Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wisząca panna młoda

Anita Weremczuk

– Czy to normalne, że tak się denerwuję? – mówi do siebie Anna i dygoczącą ręką podnosi do ust drinka z lodem. – Muszę się uspokoić… O, tak, spokój przede wszystkim… A, niech tam… – zawzięcie marszczy brwi. – Przecież muszę się wyspać! – wyjmuje z apteczki tabletki nasenne i łyka je z błogim uśmiechem. – No… teraz mogę już być spokojna. Nawet grzmoty mnie nie zbudzą – wyłącza lampkę nocną i z ulgą zamyka oczy.
Wbrew oczekiwaniom, noc ciągnie się w nieskończoność. Anna wchodzi do mrocznego sosnowego lasu i błądzi wśród ciemności. Boi się wilków, a tu ich dziką obecność czuć na każdym kroku. Żółte ślepia śledzą każde jej stąpnięcie, wyczulone nozdrza obsesyjnie podążają za kobiecym zapachem.
Anna kręci się wkoło. Wdeptuje w bagno. Po omacku chwyta się obślizgłej gałęzi. – Fu! – nagle budzi się, czując jeszcze na palcach bagienną woń lasu; po chwili znów opada na poduszkę i dalej stoi po kolana w mokrej mazi. Między jej palcami wije się robactwo, które szybko przemieszcza się po łydkach w górę. Nagle ludzka ręka z obrączką na serdecznym palcu chwyta ją mocno za udo. – Aaa! – Anna zrywa się z łóżka cała zlana potem i idzie po omacku do łazienki. Siada na sedesie z głową opartą o chłodne kafelki i wraca we śnie na bagna.
Raaaz... Dwaaa… Trzyyy... Kroki stają się ciężkie. Powooolne. Ospałe. Anna zanurza się w papie coraz głębiej i głębiej. Nogi plączą się pomiędzy konarami drzew; o mało co nie upada, to znów podpiera się o wystające badyle, które coraz gęściej układają się przed nią niczym tyczki na polu fasoli. Światło księżyca dociera do bagiennych mroków, rzucając na nie niebieskawą poświatę. Wówczas przed oczami Anny ukazuje się morze bladych, zaobrączkowanych dłoni wskazujących kierunek północny, przez które Anna brnie z mozolnym trudem.
W końcu zaczyna biec, gdy tylko wyczuwa napięcia i nerwowe drgania w setkach dłoni otaczających ją dookoła. Wstrzymuje oddech na widok pokaźnych rozmiarów sosny, znacznie wyróżniających ją od pozostałych drzew. Palce wyraźnie wskazują na jej czubek, na który zlękniona Anna, wiedziona nieomylnym instynktem, zerka z szeroko otwartymi oczami.
– Nie… Nie! Nieee…! Zabierzcie ją stamtąd! Stamtąd… tąd… ąd.. – głos Anny roznosi się echem po bagnach. Obojętność natury przyprawia ją o bezradny wybuch płaczu.
Wreszcie próbuje wspiąć się na drzewo, oplata stopami gruby konar z dwóch stron, nadaremnie – w sekundzie ześlizguje się na dno bagna. Sine dłonie przykrywają ją po sam czubek głowy.
– Zdejmijcie ją! – po chwili Anna wynurza się z przeraźliwym okrzykiem, próbując na powrót swoich sił we wspinaczce po śliskiej powierzchni kory.
Tym razem dłonie popychają Annę ku górze, ułatwiając jej wejście na sosnę. Gałąź po gałęzi, powoli i ostrożnie, Anna dociera do wiszącej na grubym sznurze młodej dziewczyny w morelowej sukni ślubnej. Twarz przykrywa jej biała woalka, dłoń opatulona jest czarnym aksamitem. – Boże, dlaczego? – Anna próbuje wciągnąć ją na gałąź, lecz ciężar ciała jest nie do udźwignięcia. – Niech mi ktoś pomoże! POMOCY! – Anna blednie z wysiłku, ale nie daje za wygraną. Cudem udaje jej się uchwycić stopy dziewczyny i położyć je na gałęzi. – Spójrz tam! – Nagle odcięta dłoń wydaje chrypiący dźwięk, chwyta Annę mocno za szyję, wykręcając brutalnie jej głowę w stronę innych drzew.
Oczy Anny zachodzą mgłą. Zdaje jej się, że śni. Śni we śnie.
Na każdym drzewie wisi samobójczyni. Panna młoda w morelowej sukni. Dziesiątki panien młodych w morelowych sukniach. Setki panien młodych. Tysiące.

6:00. Dźwięk budzika roznosi się po całym mieszkaniu. – Już wstaję, wstaję… – Anna masuje zesztywniały kark i patrzy pustym wzrokiem w głąb muszli klozetowej. – No i przyszedł ten wielki dzień! – Uśmiecha się gorzko czując, jak serce podchodzi jej do gardła. Przeciąga się jak kot, podchodzi do lustra i przegląda się w nim uważnie. Twarz ma nieświeżą, zmęczoną; trudy nocy uwidoczniają się na jej cerze jak na dobrze oznaczonej mapie.
– Kosmetyczka temu wszystkiemu zaradzi – Anna pociesza samą siebie, co dodaje jej chwilowego błysku w oczach. Szybki prysznic, mocna kawa i Anna w krótkich sztruksach oraz zielonej koszulce mknie samochodem do salonu na uczesanie ślubne.
Fryzura nie pozostawia wiele do życzenia. Anna zadowolona jest z koka upiętego na samym czubku głowy, filuternie opadającego loczka oraz diademika mieniącego się kolorami tęczy w porannym słońcu.
– Gdyby mogła pani jeszcze wpiąć kilka spinek dla umocnienia fryzury, byłabym spokojniejsza – Anna prosi o ostatni detal i z usatysfakcjonowaniem spogląda w lustro, jak fryzjerka wsuwa jej we włosy cztery czarne wsuwki.
– Są zbędne, ale to dla pani hmm… uspokojenia – uśmiecha się – tak, tak, spokoju nigdy za wiele.
– Po obrączce wnioskuję, iż jest pani mężatką – Anna dodaje nieśmiało.
– Moja droga – fryzjerka obniża głos i spogląda w twarz, prosto w odbicie Anny – za kilka godzin pani również nią będzie.
– Jest pani zadowolona ze swego związku? – Anna dostrzega rozbawienie w oczach fryzjerki.
– Kochanieńka – kobieta powstrzymuje śmiech – proszę lecieć już na makijaż, bo czas ucieka i… powodzenia na nowej drodze życia!
Anna czym prędzej wychodzi z gabinetu. U kosmetyczki zaczyna odczuwać coraz większe podenerwowanie. Kobieta nie jest sympatyczna, ani rozmowna. Traktuje twarz Anny tak, jakby była to maska manekina, którą można przygnieść, przycisnąć, podrapać, nadszarpnąć.
– Prosiłabym o więcej delikatności – zirytowana Anna zwraca się do kosmetyczki, gdy ta o mało co nie wkłada jej kredki do oka.
– Proszę się hartować, a nie narzekać – odburkuje kobieta. – Widać, że pani już prawie się zdecydowała. A jak nie, to należy zrezygnować. Potem będzie za późno.
– Przepraszam, ale nie rozumiem, o co pani chodzi.
– Makijaż gotowy. Należność 150 zł.
Co za tupet! – Anna jest wściekła. Pod pachami pot spływa jest strugami. Na dworze robi się coraz goręcej. – Przynajmniej pogoda dopisuje – Anna próbuje się rozluźnić. – Wyjmuje z torebki lusterko i z dumą podziwia się w jego odbiciu. – Wyglądam pięknie! – wsiada do auta. Jak szalona jedzie do domu, by założyć suknię.
– Już jedenasta?! – z paniką zwraca się do Aśki, która pięć minut po jej przybyciu zjawia się w mieszkaniu Anny.
– Mamy całą godzinę, zdążymy. Weź tabletkę na uspokojenie – radzi przyjaciółka.
Anna łyka Lorafen i czym prędzej zakłada bieliznę. Aśka pomaga naciągnąć jej pokaźną halką i morelową, wyśnioną suknię, która ślicznie uwydatnia delikatną opaleniznę.
– Myślisz, że będzie zachwycony?
– Masz to jak w banku – Aśka zaciska mocno gorset, aż Annie brakuje tchu.
Dzwonek do drzwi.
– To my, księżniczko! Za trzydzieści sekund będziemy u twoich wrót…
To trzecie piętro – myśli nerwowo Anna – jeszcze zdążę się poperfumować, łyknąć wody albo nie, przecież mam szminkę… zmażę szminkę… Boże, jeszcze bransoletka! Aśka, nałóż mi bransoletkę!
Pukanie.
– Już, już, chwileczkę – Aśka otwiera drzwi. Pan młody w eleganckim surducie, z bukietem kremowych róż w dłoni rozgląda się po mieszkaniu w poszukiwaniu Anny.
– Jeszcze momencik – Aśka dobrodusznie klepie Roberta po ramieniu.
Panna młoda bierze głęboki oddech. Ukazuje się Robertowi w pełnej krasie, z wyraźnie drgającym uśmiechem.
– Wyglądasz… – pan młody uklęka z gracją i całuje chłodną ze zdenerwowania dłoń Anny – nieziemsko uroczo!
Annie wiruje w głowie.
– Jedźmy już, proszę – mówi półgłosem – nie zniosę dłużej tego napięcia. To jest nie do wytrzymania... Robert, ja tego nie przeżyję. Dlaczego jesteś taki spokojny? Jak możesz…
– Przecież to nasz ślub, skarbie – Robert próbuje objąć Annę w pasie, ale szerokość sukni niezbyt umożliwia mu to zadanie. – Już niedługo będzie po wszystkim.
– Niedługo?! – Anna irytuje się coraz bardziej – dopiero czeka nas ślub cywilny! Potem długie przyjęcie. I to całą noc! CAŁA noc stresu. Człowieku, czy ty chcesz, bym oszalała?
Robert wyjmuje z kieszeni tabletkę i wsuwa ją niespodziewanie w usta Anny.
– Zawsze wiem, gdy jej potrzebujesz – uśmiecha się łagodnie. – Wszystko będzie dobrze, kochanie. To zupełnie naturalne, że tak się czujesz. No już, uśmiechnij się – gładzi ją po policzku jak małą dziewczynkę.

Skrzypek z wdziękiem przygrywa młodej parze menueta Boccheriniego. Sala urzędu stanu cywilnego przepełniona jest gośćmi, których Anna nie do końca potrafi rozróżnić. Kolorowe suknie przyozdobione błyskotkami i sztuczną biżuterią, fryzury nieomalże po sam czubek sufitu zahaczające o przepyszne kryształowe lampiony oraz buty na wysokich obcasach, stąpające po idealnie wypolerowanej posadzce onieśmielają Annę swą szykownością. Anna czuje woń perfum dziesiątek kobiet, które bez umiaru nakropiły się najlepszymi, ale też tymi mniej uznanymi markami perfum, w swym połączeniu tworzącymi zabójczą mieszankę pozbawioną zmysłowej przyjemności. – Za chwilę zemdleję – czuje Anna, a myśli jej błądzą po owych iście karnawałowych sukniach, fryzurach, a zwłaszcza garniturach, które wbrew oczekiwaniom, wcale nie zachowują gustownego uzupełnienia kobiecego ubioru swych partnerek, lecz przeciwnie – co poniektórzy panowie ubrani są w żółte jak słoneczniki garnitury, różowe fraki, nakrapiane surduty, co nijak nie pasuje do uroczystości ślubnej, a raczej maskarady, w której za chwilę pojawią się balony, konfetti i morze szampana.
– Czy mnie się zdaje, czy oni… – Anna spogląda na własną suknię i dochodzi do wniosku, że skoro ona śmiało odbiegła od tradycji, to czemuż by innym tego zabronić.
– Czy bierzesz sobie za męża tego oto…– Anna nie pojmuje do końca słów, które w jej odczuciu wcale nie są skierowane do niej, lecz do jakiejś innej Anny, na pewno nie tej w morelowej sukni i diademie na pięknie upiętych włosach.
– Anno – Robert pociąga pannę młodą za rękę – odpowiedz.
– Ależ tak, biorę… ciebie za żonę… znaczy… męża.
Anna spogląda Robertowi w oczy. Widzi w nich tę samą lekkość i spokój, jakie zirytowały ją rano w jej mieszkaniu. Po jej partnerze nie widać ani krzty zdenerwowania – stoi prosty, dumny, uśmiechnięty od ucha do ucha, jakby zdobył Nagrodę Nobla za wynalezienie eliksiru wiecznego szczęścia.
– Zapraszam do podpisania aktu małżeństwa – mężczyzna z wielkim pozłacanym łańcuchem na szyi zwraca się do Anny i Roberta basowym głosem pozbawionym elementu zażyłości.
Anna drżącą ręką sięga po czarne pióro:
Według odwiecznego prawa doboru naturalnego… podpisuję zgodę na wydanie mnie Robertowi Krzaczkowskiemu, lat 27… Zobowiązuję się do przestrzegania kodeksu dobrej oraz podporządkowanej we wszystkim współmałżonki w zdrowiu, chorobie i znoju (szczegóły: paragraf 17)… dobrowolnie wyzbywam się prawa do samodzielnego podejmowania decyzji w sprawach ekonomicznych w obrębie nowo powstałego związku małżeńskiego jak również… wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych we wszystkich potencjalnych domach publicznych ku uciesze ogółu, do których uda się mój prawowity małżonek w razie niespełnienia przeze mnie oczekiwań w sytuacjach czysto intymnych. Jako własność męża zezwalam na wymierzanie kar na mojej osobie stosownie do przewinień przeze mnie dokonanych. Wszelkie uchybienia w stosunku do współmałżonka nie podlegają ocenie osób trzecich. Wyłączność ich osądu należy do głowy rodziny, którą od dnia 10.09.2010r. staje się Robert Krzaczkowski...
Anna czyta raz. Drugi. I pojąć nie może. Spogląda na Roberta, na jego szczery, braterski wręcz uśmiech. Czuje, jak ręka samoistnie podpisuje akt małżeński, zgadzając się na całą treść zawartą w jego oświadczeniu. Ogromna siła oddziaływania płynąca z oczu małżonka każe jej posłusznie wymusić w sobie radość, spojrzeć na gości oraz teatralnym gestem, niepozbawionym wdzięczności, objąć go za szyję.
– A teraz małżonkowie mogą się już pocałować – tubalny głos urzędnika zezwala na długo oczekiwany moment; Robert przyciąga do siebie Annę, która dobrowolnie poddaje się jego pieszczocie.
Anna zamyka oczy. Próbuje wyłączyć umysł. Ugasić myślenie oraz uczucia; odseparować się od człowieka, który tak nagle wydaje się jej się jedną wielką pomyłką na drodze ku prawdziwemu szczęściu.
– Robercie, ja…– Anna spogląda w źrenice męża, dostrzegając w nich niepokój, hamowany jedynie siłą woli, lecz nie instynktu. – Co się stało z twoimi oczami? – Anna patrzy w źrenice Roberta, które w miarę upływu sekund wydłużają się i poszerzają jak spojrzenie dzikiego zwierza. Z zielonej tęczówki przebija rządza głodu oraz ludzkiej krwi.
Anna czuje bicie własnego serca. Odnosi wrażenie, iż jest tak słyszalne jak dzwon na wieży kościelnej; najmniejszy oddech zdradzi jej lęk, a ona wnet zginie z rąk bestii, w którą przeistacza się jej własny mąż.
– Zapraszamy państwa do poczekalni dla gości. Napijcie się luksusowego szampana w iście doborowym towarzystwie – mówi urzędnik ze złotym łańcuchem, dyskretnie łypiąc okiem w stronę Anny.
– Czy wyście wszyscy poszaleli?! – Annie wydaje się, że krzyczy na całą salę, lecz tylko niewyraźny odgłos wydobywa się z jej krtani. W głowie wirują jej kolorowe suknie, falbanki, haftki, drogocenna biżuteria na przemian z tą tandetną z najniższej półki. Ktoś bierze ją na ręce i sadza na krześle.
– Powąchaj, to sole trzeźwiące… – Anna wyraźnie rozpoznaje głos męża. Otrząsa się jak oparzona, ale wącha, wącha zachłannie, by całe to szaleństwo odeszło od niej precz, daleko, na sam koniec świata.
– A ja sądziłam, że ty…– Robert nachyla się nad jej ustami.
– Prawie nam tu omdlałaś. Kochanie – szepce ciepło – to wszystko przez stres. On minie. Zawsze mija – całuje Annę w czoło, zimnym pocałunkiem jak kra lodowa.
Robert niesie Anną do białej limuzyny. Klimatyzacja daje ukojenie rozpalonemu czołu.
– Jak dobrze, Robercie… – Anna kładzie głowę na chłodnej tapicerce.
– Z mężem musi ci być wygodnie – odpowiada Robert nie swoim głosem, lecz powiewem mrozu i Antarktydy. – Spójrz na swoją delikatną skórę – przeciąga lodowatą dłonią po ramionach Anny, aż zamieniają się one w dwa przeźroczyste sople podobne do koślawych patyków pozlepianych przez starego ślepego drwala.
Limuzyna mknie wśród ulic. Na drogach jest pusto. Gdzieniegdzie na chodnikach plączą się pary zakochanych, trzymając się lubieżnie za boki.
– Spójrz na nich – Robert wskazuje jedną z par, a limuzyna zwalnia na brzmienie jego głosu – myślą, że poza ich drugą połówką nie ma na świecie miejsca dla innych osób. Są wyłącznie oni i ich miłość. Piękna. Wieczna. Bezinteresowna.
– A czy tak nie jest? – Annie robi się coraz chłodniej; nie czuje już rąk, ale nogi, które pokrywa gruba warstwa szronu. – Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?
– To było w…
– …bibliotece miejskiej! Wypożyczałam „Tajemnicę Rajskiego Wzgórza” dla siostrzenicy, a ty coś o osobowości mnogiej, czy jakoś tam… – Annie zaczyna twardnieć język; próbuje oblizać wargi, ale czubek języka zastyga w jej ustach.
– Już niedaleko, kochanie, wytrzymaj jeszcze odrobinę – Robert czule całuje Anną, aż lód taje w jej buzi.
– Dlaczego to robisz? – Annie zaczynają cieknąć łzy, które szybko zastygają na policzkach w perełki lodu. – Wcale nie chcę się rozczulać. To tylko ta atmosfera na mnie tak działa – tłumaczy się niezbyt przekonywująco.
– Spójrz tam – mężczyzna pokazuje Annie ich nowy wspólny dom na obrzeżach miasta – jest taki, jaki sobie wymarzyłaś. Skromna elewacja, we wnętrzu zaś salon i pokoju godne królowej.
– Obejrzyjmy go Robercie! Jest taki piękny… – Anna pęcznieje z zachwytu, policzki jednak nadal pozostają śnieżnobiałe.
– Nie teraz, Anno – mówi Robert i po jej ramionach mocno przesuwa świeżymi gałązkami róży. Po skórze ściekają krople krwi, które Anna rozmazuje w dłoniach.
– Krew jest piękna, nie sądzisz, Anno?
– Nie wiem, czy jest piękna, czy nie, ale nic mnie nie boli, chodź powinno…
– Jakaś ty kapryśna i niecierpliwa – ton Roberta zmienia się diametralnie, aż Anna znów wyczuwa bicie własnego serca. – Wybacz, Robercie, krew jest tak piękna, iż nie potrafię okazać jej należytego szacunku… Krew mnie… onieśmiela…
– …swą doskonałą barwą, gęstością i zapachem – dokańcza zdanie; Anna dostrzega w jego źrenicach dzikość i pożądanie. – Stań! – Nagle Robert krzyczy stanowczym tonem do szofera i wyciąga Annę niemalże siłą z limuzyny.
– Zrobimy sobie teraz małą przechadzkę, moja mała królowo – uśmiecha się z wdziękiem. – Przecież lubisz ogrody angielskie, takie mroczne, gęste, nieprzeniknione… Tajemnica kryje się w ich wnętrzu, tylko dobrze szukaj! BAW SIĘ! – Robert puszcza lodową dłoń Anny i znika za krzakami bzu. Anna pozostaje sama w rozsianych dookoła ciemnościach, gdzie ani gwiazdy, ani księżyc nie mają dostępu. Zaledwie kilka robaczków świętojańskich całkiem nieświadomie lituje się nad Anną i oświetla jej ścieżkę.
– Robercie, gdzie jesteś? – Annę bawią zaloty męża, chichocze mimowolnie wśród krzaków dzikich róż, które kaleczą jej dłonie i stopy, po dłuższej jednak chwili odczuwa niepokój, którego pozbyć się nie jest w stanie ani do czegokolwiek przyrównać. – No, wyłaź już zza tego żywopłotu, nudzi mnie zabawa w chowanego, podczas której nie dzieje się nic, prócz tego, że chodzę i cię szukam… i szukam… i znaleźć nie mogę…
– Na tym właśnie polega urok i czar zabaw dziecięcych – Robert wyskakuje nagle z pustej donicy przykrytej igliwiem – że robisz coś, co wcale sensu mieć nie musi. Jesz na przykład lody waniliowe z bitą śmietaną i truskawkami…
– Z jedzenia ich czerpię przyjemność, więc uważam, że… – Robert znika Annie sprzed nosa.
–… że skoro lody są dobre, to należy je jeść dla czystej radości jedzenia – dokańcza Robert, którego spojrzenia ukradkiem przelatują po Annie z góry na dół, co młoda mężatka wyraźnie wyczuwa w postaci chłodu i sopli lodu, tworzących się na kryształowych kolczykach.
– Wracajmy już, proszę – błaga Anna. – Goście weselni na nas czekają. Mieliśmy rozpocząć uroczystość wspólnym walcem angielskim... Robercie, tak nieładnie…
– A tak to już wolno?! – Robert chwyta Annę wpół i zarzuca na ramię. – Co robisz, wariacie? – Anna radośnie macha nóżkami, przy okazji gubiąc swe białe pantofelki na jednym z krzaków berberysy.
– Jesteśmy na miejscu. I jak ci się podoba?
Anna rozgląda się dookoła, ale otaczają ją egipskie ciemności.
– Idź! – głos Robert nie brzmi już łagodnie, ani ciepło. – Zdejmuj podkolanówki i IDŹ!
Zlękniona Anna ściąga je natychmiast, ale ze strachu zwijają jej się one prawie, że w kłębuszek.
Anna wstępuje w jakąś chłodną maź. Pod stopami wyczuwa muł i resztki gałęzi, które na skutek rozkładu stworzyły na dnie rozlewu podwodny dywan brudu i odpadów.
– Czego ty ode mnie chcesz?! – Anna płacze, ale idzie posłusznie, bojąc się odwrócić.
Cisza.
Anna słyszy tylko dźwięk przelatującego komara.
– Miałaś iść! Kazałem ci IŚĆ! Zrozumiałaś?! – zachrypnięty głos wprost za nią nie pozwala na cofnięcie się.– Idź uważnie i obserwuj.
Annie przypomina się nocny sen. Czuje, jak nogi robią jej się jak z waty. – To niemożliwe – pociesza się. To nie dzieje się naprawdę. Koszmary istnieją wyłącznie w ludzkim umyśle… ludzkim umyśle… umyśle… – echo roznosi się po bagnie.
– Robercie, gdzie jesteś? – głos odbija się echem od wielkich drzew.
Anna idzie coraz pewniej i bystrzej, jakby obrazy z sennego koszmaru dodawały jej sił do działania. Bagno staje się coraz głębsze i gęściejsze. Pojawiają się odcięte dłonie z obrączkami na palcach, wskazujące kierunek północny.
Anna brzydzi się sinych dłoni, które co rusz czepiają się jej sukni ślubnej, próbując wedrzeć się do wnętrza gorsetu i uszczypnąć za szyję. Olbrzymia sosna jest coraz bliżej. Anna przyspiesza kroku. Dłonie nie pozostają w tyle; płyną za nią bystro i spiesznie niczym sprytne węgorze.
Anna jest tuż obok sosny. Próbuje się na nią wspiąć, gdy nagle czyjaś dłoń chwyta ją mocno za rękę.
– Pomogę ci – mówi Robert tonem nie znoszącym sprzeciwu i podnosi Anną do góry na tyle, by chwyciła się najniższej gałęzi. Anna wspina się na nią naprędce, raniąc o nierówną korę swą delikatną skórę.
Robert jest tuż za nią.
– Masz dojść do tamtej gałęzi – pokazuje palcem – tamta należy do ciebie. – Patrzy na Annę spokojnym już wzrokiem, jakby większość zadania miała już wykonaną.
Anna ma chwilę czasu, by się rozejrzeć. Wokoło widzi same panny młode wiszące na gałęziach. Wszystkie w morelowych sukniach, identycznych jak jej własna. Anna już wie, iż biała woalka to zatrzymanie ich ostatniego krzyku, jaki wydobywał się z ich nieszczęsnego gardła. – Dlaczego? – ta myśl przelatuje przez umysł Anny i pobudza serce do kołatania. – Dlaczego mi to robisz? – zwraca się do Roberta.
– Chcę cię tylko uchronić – odpowiada jej z na wpół ściszonym głosem. – Mów łagodniej. Przyroda nie lubi hałasu. Teraz śpi. Tak jak wszystkie panny młode. One odpoczywają.
– Od czego?! – Annie krew zalewa twarz – Nawet nie dałeś im szansy na przeżycie! A teraz ze mną chcesz zrobić to samo?! Dlaczego?
– Bo cię kocham, głuptasku… – Robert zbliża się po gałęzi do Anny, ale ta odsuwa się od niego na odległość metra. – Gdybym cię nie kochał, nie byłoby nas tutaj. Bo wiesz – zamyśla się – życie jest czasem okrutne i niesprawiedliwe, a małżeństwo… dostarcza samych kłopotów… brak pieniędzy, kłótnie… no i… oboje potrzebujemy wolności… Obrączka nam ją zabierze. A ja tak kocham wolność, Anno… A one wszystkie chciały mnie tylko dla siebie! Pragnęły zabić we mnie pociąg do podróży, do marzeń, do bycia sobą… O, nie, Anno, nie pozwolę i tobie mnie zniszczyć! Staniesz się jedną z nich… jeszcze jedna dłoń dołączy do bagiennego świata…
Robert w jednej chwili jest już przy Annie. Zakłada jej sznur na szyję. Mocnym ruchem zaciąga pętlę.
– To dla twego dobra, kochanie – mówi głosem pełnym łagodności – pamiętaj o tym.
Anna traci oddech i świadomość.

Budzi się pod sosną w zabłoconej sukni ślubnej. Spogląda w górę. Na czubku widzi wiszące ciało Roberta. Ucieka. Przez bagna. Przez setki dłoni. Przewraca się. Wstaje. Znów biegnie. Na skraju lasu pada ze zmęczenia. Ściąga z siebie zabłoconą suknię. Łapie stopa.
– Gdziekolwiek – prosi kierowcy. – Byle jak najdalej stąd.






Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -