- Dzieciaki filetują ludzi i wypisują inskrypcje w języku martwym od dwóch tysięcy lat? Wątpię.
Czarny kocur wydawał się być całkowicie pochłonięty opróżnianiem szklanki, kiedy skończył otarł pyszczek łapką i przeciągnął się mówiąc. – Nie przejmuj się, jeśli coś złego ma się wydarzyć to prędzej czy później się wydarzy.
- Wiesz Faust, czasami mam wątpliwości, po której stronie właściwie stoisz.
- Mrrr, mrr?
- Bardzo zabawne. – Michał dopił resztę bursztynowego płynu i wstał. – Idę spać.
- Nalej mi jeszcze jednego zanim pójdziesz.
***
Najpierw uszy zaatakował dźwięk przychodzącej wiadomości, oczy zaraz potem zostały porażone blaskiem zachodzącego Słońca. Opadł na podłogę i sięgnął po telefon. Na ekranie wyświetliła się krótka wiadomość: „20. Tyły katedry. Sam. D.”
Na stoliku znalazł paczkę papierosów, płomień zapalniczki obudził cienie w kątach pomieszczenia. Ubrał się i spostrzegł, że komputer jest włączony. Monitor wyświetlał ściągnięte z policyjnego serwera materiały o morderstwie na cmentarzu.
- Faust? Faust! – Zawołał, ale czworonoga nigdzie nie było widać.
Sprawdził broń, poprawił kurtkę i zaczął zbiegać po schodach.
***
Rzędy gazowych latarni oświetlały brukowane uliczki Ostrowa Tumskiego. Mustang delikatnie ślizgał się w świeżym śniegu.
- Krajobraz jak z bajek Andersena. – Mruknął Michał wypatrując miejsca do parkowania na Placu Katedralnym. Silnik zamarł po przekręceniu kluczyka. Kierowca przeładował Glocka i schował go za pasek.
- Pewny chociaż ten informator? – Zapytał siedzący na fotelu pasażera Tadeusz.
- Nie. – Michał zapatrzył się na górujący nad placem pomnik Ojca Świętego. – Ale nie mam nikogo innego.
Przenikliwy mróz przepędził nawet najbardziej zatwardziałych spacerowiczów. Wolnym krokiem zbliżył się do dwóch ławek z widokiem na wschodnią elewację archikatedry. Światło halogenowych reflektorów oświetlało dwie strzeliste wieże nadając im bajkowy wygląd. Siedział tak bez ruchu, paląc papierosa i spod wpółprzymkniętych powiek obserwował gwiazdy. Na jednej z pobliskich wież rozległ się dźwięk dzwonu, niezawodnie wybijając godzinę dwudziestą. Równo z ostatnim uderzeniem poczuł delikatne mrowienie na karku.
- Gratuluje punktualności. – Rzekł do mgły, która zaczęła podnosić się wokół ławek. Michał zgasił papierosa i z zainteresowaniem przypatrywał się płatkom śniegu, które zaczęły wirować miniaturowe tornado. Nagle, wszystko zamarło w bezruchu a na ławce pojawił się kształt. Osobnik wyglądał jak z planu horroru klasy C. Humanoid o zielonkawej skórze i nienaturalnie powykręcanych kończynach, ubrany jedynie w brudną i postrzępioną przepaskę biodrową spojrzał na Michała. Dwa maleńkie, świecące na czerwono punkciki musiały służyć mu za oczy, twarz była praktycznie niewidoczna zza skołtunionych, sięgających do pasa szarych włosów.
- Strzyga? W mieście? – Michał był autentycznie zdziwiony.
- No popatf. – Długie jak mały palec zęby wyraźnie utrudniały stworowi artykulacje. – Fielki Sef kazał pfyjść.
- Nie obchodzi mnie co Hrabia kazał. – Michał zniecierpliwiony wszedł strzydze w słowo. – Mów, co wiesz, zanim ktoś nas zobaczy.
- Fczoraj na cmentafu, dufo ludzie, potęfna...
Michał najpierw poczuł ciepłą wilgoć na twarzy, dopiero później jego wyczulone zmysły wychwyciły wyciszony tłumikiem wystrzał. Zanim niemal bezgłowe ścierwo strzygi uderzyło o bruk, on już biegł przez plac wyszarpując Glocka zza paska. Za daleko, nim zdołał oddać strzał widział jak czarne BMW rusza buksując kołami na śliskiej nawierzchni. Silnik Mustanga odpalił z gniewnym rykiem ośmiu cylindrów, auto wyrwało do przodu urywając lusterka kilku zaparkowanym wzdłuż ulicy samochodom.
- Jesteś ranny?
- Nie. – Michał wierzchem dłoni starł krew z policzka. – Melduj do bazy.
- Czarny dwa do centrali. – Tadeusz odjął od ust mikrofon CB radio.
- Mów czarny dwa.
Silnik wył, kiedy wskazówka obrotomierza wspinała się na czerwone pole.
- Stopień trzeci, nielicencjonowana likwidacja. Potrzebujemy sprzątaczy na Plac Katedralny.
- Przyjąłem czarny dwa, ekipa już jedzie.
Mknąc oświetloną przez latarnie dwupasmówką, oba samochody wpadły na duże rondo. Nie udało się uniknąć poślizgu, jednak obaj kierowcy zapanowali nad samochodami i pomknęli dalej prosto.
- Ścigamy czarne BMW, drogą na Bielany Wrocławskie, numery rejestracyjne... – Słowa Tadeusza zostały zagłuszone przez odgłosy pocisków uderzających o karoserię. Michał wsunął kasetę do odtwarzacza. Samochody minęły tabliczkę „Wrocław”.
Kierowca BMW nagle skręcił w prawo i pomknął na wschód mijając rozświetlone neonami budynki centrów handlowych.

“Highway to hell
I'm on the highway to hell
No stop signs, speedin' limit
Nobody's gonna slow me down”

- Mówiłem Ci, że masz chore poczucie humoru?
- Wielokrotnie. Połóż fotel i opuść szybę. – Michał zjechał na przeciwległy pas i starał się zrównać z rozpędzonym BMW. Strzelec siedzący na tylnej kanapie wypuścił krótką serię. Kilka pocisków wpadło do kabiny tłukąc szybę od strony kierowcy. Wskazówka prędkościomierza wskazywała 250 kilometrów na godzinę. Silnik wył, Michał jedną ręką trzymał szarpiącą się kierownicę, drugą wycelował Glocka. Zamek pistoletu trzykrotnie cofał się i wracał. Dwie kule trafiły w pierś, trzecia w szyję. Tryskając krwią człowiek upadł na siedzenie. Kolejne kilka kul uderzyło o szybę od strony kierowcy, odskakując od niej bezsilnie.
- Szlag. Kuloodporna.
- Pomyślałeś o tym, że od trupów za wiele się nie dowiemy?
- Jak masz lizak to spróbuj go zatrzymać. Zakpił Michał bez efektu opróżniając magazynek w kierunku kierowcy.
Osiemnastokołowa ciężarówka pojawiła się znikąd, trąbiąc i oślepiając baterią reflektorów zamontowanych na dachu. Gwałtowny ruch kierownicą w ostatniej chwili uchronił przed zderzeniem. Mustang ślizgał się po poboczu, kiedy koła próbowały odzyskać przyczepność. Rosnące obok drogi drzewa mijali o milimetry. Ksiądz zaciskał palce na kolanach tak mocno, że pobladły zupełnie. Na twarzy Michała nie drgnął najmniejszy mięsień, kiedy jego dłonie wykonywały nieprawdopodobnie szybkie ruchy kierownicą.
- Tylko nie zarzygaj mi tapicerki.
Ostre szarpnięcie i zarzucając tyłem auto wróciło na drogę. Czarne BMW było już tylko parą czerwonych punkcików daleko z przodu. Michał nacisnął mały czerwony przycisk, ukryty pod kierownicą. Coś syknęło z tyłu samochodu a ułamek sekundy później przyśpieszenie wcisnęło w fotel, zaczęło wyduszać powietrze z płuc i wilgoć z kącików oczu. Wskazówka prędkościomierza oparła się na 300 km/h, dalej kończył się licznik.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie...
- Bardziej byś się przydał, gdybyś przeładował broń. Magazynki są w schowku.
Tadeusz bez słowa sięgnął do schowka. Z głośnym stuknięciem wbił magazynek do podanego mu przez Michała Glocka i odciągnął zamek. Podał broń kierowcy. Wypadając zza zakrętu znaleźli się obok czarnej beemki. Michał zdjął nogę z gazu, silnik kaszlnął a z rur wydechowych przestały wydobywać się błękitne płomienie. Kiedy drugi samochód mijał białego Mustanga Michał dwukrotnie wystrzelił i gwałtownie nacisnął na hamulec. Kierowca BMW, mając dwie przestrzelone opony nie zdołał zapanować nad samochodem, który wpadł w poślizg i obracając się uderzył w drzewo.
***
Michał ruszył biegiem do kłębowiska powyginanej blachy, która dosłownie zawinięta wokół drzewa, w niczym nie przypominała smukłej limuzyny, którą była jeszcze przed chwilą. Na około śmierdziało benzyną. Ciało kierowcy leżało w kilku miejscach dookoła wraku. Michał zignorował je i skierował się do drzwi pasażera. Mężczyzna po trzydzistce, ciemnowłosy brunet miał kończyny powyginane pod nienaturalnym kątem. Jego nienagannie skrojony biały garnitur był prawie cały zabarwiony na czerwono. Szybko obejrzał karabin snajperski leżący obok zwłok, po czym przeszukał kieszenie i zabrał tekturową teczkę, którą znalazł na siedzeniu. Zaczął wertować jej zawartość, bezwiednie sięgnął po papierosa i odpalił go.
- Michał! Zbieramy się, policja za osiem minut!
Michał pokiwał głową. Ruszył wolnym krokiem w stronę samochodu nie odrywając wzroku od trzymanych w ręku papierów. Wciąż zapaloną zapalniczkę niedbale rzucił za siebie. Eksplozja szarpnęła wrakiem, który po chwili zniknął w pomarańczowej kuli ognia.
- Znalazłeś coś?
Michał wysypał zawartość znalezionego portfela.
- Sprawdź dokumenty a ja zajmę się tym. – Wskazał teczkę.
- Co tam jest?
- Wszystko, co chciałbyś wiedzieć o nas i o naszych informatorach, plus ksero fenickiego starodruku.
- Jednak profesjonaliści?
- Profesjonaliści nie skwierczeliby teraz w płonącym wraku, chociaż informacje rzeczywiście mieli dokładne. Nadaj do centrali, może coś mają na faceta.
Większość drogi powrotnej upłynęła w milczeniu zakłóconym jedynie bulgotem silnika i okazjonalnymi wrzaskami wokalisty, płynącymi z głośników. Michał w zamyśleniu palił papierosa, Tadeusz wertował teczkę.
- Znam ten tekst.
- No, facet znany jako Abdul al - Hazred przerobił to później na swój sławny Necronomicon. Ten fragment to akurat nadejście antychrysta.
- Ale...
- Tak, cały ten tekst to ściema.
- Czarny dwa, zgłoś się czarny dwa.
- Tu czarny dwa, mów.
- Sprawdziliśmy tego faceta. Miguel Ortega urodzony ósmego marca 1972 roku w Maladze, nie żyje.
- Co ty nie powiesz.
- Został znaleziony wczoraj martwy w swoim mieszkaniu w Madrycie.
- Świetnie, czyli jesteśmy w czarnej...
- Jedyne, co udało nam się ustalić to, że facet miał zarezerwowany lot do Wrocławia na dzisiaj rano.
- To wszystko? Ruszcie dupy i wywróćcie to lotnisko do góry nogami! Monitoring, przepytajcie ochronę, pracowników, wszystkich! Ten facet to jedyny trop, jaki mamy.
- Przyjąłem.
***
Wchodząc do mieszkania poczuł intensywny zapach ciasta i zioł.
- Zapłaciłeś za nią chociaż?
- Gadający kot wymachujący kartą kredytową przed nosem rozwoziciela pizzy? Jakoś tego nie widzę, siadaj odpalę Ci kawałek.
- Nie jestem głodny. – Z szafki wyjął butelkę i jednym haustem opróżnił prawie połowę.
- Co masz w teczce? – Kot zaczął ocierać się Michałowi o łydki. – Err... Sorry, zapominam się czasami.
- Wyobraź sobie, że mamy w mieście grupkę okultystycznych morderców czytających ‘Necronomicon’ w wersji fenickiej.
- O! Pokaż!
- Po co Ci to? Przecież wiesz, że to bełkot.
- No, ale oryginał to biały kruk, kiedyś w pracowni miałem taki. Teraz nawet na torrentach nie można go znaleźć.
- Masz tylko pizzą nie uwal, jakbyś tam znalazł coś ciekawego to zadzwoń.
- Jasne, jasne... –Mruknął kot niezgrabnie przerzucając kolejne kartki.
Przy pasku Michała zapiszczał pager: JEST ADRES. ODPRAWA ZA 30MIN. RUSZAJ.
Wybiegł z mieszkania trzaskając drzwiami.
- Nie to nie. Sam zjem.
***
Pomieszczenie wypełniał mdły blask jarzeniówek. Obszerna sala była zupełnie pozbawiona okien, więc było to jedyne źródło światła. W powietrzu unosił się zapach mocnej kawy i gesty nikotynowy dym. Na ustawionych w równe rzędy metalowych krzesłach siedziało kilkunastu mężczyzn. Wszyscy w czarnych strojach i kamizelkach kuloodpornych, z emblematami krzyża i błyskawicy na ramionach. Multimedialny rzutnik wyświetlał na jednej ze ścian precyzyjny plan budynku. Przy planie stał Angus i nerwowo bawił się trzymanym w ręku wskaźnikiem. Metalowe drzwi pomieszczenia otwarły się i do środka wszedł Michał.
- Siadaj. – Angus wskazał na rząd krzeseł. – No dobrze skoro nawet Ty zaszczyciłeś nas swoją obecnością to chyba możemy zaczynać odprawę. Adres domu dostaliśmy od taksówkarza, który wiózł tam wczoraj faceta sprzątniętego dzisiaj przez Czarnego Dwa. Dziewiętnastowieczna willa, wcześniej była tam kuźnia a wcześniej urywają się akta. Od czterdziestego siódmego w prywatnych rękach, od dziewięćdziesiątego pierwszego wynajmuje ją firma należąca do niemieckiego holdingu. Nasza jednostka w Niemczech również gromadzi dane, ale nic jeszcze nie wiemy. Nie znamy liczby podejrzanych, ale biorąc pod uwagę to, że mają na koncie potrójne zabójstwo i nielicencjonowaną likwidacje, zakładamy, że są bardzo dobrze uzbrojeni i niebezpieczni. Willa ma dwa piętra, klatkę schodową w tej wieży. – Wskaźnik uderzył w ścianę. – Jest jeszcze osobne wejście z tyłu. Snajperzy zabezpieczają teren tutaj i tutaj. Czarny dwa i jego zespół wchodzi tędy, bierzecie parter i piwnice. Czarny jeden z zespołem zabezpieczają wyższe kondygnacje. Czekamy jeszcze na potwierdzenie od obserwatorów i zielone światło z góry. Każdy z was otrzyma szczegółowy brefieng, z którym radzę się zapoznać. Jakieś pytania?
- Co z policją?
- Oficjalnie wchodzimy jako akcja CBŚu, jak się szybko uwiniemy to nikt się nie połapie.
- Szefie? Łapiemy czy zamiatamy?
- Decyzji jeszcze nie ma, ale raczej będziemy zamiatać.
Do sali wszedł młody ksiądz i podał dowódcy złożoną kartkę papieru. Ten rozwinął ją i przejrzał szybko.
- Watykan daje zielone światło. Jeśli dalej nie będzie kontaktu z Czarnym Jeden ja poprowadzę drugi zespół. Ruszamy o dwudziestej. Rozejść się!
***
Śnieg przykrywał dwa srebrne Fordy Transity coraz grubszą warstwą. W środku było zimno, ale nikt nie narzekał. Ludzie siedzieli w skupieniu zaciskając ręce na swoich MP5 z zainstalowanymi tłumikami. Angus i Michał siedzieli w szoferce oglądając obrazy przekazywane przez kamery obserwatorów. Michał wiercił się w kamizelce kuloodpornej.
- I co o tym myślisz?
- Coś tam się szykuje, już piąty samochód przyjechał. – Mężczyzna przycisnął słuchawkę przy uchu. – Święty jeden do oczu. Co u was?
- Tu oko jeden. Podjechała czarna terenówka, wysiada trzech facetów, dwóch z kałachami, jeszcze jeden uzbrojony przy drzwiach. Bez odbioru.
- Dwójka melduje, jeden pacjent spaceruje po ogrodzie, drugi na balkonie, obaj z Uzi. Ten na balkonie do zdjęcia pierwszy, stamtąd może coś zobaczyć.
- Tu trójka. Na tyłach spokój, zero ruchu. Pacjent, który się tu kręcił poszedł do środka. Bez odbioru.
- I co robimy? - Michał, ciągle wpatrując się w ekran namacał paczkę papierosów.
- Czekamy. - Angus zdjął czarny hełm taktyczny i przez kominiarkę rozmasował skronie. – Nie klei mi się to wszystko. A może my po prostu wbijemy na jakąś mafijną wigilię?
- Nie, mafia raczej nie miałaby powodu się nami interesować. - Michał w zamyśleniu wypuścił kilka kółek tytoniowego dymu. - Tu się coś dzisiaj wydarzy, tylko cholera sam nie wiem co.
***
Zmieniające się na ekranie komputera obrazy odbijały się w kocich oczach, a jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę nocną był szelest papieru. Obraz na monitorze znieruchomiał tak samo jak sięgająca do klawiatury łapa. Czarna sierść zjeżyła się przy akompaniamencie głośnego syczenia. Faust skoczył jak sprężyna i pognał do telefonu.
- Abonent znajduje się poza zasięgiem sieci lub ma wyłączony aparat. – Dało się słyszeć z słuchawki. Kocia łapa niezgrabnie wybrała inny numer telefonu.
- Nie odkładaj słuchawki! Wiem, że nie powinienem dzwonić.
- Nieważne skąd mam ten numer. Posłuchaj tu chodzi o Michała. Myślę, że grozi mu niebezpieczeństwo.
***
Ciszę w szoferce jednego z busów przerwał pisk pagera. Angus odpiął urządzenie od pasa, po czym przemówił do mikrofonu przypiętego do kołnierza. – Panowie mamy zielone światło. Ruszamy za dwie minuty.
Michał sprawdził magazynek i nakręcił tłumik na pistolet. – Powodzenia. – Rzucił gramoląc się z szoferki.
- Święty jeden do wszystkich. Amen, powtarzam amen.
Strzały trzech snajperów zlały się w jeden dźwięk. Wartownik przy drzwiach, ten na balkonie i człowiek, który właśnie otworzył tylne drzwi domu zginęli równocześnie. Ten w ogrodzie musiał coś usłyszeć, bo spoglądając na balkon w górze sięgnął po krótkofalówkę. Nabój 12,7 mm był szybszy. ‘Oko 1’ przez lunetę swojego karabinu obserwował jak ostatni z wartowników znika w obłoku krwi.
- Czysto. Święty jeden i dwa, możecie ruszać.
Michał szedł ramię w ramię z Tadeuszem za plecami czwórki komandosów. Tadeusz założył kamizelkę kuloodporną na sutannę, w lewej ręce trzymał małokalibrowy rewolwer, w prawej zaś masywny srebrny krucyfiks. Dotarli do ciężkich drewnianych drzwi. Ładunki C2 w mgnieniu oka zmieniły je w drzazgi. Dwóch mężczyzn w czarnych garniturach nie zdążyło sięgnąć po broń. Dwie krótkie serie z empepiątek dosłownie ścięły ich z nóg.
Ostrożnie podążyli krętymi schodami w dół. Z góry było słychać odgłosy wystrzałów. Wąskie schody wkrótce doprowadziły ich do bardzo solidnie wyglądających metalowych drzwi.
- Święty dwa do wsparcia. Dajcie palnik na dół.
Przez drzwi nie przedostawał się najsłabszy nawet dźwięk.
***
Odgłosy wystrzałów z górnych kondygnacji ucichły po dźwięku potężnej eksplozji, tylko po to by po chwili rozbrzmieć ze zdwojoną siłą. Chmury tynku sypały się z sufitu osiadając na czarnych uniformach. Wreszcie błękitny płomień palnika plazmowego przepalił się przez potężne zawiasy. Drzwi wpadły do środka uderzając głucho o podłogę. Do pomieszczenia, podskakując po nierównej, kamiennej posadzce wtoczyły się dwa granaty hukowe. Dwie stłumione eksplozje wstrząsnęły budynkiem w sekundowych odstępach. Komandosi weszli do środka, czujnie omiatając pomieszczenie czerwonymi wiązkami laserowych celowników. Opadający kurz odsłonił nierówne ceglane ściany, kamienną posadzkę oraz makabryczne ślady krwawej jatki. Części ciała i kałuże krwi pokrywały dosłownie całą podłogę. Ciała wyglądały jak rozszarpane przez stado oszalałych bestii, poza głowami. Siedem, bo tyle ich było, leżało ustawionych w rządku pod ścianą. Niewidzącymi oczyma wpatrywały się w pochylonego nad nimi człowieka. Niski, przygarbiony staruszek gładził po włosach kolejno każdą głowę.
- Ręce za głowę i odwróć się! Powoli!
Staruszek wyprostował się i odwrócił szurając stopami w zamszowych półbutach. Chude nogi obleczone w szare, zaprasowane w kant spodnie poruszały się z trudem, wspomagane drewnianą laską.
- Och, oto i kawaleria przybywa, aby ratować zagubione owieczki. – Staruszek zaśmiał się ukazując liczne braki w uzębieniu. Czekałem na was i szczerze mówiąc zaczynałem się już nudzić. – Chudym torsem okrytym zielonym kardiganem wstrząsnął charczący śmiech.
Jeden z komandosów głośno przeładował broń. Starzec zaśmiał się jeszcze głośniej.
- Zastanawiasz się biedny człowieczku, o co tu chodzi? Twoi mocodawcy przysłali cię tutaj, ale nie powiedzieli co może czekać w samym środku morza krwi i flaków? Nie powiedzieli ci, że możesz stanąć twarzą w twarz z cząstką tej wielkiej siły... – Przerwał mu huk wystrzał i spokojny głos Michała. – Mefistofelesie! Jesteś zatrzymany pod zarzutem popełnienie wielokrotnego zabójstwa i naruszenia postanowień traktatu z Jerozolimy. Masz prawo zachować milczenie i błagać Boga o łaskę.
Starzec słuchał delikatnie przekrzywiając głowę, jego twarz zdobił dobrotliwy uśmieszek. – Zatrzymany? – Postąpił krok w ich stronę, trzymając laskę oburącz jak maczugę. – To jest mój świat. Jak w waszych ciasnych od zakazów i nakazów główkach mogła narodzić się myśl, że wy możecie zatrzymać MNIE? – Jego cień zdawał się rosnąć z każdą wypowiedzianą sylabą.
- Ognia! – Sześć luf zaczęło miarowo wypluwać z siebie pociski. Żaden z nich nie osiągnął jednak celu. Mijały sylwetkę starca i zaczynały wirować wokół niego niczym rój ołowianych elektronów. Jego twarz rozciągnęła się upodabniając się do karykaturalnej maski. Pociski wirowały coraz szybciej, roztapiając się i oblepiając chude ciało. W magazynkach skończyły się naboje. Komandosi sięgnęli do kabur na udach i dobyli Glocków. Tadeusz odrzucił rewolwer i padł na kolana. Od idącej ku nim istoty zaczął bić jakiś wewnętrzny blask a ołowiana powłoka przyjęła kształt złotego napierśnika i hełmu, ze szczelin, którego biło złowrogie czerwone światło. Nie było już chudego starca, na jego miejscu stał obleczony w złotą zbroję olbrzym, na szerokie ramiona spadały kaskady złotych loków. Laska w jego rękach rosła, na jej końcach wykwitły ostrza, ni to halabardy ni to osadzonej na sztorc kosy.
Komandosi przestali strzelać i stali bezmyślnie wpatrując się w demona, który postanowił zaprezentować się w całej okazałości rozwijając skrzydła. Rozpościerały się od ściany do ściany, wypełniając całe pomieszczenie czymś, co wyglądało jak smoliście czarny dym. Potwór machnął skrzydłami odrzucając wszystkich. Michał łupnął o ceglany mur tak, że aż pociemniało mu w oczach. Z trudem podniósł się na kolana i złapał krótkofalówkę.
- Angus, mamy tu pierwszy stopień. Wykonać Jerycho.
- Jesteś pewien?
- Tak. Spadajcie a ja go prze...
Uzbrojona w długie szpony rękawica złapała go za gardło i bez wysiłku uniosła w górę. Mefistofeles zbliżył swą okutą w złoto twarz do jego twarzy.
- Do końca lojalny? Tym robakom? Oddaj mi hołd i dołącz do zwycięzców!
- Sss... Spierdalaj!
- Zła odpowiedź. – Mefistofeles kilkakrotnie gruchnął nim o ścianę. Czarne skrzydła zamknęły się nad Michałem niczym wieko trumny, nieznośny odór siarki i rozkładu wwiercał się głęboko w płuca.
- Tadeusz! – Ryknął Michał tylko po to by oberwać pancerną rękawicą prosto w twarz.
- Ostatnia szansa. Nic ci nie pomoże! Poddaj się.
Gdzieś z oddali Michał usłyszał słaby głos Tadeusza.

Ángele Dei,
qui custos es mei,
me, tibi commíssum pietáte supérna,
illúmina, custódi,
rege et gubérna.
Amen.

Michał poczuł w prawej dłoni znajomy ciężar. Pchnął bez zastanowienia krzycząc w twarz zaskoczonego Mefistofelesa.
- Modlitwa! Modlitwa zawsze pomaga!
Ostrze płonącego miecza przebiło zbroję i weszło głęboko w bok potwora. Ten zawył i odskoczył trzepocząc czarnymi skrzydłami. Michał wyprostował się, wydawał się teraz dużo wyższy. Jego majestatyczną sylwetkę skrywał srebrzysty blask, bijący od białych skrzydeł. Machnął nimi kilkakrotnie odpędzając mrok z powrotem w kąty pomieszczenia. Mefistofeles ryknął wściekle i ruszył naprzód mierząc długim ostrzem w pierś przeciwnika. Błyskawicznym zwodem Michał uniknął pchnięcia i mieczem huknął demona w sam środek złotego hełmu. Ten pękł na dwoje, odsłaniając szpiczasty pysk, uzbrojony w nieprawdopodobnie długie zęby. Mefistofeles uderzył go drzewcem włóczni w kolano, tylko po to żeby odwinąć się i ciąć w górę. Michał cudem nie stracił głowy, ostrze zostawiło tylko długą siną linię na lewym policzku. Skoczył, taranując przeciwnika barkiem. Zwarci w uścisku przebili się przez sufit a później dach domu. Wśród trzepotu skrzydeł wymieniali szybkie jak myśl ciosy, kiedy odskoczyli od siebie Wrocław był tylko zbiorowiskiem małych światełek daleko w dole. Michał dyszał ciężko, prawa ręka zwisała bezwładnie wzdłuż boku a kilka ran krwawiło obficie. Mefistofeles usiadł w powietrzu ze skrzyżowanymi nogami, otulając się skrzydłami niczym płaszczem.
- Spójrz prawdzie w oczy. Niszczyłem całe galaktyki, eony wcześniej niż On choćby pomyślał o powołaniu cię do życia. Zabicie takiego psa jak ty to naprawdę marna rozrywka. Masz dosyć?
- Twoja pycha. – Odkaszlnął i splunął krwią. – Twoja pycha cię kiedyś zgubi.
- Możliwe, ale nie liczyłbym na to zbyt prędko.
Michał skoczył jak sprężyna, wkładając w to jedno uderzenie całą swoją wściekłość. Ostrze zawyło tnąc powietrze tylko po ty by znieruchomieć nieszkodliwe w żelaznym uścisku pancernej rękawicy. Mefistofeles przekrzywił głowę i z upiornym uśmiechem rzekł:
- Jak to było? Ach tak, już pamiętam. – Odchrząknął ceremonialnie. - Ja ciebie strącam w czeluść piekielną na wieki wieków! – I przebił Michała swoją włócznią. Ostrze przeszło na wylot wśród fontanny krwi przebijając kewlarową kamizelkę i skórzaną kurtkę.
Spadając nie widział nic poza czarnymi skrzydłami złożonymi jak u drapieżnego ptaka i stalowymi szponami wciąż trzymającymi drzewce włóczni. Uderzenia o ziemię nie pamiętał wcale, ale leżał teraz w tym samym pomieszczeniu, w którym zaczęli walczyć. Złoty olbrzym stał nad nim wznosząc włócznię do ostatecznego ciosu.
- I po co było się stawiać? – Zapytał retorycznie.
Michał próbował się poruszyć, ale fala paraliżującego bólu zalała całe ciało. Patrzył więc tylko na wznoszące się nad nim ostrze szepcząc:
Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
- Dałbyś już... – Mefistofeles nie dokończył, bo potężna siła odrzuciła go w tył, a tam gdzie stał jeszcze przed chwilą znajdowała się postać uformowana w całości z szalejących płomieni, siedem par ognistych skrzydeł młóciło powietrze. W ręku postać trzymała topór, jażący się jak małe słońce.
- Uriel? To nie, niemożliwe. – Głos upadłego anioła drżał z przerażenia.
- Kto rękę na sługi jego podnosi wnet głowę pod mój topór złoży.
- Nie! – Mefistofeles skoczył uderzając w pierś anioła, który nawet nie drgnął. Włócznia uderzając w pierś pękła na dwoje. Mefistofeles upadł bezradnie na kolana.
- Bądź wola Twoja. - Rzekł Uriel wznosząc topór do ciosu. W tej samej sekundzie ładunki, rozmieszczone precyzyjnie zgodnie z planem "Jerycho", eksplodowały jednocześnie. Konstrukcją szarpnął potężny wstrząs. Ściany zapadły się do środka, tak samo jak pozbawiony podpory dach, grzebiąc całą scenę pod setkami ton gruzu...
***
Epilog.
Wnętrze jednej z niewielu otwartych w drugi dzień świąt kawiarni świeciło pustkami. Senny kelner po trzeciej nieudanej próbie zrezygnował z przypominania Michałowi o zakazie palenia. Z zamyślenia wyrwał go potężny wystrzał z rur wydechowych. Czerwony ścigacz zatrzymał się przed wejściem do lokalu. Do środka weszła długowłosa brunetka kołysząc biodrami opiętymi w obcisły czerwony kombinezon.
- Wesołych świąt. – Rzuciła niedbale, dosiadając się do Michała.
- Dzięki. Za wszystko. Skąd wiedziałaś?
- Faust do mnie zadzwonił. Swoją drogą, wiesz, że oficjalnie ciągle go szukamy?
- I wezwałaś Uriela a nie swoich?
- Masz mnie za idiotkę? Zadzwoniłam do Szefa na linię, którą mieliście na podsłuchu.
- Heh, dzięki.
- Nie ma sprawy. Przy okazji, co planujecie zrobić z Mefistofelesem? Szef ma z nim do pogadania.
- Podać coś?
- Kawę. Białą. – Powiedział demon.
- Czarną. – Powiedział anioł.
- Proszę pana, tu naprawdę nie wolno... – Brunetka pstryknęła palcami a kelner oddalił się bez słowa.
- Oczywiście wasze stanowisko będzie takie, że Mefistofeles działał sam i Książę, ani nikt inny nie wiedział o tym, co zamierza? – Zakpił Michał.
- Przecież wiesz, że część starej gwardii nie akceptuje układów z wami i nie przyjmuje do wiadomości istnienia porozumień. W każdym razie, Lucyfer jest cholernie wściekły.
Kelner bez słowa postawił na stoliku kawę i zniknął.
- Na razie nic nie mogę powiedzieć. Stary nie wydał oficjalnego stanowiska, zdaje się, że Uriel dostał trochę czasu żeby pozałatwiać z Mefistofelesem stare porachunki. Prędzej czy później go wam oddamy. Bo co mamy z nim zrobić? Zbawić? – Żart był stary i powszechnie znany, jednak zaśmiali się oboje.
- A co z tymi facetami z piwnicy? – Kobieta upiła łyk kawy i wyciągnęła obute w wysokie szpilki stopy na blat.
- Możecie ich sobie zatrzymać. Dalej jeździsz tym pociskiem?
- Coś ty, mam nowy. Szybszy. Przewiozę cię kiedyś. – Teraz zaśmiał się tylko Michał. – Muszę lecieć. Uważaj na siebie następnym razem. – Wstała, ale Michał złapał ją za rękę. Przez chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu.
- Wiem. Mi ciebie też. – Wargami delikatnie musnęła go w policzek.
Z zamyślenia wyrwał go wystrzał z rur wydechowych, potarł policzek, na którym wykwitł siniejący kształt ust.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -