Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Przesyłka

Robert Cichowlas

- Pan Ian Sanders?
- Tak, to ja.
- Przesyłka dla pana, może pan pokwitować? - ogolony na łyso, z blizną pod okiem listonosz podał Ianowi długopis, szczerząc w uśmiechu krzywe zęby. Mógł mieć dwadzieścia pięć, góra trzydzieści lat. Był dość wysoki i szczupły.
- Przesyłka? Nie spodziewałem się żadnej przesyłki - odparł zaskoczony Ian. Od blisko dziesięciu lat nie otrzymał od nikogo żadnej paczki, z resztą ostatnim razem była to kaseta wideo z nagranym ślubem, którą przesłał mu jego nieżyjący już brat.
- A jednak, panie Sanders, ktoś najwyraźniej sobie o panu przypomniał - powiedział stłumionym głosem listonosz, patrząc jak Ian podpisuje dokument.
- Niewiarygodne.
- Paczka czeka na pana w samochodzie, jest cholernie ciężka. Będziemy musieli ją wnieść razem.
- Ciężka? - zdumiał się Ian.
- Wie pan, jeszcze kilka lat temu poradziłbym sobie z przytarganiem jej tutaj, ale miałem dość poważny wypadek.
- Nie ma problemu, wniesiemy ją razem. Cóż to takiego?
- Nie wiem, nie mam pojęcia, zaraz pan sprawdzi.
Kiedy wyszli na ulicę, powiew chłodnego wiatru wywołał dreszcz na ciele Iana. Stara furgonetka marki wolkswagen stała zaparkowana na wąskim chodniku, między dwoma drzewami. Dzielnica Hampstead dopiero budziła się do życia. Stare, siedemnastowieczne domy wyglądały tak, jakby przed chwilą ktoś posypał je cementem; były jasnopopielate, o szarych dachówkach i pożółkłych okiennych ramach. Latem dzielnica wyglądała niezwykle uroczo; domy były niemal niewidoczne pośród rosnących niemal wszędzie drzew. Ogromne dęby i topole porastały każdy wolny teren, oprócz jezdni. Późną jesienią i zimą wyglądała niezwykle ponuro, niczym z innego świata. Zszarzałe domy wysuwały się na pierwszy plan i przypominały stare, opuszczone domostwa pośród martwych drzew.
Ogolony na łyso listonosz zatrzymał się przy samochodzie i przez dłuższą chwilę szukał w kieszeni kluczyków.
- Wie pan, zawsze zamykam wóz. Takie przyzwyczajenie - burknął pod nosem, po czym dodał głośniej, nie przestając szperać po kieszeniach - Zawsze, kiedy rozwożę paczki, zwracam uwagę na to, czy auto jest zamknięte. Kiedyś zapomniałem przekręcić kluczyk w zamku i co? I zwędzili mi radio. Na szczęście nie skojarzyli, że jestem listonoszem i nie szukali pieniędzy, ani paczek.
- No właśnie, ta dzisiejsza młodzież - westchnął Ian, zaglądając przez szybę do furgonetki. Jakoś mu się nie chciało wierzyć, że ktokolwiek mógłby okraść takiego grata. Zżerała go ciekawość. Cały czas zastanawiał się, cóż to za paczka przyjechała do niego.
- Młodzież? - prychnął listonosz - Gość był po czterdziestce. Kiedy zobaczył, że się zbliżam, zaczął wiać z tym cholernym radiem ile sił w nogach. Pędził jak osiemnastolatek, a nawet jeszcze szybciej. Jak lekkoatleta! O, są! - krzyknął nagle, potrząsając kluczykami. Z wymalowanym na twarzy triumfalnym uśmiechem, otworzył tylne drzwi auta.
- Ostrożnie z tymi drzwiami - uniósł rękę, jakby chciał odpędzić muchę - Są diablo niepewne. Już kilka razy po prostu wyleciały z zawiasów.
- Będę ostrożny - odparł Ian, zaglądając do środka wolkswagena. Śmierdziało w nim denaturatem i czymś jeszcze, prawdopodobnie jakimś środkiem do czyszczenia szyb.
Na wyściełanej kilkoma brudnymi skrawkami dywanu podłodze, stała dość duża, wykonana z drewna skrzynia. Mogła mieć półtora metra długości, pół szerokości i tyleż samo wysokości. Deski, z których była zbita wyglądały na stare, niektóre były już spróchniałe, inne popękane, a jedna z nich wygięta pod sporym kątem, jakby wcale nie była drewniana.
Skrzynia była obwiązana taśmą izolacyjną. Ze wszystkich stron po parę razy i bardzo niestarannie. Gdzieniegdzie taśma po prostu zwisała ze skrzyni.
- Ktoś musiał się cholernie śpieszyć z tą przesyłką - powiedział listonosz z ironią w głosie.
Ian spojrzał na niego powątpiewająco, po czym skierował wzrok ponownie ku skrzyni. W pierwszej chwili pomyślał, że to jakiś żart, że listonosz wybuchnie za moment śmiechem i wskaże mu właściwą paczkę. Ale ten stał obok niego i rozglądał się w milczeniu po okolicy.
- Kto jest adresatem? - zapytał nagle Ian.
Listonosz odwrócił głowę i spojrzał na niego pytająco.
- Słucham? - bąknął, mrużąc oczy.
- Adresatem. Kto jest adresem tej paczki? Nie chce mi pan chyba powiedzieć, że przyszła znikąd? - w głosie Iana zabrzmiało poirytowanie.
- Ależ skąd, zaraz to sprawdzę - odparł pokornie listonosz, następnie wyciągnął z kieszeni białą kartkę papieru z pozaginanymi rogami. Przez minutę wpatrywał się w drobne literki, po czym wzruszył ramionami. Przełknął ślinę i spojrzał Ianowi w oczy. Wymamrotał coś pod nosem. Był wyraźnie zakłopotany.
- No więc? - odezwał się Ian - Skąd przyszła ta paczka?
- Szczerze powiedziawszy nie mam tego napisane.
- Słucham?
- Mogę się dowiedzieć. Mogę zabrać paczkę i przywieźć ją, kiedy już będę wiedział. Wszystko zależy od pana. Po prostu nie mam wyszczególnione w dokumencie, kto jest nadawcą.
- Ale jak to możliwe? - zapytał Ian. Odniósł wrażenie, że coś tutaj nie gra. Nie wiedział skąd to przeczucie, po prostu pojawiło się i tyle. Znikło dopiero po chwili, kiedy padły kolejne słowa z ust listonosza:
- To możliwe, proszę pana. W dodatku to mój błąd - powiedział, spuszczając wzrok - Wziąłem nie tą kartkę co trzeba.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że na tej, którą mam widnieje tylko pana nazwisko i adres zamieszkania. Ale proszę się nie złościć, za chwilę pojadę na pocztę i przywiozę panu dokument. Dowie się pan, kto przesłał tę paczkę.
W głosie listonosza zabrzmiało przerażenie, jakby obawiał się, że Ian za moment zadzwoni na pocztę ze skargą. Na pierwszy rzut oka widać było, że gość pracuje tam od niedawna, a cała historyjka o zamykaniu samochodu i kradzieży była po prostu wyssana z palca tylko po to, aby dowieść o profesjonaliźmie młodego człowieka.
Ian westchnął.
- Okay. W sumie, to nie jest aż takie ważne - powiedział - Pewnie i tak w środku tej skrzyni znajduje się jakiś list, albo cokolwiek innego, co pozwoli mi dowiedzieć się, kto ją przesłał. Z resztą mam pewne podejrzenia.
Wypowiadając ostatni zdanie skłamał, ale to nie miało dla niego znaczenia. Chciał jedynie zabrać skrzynię i wrócić do domu.
- Dziękuję panu - na twarzy listonosza pojawiła się ulga, a potem lekki uśmieszek, którego nie potrafił powstrzymać - Szczerze powiem, że ocalił mi pan tyłek. Gdyby ktoś się dowiedział, że wziąłem nie te papiery co trzeba...
- Nie gadajmy już o tym, tylko zabierzmy tego klocka to domu, dobrze?
Listonosz kiwnął głową, wzruszył ramionami, wyszczerzył zęby i rzucił krótko:
- Pewnie.



Ian stał przy oknie i obserwował listonosza jak ten pośpiesznie wsiada do swojej poobijanej furgonetki i odjeżdża. Po chwili ulica znowu była pusta, a zimny listopadowy wiatr nacierał z impetem na resztę zagubionych, wyschniętych liści, poniewierających się na chodniku.
Odsunął się od okna i spojrzał na skrzynię. Tutaj, w kompletnie zagraconym starymi szafkami, stołami i innymi nieprzydatnymi już meblami, salonie sprawiała wrażenie większej i masywniejszej. Biła od niej woń stęchlizny, zupełnie jakby przeleżała długie lata w ciemnej, nie otwieranej piwnicy.
Wyciągnął z szuflady nóż, po czym dźgnął ostrzem w jedną z przesiąkniętych wilgocią desek, pozostawiając dość wyraźny ślad. Drewno było naprawdę miękkie i musiało być bardzo stare. Ian przyłożył palec do fragmentu taśmy izolacyjnej; była sztywna i chropowata. Jednym szybkim ruchem przeciął jej materiał, następnie uczynił to samo z drugiej strony.
Przez cały czas zastanawiał się, co jest w środku. Nie miał żadnych podejrzeń, co sprawiło, że zaintrygowany ciął taśmę izolacyjną jeszcze szybciej i zwinniej. Na jego twarzy rysowało się zniecierpliwienie i lekkie poirytowanie.
Kto, do cholery obklejał tą skrzynię? - pomyślał, cały spocony.
Wrzucił nóż z powrotem do szuflady i zaczął odrywać poprzecinaną taśmę. Było jej tak wiele, że po chwili cała podłoga dookoła niego pokryła się czarnym, chropowatym i klejącym materiałem, którego kawałek przyczepił mu się do rękawa koszuli. Nie zwrócił na to uwagi i oklejał dalej, aż w końcu stwierdził, że jeszcze kilka pasków i uwolni skrzynię od tej cholernej taśmy.
Jon Serenity - nagle wpadło mu do głowy to nazwisko. Jon był jego starym znajomym. Można powiedzieć, że znali się jeszcze z czasów, kiedy oboje srali w pieluchy. Ich matki były sąsiadkami. Dopiero kiedy pewnej upalnej nocy, z powodu zwarcia instalacji elektrycznej, dom Serenitych (pod ich nieobecność na całe szczęście) poszedł z dymem, drogi Iana i Jona rozeszły się. Dorastali w zupełnie innych dzielnicach Londynu; Ian tutaj, w Hampstead, a Jon w Chelsea. Przez prawie dziesięć lat nie mieli ze sobą kontaktu, a potem, potem odnowili starą znajomość. Często jeździli na ryby, oraz umawiali się ze swoimi dziewczynami na kręgle. W końcu Jon otworzył antykwariat - miał kompletnego bzika na punkcie staroci, a Ian podjął pracę w biurze nieruchomości. Ich drogi znowu się rozeszły. Teraz Ian zastanawiał się, czy przypadkiem jego stary znajomy nie postanowił mu zrobić niespodzianki w postaci jakiegoś antyku.
Skrzynia, co prawda, nie wyglądała na antyczną, ale kto inny mógł wysłać mu coś w takim - nazwijmy rzecz po ludzku - opakowaniu?
Skrzywił się na widok bałaganu, jaki powstał. Nie dość, że od ponad dwóch tygodni nie sprzątał ani salonu, ani kuchni, to jeszcze teraz ta przeklęta taśma przyklejała się dosłownie wszędzie. Zdarł kawałek z rękawa swojej koszuli, po czym wyciągnął z szafki kosz na śmieci.
Przez kolejne dziesięć minut odrywał przytwierdzoną do podłogi, ścian i szafek taśmę izolacyjną, gniótł ją w duże, kleiste kulki i wrzucał do plastikowego kosza.
Po kilku minutach, spocony, usiadł ze skrzyżowanymi nogami na podłodze i wziął głęboki wdech. Teraz mógł skupić się tylko i wyłącznie na skrzyni. Nie wiedzieć czemu, nie czuł już tak znacznego zainteresowania, co wcześniej. Wręcz przeciwnie, odwlekał moment otwarcia i nie miał pojęcia, skąd wzięła się w nim ta powściągliwość.
Kiedy położył dłoń na dość śliskim, wilgotnym wieku, poczuł odrazę. Pod wpływem ciężaru ręki, drewniane deski wydały z siebie głośne, wysokie dżwięki, przypominające skrzypienie otwieranych bardzo powoli drzwi. Drzwi, których zawiasy od dawna nie były oliwione.
Gdyby Jon Serenity zobaczył, z jakim sceptycyzmem podchodzi do uchylenia wieka skrzyni, pewnie zsikałby się ze śmiechu.
A jednak z każdą kolejną mijającą chwilą Ian czuł się coraz mniej pewnie, a jego prawa dłoń, znajdująca się teraz tuż nad skrzynią, zadrżała.
Postanowił, że załatwi to szybko. Nie mógł dłużej zwlekać, bo i po co? W środku znajduje się pewnie jakiś maleńki antyczny stolik, zestaw osiemnastowiecznych sztućców, albo abstrakcyjny obraz, namalowany przez dziadka Jona.
Jednym szybkim ruchem odchylił wieko skrzyni. Był zaskoczony, że poszło tak łatwo. Z drugiej jednak strony czego miał się spodziewać? Wieka zabitego gwoździami? Przyklejonego do skrzyni butapremem? Mimowolnie uśmiechnął się, ale potem jego twarz nagle spoważniała. Zbladł.
Nadal siedział po turecku na podłodze i ani drgnął. Wyglądał jakby właśnie rozpoczął medytację, albo jakby skrzynia była wyrocznią, pochłaniającą jego całą koncentrację.
Patrzył na to, co znajdowało się między drewnianymi ścianami i dopiero po chwili poruszył ręką. Palcem wskazującym dotknął odchylonego wieka skrzyni i przez moment rozważał myśl, aby zamknąć ją z powrotem. Ostatecznie myśl ta wyparowała z jego umysłu, a on wstał i pochylił się nad tym, co w niej leżało.
Nagle roześmiał się pozbawionym wesołością śmiechem. Potem zamilkł. Jego szare, przenikliwe oczy zdawały się wychodzić z orbit, a on sam poczuł w sobie nagły, nieprzyjemny chłód.
W skrzyni leżała jakaś postać. Nie wiedział jak to nazwać; osoba, istota, stwór? Postać - wolał pozostać przy tym słowie. Przez chwilę pomyślał, że to zabawka, po prostu zabawka, coś w rodzaju robota, albo dużej maskotki.
W żadnym razie jednak to nie była maskotka. Nie był to też robot. Postać miała około metra dwadzieścia wzrostu i leżała na wznak. Jej ciało było brązowe, pomarszczone, jak skóra starca, z wieloma bliznami i otwartymi ranami, wypełnionymi zaschniętą żółtą cieczą. Kiedy Ian pochylił się nad skrzynią, poczuł ostry, duszący zapach. Nie należał do najprzyjemniejszych.
Ropa - pomyślał.
Szyja stwora, w porównaniu do reszty ciała, była nienaturalnie długa i cienka; skóra na niej była najbardziej pomarszczona, jakby wyschnięta na wiór, może nadpalona? Albo przypieczona? Ian przyłożył sobie dłoń do ust, nie wiedząc, czy ktoś zrobił mu głupi żart, czy wysłał to świadomie. Z pewnością nie był w to zamieszany Jon Serenity. Facet nigdy nie wpadł by na tak idiotyczny pomysł. Był na to zbyt poważny i konserwatywny. Zatem kto?
- Co to wszystko ma znaczyć? - wymamrotał pod nosem Ian, nie spuszczając wzroku z istoty leżącej w skrzyni.
Wolnym ruchem dłoni, dotknął jej dużej, kanciastej głowy. Posiadała ogromne szczęki; każdą uzbrojoną w kilka rzędów ostrych, stożkowatych zębów. Stwór zdawał się do niego uśmiechać, jego usta były grube, mięsiste, koloru czarnego, i wyglądały na osmalone. Cała twarz była popękana, oczy duże, na wpół otwarte i osadzone bardzo blisko siebie.
Czując pod palcem chropowatość grubej, rogowej skóry, wzdrygnął się i z obrzydzeniem zabrał rękę od stwora. Spojrzał na jego kończyny; ręce były krótkie i chude, obdarzone w cztery palce każda. Nogi zaś długie i umięśnione, również czteropalczaste. Genitalia istoty były nieduże, nieco jaśniejsze od reszty ciała i pokryte bladoczerwonymi krostami.
Ian wstał na równe nogi i podszedł do niewielkiego dębowego stolika, na którym stał karton z nieco już zwietrzałym sokiem wiśniowym. Pociągnął kilka sporych łyków, po czym cisnął kartonikiem do kosza na śmieci. Pierwszy raz w życiu przydarzyło mu się coś takiego. Myśląc o skrzyni, jej zawartości i zastanawiając się, kto był taki uprzejmy i pomysłowy, aby wysłać mu to paskudztwo, opuścił salon i udał się do łazienki.
Jon Serenity odpada - pomyślał Ian i westchnął. Poczuł lekki zawód? Rozczarowanie? Nie potrafił nazwać tego uczucia, ale jeszcze kilka minut wcześniej był niemal pewny, że to Jon przesłał mu paczkę. Tymczasem prawda przedstawiała się nieco inaczej, a on nie miał pojęcia, co dalej robić. Najlepszym wyjściem z sytuacji było usunięcie tego gówna z domu i zapomnienie o całej sprawie. Z jakichś jednak względów wiedział, że tego nie uczyni. Miał zamiar zadzwonić na pocztę i dowiedzieć się, kto był nadawcą paczki. Ian z natury należał do osób ciekawskich, dociekliwych i upartych. Może nie do przesady upartych i dociekliwych, ale sytuacja w jakiej się znalazł była co najmniej dziwna i na pewno tak tego nie zostawi.
Jeśli to jakiś głupi żart - co było wielce prawdopodobne - dorwie szczeniaka, który wpadł na idiotyczny pomysł aby wysłać mu tę spróchniałą skrzynię i zleje go na kwaśne jabłko. Poczuł w sobie irytację, która narastała w nim z sekundy na sekundę i z trudem opanował się przed uderzeniem pięścią w ścianę. Spojrzał w lustro i dostrzegł swoje odbicie. Nie był blady, ale miał sine place pod oczyma i wyglądał na zmęczonego. Jego włosy były posklejane od lakieru, a usta spieczone i spękane.
Odkręcił kurek z zimną wodą i opłukał twarz. To nieco go uspokoiło, nabrał chęci na drinka i kawałek ciepłej pizzy.
Zamówi coś do jedzenia, a potem zatelefonuje na pocztę. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie lepiej było by załatwić tej sprawy od razu, ale wtem w jego brzuchu rozległo się głośne burczenie, które ustało dopiero, kiedy nabrał w płuca powietrza. Wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo zgłodniał. Zdecydowanym priorytetem był telefon do pizzerii.
I drink. Musiał się napić. Odkąd rzucił palenie, więcej pił, ale jego zdaniem szklaneczka jamesona, albo chivas reagal po śniadaniu, obiedzie i kolacji, nie była tak szkodliwa, jak substancje smoliste znajdujące się w papierosie. Generalnie był dumny, że udało mu się rzucić to dziadostwo po przeszło dziesięciu latach nałogowego palenia.
Zakręcił kurek z wodą, wytarł twarz błękitnym ręcznikiem i ponownie spojrzał w lustro z nadzieją, że sine place pod oczyma zbladły. Wtedy to zobaczył.
W drzwiach stała postać ze skrzyni. Miała szeroko otwarte białe oczy, zupełnie pozbawione źrenic. Ian zadrżał, po czym gwałtownie obrócił głowę.
Nie przewidziało mu się. Istota rzeczywiście stała w drzwiach, a jej szczęka lekko się rozchyliła, ukazując zżółknięte, ostre zęby.
Ian nie ruszył się z miejsca. Zaszokowany wpatrywał się w obcego, nie potrafiąc wykrztusić słowa. Oddychał szybko, czując kołatające w klatce piersiowej serce. Żołądek podszedł mu do gardła i mężczyzna odniósł nieprzyjemne wrażenie, że za moment się udusi.
- Kim ty jesteś, do cholery? - chciał udać zirytowanego, pewnego siebie, ale wypowiedziane słowa zabrzmiały jak mamrotanie przerażonego.
Istota nie odpowiedziała. Przechyliła głowę i Ian dostrzegł dość głęboką ranę na jej szyi; z pękniętego strupa zaczęła wypływać ropa. Białe jak nie zapisana kartka papieru oczy wpatrywały się w niego z zainteresowaniem. Było w nich zdumienie, ciekawość, ale i pewna przenikliwość, która wywołała na ciele Iana kolejną falę lodowatych dreszczy.
Posunął się o jeden krok do przodu, i zobaczył, że stwór w tym samym momencie cofnął się. Ian wyczuł niepokój, jaki ogarnął nieznajomego. Zrobił kolejny krok, a potem następny. Tym razem postać nawet nie drgnęła. Wpatrywała się w Iana z jeszcze większym zainteresowaniem. Potem rozchyliła szerzej szczęki i obróciła głowę. Był to dziwny widok. Skóra na szyi stwora naciągnęła się z jednej strony i Ian dostrzegł pulsujące cienkie białe żyłki. Rozległo się ciche westchnienie, potem dźwięk przypominający zgrzyt trących o siebie metalowych części i Ian pojął, że to zęby istoty złączyły się w uścisku obu szczęk.
Przez następne kilka minut nie działo się kompletnie nic; Ian stał w łazience, otępiały, z łomoczącym sercem, stwór zaś w skupieniu obserwował niewielki przedpokój wypełniony meblami, jakby szacował, ile warte są te wszystkie antyczne komody i krzesła poustawiane przy ścianach.
Tak naprawdę niewiele z tych mebli było antykami i miało jakąkolwiek wartość. Większość drewnianych stołków, szaf i taboretów było po prostu starociami, w dodatku nic nie wartymi. Ian nie był kolekcjonerem, po prostu obcował z tymi wszystkimi gratami, nie zwracając na nie uwagi. Stały tu od dawna. Były częścią jego domu. Matka Iana czuła sentyment do tych mebli. Zawsze powtarzała, że kiedyś będą sporo warte, chociaż tak naprawdę z każdym mijającym dniem traciły na swej wartości.
Teraz budziły ogromne zainteresowanie.
Stwór poruszył się. Pochylił głowę i wydobył z siebie cichy dźwięk, przypominający syczenie węża. Mięśnie jego łydek i chudych ud napięły się, a potem istota przykucnęła; pokazała swoje zęby, następnie skoczyła na starą, wąską meblościankę, której wszystkie szyby zatrzęsły i Ian pomyślał, że zaraz rozprysną się w drobny mak.
Mebel prawie przewrócił się pod ciężarem kreatury. Ta jednak wykazała się sprytem i odbiła na drugą stronę, dzięki czemu nie runęła wraz z meblościanką na podłogę.
- Cholera jasna - bąknął Ian, wychodząc łazienki. Chciał coś zrobić, ale nie bardzo wiedział, co.
Nagle rozległ się ten hałas. Jakby ktoś odpalił piłę mechaniczną i zaczął ścinać drzewo. Ian poczuł ból, który rozszedł się w jego uszach. Zdawał się szarpać jego każdy nerw.
Ogłuszony, z początku nie wiedział co się dzieje. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że to stwór dosłownie szatkuje mebel. Jego ogromne szczęki otwierały się i zamykały, pochłaniając ogromne ilości wyszarpniętego drewna. Był jak maszyna, ostre spiczaste zębiska wbijały się w mebel niczym w kanapkę z szynką, i wyrywały z niej kolejne kawałki meblościanki.
Czteropalczastymi dłońmi podtrzymywał szyby, aby nie wypadły ze swych ram.
Chrast - chrast, chrast - chrast, z zawziętością pożerał drewno, nie zwracając uwagi na kompletnie zatrwożonego Iana, który stał jak wryty pośrodku przedpokoju i nie był w stanie się odezwać, ani wykonać najmniejszego ruchu.
Z ust kreatury zaczęły wydobywać się wióry, jakby już nie połykał ogryzionych kawałków drewna, lecz jedynie szatkował je i wypluwał.
W pewnym momencie nastała cisza. Stwór obrócił głowę, najwyraźniej zainteresowany skosztowaniem innego mebla. Jego wzrok padł na maleńki stołek, na którym matka Iana zwykła przesiadywać w kuchni chwile, w których gotowała obiad. Idealnie nadawał się na kolejne danie; nie był stary, poza tym nawet nie dotknięty przez próchnicę.
Ian zobaczył, jak istota odchodzi od meblościanki, a raczej tego, co z niej zostało ( czyli dwóch półek oddzielonych zeżartą do połowy szafką i kilkucentymetrową warstwą wiór ) i jak zbliża się do niewielkich rozmiarów stołka, jak chwyta go swoimi szponiastymi dłońmi, a potem...
- Kurwa, co tu się dzieje? - prawie krzyknął Ian, ruszając w kierunku kreatury.
Chrast - chrast.
Stwór dostrzegł Iana i natychmiast odskoczył. Znalazł się w salonie, nie wypuszczając z dłoni pozbawionego jednej nogi, stołka.
- Zostaw to - warknął zdesperowany Ian i zaczął podążać w stronę istoty, która podbiegła do drzwi wyjściowych. Zdawać by się mogło, że nie miała już żadnej drogi ucieczki, ale w momencie, kiedy Ian był już bardzo blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, stwór odbił w bok i w błyskawicznym tempie, ku kompletnemu oszołomieniu mężczyzny, skierował się z powrotem do przedpokoju, a potem po schodach na górę.



W momencie, kiedy Ian usłyszał głośne skrobanie, dochodzące z pokoju na piętrze, zawładnęła nim irytacja i chęć pokazania, kto w tym domu jest panem. Nie miał żadnych pomysłów na to, jak pozbyć się intruza, nie wiedział kim jest, skąd pochodzi i co robi w jego domu, ale miał świadomość tego, że nie może pozwolić, aby ta cholerna kreatura zeżarła mu wszystkie meble.
Oszołomiony, zdezorientowany i zezłoszczony sięgnął do kominka po pogrzebacz. Był ciężki i długi, powinien skutecznie odstraszyć kreaturę. Jeden, albo jak się uda, dwa ciosy wystarczą, aby zapamiętała kto tu rządzi.
Ian wszedł na schody i pokonując jeden stopień po drugim, czuł narastający strach.
Cholera - zaklął w myślach, po czym przyśpieszył. Nie mógł dać się opanować przez lęk. W jego głowie piętrzyły się rozmaite myśli, co chwila napływały nowe pytania, ale odganiał je, jedno po drugim, i brnął dalej po schodach. Będąc już prawie na górze, zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać.
Chrast - chrast, chrast - chrast, rozlegało się z garderoby. Tak Ian nazywał dość przestronny pokój, w którym stały trzy ogromne szafy z ubraniami. Niektórych od dawna już nie nosił, ale czuł do nich jakiś niewytłumaczalny sentyment. Za każdym razem, podczas porządków obiecywał sobie, że pozbędzie się wszystkich zbędnych garniturów i niemodnych surdutów, ale kończyło się na tym, że lądowały z powrotem w szafie. Tkwiły w tych starych, dębowych meblach, zżerane przez mole.
Ściskając w ręku pogrzebacz, Ian, pokonał ostatnich kilka stopni, następnie podszedł do uchylonych drzwi garderoby i zacisnął dłoń na klamce.
Gdyby widziała go teraz jego matka. Albo Jon Serenity. Wolał się nad tym nie zastanawiać. Miał istną burzę myśli i do końca chyba nie zdawał sobie sprawy z sytuacji, w obliczu której stał. Wciąż zadawał sobie pytania, skąd do cholery wzięła się ta postać, jakim cudem ożyła i czym jest?
Przełknął ślinę, a potem pchnął drzwi.
Chrast - chrast, nagle ustało.
Ian wszedł do garderoby i to, co zobaczył, przeraziło go. Dwie z trzech olbrzymich dębowych szaf były zdewastowane. stare ubrania, wraz z wiórami pokrywały niemal całą podłogę pomieszczenia.
Stwór stał przy jedynej ocalałej szafie; wysokiej, wykonanej z grabu, i szczerzył zęby, wydobywając z siebie mrożący krew w żyłach charkot. Ian zobaczył, że kreatura ma poranione usta i dziąsła, z których wyciekała jasnoczerwona krew, oraz kleista żółtawa substancja.
- Matko Boska - jęknął, czując nagłe osłabienie wywołane szokiem i ostrym bólem skroni.
Prawie zapomniał o pogrzebaczu. W pewnym momencie niemal go upuścił na podłogę. Stwór przebiegł z jednego końca pokoju na drugi, po czym stanął przy oknie i szarpnął za koronkowe firanki, które opadły na podłogę. Zacharczał ponownie, jakby ostrzegając Iana, aby ten odłożył pogrzebacz.
Mężczyzna jednak nadal trzymał go w ręku, próbując zebrać w sobie odwagę i ruszyć w kierunku istoty. Kiedy wykonał pierwszy krok, usłyszał głośny świst wydobywający się z gardzieli obcego.
- No co? - odezwał się Ian, podnosząc pogrzebacz w górę, a potem skierował jego ostrze ku kreaturze - Boisz się? - kipiał w nim gniew, ale strach skutecznie powstrzymywał go zaatakowania. Czuł się jak bezbronny jeż, mogący jedynie czekać, aż wróg sam odejdzie, spłoszony widokiem ostrych kolców.
- Nie wiem, skąd się do kurwy nędzy wziąłeś, ale tu nie jest twoje miejsce - Ian wykonał zamach i ruszył w kierunku stwora z zamiarem uderzenia go najsilniej jak tylko potrafił.
Kreatura była jednak szybsza. W momencie, kiedy ostrze pogrzebacza zmierzało w kierunku jej głowy, obcy zrobił unik, a potem z oszałamiającą prędkością wybiegł z garderoby, kierując się na dół, do salonu.
Wściekły i skonsternowany Ian przez chwilę mocował się z ostrym narzędziem, którego koniec wbił się w deski podłogowe. Potem, kompletnie zdesperowany opuścił pokój i ruszył po schodach na dół.
Kipiący w nim gniew nakazywał mu nie poddawać się. Zabije tę cholerną kreaturę, nawet jeśli miałby biegać za nią do wieczora.



Przez kolejnych piętnaście minut usiłował trafić stwora pogrzebaczem, ale ilekroć był już bardzo blisko, ilekroć już prawie nadziewał istotę na metalowe ostrze, ta robiła oszałamiająco szybki unik i po chwili znajdowała się już w zupełnie innym pomieszczeniu.
Nieco zdyszany Ian, rzucił pogrzebacz na podłogę i nabierając w płuca powietrza, usiadł na krześle w salonie. Nie minęła minuta, jak usłyszał uporczywe; Chrast - chrast, dobiegające z pierwszego piętra.
Musiał coś zrobić. Inaczej ta kreatura zniszczy cały dom. Sfrustrowany ruszył do przedpokoju, sięgnął po swoją kurtkę, leżącą na szafce na buty i wyszedł z domu.
Poczuł na twarzy chłodny powiew wiatru, prawie nie dostrzegał mijających go ludzi. Miał na celu dotrzeć do domu Stana, a potem zadzwonić na policję.
Stan Talbot był jego sąsiadem. Mieszkał dwa domy dalej; zawsze pogodny, z poczuciem humoru i chętny na cotygodniowe wyprawy na ryby. Nie należał do osób zbytnio towarzyskich, toteż niemal każdy dzień spędzał z żoną w domu. Jak na swoje czterdzieści trzy lata, wyglądał dość staro, ale to pewnie przez zarost i nigdy nie czesane włosy, które pomału zaczynały siwieć.
Dom Stana nie różnił się niczym od reszty szarych domostw w okolicy; był duży i sprawiał wrażenie niezamieszkanego. Kiedy Ian wszedł na ganek, zobaczył, że drzwi wyjściowe otwierają się. Stanął w nich Stan; wysoki, potężnie zbudowany, ubrany jedynie w czerwony sweter i spodnie od dresu.
- Ian? - zapytał niepewnie - Witaj, kompletnie się ciebie nie spodziewałem. Wejdź, napijesz się herbaty.
- Słuchaj, nie mam teraz czasu. Muszę koniecznie zatelefonować - powiedział Ian, wciskając ręce do kieszeni spodni - Mam pewien kłopot.
- Kłopot? - zdziwił się Stan - Ty kłopot? Nie rozumiem?
- Tu chodzi o coś dziwnego, Stan. Nie mam teraz czasu, aby ci wszystko wytłumaczyć. Muszę skorzystać z twojego telefonu.
Stan zniknął na chwilę w głębi domu. Po dwóch minutach pojawił się z narzuconą na plecach kurtką i słuchawką od aparatu bezprzewodowego.
- Mogę wiedzieć, dlaczego nie możesz zadzwonić od siebie? - zapytał - Zamknąłeś mieszkanie, połknąłeś klucz i teraz nie możesz dostać się do środka?
- Dzwonię na policję, Stan - rzekł sucho Ian, wystukując numer na komisariat. Usiadł na obitym skajem, pokrytym maleńkimi kropeczkami od farby, krzesełku i wsłuchiwał się w sygnał po drugiej stronie.
- Na policję? Do cholery, co się stało?
- Zaraz ci powiem.
Ian usłyszał kobiecy głos; dość cichy, niewyraźny, nieco sepleniący. Kobieta zadawała jedno pytanie po drugim, a Ian odpowiadał szybko, stanowczo. Oczywiście nie powiedział o stworze, który nagle opuścił swoją skrzynię, nie mówił o pożeraniu przez niego mebli, ani o idiotycznej próbie złapania intruza.
- Włamywacze, tak - rzekł cicho - Słucham? Tak, w zasadzie to jeden, jest uzbrojony i demoluje moje mieszkanie. Tak... Oczywiście... To adres w Hampstead. Proszę o szybką interwencję. Nie chciałbym pozbyć się całego domu. Tak... Zatem czekam. Do widzenia.
Ian oddał Stanowi słuchawkę i schował twarz w dłoniach. Był wyczerpany i zdenerwowany. Nie miał pojęcia jak do tego wszystkiego doszło, jakim cudem cały dzisiejszy dzień zamienił się w koszmar, nie wiedział co dalej robić.
Spojrzał na okrągłą twarz swojego kolegi; wyrażała zdumienie i zaciekawienie.
- Włamywacz? - przerwał ciszę Stan - W twoim domu jest włamywacz?
- To nie do końca tak - odparł zrezygnowany Ian. Tak naprawdę, to nie wiedział od czego zacząć. Może powinien milczeć? Wzrok Stana był jednak tak przeszywający, że Ian mimowolnie zaczął mówić:
- Dzisiaj rano otrzymałem przesyłkę...



Skończył opowiadać po piętnastu minutach, kiedy byli w drodze do jego domu. Stan słuchał w skupieniu, co jakiś czas zaciągając się dymem z papierosa. Nie przerywał, nie zadawał dodatkowych pytań. Słuchał, a na jego twarzy malowało się coraz większe ździwienie.
- Nie wiem, co mam teraz powiedzieć - rzekł w końcu, kiedy na moment zatrzymali się przy zdezelowanym datsunie Iana, stojącym dwoma kołami na chodniku.
- Nic nie mów. Tak właśnie było. To coś znajduje się w moim domu. Nie wiem skąd się wzięło i czym jest.
- Trudno mi w to uwierzyć. Brzmi to mało wiarygodnie, w dodatku cała ta historyjka padła z twoich ust.
- Nie masz pojęcia, jaki jest zwinny - kontynuował Ian - Jaki szybki. Kilka razy już prawie udało mi się go dostać, uderzyć pogrzebaczem, ale za każdym razem umykał, cholernie szybko. Rozumiesz?
Stan rzucił przed siebie niedopalonego papierosa i zgniótł go obcasem buta.
- Mogę wejść? - zapytał powątpiewająco. Ian odniósł wrażenie, że kolega nie uwierzył w ani jedno jego słowo. Trudno było mu się dziwić. Ale zaraz się przekona. Sam zobaczy, że cała historia jest prawdziwa.
- Jasne - odparł Ian i oboje weszli do niewielkiego ogrodu, w którym rosły dwie pozbawione owoców i liści jabłonie, oraz dwa inne, mniejsze drzewa, przypominające młode topole.
Kiedy znaleźli się w salonu, Stan od razu zwrócił uwagę na meble; niemal każda szafa, każdy stołek, każda stara, spróchniała meblościanka były uszkodzone, niektóre wręcz rozsypywały się. Dwie dość duże szafy pozbawione były drzwi, blat stołu, przy którym zdarzyło im się kilka razy jadać kolację po przyjeździe z obfitego połowu ryb, był dziurawy, pokryty wiórami i kleistą żółtą substancją.
- Widzisz tę maż? Pochodzi z jego pyska - rzekł Ian, spoglądając na twarz Stana.
Mężczyzna przez chwilę przyglądał się zdewastowanym meblom, po czym przełknął ślinę i odezwał się:
- Nie do wiary, Ian. Nie chce mi się w to wierzyć.
- Uwierzysz, jak go zobaczysz.
Kiedy weszli do przedpokoju, dostrzegli, że meble znikły. Nie było tam żadnej komody, ani jednego taboretu, a po meblościance zostały jedynie szyby, oparte starannie o ścianę, oraz kilkucentymetrowa warstwa startego na proch drewna.
- Widzisz? - bąknął Ian - Zżarł wszystkie meble. Pochłania każdy rodzaj drewna. Z początku myślałem, że zjada je naprawdę, chociaż tak naprawdę tylko je szatkuje. Porusza szczękami szybko jak pirania.
Stan obserwował schody prowadzące na górę. Nawet one były poobgryzane, dosłownie spiłowane; na niektórych stopniach widoczne były ślady po zębach.
- Matko Boska - wymamrotał.
- Nie miałem pojęcia, że zabrał się za schody. Jak widzisz, nie próżnuje. Stan, ja nie wiem co mam robić! On zjada mój dom i nie mogę go powstrzymać.
- Gdzie on teraz jest?
- Pewnie na górze.
- Zaraz przyjedzie policja.
- Mam nadzieję, że chociaż im uda się go złapać. Nie wyobrażam sobie innej opcji.
Ian spojrzał na zegarek, a potem westchnął.
- Chcesz wejść na górę?
- Jest niebezpieczny? - zapytał Stan, nie przestając obserwować nadgryzionych schodów.
- Trudno powiedzieć. Jest niebezpieczny chyba tylko dla moich mebli. Nie rzucał się na mnie, tylko na nie. Chociaż, kto go tam wie.
Wtedy usłyszeli pukanie do drzwi. Stan wzdrygnął się, jakby przestraszony, natomiast Ian dostrzegł w oknie dwóch funkcjonariuszy.
- Policja - wymamrotał.



Jeden z konstabli rozejrzał się po salonie i rzucił niepewnie:
- Co tu taki bałagan? - Był wysoki na dobre metr dziewięćdziesiąt, miał ostry haczykowaty nos i małe, szare oczka, osadzone daleko od siebie.
- Dzwonił pan mówiąc, że ma pan w domu włamywacza, prawda? - zapytał drugi konstabl, nieco niższy i tęższy, z niewielkim wąsem. Nosił okulary w cienkich metalowych oprawkach.
Ian kiwnął głową i wskazał palcem na schody.
- Jest na górze - rzekł, obserwując pewne ruchy konstabli, którzy podchodząc do dość stromych stopni, posłali sobie dziwne spojrzenia.
- Na górze? - zapytał nagle jeden z funkcjonariuszy.
- Tak, na górze.
Stan stał oparty o ścianę i nie odzywał się. W jego oczach gościła niepewność i jakby troska, zapewne o zdemolowane mieszkanie Iana, mężczyzna krążył po salonie, co jakiś czas rzucając przelotne spojrzenie w kierunku konstabli. Jeden z nich zaczął wchodzić po schodach.
Ian spojrzał na Stana, lecz nie odezwał się. Kiwnął tylko głową, co miało oznaczać; zaraz go zobaczysz, zaraz dostanie za swoje.
Po kilku minutach usłyszeli głos jednego z konstabli. Dochodził z garderoby:
- Ja nikogo nie znalazłem.
- Ja również - odezwał się drugi mundurowy - Wszędzie tylko bałagan, połamane meble. Żadnych włamywaczy.
Ian podbiegł do schodów. Nie wierzył własnym uszom.
Musiał się schować - pomyślał - Skurwysyn, myśli, że jest sprytny?
- Proszę pana, kim był rzekomy włamywacz? Może go pan opisać? - padło pytanie.
Ian wszedł na pierwsze piętro i dostrzegł stojącego po środku garderoby funkcjonariusza.
- Był niski - odparł - niski i...
- I?
- Po prostu niski. Może się schował?
- Proszę pana, przeszukaliśmy całe piętro. Nikogo tu nie ma.
- W takim razie może umknął oknem?
- Sprawdziliśmy. To niemożliwe. Wszystkie okna są szczelnie zamknięte.
Do garderoby wszedł drugi konstabl. Uśmiechnął się z politowaniem, kiedy zobaczył załamaną twarz Iana.
- Proszę nam dokładnie opisać, jak wyglądał włamywacz - powiedział, wyciągając z kieszeni spodni niewielki notatnik z długopisem.
Ian przez chwilę zastanawiał się, co ma powiedzieć.
Miał metr dwadzieścia, duże białe oczy pozbawione źrenic i pomarszczoną skórę.
I był niebywale zwinny. Zjadał meble.
- Był niski - wydusił z siebie Ian - Niski.
- Czy to wszystko, co pan zapamiętał? - funkcjonariusze popatrzyli po sobie, i widać było, że jeden z nich z trudem powstrzymuje śmiech.
Było już po sprawie. Ian wiedział, że jedyne co pozostało, to powiedzieć "Przepraszam za całe zamieszanie", i pożegnać się z konstablami. Prawdopodobnie mieli go za idiotę, poszukującego wrażeń. Nie mógł przecież pokazać im schodów i oznajmić, że zostały nadgryzione przez istotę z ogromnymi zębami, która została mu przysłana w skrzyni dzisiejszego poranka. Nie mógł oświadczyć, że to wszystko przez tą cholerną istotę!
- Niestety, nic więcej nie pamiętam. Nie widziałem zbyt dokładnie, jak ten osobnik wyglądał - rzekł Ian, wymijająco.
Parę minut później słyszał już zapalany silnik radiowozu, a potem ciche poskrzypywanie schodów. To Stan wchodził na górę. Stanął koło Iana i popatrzył w okno.
- Nie znaleźli go? - bardziej stwierdził niż zapytał.
- Musiał się schować, skurwiel - syknął Ian - Pieprzony gnojek, co ja mam teraz zrobić?
- Może napijemy się drinka?
- Wierz mi, Stan, mówiłem prawdę. Widziałeś przecież te ślady, te wszystkie wióry, zdemolowane meble.
- widziałem, Ian, widziałem.
Stan westchnął i obrócił się od okna. Zamarł.
Ian mówił coś niespokojnym głosem, jakby obawiał się kolejnego dnia, ale Stan go nie słyszał.
- Ian - wymamrotał.
- Nie wiem, chyba się upiję.
- Ian - powtórzył Stan.
- Co?
I wtedy Ian również zamarł. Poczuł, jak krew odpływa z jego mózgu, jak przechodzą go lodowate dreszcze i jak żołądek podchodzi do gardła.
W drzwiach stała kreatura.



- Dzisiaj rano otrzymałem przesyłkę. Chciałbym się dowiedzieć, od kogo.
- A nie podano panu tej informacji?
- Nie, nie podano.
- To dziwne. Zaraz to sprawdzę.
- Zaczekam.
Półtorej minuty później.
- Przykro mi, ale na podany przez pana adres nikt nie wysyłał żadnej paczki.
- Owszem, wysyłał, dużą skrzynię.
- To chyba jakaś pomyłka. Według moich danych, nikt nic nie wysyłał.
- Proszę dokładnie sprawdzić.
- Sprawdziłam dokładnie. Żadnej przesyłki nie było.
Chwila ciszy.
- Do widzenia.



Minęła dwudziesta pierwsza, kiedy zadzwonił jego telefon stacjonarny. Głośne: chrast - chrast, odbijało się echem po całym domu i porażało zmysły Iana. Miał właśnie wychodzić na umówione spotkanie ze Stanem, który czekał na niego u siebie w salonie z butelką chivas reagal.
Od niechcenia podniósł słuchawkę i rzucił:
- Sanders, słucham?
- Ian Sanders? - usłyszał gruby głos po drugiej stronie.
- Tak, o co chodzi?
- Dzisiaj rano otrzymał pan przesyłkę, prawda?
Ian zesztywniał. W pewnym momencie pomyślał, że dzwonią do niego z poczty z informacją dotyczącą paczki, ale kiedy głos zabrzmiał ponownie, Ian wiedział już, że to nie poczta.
- Musi pan go zaskoczyć. Musi pan go unieszkodliwić.
- Kim pan jest?
- Otrzymałem identyczną przesyłkę przedwczoraj. Tą samą przesyłkę, tą samą skrzynię, co pan. Wiem co w niej było, oj wiem doskonale i teraz dzwonię do pana, aby powiedzieć, że musi pan zabić to coś i przesłać innej osobie. W przeciwnym razie, ta kreatura zniszczy panu całe mieszkanie, tak jak o mały włos nie zniszczyła mojego.
Ian poczuł w sobie narastającą irytację.
- To pan przesłał mi...
- Musiałem - rzekł mężczyzna po drugiej stronie, w jego głosie jednak nie było krzty wyrzutów sumienia - I pan też musi. Musi pan załatwić tego gnoja, a potem pozbyć się go. Jedynym wyjściem jest przesłanie go komuś innemu, rozumie pan?
- To śmieszne! - warknął Ian.
- Ale prawdziwe. Nie wygoni pan tej istoty z własnego domu. Kiedy zeżre już wszystkie meble, zacznie dobierać się do ścian, do fundamentów. Z pana domu nie zostanie... nawet wiór.
W słuchawce rozległ się głośny trzask, a potem nastała cisza. Do uszu Iana dochodziło jedynie nieco cichsze niż poprzednio: chrast - chrast. To stwór pożerał kolejny mebel.
- Jest jeszcze jedna sprawa - odezwał się nagle mężczyzna - To coś szybko regeneruje swoje tkanki. Nie wiem, jak to nazwać, nie jestem ekspertem w dziedzinie biologii. Chodzi mi o to, że kiedy już panu uda się unicestwić tego stwora, następne pięć, do sześciu godzin będą decydujące.
- Co to ma znaczyć, do cholery? - Ian nie wierzył własnym uszom. Czuł się wykończony, zły i bezsilny. Miał chęć rzucić w diabły to wszystko, wsiąść do samochodu i pojechać byle gdzie, byle dalej od swojego domu i koszmaru, jaki się w nim narodził.
- Po kilku godzinach ta istota regeneruje siły, odradza się i staje znowu żwawa.
- Czym ona jest? Skąd się wzięła?
- Chciałbym to wiedzieć, panie Sanders. Nie mam bladego pojęcia.
Nie padło już ani jedno słowo. Ani z ust Iana, ani mężczyzny, który do niego zatelefonował. Chwilę potem w słuchawce rozległ się przerywany sygnał.



Zadzwonił do Stana. Kiedy usłyszał jego głos, powiedział spokojnie:
- Spóźnię się. Mam coś do załatwienia.
- Może mogę pomóc? Ian?
- Nie, poradzę sobie.
- On nadal jest w twoim domu?
Ian przełknął ślinę.
- Tak - odparł - właśnie wpadłem na pewien pomysł.



Mrok jaki panował wewnątrz szafy doprowadzał Iana do obłędu. W dodatku dużym problemem była klaustrofobia. Ian wiercił się, drżąc na całym ciele. Próbował wyprostować nogi, chociaż wiedział, że było to niemożliwe. Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności, poczuł pewnego rodzaju ulgę. W prawej dłoni ściskał duży, kuchenny nóż. Zaczęły boleć go kłykcie, toteż nieco zwolnił uścisk.
Czuł w sobie niepewność, oblewał się zimnym potem i oddychał głęboko, próbując przezwyciężyć lęk przed ciemnymi, zamkniętymi pomieszczeniami. Miał nadzieję, że ta cholerna kreatura pojawi się niebawem. Wyobrażał sobie ciosy, jakie jej zada. Jeden po drugim, nawet, kiedy będzie widział, że jest już po niej. Ta myśl nieco go podbudowała. Było to jedyne wyjście z sytuacji. W żaden innym sposób nie mógł jej dopaść. Była zbyt szybka, zbyt przebiegła.
Czuł mdły zapach, jaki bił od starych ubrań, które wisiały na wieszakach. Niektóre garnitury były jeszcze całkiem dobre, kilka z nich pochodziło od samego Valentina, jednak na Iana były zdecydowanie za małe. Należały do jego ojca, który nie był człowiekiem wysokim. Cenił sobie jednak dobry gust. Umarł na raka wątroby cztery lata temu.
Ian przypomniał sobie moment, kiedy wchodząc do pokoju, zobaczył swojego ojca pochylonego nad wypłowiałym prześcieradłem. Był już wtedy chory i wiedział, że umrze. Spojrzał na syna wzrokiem przepełnionym bólem i powiedział, że nie wyobraża sobie dalszego etapu choroby. Kiedy trafił do szpitala, jego stan gwałtownie się pogorszył. Postanowił nie przyjmować morfiny, odrzucił chemioterapię. "Chcę już umrzeć" - rzekł zdławionym głosem. Następnej nocy odszedł.
Teraz Ian czuł znajomy zapach tych wszystkich ubrań należących do ojca i w jego oku zabłysła przepełniona wspomnieniami łza. Uczucie pustki stało się bardzo intensywne.
Szybko jednak ocknął się, świadomy tego, że nie może popadać w nostalgię, ani podporządkować się smutkowi. Siedział w szafie po to, aby dopaść kreaturę. I musi sobie poradzić. Musi być sprytny, zachowywać się cicho i po prostu czekać. Następny krok należał do stwora.
Kolejne minuty upływały niezwykle wolno. Ian pocił się, oddychał ciężko, z trudem łapiąc powietrze. Obserwował pokój przez dziurkę od klucza. Nasłuchiwał.
Cisza. Żadnego skrzypienia schodów, żadnego jazgotu, chrobotania, żadnych kroków dobiegających z salonu.
Ian oderwał wzrok od dziurki od klucza i przełożył nóż do lewej ręki. Było mu duszno, czuł się niekomfortowo, nie mogąc poruszyć nogą. Ciasne pomieszczenie zatrzeszczało pod wpływem jego gwałtownego ruchu. Przez chwilę obawiał się, że popełnił błąd, ale kiedy usłyszał ciche kroki na schodach, doszło do niego, że nie mógł postąpić lepiej. Wzbudził zainteresowanie w kreaturze? Najwyraźniej, bo słyszał jak wbiega po schodach na górę.
Przez moment wydawało mu się, że widzi jakiś cień poruszający się w pokoju. Ian znieruchomiał, przekładając nóż kuchenny z powrotem do prawej ręki. Wiedział, że już niebawem zaatakuje. Musiał to zrobić z zaskoczenia. Nie mógł się zdradzić. Kolejne sekundy były decydujące.
Dostrzegł istotę.
Obracała głowę na wszystkie strony, jej białe ślepia obserwowały każdy zakamarek pokoju. Jej uwagę przykuło szerokie łóżko, stojące na środku pomieszczenia. Uchylone szczęki stwora lśniły, a z czarnych ust wypływała krew, którą postać co jakiś czas zlizywała krótkim, szorstkim językiem.
Ukryty w szafie Ian patrzył, jak kreatura obchodzi łóżko i jak dotyka swoją czteropalczastą dłonią prześcieradła. Na chwilę zamarła w bezruchu, a potem jej wzrok powędrował na szklany stolik, stojący w kącie pokoju.
Podeszła do niego i pochyliła się, spoglądając co znajduje się ba blacie. Była tam popielniczka, oraz wazon z wyschniętymi kwiatami.
Ian nagle stracił ją z pola widzenia. Musiała stać za stolikiem. Czuł podenerwowanie i niepewność. Jego serce biło jak oszalałe i nagle odniósł nieodparte wrażenie, iż istota wie, że siedzi w szafie.
To niemożliwe, nie może wiedzieć - tłumaczył sobie Ian, odczuwając coraz większe napięcie i niepewność. Jego ręce drżały, a on sam z trudem powstrzymywał się od zaczerpnięcia powietrza. To mogło go zdradzić.
Nagle w szafie zrobiło się całkiem ciemno.
wstrzymał oddech.
Istota stała dokładnie naprzeciwko szafy, opierała się o nią. Dziurka od klucza była całkiem zasłonięta, tak, że promienie zapalonego w pokoju światła nie dostawały się do wnętrza mebla.
Ian czuł, jak napinają się jego wszystkie mięśnie. Nie mógł powstrzymać się od nabrania do płuc powietrza, chciał wyskoczyć z szafy i zaatakować natychmiast, ale wiedział, że wtedy stwór zdołałby uciec.
I wtedy to się stało. Wszelkie myśli, jakie gnieździły się w głowie Iana poszły w zapomnienie.
Stwór zaczął zjadać szafę. Ian usłyszał głośne, dobiegające zewsząd piłowanie, którego hałas zmusił go do zatkania sobie palcami uszu. Nie był pewien, ale zdawało mu się, że krzyknął ze strachu, chociaż gdyby tak było, stwór pewnie natychmiast zaprzestałby pożerania mebla.
Ian dostrzegł kilka ostrych, długich zębów, które wbiły się w drewno tuz przy jego twarzy. Odchylił głowę, ale zaraz potem jedno ze skrzydeł szafy runęło na podłogę.
Dalej wszystko potoczyło się w ułamkach sekund.
Ian wziął zamach i rzucił się na stwora, którego twarz wyrażała największe zaszokowanie. Rozwarte szczęki, białe oczy, pomarszczone ciało, wszystko to zastygło w bezruchu. Mężczyzna powalił kreaturę na podłogę, lewą dłonią ściskając jej długą, chudą szyję, natomiast prawą wbijając ostrze noża w klatkę piersiową.
Rozległo się syczenie, jakby ze stwora uchodziło powietrze, a potem cienki pisk. Ian zadawał ciosy. Jeden po drugim, tak jak to sobie zaplanował. Kipiała w nim złość i chęć zażegnania koszmaru raz na zawsze.
Przestał zadawać pchnięcia, kiedy spostrzegł, że cała podłoga wokół niego zalana jest krwią i ropą.
Dyszał i sapał jak lokomotywa, z trudem powstrzymując się od zadania kolejnego ciosu.
Istota była martwa - nie było ku temu żadnych wątpliwości.
Mógł odetchnąć, mógł pozbierać myśli. Czuł w ustach samą gorycz, miał wyschnięte wargi i marzył o szklance wody.
Zostawił nóż wbity w ciele kreatury i zbiegł po schodach na dół, do łazienki. Odkręcił kurek z zimna wodą i umył ręce. Potem nachylił się nad strumieniem i przełknął trochę wody. Uspokoił się.
wiedział już, jak dalej postąpi. Tamten facet mówił o pięciu, sześciu godzinach. Zatem mógł spokojnie odsapnąć. Kiedy spojrzał w lustro, zobaczył, że place pod oczami stały się wyraźniejsze. Wyglądał na przerażonego i wyczerpanego.
Chciał od razu zatelefonować do Stana, ale pomyślał, że załatwi sprawę do końca. Sam.



Spojrzał na zegarek. Minęła godzina od czasu, gdy załatwił kreaturę. Teraz patrzył jak płonie, delektował się każdym odgłosem pęknięcia kości, każdym trzaskiem wydobywającym się z ogniska.
Obserwował płomienie, trzymając w ręku kanister po benzynie. Wylał prawie cały litr. Wybuch poparzył mu dłonie, ale nie czuł bólu.
Stał przy ognisku przez prawie pół godziny, patrząc jak ogień trawi ciało obcego. Czuł, jak do oczu napływają mu łzy, wywołane gęstym dymem. Cos trzasnęło, coś zaskwierczało. Wzmógł się wiatr, ale Ian nie cofnął się. wciąż stał tuż przy płonącym ciele kreatury i w zamyśleniu wpatrywał się w spalone gałęzie, które niesione przez wiatr zmierzały wyznaczoną przez żywioł drogą.
Kiedy wreszcie odsunął się od ognia, dostrzegł Stana. Mężczyzna stał oparty o ścianę domu i wpatrywał się w niebo. Na jego twarzy malował się spokój.
Kiedy spojrzenia obu mężczyzn spotkały się, na twarzy Iana zagościł nieznaczny uśmiech.
- Mam nadzieję, jeden koszmar mam już za sobą - powiedział, podchodząc do kolegi.
- Nadal nie wiesz, skąd to pochodziło, prawda? - zapytał mężczyzna, wyciągając z kieszeni paczkę cameli.
- Nie mam pojęcia. I szczerze mówiąc, nie interesuje mnie to.
Stali obok siebie, dopóki ognisko nie zaczęło przygasać. Żaden z nich nie wypowiedział już tego wieczora ani jednego słowa.
W końcu Ian postąpił trzy kroki do przodu i czubkiem buta trącił zwęglone ciało kreatury. Te rozpadło się na dziesiątki kawałeczków; niektóre z nich porwał wiatr, inne poturlały się w głąb ogrodu.
Kolejna łza zabłysła w oku Iana. Tym razem nie wywołał jej gęsty dym.



Usłyszał dzwonek do drzwi. Poderwał się z łóżka i poszedł otworzyć.
- Pan Ian Sanders? - usłyszał pytanie i na jedną krótką chwilę zamarł. Dostrzegł ubranego w nieźle skrojony garnitur mężczyznę, który bacznie mu się przyglądał, a na jego twarzy gościł szczery uśmiech - Mam przesyłkę dla pana. To chyba jakiś antyk.
Dopiero po chwili Ian zdołał wydusić:
- Od kogo?
Doręczyciel spojrzał na białą kartkę papieru i w pewnym momencie Ian był pewny, że usłyszy "Nie wiem".
- Od niejakiego Jona Serenity - padła szybka odpowiedź.
Ian poczuł ulgę. Odetchnął.
- Wystarczy pokwitować - usłyszał i złożył podpis na dokumencie.
- Dziękuję - wymamrotał, odbierając niewielkie pudełko, obklejone samoprzylepną, kolorową taśmą.
- Niech pan zerknie do kuchni, bo chyba coś się pali - rzekł wciąż uśmiechnięty mężczyzna w garniturze, po czym pomachał Ianowi na pożegnanie i skierował się do swojego samochodu.
Ian nie rozpakował prezentu.
Chyba coś się pali - zakołowrociło mu się w głowie, prawie upadł.
Też poczuł ten zapach. Swąd spalenizny, który stawał się coraz intensywniejszy. Poczuł drżenie dłoni, a potem usłyszał ten dźwięk.
Dobiegające z góry, ciche; chrast - chrast.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -