Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




AZYL

Michał Jadczak

-To tutaj.
Wszyscy trzej zatrzymali się i spojrzeli na majaczący między drzewami budynek. Przeszli już ponad kilometr od starej bramy wjazdowej i nie widzieli po drodze żadnych innych budowli. Dookoła rozciągała się jedynie ciemna ściana lasu, która niczym kotara zasłaniała to miejsce przed oczami postronnych. Gdzieś między drzewami wznosiło się także dwumetrowej wysokości ogrodzenie zwieńczone zardzewiałym drutem kolczastym, oraz rozstawione co kilkanaście metrów niedziałające już lampy. Brama przez którą weszli była jedynym znanym wejściem na odgrodzony od świata teren, ale rzadko kiedy ktoś odważał się tu zapuszczać. Po pierwsze, nikt nigdy nie zbadał dokładnie tego obszaru, więc nie wiadomo, czy nie było tu min albo głębokich studni, jak to na terenach wojskowych. Po drugie, miejscowi opowiadali sobie o tym miejscu historie niezbyt zachęcające do jego zwiedzania.
Właśnie jedna z takich historii przywiodła tu dwóch studentów historii, Janka i Darka. Towarzyszył im ich stary znajomy, który uwielbiał odwiedzać opuszczone i klimatyczne miejsca, a do tego żywo interesował się niewyjaśnionymi zjawiskami. Właściwie to on pokazał dwóm pasjonatom historii artykuły z pewnej lokalnej pomorskiej gazety.
*
Darek siedział przy biurku i pisał na laptopie raport z ostatniego projektu archeologicznego, kiedy rozległo się stukanie do drzwi. Westchnął, wziął do ręki kubek z kawą i popijając ją poczłapał w stronę przedpokoju. Odsunął trzy rygle potężnej zasuwy i pchnął otwierane na zewnątrz drzwi. Na korytarzu stał Zgred, stary znajomy Darka, jeszcze z czasów liceum. Pod pachą trzymał pokaźnych rozmiarów teczkę i czteropak piwa. Uśmiechnął się szeroko i podał złocisty napój Darkowi.
-To do lodówki- rzucił, ściągając buty. –Jest Janek?
-Bierze prysznic. Czym zawdzięczamy sobie tak niespodziewaną wizytę?
Zgred poklepał dłonią po trzymanej wciąż teczce.
-Padniecie, jak to zobaczycie. Ale już możecie się pakować.
Zanim Darek zdążył coś odpowiedzieć, z łazienki wyszedł owinięty ręcznikiem Janek i na roześmiał się na widok gościa.
-No proszę, sam Zgred nas nawiedził! Daro, to musi być coś poważnego- rzucił, poczym zniknął w swoim pokoju i po chwili wyszedł w samych bokserkach, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.
-To co ta wielka sprawa?- spytał Darek. Zgred patrzył na nich w milczeniu, poczym rzucił opasłą tekę na dębowy stół.
-Czytajcie- polecił.
*
Janek zdjął plecak i przeciągnął się. Stali na niewielkim betonowym placu otoczonym uschniętymi krzakami. Rozejrzał się dookoła, teraz na spokojnie lustrując okolicę. Jakieś trzydzieści metrów od nich znajdował się dwupiętrowy budynek, który był bezpośrednim celem ich wyprawy; na lewo, nieco dalej majaczyła budowla o wiele mniejsza, przypominająca budkę strażniczą albo szopę na narzędzia; jeszcze bardziej na lewo dostrzegł ukrytą wśród niewysokich drzew niewielką platformę kolejową z małym dźwigiem oraz jedną linią torów niknącą gdzieś w lesie. Stuknął Darka w ramię.
-Patrz- wskazał mu platformę i tory. –Wygląda na to, że osławiona brama nie jest jedynym wejściem. Ciekawe dokąd prowadzą te tory. I co nimi transportowano.
Podszedł do nich Zgred i także dostrzegł ukrytą za drzewami rampę. Rozejrzał się nerwowo i zaczął szukać czegoś w torbie. Po chwili wyjął pokaźnych rozmiarów lampę i mały agregat.
-Może lepiej przygotujemy sobie oświetlenie, co? Niedługo zapadnie zmierzch- zaczął rozkładać oporządzenie nie patrząc na przyjaciół. Janek i Darek spojrzeli po sobie, poczym Darek podwinął rękaw bluzy i sprawdził godzinę na sportowym zegarku.
-Ee… Zgredu, jest jedenasta trzydzieści rano, mamy 14 lipca, środek lata. Zapewniam cię, że do zmierzchu zdążyłbyś wybudować tu małą elektrownię.
Zgred oderwał na chwilę wzrok od plątaniny kabli i popatrzył na niego surowo.
-Lepiej być przygotowanym. Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć w miejscach takich, jak to.
Janek ze śmiechu zakrztusił się dymem z dopiero co zapalonego papierosa.
-Zgred, jaja sobie z nas robisz? Chyba nie wierzysz w te historyjki o nawiedzonym budynku w lesie, co? Byłeś w ruinach zamków, w których podobno duchy całymi chmarami wylewały się ze ścian, w domach, w których ojcowie mordowali siekierami całe swoje rodziny a potem zakopywali je w piwnicy i strzelali sobie w łeb, w opuszczonych szpitalach psychiatrycznych zamkniętych z niewyjaśnionych powodów, spędzałeś noce w starych fabrykach, elektrociepłowniach i stacjach kolejowych, a teraz boisz się, że za dnia zabraknie Ci światła przy jakimś betonowym klocu? Czytaliśmy przecież tą twoją teczkę. Nie ma tu nic nadzwyczajnego.
*
Janek i Darek usiedli przy stole i patrzyli na grubą, szarą teczkę związaną cienkim sznurkiem. Zgred rozsiadł się w fotelu i zapalił papierosa, otwierając puszkę piwa.
-No, częstujcie się- ponaglił. Janek rozsupłał węzeł i otworzył szary karton. Sięgnął po pierwszy z brzegu artykuł i zaczął czytać.

„Niesamowite odkrycie w pomorskim lesie!
Wczoraj grupa grzybiarzy z Gdańska dokonała w jednym z pomorskich lasów niesamowitego odkrycia. Idąc przez zarośla, czterech mężczyzn natknęło się na wysoką stalową siatkę. Myśląc, że to teren odgrodzony przez nadleśnictwo, podążyli wzdłuż siatki aby go obejść. Po kilkunastu minutach ich oczom ukazała się ogromna brama osadzona na potężnych stalowych słupach. Mimo, iż wyglądało to na teren wojskowy, mężczyźni weszli na osobliwy teren wiedzeni ciekawością. Jednak po kilkudziesięciu metrach wszyscy poczuli się na tyle nieswojo, że postanowili zawrócić. Po powrocie do domu 43-letni Krzysztof Skorzeń przejrzał posiadane mapy i spostrzegł, że w miejscu, gdzie rozciąga się tajemniczy teren na mapie widnieje oznaczenie bagna. Sprawa wydała mu się na tyle dziwna, że poinformował o tym Instytut Historyczny Uniwersytetu Gdańskiego oraz nadleśnictwo. Kiedy przedstawiciele obu instytucji dotarli na miejsce, byli zszokowani. Na środku rozległego terenu stał niewielki, dwupiętrowy budynek pochodzący z czasów II wojny światowej, pozostawiony najpewniej przez wycofujących się niemieckich żołnierzy. W środku odkryto sale zabiegowe charakterystyczne dla ówczesnych klinik chirurgicznych, mnóstwo zniszczonego sprzętu medycznego, zbutwiałe opakowania po środkach znieczulających, zgniłe ubrania, w tym fartuchy lekarskie, rękawiczki, buty, przerdzewiałe strzykawki, elementy protez, a nawet urządzenie do sterylizacji, oczywiście całkowicie zniszczone. Nie to jednak najbardziej przeraziło badaczy, ale to, co znajdowało się w podziemiach budynku. Przy użyciu specjalistycznego sprzętu i w obecności ekip ratunkowych, naukowcy wraz z przedstawicielami wojska i policji zeszli do częściowo zalanego podziemnego korytarza, gdzie dokonali iście makabrycznego odkrycia: po zburzeniu znajdującej się na przeciwległym do wejścia końcu korytarza ściany ich oczom ukazały się setki zmumifikowanych zwłok. Niektóre z nich były w obozowych pasiakach, inne w mundurach, jednak zdecydowana większość była naga.

„Ściana wyglądała na dobudowaną dużo później, niż reszta korytarza. Stwierdziliśmy, że może prowadzić do reszty pomieszczeń, ale kiedy ją zburzyliśmy… cóż, byłem na wielu wykopaliskach i nie raz odkrywaliśmy krypty, czy groby. Ale to? To jest po prostu trupiarnia. Coś koszmarnego.”, mówi profesor Janusz Ćwiek z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Gdańskiego. „Nie wiemy, co mogło się tu mieścić, ale odkrycie jest na tyle przerażające, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by dojść do historycznych faktów. Ale obawiam się, że nie będzie to łatwe”.

W podobnym tonie wypowiada się major Mirosław Korgo, obecny przy burzeniu ściany przedstawiciel służb wojskowych. „Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. To jakby nagle znaleźć się w środku jakiegoś koszmaru. Setki zwłok przeleżały pod ziemią prawie 60 lat. Pomieszczenie było na tyle szczelne i suche, że doszło do mumifikacji ciał. Nie mam zielonego pojęcia, co mogło znajdować się tutaj, w centrum lasu. Jakie przeznaczenie mógł mieć ten teren, skoro znajdujemy tutaj ciała z obozów koncentracyjnych- tego nie wiem. Natomiast wiem, że nie jest on zaznaczony na żadnych mapach, jakie posiada wojsko. Być może gdzieś w archiwach są stare mapy, na których ta placówka może być naniesiona. Postaramy się do nich dotrzeć i może wtedy choćby częściowo uda nam się odkryć prawdę na temat tego budynku.”

Na razie nie są znane żadne szczegóły, jednak lokalne media uważnie będą śledzić postępy w odkrywaniu historii tego przerażającego odkrycia.”

Janek odłożył artykuł i podrapał się po głowie. Darek też kończył już swój wycinek i po chwili obaj pytająco patrzyli na rozpartego w fotelu Zgreda.
-No co? Nie podoba wam się?- spytał ten ostatni, wypuszczając cienką strużkę papierosowego dymu.
Darek zdjął okulary i zaczął się nimi bawić.
-Zgred, takich spraw są tysiące. Owszem, mogą wydawać się nie wiadomo jak makabryczne, ale w rzeczywistości nie są bardziej przerażające niż odkrycie, że sąsiad trzymał trupa matki w szafie. Znaleźli starą mordownię nazistów i tyle, no przecież takich miejsc jest w Polsce na pęczki. Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego.
Zgred zaciągnął się głęboko, a w jego oczach dostrzegli błysk. Wskazał ręką na teczkę.
-Czytajcie dalej.

„Makabra w pomorskim lesie.
Wczoraj od samego rana trwała ekshumacja trzystu zmumifikowanych ciał odkrytych w tajemniczym kompleksie wojskowym w jednym z pomorskich lasów. W akcji, oprócz przedstawicieli Instytutu Historycznego Uniwersytetu Gdańskiego i kilku delegatów Wojska Polskiego brali udział także policyjni patolodzy i prokurator. Specjalnie przygotowane ciężarówki ze szczelnymi naczepami czekały na posępny ładunek, aby odjechać prosto do wojskowego krematorium. Potem prochy miały zostać rozsypane na polach pamięci w obozach koncentracyjnych. Niestety, po dowiezieniu na miejsce okazało się, że ze zmumifikowanych zwłok pozostała jedynie dziwnie lepka, zielona ciecz, która wylała się na otwierających naczepy żołnierzy. Trzech z nich zmarło na miejscu, pięciu w stanie krytycznym trafiło do szpitala, gdzie walczą o życie. Lekarze nie dają im jednak dużych szans.

„Szczerze mówiąc, nie spotkałem się jeszcze z takim przypadkiem. Owszem, zwłoki zawierają śmiertelnie trującą substancję zwaną „trupim jadem”, ale po takim czasie nie powinny jej wydzielać. Zresztą objawy, jakie mają poszkodowani są nieznane medycynie. Ich wnętrzności się wysuszają, jakby ktoś poddał ich działaniu niesamowicie wysokiej temperatury, przy jednoczesnym braku jakichkolwiek oznak zewnętrznych. Niestety, jako lekarze jesteśmy w tym momencie bezradni. Coś takiego się po prostu nie zdarza.”, mówi ordynator z kliniki wojskowej, major doktor Robert Frych.

Sprawa tajemniczego budynku robi się coraz bardziej makabryczna. Z tego, co wiemy, historycy z Instytutu Historii UG oraz wojskowi archiwiści współpracują już w celu odkrycia, czym był skrzętnie ukryty teren wojskowy”

-Jak to możliwe, że o tym nie słyszeliśmy?- spytał Janek, kiedy skończyli czytać kolejny wycinek.
-Goście znajdują setki trupów, potem te trupy generują nowe trupy, a my nic nie wiemy. W ogóle słyszałeś, żeby w ostatnim czasie dokonano jakiegoś przełomowego odkrycia historycznego? Zgredu- zwrócił się do przeglądającego gazety kolegi. –Odkryli w końcu, co tam było?
Zgred uśmiechnął się tajemniczo.
-Wszystko jest tam- odparł spokojnie, wskazując szarą kartonową teczkę.

„Pierwsze informacje na temat tajemniczej placówki z czasów II wojny światowej.
Dzisiaj w południe na specjalnej konferencji prasowej profesor Janusz Ćwiek oraz major Mirosław Korgo przedstawili pierwsze hipotezy dotyczące odkrytego niedawno w jednym z pomorskich lasów makabrycznego składowiska zwłok.
„Na jednej z map wojskowych z lat 50 rzeczywiście widnieje pewien szczegół wskazujący na istnienie w tym miejscu jakiejś jednostki wojskowej, czy też poligonu. To droga dojazdowa ciągnąca się przez las i urywająca się w którymś momencie, mniej więcej w okolicy terenu, który odkryto. Droga prowadziła od jednej z głównych tras przelotowych na terenach zajętych przez Trzecią Rzeszę i docelowo prowadziła do niewielkiej miejscowości za lasem opisywanej jako „Thelema”, droga dochodząca do naszego terenu była tylko poprowadzoną w las odnogą. Nie udało znaleźć nam się konkretnych informacji na temat tego, co mogło znajdować się na ogrodzonym terenie, chociaż znaleźliśmy kilka śladów prowadzących do różnych hipotez. W jednym z dokumentów jest wzmianka o przeprowadzanych na więźniach eksperymentach medycznych z użyciem nowatorskich technik chirurgicznych. Więźniowie mieli być transportowani przez cały kraj, albo nawet z Rzeszy, by służyć jako „obiekty doświadczalne”. Inny dokument to dość osobliwy akt nadania tego terenu profesorowi medycyny i filozofii Hansowi Kritze jako nagrody od samego Hitlera za wybitne osiągnięcia na polu nauki. Najbardziej tajemnicze jest to, iż teren ten opisywany jest w tym dokumencie mianem „azylu”. Pozwolę sobie zacytować, aby zostać dobrze zrozumianym: „(…)niniejszym, w imieniu Trzeciej Rzeszy azyl zostaje oddany do pełnej dyspozycji profesorowi Hansowi Kritze, służącemu Narodowi Niemieckiemu w stopniu SS-Obergruppenführera(…)” i tak dalej, następuje wymiana tytułów i godności. Co ciekawe, oprócz tego dokumentu nigdzie nie figuruje postać profesora Kritze. Nie udało nam się znaleźć ani jego aktu urodzin, ani aktu zgonu, żadnych dokumentów wojskowych, medycznych, żadnych faktów biograficznych. Natomiast dosyć oczywistym stało się przeznaczenie ukrytego głęboko w lesie budynku. Było to coś na wzór prywatnej kliniki profesora Kritze, który przeprowadzał tam bestialskie eksperymenty na więźniach obozów koncentracyjnych. Postaramy się znaleźć więcej faktów dotyczących tego tajemniczego miejsca, ale wydaje mi się, że pewnych rzeczy lepiej nie odkrywać za wszelką cenę. Czasami lepiej aby historia pozostała nieodkryta.”

Odwiedziliśmy mieszkańców położonej niedaleko lasu miejscowości, aby spytać, czy nie wiedzą nic na temat starego budynku w lesie. Kiedy ludzie słyszeli, o co pytamy, zazwyczaj żegnali się żarliwie i odpowiadali, że lepiej nie odkopywać dawno zasypanych grobów. Znaleźliśmy jednak kogoś, kto choć trochę opowiedział nam o tym, co o wojskowym terenie wiedzą miejscowi.

„Moja świętej pamięci matka pamiętała tamte czasy” mówi 50-letni Władysław Luft. „Pamiętam, jak zawsze powtarzała mi i mojej siostrze, żebyśmy nie chodzili sami do lasu, a jeśli już chcieliśmy poszukać jagód, czy malin, to na samym skraju, nie mogliśmy zapuszczać się dalej, niż na kilkanaście metrów w głąb. Zresztą żadne dzieciaki tam nie chodziły, nikomu nie pozwalano wchodzić samemu w las. A i dorośli niechętnie się tam zapuszczali, jeżeli nie było wyraźnej potrzeby. Wtedy brali broń i szli, najczęściej we czterech, pięciu, nigdy nikt nie szedł sam. Chociaż był taki wypadek. Kiedyś stary Józef Ojszewski, świeć Panie nad jego duszą, zapuścił się głęboko w las, nie wrócił na noc. Następnego dnia znaleziono jego ciało. Ja tam panie nie widziałem, ale ludzie mówili, że było powykręcane, jakby ktoś je przepuścił przez kombajn. A na twarzy to ponoć zastygł mu wyraz takiego przerażenia, że się ludzie spojrzeć bali. Od tamtej pory nikt nie chodzi do lasu. A co tam było? Panie, no co tu dużo opowiadać, no. Matka moja mi opowiedziała kiedyś to i owo, to co będę kręcił, że nie wiem. No mordownia panie była i tyle. Przywozili tu tych obozowych z różnych części kraju, a ten chirurg eksperymentował na nich z jakimiś technikami dziwnymi. Chirurgia prądem, coś takiego. Przeszczepy kończyn, wymuszane mutacje, w głowie się nie mieści. Jak mi matka opowiedziała o tym wszystkim, to zacząłem czytać książki, żeby zrozumieć choć trochę o co chodziło. To makabra, co się tutaj działo w czasie wojny. Nie chodźcie tam. To złe miejsce. Bardzo złe.”

Teraz Jankowi zaświeciły się oczy. Spojrzał na Zgreda a potem na Darka.
-To co panowie?- otworzył z sykiem puszkę z piwem. –Kiedy jedziemy odwiedzić profesora Kritze?
*

Zgred uwijał się z kablami, jakby było już dawno po zmroku, a nie słoneczne południe. Darek obchodził betonowy placyk dookoła i wypatrywał w lesie innych pozostałości niegdysiejszego wojskowego kompleksu, natomiast Janek ruszył w stronę platformy kolejowej, przedzierając się przez krzaki jeżyn. Nagle zatrzymał i nadstawił uszu, bowiem wydało mu się, że coś usłyszał; coś bardzo nienaturalnego w otaczających go warunkach- jakby odgłos pracujących maszyn. Nasłuchiwał i rzeczywiście, jego uszu dobiegł dudniący łoskot ciężkich maszyn, ale bardzo przytłumiony, jakby dochodził zza dźwiękoszczelnej zasłony, albo… Janek powoli spojrzał na ziemię pod nogami.
-Chyba, kurwa, żartujecie…- wyszeptał w powietrze. Wydawało mu się to tak absurdalne i nieprawdopodobne, że otrząsnął się i ruszył dalej, wyrywając nogi z kolczastych pędów i klnąc pod nosem. Zajęło mu kilka dobrych minut, nim dotarł wreszcie do platformy. Nie była duża, miała najwyżej pięć metrów szerokości i dwadzieścia długości. Znajdował się na niej niewielki dźwig do przenoszenia lekkich ładunków, a obok niego Janek dostrzegł ciężką, metalową pokrywę jakiegoś włazu. Miała około półtora metra średnicy i wytłoczoną na wierzchu nazistowską gapę oraz wygrawerowany gotykiem napis „Das Hans Kritze Asylum”. Chłopak spróbował podważyć klapę, ale była zbyt ciężka. Zaczął rozglądać się w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby ją podważyć, kiedy zauważył kolejną dziwną rzecz. Za torami, w wysokiej trawie zobaczył wystające z ziemi otwory wentylacyjne. W poniemieckich kompleksach wojskowych było to normalne, znajdowały się one zazwyczaj głęboko pod ziemią i niezbędna była dobra wentylacja. Ale te kominy wentylacyjne nie były takie, jak wszystkie inne w takich miejscach. Powietrze nad nimi falowało. Wylatywało z nich gorące powietrze.
Tego Jankowi było już za wiele. Zeskoczył z platformy i rzucił się pędem w stronę betonowego placyku. Kilka razy potknął się o wystające korzenie i prawie wylądował w jeżynach, ale udało mu się utrzymać równowagę i po chwili był już na otwartym terenie. Zgred siedział pod lampą i próbował odpalić agregat, a Darka nigdzie nie widział.
-Zgred, gdzie Darek?- spytał, ale skulony plecami do niego amator mocnych wrażeń ani drgnął. Janek obszedł kawałek placu, wypatrując Darka wśród nie tak przecież gęstych drzew, poczym podszedł do Zgreda, złapał go za ramię i odwrócił.
-Pytałem, gdzie…- urwał, bo głos uwiązł mu w gardle. Zaczął szybko oddychać, cofając się upadł na ziemię i odczołgiwał się młócąc powietrze nogami, które tylko co jakiś czas trafiały w beton i odsuwały go od makabrycznego widoku. Powieki i usta Zgreda były zaszyte grubą, szewską nicią; z miejsc, przez które przeszła igła sączyła się brunatna krew. Także jego dłonie były ze sobą zszyte, jakby Zgred składał je do modlitwy. Nie ruszył się z miejsca, klęczał tam pozszywany i jęczał coś niezrozumiale, ale bardzo intensywnie. Janek cofał się dalej, czuł jak beton zdziera mu skórę z dłoni ale nie mógł oderwać wzroku od zmasakrowanej twarzy Zgreda, jednocześnie chcąc znaleźć się jak najdalej. Nagle trafił na coś metalowego, potknął się i przewrócił, wpadając na coś całym ciałem. Po chwili poczuł na ustach wilgoć i stracił przytomność.
*
Obudziło go potężne dudnienie i szczęk metalu. Powoli otworzył oczy i spróbował wstać, ale nie mógł się ruszyć. Uniósł lekko głowę i zobaczył, że jest przykuty do brudnego stołu operacyjnego. Zaczął się szarpać, ale stalowe klamry trzymały mocno. Rozejrzał się i po raz drugi jego umysł nie chciał uwierzyć oczom w to, co widzą. Na stole obok leżał Darek, cały nagi, z przyszytą do brzucha dłonią, która lekko się poruszała. W półmroku majaczył pochylający się nad nim cień. Nagle cień spojrzał na Janka, westchnął cicho i wypchnął stół z Darkiem z pomieszczenia. Następnie powoli podszedł do drugiego ze studentów i pochylił się nad nim, jakby węszył. Janek rozpoznał w nim Zgreda, jednak miał powbijane w ciało jakieś dziwne stalowe konstrukcje, kawałek jego twarzy był uszyty jakby z innej skóry, a ręce nie były już zszyte ze sobą; dostrzegł na dłoniach Zgreda ogromne rany po rozerwanych szwach. Ślepy dziwak złapał za wózek i pchnął go ku drzwiom.
Jechali przez niewysoki, ciemny korytarz, a Janek coraz wyraźniej słyszał dudniący odgłos. Miał wrażenie, że wszystko dookoła drży, ale uwagę od dziwnych odgłosów odwróciło pojawiające się w mroku światło. To znaczy, że zbliżali się do końca tunelu.
-Zgred?- niepewnie wyszeptał Janek. –Zgred, gdzie my jesteśmy? Co się dzieje?
Ale Zgred milczał, prowadząc wózek ze stołem niczym ślepy kierowca. Przykuty „pacjent” znowu się szarpnął, ale nic to nie dało. Usłyszał jedynie pomruk dezaprobaty swojego opiekuna.
Po chwili wyjechali w światło, które początkowo oślepiło Janka tak, że przez kilka minut nic nie widział. A potem ujrzał najkoszmarniejszy obraz swojego życia. Jechali teraz przez wielką halę, od góry do dołu zastawioną słojami, w których unosiły się niewyobrażalnie zdeformowane ciała ludzkie. Wszystkie kapsuły podłączone były do potężnego systemu rur i rurek, a te łączyły się z ogromnymi urządzeniami ustawionymi pod ścianami. To te maszyny słyszał na powierzchni Janek. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wszystkie te bestialsko okaleczone, świadomie oszpecone ludzkie istoty żyły; widać było, jak oddychają, mrugają oczami, niektóre lekko poruszały kończynami. Chłopak poczuł, jak oblewa go zimny pot, a w kroczu robi mu się ciepło od popuszczonego moczu. Z przerażeniem obserwował otoczenie i modlił się, żeby to był tylko zły sen. Wtedy wózek ze stołem zatrzymał się na środku hali, a Zgred mrucząc coś pod nosem oddalił się powoli, wymacując sobie drogę. Janek został sam, otoczony przez spoczywające w słojach nieludzkie koszmary. Chciał zamknąć oczy, ale nie mógł, bo obrazy, mimo iż makabryczne, przyciągały jego wzrok i nie pozwalały mu go oderwać. Wtem usłyszał stukot podkutych obcasów na metalowej podłodze. Rozglądał się, ale nie mógł dostrzec nikogo, poza klęczącym w kącie Zgredem. Kiedy tak się szarpał, na jego twarz padł cień. Janek zastygł, poczym powoli uniósł wzrok.
-Witam w moim Azylu- usłyszał. A potem zaczął krzyczeć.





Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -