Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




PRZEŚLADOWCA

Franciszek Jędrzejewski

"Och ta Olka" - pomyślałam, uśmiechając się do siebie, kiedy wyszłam z pracy. Olka zemściła się
się dziś na bardzo wrednym kliencie. Mężczyzna był naprawdę chamski, a Olka robiła co mogła
żeby go zadowolić. Niestety nie było szans. Najpierw piwo było za ciepłe, potem twierdził, że
zamówił inną przystawkę. Przeszkadzała mu też muzyka lecąca w lokalu.
Święty by nie wytrzymał. W końcu, gdy klient zamówił pizzę, Olka poprosiła w kuchni żeby
dodali solidnie papryczek. Śmiechu potem było co niemiara i pierwszy raz w życiu widzieliśmy, że
idzie wypić tyle piwa do pizzy. Śmialiśmy się gdzie on to mieści.
Była już noc i okoliczne latarnie dawały tyle światła co moja komórka, ale nie bałam się bo
miałam niedaleko zaparkowane auto. Stary peuegot, ale był moją dumą bo był pierwszym dużym
zakupem, jaki w życiu zrobiłam.
Podeszłam do niego i chciałam go otworzyć kiedy za plecami usłyszałam szybkie kroki i ktoś
przyłożył mi do nosa i ust chustkę.
Walcząc z napastnikiem zauważyłam, że chusteczkę dociska duża, męska dłoń. Wyraźnie
widziałam na niej ciemne, nie za długie włoski.
Walczyłam z nim i nawet udało mi się go kopnąć w goleń bo syknął z bólu i zaklął, ale to niestety
było wszystko na co było mnie stać. Słabłam z każdą chwilą.
Jak przez mgłę pamiętam delikatność napastnika, kiedy wsadzał mnie do auta i zapinał mój pas.
Gdzieś jechaliśmy, on coś mówił, ale byłam zbyt zamroczona, żeby cokolwiek kojarzyć. Obrazy za
szybą przypominały slajdy.
*****
Ocknęłam się w pomieszczeniu w którym nie było okien. Ściany były tylko otynkowane. Na suficie
paliła się pojedyncza niczym nie osłonięta żarówka. Była mocna, więc musiałam mrużyć oczy. Ja
sama byłam przywiązana do haka wbitego w sufit. Moje nogi ledwo dotykały ziemi. Musiałam już
wisieć tak dłuższy czas bo moje ramiona i ręce były zdrętwiałe.
Totalnie przerażona szarpałam się w nadziei, że sznur puści.
- Hej, słyszy mnie ktoś?! - krzyczałam, z myślą, że ktoś mnie usłyszy. - Pomocy!!
Nie wiem ile to trwało, ale w końcu usłyszałam trzaśnięcie drzwi. Po chwili do pomieszczenia
wszedł Pan Przeciętniak. To przezwisko przyszło mi zaraz do głowy jak tylko go zobaczyłam.
Wszystko w nim było przeciętne. Twarz, włosy, ubranie, wzrost. Mógł pracować w banku jako
kasjer, lub w sklepie, gdziekolwiek. To był jeden z tego typu ludzi, których mijamy na ulicy i nawet
nie zauważamy.
Uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam:
- Proszę pana, proszę mnie rozwiązać. Nie wiem jak się tu znalazłam. Moi rodzice na pewno się o
mnie martwią. Jakiś świr mnie tu przywiózł i..
Pan Przeciętniak uśmiechnął się i położył palec na moich ustach. Głos zamarł mi w gardle gdy
spojrzałam na jego dłoń. To była sama dłoń, dłoń mojego porywacza.
- To ty... - powiedziałam i tylko tyle byłam w stanie powiedzieć, tak byłam przerażona.
On, ciągle uśmiechnięty, potwierdził kiwnięciem głowy
- Tak to ja cię porwałem - po raz pierwszy słyszałam jego głos. W innych okolicznościach jego
głos mógłby być przyjemny dla ucha. Taki delikatny i ten tembr, całkiem przyjemny.
Nie wiedziałam kiedy w jego ręku pojawił się nóż. Mały, srebrny, składany. Błysk słońca na jego
ostrzu pobudził mnie do działania. Wiedziałam, że nie jestem w stanie nic zrobić, ale chciałam mu
utrudnić cokolwiek chciał ze mną zrobić. On, nie zważając na to, że się szarpię, po prostu nożem
zaczął rozcinać ubranie, w które byłam ubrana. Po chwili wisiałam już całkiem naga. Pan
Przeciętniak odszedł kawałek i z boku podziwiał mnie. Popatrzył chwilę i wyszedł.
Po chwili wrócił a w ręku trzymał potężny bat. Podszedł do mnie. Wolną ręką chwycił mnie mocnoza szczękę i obrócił głowę w swoją stronę. Byliśmy twarz w twarz.
Z bezsilności zaczęłam płakać. Łzy leciały ciurkiem z moich oczu. bałam się tego co mnie czeka.
- I co? Myślisz, że łzami mnie dziwko udobruchasz? - wysyczał głosem pełnym nienawiści.
- Czego chcesz? - zapytałam – przecież nawet cię nie znam?
- Nie ważne, wszystkie jesteście takie same. - powiedział nadzwyczaj spokojnie, ciągle mnie
trzymając. - Lecz zaraz cię oczyszczę z grzechów.
Na wysokość mojego wzroku podniósł bat, który trzymał w ręce.
- Widzisz to? - zapytał – Wiesz co tym zrobię? Wybiję tym wszystkie twoje grzechy. Naznaczę
twoje grzeszne ciało żeby wszyscy wiedzieli jaka naprawdę jesteś.
- Proszę cię nie rób tego – błagałam go i płakałam.
Uśmiechnął się tylko i odszedł ode mnie kilka kroków. Wiedziałam co zaraz się stanie ,ale nikt i nic
nie przygotowało mnie na ból, który poczułam po pierwszym uderzeniu bata.
Trafił w plecy a końcówka bata uderzyła mnie w pierś. Ból był niesamowity. Krzyczałam z całych
sił, aż gardło mi nie odmówiło posłuszeństwa. Nie pamiętam ile razy mnie uderzył bo w końcu
zemdlałam.
*****
Ocknęłam się tym razem w łóżku. Znowu przywiązana, ale teraz do jego słupków. Całe ciało
płonęło jakby ktoś wsadził mnie do piekarnika. Podniosłam głowę na ile umiałam i zobaczyłam
blizny na piersiach i brzuchu. Rozpłakałam się, widząc co on mi zrobił.
Za drzwiami słyszałam wesołe pogwizdywanie i szum wody.
- Bydlaku, nie myśl, że ci pójdzie łatwo! - krzyknęłam płacząc.
Pogwizdywanie na chwilę ustało, po czym znowu je usłyszałam.
Usłyszałam, że szum wody ustał i po chwili mój porywacz wszedł do pokoju. Wszedł w samym
ręczniku.
- Widzisz jak o ciebie dbam - powiedział swoim podniecającym głosem. - Wykąpałem się żebyś
poczuła się dobrze.
- Nie poczuję się dobrze - odparłam przez zaciśnięte zęby – bo pobiłeś mnie a teraz najwyraźniej
chcesz mnie zgwałcić.
- Oj zaraz zgwałcić - wyszeptał- spróbujmy z tego obydwoje wyciągnąć trochę przyjemności, co ty
na to?
Spojrzałam na niego jak na obcą formę życia.
- Człowieku, porywasz mnie, bijesz batem, chcesz zgwałcić a ja mam mieć z tego jeszcze
przyjemność? Chyba oszalałeś.
Podszedł do mnie i delikatnie palcami dotknął mojego policzka. Pochylił się i do ucha wyszeptał:
- Zobaczysz spodoba ci się.
Uśmiechnęłam się do niego po czym splunęłam mu w twarz. On spokojnie wytarł się ręcznikiem,
który go owijał w pasie po czym uderzył mnie w twarz. Mocno, aż zobaczyłam mroczki przed
oczami i w ustach poczułam krew. Językiem wyczułam ruszający się ząb.
- Słuchaj, nie musisz chcieć ja i tak wezmę co będę chciał - jego głos nabrał twardości i już nie był
tak podniecający. - Więc możemy to zrobić przyjemnie dla nas albo przyjemnie tylko dla mnie.
Drugi raz splunęłam mu w twarz. Znowu się wytarł i spokojnie powiedział:
- Dobrze, twój wybór, ale pamiętaj nie będzie miło.
Wszedł na łóżko i ręką zaczął błądzić po moim ciele. Po chwili obydwiema rękami zaczął dotykać i
ściskać moje piersi. Uśmiechał się kiedy syknęłam z bólu, bo ścisnął naprawdę mocno.
- No dalej, zrób to. - Powiedziałam przez łzy. - Im szybciej skończymy tym lepiej.
On tylko jeszcze raz uśmiechnął się i nie przerywał pieszczoty. Zobaczyłam, że jego członek jest
już w pełnej gotowości. Nie namyślając się długo wsunął go we mnie i czułam już tylko jak się we
porusza. Słyszałam jak sapie i powtarza :”Cudo, ale ciało”. Odwróciłam głowę i płakałam w
poduszkę z bezsilności. Ściskał mocno moje piersi. Syczałam z bólu, ale kiedy zauważyłam, że go
to podnieca przestałam i tylko zaciskałam zęby. W końcu zauważyłam, że jego ruchy tracą swój
rytm i po chwili jego sperma zalała mój brzuch. Mój porywacz, zmęczony, położył się koło mnie i,kiedy doszedł do siebie, zapytał:
- I jak było?
- A jak miało być? Do dupy. Jesteś lichy w te klocki. - Powiedziałam, starając się już nie płakać.
Jego zadowolony wyraz twarzy momentalnie się zmienił.
Bez słowa uderzył mnie w twarz, tym razem pięścią. Trafił dokładnie w nos. Usłyszałam jak
chrząstka w nosie pęka i poczułam jak leje się z niego krew. Ból był nie do opisania, ale i ja tak się
cieszyłam, że udało mi się go tak zdenerwować. Wyszedł i w drzwiach powiedział:
- Zobaczymy czy spodoba ci się to co naszykowałem dla ciebie na deser.
Wrócił, już ubrany, tocząc przed sobą jakiś wózek. Wózek przykryty był ręcznikiem.
Kółka wózka piszczały przeraźliwie, a ja nie mogłam zrobić nic tylko obserwować. Pisk ustał i Pan
Przeciętniak szerokim gestem zdjął z wózka ręcznik. Na wózku zobaczyłam różne narzędzia. Cześć
z nich poznałam. Skalpele, piły do kości. Na samą myśl do czego on może ich użyć umierałam ze
strachu. Moje serce podeszło mi do gardła.
- Co ty chcesz zrobić? - zapytałam zduszonym z obawy.
On, nic nie odpowiadając tylko gwiżdżąc wesoło, ubrał fartuch z czarnej, lśniącej gumy. Na ręce
założył rękawice tej samego samego koloru.
Podszedł do mnie, chwycił moje włosy i patrząc mi w oczy, wesołym tonem powiedział:
- Dziewczyno, przecież widziałaś mnie, więc muszę cię zabić to chyba logiczne.
Czas stanął w miejscu, w nosie czułam zapach gumy z rękawicy i w pierwszej chwili nie dotarło do
mnie to co on powiedział. Kiedy w końcu zrozumiałam, że zaraz mogę umrzeć zaczęłam krzyczeć i
miotać się starając się wyrwać z więzów. Jak poprzednia i ta próba była nieudana.
- Oszczędzaj siły na później – powiedział mój dręczyciel. - Będziesz je potrzebować żeby krzyczeć
równie mocno jak w piwnicy.
Coś we mnie pękło i z oczu polał się strumień łez. Poniżona poczułam jak zwieracz nie wytrzymał i
załatwiłam się do łóżka. Mój oprawca to zauważył i wściekły krzyknął:
- No i co zrobiłaś głupia szmato, teraz będę musiał go wyprać żeby mi tu nie śmierdziało
szczynami. Wszystkie, kurwa jesteście takie same.
Podszedł i z całej siły uderzył mnie w brzuch. Przez chwilę widziałam tylko ciemność, potem
poczułam sznury wbijające się w moje nadgarstki. Moje ciało chciało się z bólu zwinąć, ale więzy
skutecznie trzymały.
- Zresztą i tak to będę musiał zrobić jak z tobą skończę. - Dodał już spokojnym głosem, obrócony
do wózka. Coś na nim przygotowywał. Po chwili obrócił się ze strzykawką.
- Co to jest? - zapytałam spanikowana. - Co ty mi chcesz wstrzyknąć?
- Nie bój się – odparł uspokajająco – to tylko środek znieczulający. Nie chcę żebyś zemdlała. Chcę
żebyś była przytomna i obserwowała to co będę robił.
- Ty pieprzony świrze – zaczęłam wrzeszczeć – spierdalaj z tą strzykawką.
- Krzycz, krzycz – powiedział ubawiony. - To umiecie najlepiej.
Uśmiechnięty podszedł do mnie i ostatni raz sprawdził czy w strzykawce nie ma powietrza. Drobna
fontanna płynu upewniła go że nie. Szarpałam się, ale chwycił mnie za ramię, wbił igłę i wcisnął
tłoczek strzykawki. Zabolało jak diabli.
Nagle poczułam jak moje ciało ogarnia pewnego rodzaju odrętwienie. Poczułam także, że mój
język jest sztywny jak kołek i nic nie umiem powiedzieć. Z moich ust wydobywały się tylko jakieś
jęki nic więcej.
Mężczyzna bez słowa wziął z wózka skalpel, przyłożył do przedramienia i zrobił nacięcie. Ze
zgrozą zauważyłam, że cięcie nie wywołało bólu. Zadowolony cmoknął. Odłożył skalpel i
niezdecydowany co wybrać stał nad wózkiem. Wiedział, że ma tyle czasu, ile potrzebuje. .
W końcu zdecydował się na kleszcze do cięcia blach. Nie były duże, ale wyposażone w mechanizm
zwiększający siłę cięcia. Podszedł do mnie, popatrzył na mnie i wziął moją lewą dłoń w swoją.
- Wiesz, masz śliczne dłonie – powiedział, delikatnie bawiąc się moimi palcami. - Aż szkoda
będzie je okaleczać.
Po czym szybkim ruchem obciął nożycami najmniejszy palec. Usłyszałam chrzęst ścięgien,
ustępujących pod nożycami. Nie poczułam bólu, tylko uczucie tępego rwania w miejscu po moimpalcu. Zszokowana patrzyłam jak odkłada mój palec do słoika, a nożyce na wózek. Z kolei wziął
skalpel. Wolną ręką chwycił moją pierś. Jęknęłam, a z moich oczu popłynęły łzy. „Ten skurwiel
chce mi uciąć pierś” - pomyślałam zrozpaczona. On delikatnie bawił się nią. Uśmiechnął się i
skalpelem, powoli wyciął na piersi krzyż. Po chwili zrobił to samo na drugiej.
Jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć jak maltretuje moje ciało. Nie mogłam nic zrobić. Patrzyłam
jak zrywa mi paznokcie z palców stóp. Jak wokół pępka robi krwawe słoneczko lancetem i cieszy
się z tego, że równo wyszło. Zrobił sobie nawet pamiątkowe zdjęcie.
- Popatrz jak wyszło – powiedział, pokazując mi fotografię w aparacie.
Prosiłam już tylko o jedno, żeby mnie zabił, żeby to wszystko się skończyło.
Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. To był najpiękniejszy dźwięk, jaki w życiu słyszałam. Pan
Przeciętniak wyraźnie się zdenerwował. Szybko podszedł do mnie i wcisnął mi w usta brudną
szmatę i wyszedł. Zanim zamknął drzwi usłyszałam:
- Proszę otworzyć gazownia.
Drzwi się zamknęły i po chwili usłyszałam hałasy. I okrzyki:
- Policja, kładź się na ziemię, ręce, nogi szeroko!
Z moich oczu pociekły łzy, ale tym razem ze szczęścia. Drzwi się otwarły i do pokoju wbiegła, z
pistoletem w dłoni, niska brunetka. Szybko się rozejrzała i podeszła do mnie. Schowała broń i
delikatnie wyjęła knebel z ust.
- Już spokojnie, nic ci nie grozi – mówiła uspokajająco, gładząc mnie po głowie – już nic ci nie
zrobi.
Wstała i przykryła mnie kocem, który leżał za mną. Do pokoju wszedł mężczyzna i zapytał się:
-No jak tam Nina?
- Ok. Na szczęście żyje więc bydlak jest uwalony. - odpowiedziała policjantka. - A tak w ogóle to
jak on się ma?
Policjant podszedł do mnie i widząc moją twarz skrzywił się i powiedział:
- Z tego co widzę to aż szkoda, że przypadkowo nie potknął się na schodach. Poczekaj, zaraz
powiem chłopakom żeby jednak miał jakiś drobny wypadek.
- Marek, nie – powiedział stanowczo policjantka – ma być cały, nietknięty. Jego adwokat by nas
zjadł z butami jakby temu gnojowi coś się stało.
- Spokojnie Nina – odparł policjant – wiem i nie martw się nic mu się nie stanie.
- Ale opór przy aresztowaniu mógł stawić – dodał po chwili wzdychając.
- Hej złotko – policjantka uśmiechnęła się do mnie. – Zaraz będzie lekarz.
Do przyjścia lekarza, policjantka siedziała przy mnie. Kiedy weszli lekarz i sanitariusz policjantka
zebrała się do wyjścia, ale za nim wyszła powiedziała mi:
- Już jesteś w dobrych rękach, nie bój się. A my jeszcze się zobaczymy.
Delikatnie dotknęła mojej dłoni i wyszła.
Lekarz z sanitariuszem delikatnie przenieśli mnie na nosze i przetransportowali do karetki. Na
sygnale zajechaliśmy do szpitala, gdzie zostałam troskliwie umyta przez pielęgniarki. Lekarz
dokonał szybkich oględzin, i szybko znalazłam się na sali operacyjnej. Maska ze znieczuleniem,
tyle pamiętam. Potem już był następny dzień.
*****
Obudziłam się z krzykiem, a moje serce trzepotało się w piersiach jak ptak w klatce. Na salę,
zaalarmowana wbiegła pulchna pielęgniarka i po chwili, trzymając mnie za rękę, powtarzała:
- Już dobrze, nie bój się, nic ci tu nie zrobimy, jesteś w szpitalu.
Ta swoista mantra powoli mnie uspokoiła i zaczęłam się rozglądać dookoła. Leżałam w szpitalnym
łóżku, w sali pomalowanej na ciepły zielony kolor.
- Teraz wyjdę, ale zaraz wrócę z lekarzem, dobrze? - zapytała pielęgniarka.
Byłam jeszcze słaba, więc tylko kiwnęłam głową na zgodę. Siostra uśmiechnęła się i wyszła.
Zgodnie z obietnicą, niedługo wróciła z lekarzem. Był to wysoki, siwowłosy mężczyzna. Podszedł
do mnie, uśmiechnął się i zapytał:
- Witaj, jestem doktor Tadeusz Werdyński. Jak się czujesz Weroniko, bo tak masz na imię? - Do bani, doktorze, i tak mam na imię – powiedziałam szeptem.
Lekarz i siostra zaśmiali się.
- Widzę, że humor powoli pacjentce wraca – powiedział do pielęgniarki.
- Panie doktorze, co mi dokładnie jest? - zapytałam po każdym słowie biorąc przerwę.
Lekarz przestał się uśmiechać i tylko powiedział:
- Będziesz żyć , a o szczegółach pomówimy jak trochę wydobrzejesz, dobrze?
Nie powiedziałam nic tylko kiwnęłam głową. Żeby mnie uspokoić dodał:
- Jesteś w izolatce, przed którą non stop stoi policjant, a twoja kartoteka jest na inne nazwisko. Aha
no i ktoś chciałby z tobą mówić.
Podszedł do drzwi i powiedział:
- Proszę wejść, pacjentka jest przytomna, ale tylko chwilę bo jest jeszcze bardzo słaba.
Odsunął się od drzwi i wpuścił moich rodziców.
- Cześć Aniołku – powiedziała moja mama, a obydwoje nie kryli łez.
- Hej – odpowiedziałam i sama zaczęłam płakać.
- Co ci to zwierze zrobiło? - zapytał ojciec, a jego ręce zacisnęły się w pięści tak mocno że aż
kostki pobielały.
- Tatusiu żyję to najważniejsze. - powiedziałam głaszcząc go po ręce.
Rodzice jeszcze chwilę posiedzieli, ale przyszedł lekarz i delikatnym chrząknięciem dał do
zrozumienia, że pora już iść. Pożegnaliśmy się a rodzice obiecali, że jutro też będą i przyniosą mi
coś do jedzenia bo ubranie już mi przynieśli.
- Panie doktorze co nasza córeczka może jeść – zapytała zatroskana mama.
- Może jej pani przynieść jakieś jogurty, serki bo na razie ją badamy i za bardzo nie wiemy co z
państwa córką. Wczoraj była operowana. Co dało radę to poszyliśmy. A teraz czekamy na
konsultację innych specjalistów. Chirurga plastyka i tak dalej. Lecz jak tylko coś będziemy
wiedzieć to damy znać. Ogólnie nie ma zagrożenia życia.
- Dziękujemy panie doktorze – powiedział ojciec – będziemy wdzięczni za każdą informację.
I po chwili wahania dodał:
- Niech pan się o nią zatroszczy, to nasze oczko w głowie.
Aż się zdziwiłam, ojciec i takie słowa. On taki zasadniczy i raczej nie wyrażający uczuć.
- Oczywiście, to będzie nasza specjalna pacjentka. - powiedział i patrząc na mnie dodał - pacjentka
specjalnej troski.
W końcu wszyscy wyszli i zostałam sama. W głowie, niczym w odtwarzaczu wciąż i wciąż
przewijały mi się sceny z niedawnych przeżyć. Rozmyślałam jakim trzeba być człowiekiem żeby
umieć zrobić coś takiego innemu człowiekowi. Czy w ogóle jest się jeszcze człowiekiem?
Moje rozmyślania przerwało delikatne pukanie do drzwi. Do pokoju weszła kobieta na oko
trzydziestoletnia ubrana w długą spódnicę, sweterek koloru wiśni. Jej głowę zdobiła fryzura zwana
niesymetrycznym cięciem.
- Dzień dobry. Nazywam się Dorota Gryka i jestem szpitalnym psychologiem. Przysłał mnie tu
doktor Werdyński żebym z tobą porozmawiała. Dzisiaj tylko chwilę ale z czasem chciałabym nasze
spotkania przedłużać. O ile oczywiście się zgodzisz.
- Dobrze – powiedziałam – pomówmy. Tylko o czym? O tym jak ten gnój mnie bił, kaleczył? Albo
o tym jak mnie gwałcił?
Ona siedziała i słuchała. A ja otwarłam się i opowiedziałam jej co się ze mną działo. A im dłużej
opowiadałam tym bardziej blada stawała się jej twarz. Kiedy szlochałam bezsilna psycholog wstała
i bez słowa otarła moje łzy. Zadała mi jeszcze parę pytań, coś zapisała w swoim notatniku,
pożegnała się i wyszła. Po jej wyjściu poczułam ulgę, że w końcu wyrzuciłam z siebie ten cały
brud, żal i wściekłość.
W szpitalu czas upływał mi pomiędzy kolejnymi zabiegami, wizytami rodziców, Doroty, kolejnymi
konsultacjami. W końcu mogli do mnie zacząć przychodzić moi znajomi. Zaprzyjaźniłam się z
paroma pielęgniarkami i doktorem Werdyńskim, który zaczął mnie traktować jak swoją córkę. W
międzyczasie odbył się proces mojego oprawcy. Brałam w nim udział i głównie dzięki moim
zeznaniom zapadł wyrok dożywotniego więzienia. Cieszyłam się z tego, przynajmniej tyle mogłamzrobić. Potem starałam się o wszystkim zapomnieć. W końcu blizny na plecach i piersiach, oraz
brak małego palca przypominał mi to co przeszłam. Miałam nadzieje, że przeszłość mnie nie
dogoni i żyłam tą nadzieją każdego dnia. Jakże człowiek może być naiwny.

*****
Telefon obudził mnie o 2.05 w nocy. Zaspana odebrałam:
- Halo
- Cześć, pamiętasz mnie?
Głos w słuchawce zmroził mnie. W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, myślałam, że śnię.
Albo, że to jakiś chamski żart. Głos w słuchawce był głosem, mojego oprawcy. Momentalnie
oprzytomniałam.
- Słuchaj, kimkolwiek jesteś, jeśli to jakiś szczeniacki żart to pomyliłeś osobę – powiedziałam,
czepiając się resztek nadziei, że to żart – więc odłóż słuchawkę i dobranoc, dobrze?
Zapadła cisza, w słuchawce słyszałam tylko oddech.
- Nie dziwko, to nie żart – głos pozbawił mnie resztek nadziei, koszmar wrócił.
- Żebyś uwierzyła, że to naprawdę ja to może na przypomnienie parę faktów. - Kontynuował –
pamiętasz nasze zabawy w piwnicy? A potem pokój z łóżkiem? No i oczywiście twój słodziutki
paluszek. Jak tam, rana się już pewnie dawno zagoiła co?
Wspomnienia uderzyły we mnie niczym sztormowa fala w statek na morzu. Czułam jak ręce mi się
pocą, a całe ciało drży. Słuchawka wypadła mi z ręki na łóżko i jakby z oddali doszedł mnie cichy
śmiech. Drżącą ręką wzięłam słuchawkę z powrotem do ręki i przyłożyłam do ucha.
- Czego chcesz? - zapytałam – mało złego mi zrobiłeś?
- Tak suko, mało – głos w słuchawce był wściekły – przez ciebie wylądowałem w więzieniu. Więc
jak myślisz czego mogę chcieć?
Serce podeszło mi do gardła, a żołądek wykonywał jakieś ekwilibrystyczne ewolucje. Mógł chcieć
tylko jednego, mojej śmierci.
- Niedługo przyjdę po ciebie. To do zobaczenia wkrótce pieprzona szmato.
Krzyczałam do słuchawki, ale odpowiedzią był jedynie sygnał przerwanego połączenia.
Odłożyłam słuchawkę i po raz pierwszy do dłuższego czasu się rozpłakałam.
Na ręce poczułam mokre dotknięcie, a ciche skomlenie dało znać, że Cezar, mój owczarek jest przy
mnie i pilnuje domu. Pogłaskałam jego dużą głowę i ze łzami w oczach powiedziałam do niego
- Mamy problemy Cezarku. Zły pan chce mi zrobić krzywdę.
Pies polizał mnie po ręce i cicho szczeknął jakby chciał powiedzieć, że facet jeszcze nie widział go
w akcji i że ma przerąbane jak spróbuje mnie dotknąć. Uśmiechnęłam się do niego, a pies nadstawił
głowę do głaskania, które na chwilę przerwałam.
Głaskałam psa i płakałam kiedy telefon znowu zadzwonił. W pierwszej chwili przestraszona aż
podskoczyłam na łóżku. Wpatrywałam się w telefon, do momentu kiedy skończył dzwonić.
Skończył by za chwilę znowu zacząć. Zebrałam się na odwagę, podniosłam słuchawkę i
wykrzyczałam do niej:
- Ty pieprzony świrze, tylko spróbuj mnie dostać to tego pożałujesz.
- No, no widzę, że nasz przyjemniaczek już do ciebie dzwonił. Czyli już wiesz.
To dzwoniła Nina Repecki, policjantka, która prowadziła moją sprawę.
- Och Nina, przepraszam cię, nie wiedziałam kto dzwoni, myślałam, że to on – powiedziałam
zapłakana.
- Spokojnie dziewczyno – odparła uspokajająco – też bym była w strachu i nie wiem jakbym
zareagowała.
- Dzięki, ale co się w ogóle stało? - zapytałam – jakim cudem zna mój numer telefonu? Jak mu się
udało uciec?
Biedna Nina, chciałam tyle wiedzieć naraz. Przeczekała nawałnicę pytań i kiedy się uspokoiłam
trochę zaczęła opowiadać co się stało.
- Miał zostać przetransportowany do innego więzienia. W trakcie jazdy zabił konwojenta i
poważnie ranił drugiego. Nie wiedzieliśmy co się dzieje, bo straciliśmy kontakt z transportem. Codo twojego numeru to nie wiemy skąd go wziął, ale poszlaki wskazują, że dał mu go jego adwokat.
Dzień przed ucieczką był u niego. Wiedział także o planowanym przeniesieniu więźnia. Czyli sama
rozumiesz...
Westchnęłam, doskonale rozumiałam. „To bydle” - pomyślałam. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz
w tym jego eleganckim garniturku, czystej koszuli, krawacie, wyczyszczonych do połysku butach i
z nienaganną fryzurą to miałam o nim dobre mniemanie. Na sali sądu jednak szybko zmieniłam
zdanie o nim. Podczas przesłuchania chciał udowodnić mi, że to ja sprowokowałam jego klienta do
takich a nie innych zachowań. Po ogłoszeniu wyroku sędzia stwierdził, że pewne zachowania są
niegodne człowieka. Mówiąc te słowa patrzył na adwokata i jego klienta. O tak pamiętałam tą gnidę
doskonale.
- Halo jesteś tam? - głos policjantki przywrócił mnie do rzeczywistości.
- Tak , tak jestem, zamyśliłam się tylko trochę.
- Słuchaj zrobimy tak. Zaraz podeślę do ciebie patrol, który zawiezie cię w bezpieczne miejsce. Ty
zacznij się pakować. Weź trochę niezbędnych rzeczy.....
- Nie – przerwałam Ninie.
- Jak to nie? - zdziwiła się.
- Nie – powtórzyłam – dość mam uciekania. Zostaję u siebie.
- Wera co ty pieprzysz? Chcesz żeby ten świr cię zabił? - niemal krzyczała do telefonu policjantka.
- Zrozum, muszę mu stawić czoła – tłumaczyłam cierpliwie. - Inaczej to dla mnie nigdy się nie
skończy. Teraz mam okazję to w końcu skończyć raz na zawsze. Co noc budzę się i nie umiem
zasnąć bo ciągle mi się to wszystko śni. Nie walczyłam z nim a teraz mam okazję i nie chcę jej
stracić, rozumiesz?
Cisza w telefonie i po chwili westchnięcie na znak kapitulacji.
- Dobrze, jak chcesz, ale pod domem będzie stały cały czas nasz wóz. I nie próbuj z tym walczyć
bo to i tak nic nie da. Jak policjantka mam obowiązek chronić twój tyłeczek czy ci się to podoba
czy nie.
- Dobra, na władzę nie poradzę – niechętnie się zgodziłam.
Śmiech w słuchawce i słowa:
- To dobrze, nie radzę podskakiwać władzy. Jutro do ciebie podjadę. Teraz mamy tu niezły młynek
z powodu tej gnidy. No i musimy zająć się tym adwokatem od siedmiu boleści. Jak coś będę
wiedziała wcześniej to zadzwonię. To do jutra.
Pożegnałyśmy się ,odłożyłam słuchawkę i położyłam się. Wiedziałam, że do rana już nie zasnę, tym
bardziej, że gdzieś czai się mój śmiertelny wróg. Wstałam i podeszłam do okna. Rozejrzałam się i
mimo woli uśmiechnęłam. Pod kamienicą, w której mieszkam, stało auto. Po chwili uchyliła się
szyba i ręka pomachała w moją stronę. To był na pewno Marek, partner Niny. „Tak, jasne przyślę
pod twój dom patrol” - pomyślałam - „ciekawe od kiedy tu stoją?”. Położyłam się ponownie do
łóżka i zaczęłam rozmyślać.
Od całej sprawy minęło kilka lat. Ja zdążyłam skończyć studia, oczywiście psychologię i teraz
pracuję w tym samym szpitalu, którym hospitalizowano po moim „wypadku”.
Dorota, psycholog, która pomagała mi uporać się z tym wszystkim została moją przyjaciółką.
Doktor Werdyński, dalej traktował mnie jak córkę i był ze mnie dumny kiedy zakomunikowałam
mu iż idę na studia i jaki kierunek wybrałam.
Nie zasnęłam już, ale rano wiedziałam już co mam zrobić. Tym razem nie poddam się, będę
walczyć. Nie pozwolę żeby spotkało mnie drugi raz to samo. Po porannych przygotowaniach do
pracy i wyprowadzeniu psa wyszłam z mieszkania, które najpierw dokładnie zamknęłam. Schodząc
po schodach minęłam listonosza. Przywitaliśmy się, a ja wyszłam z bramy kamienicy i udałam się
w kierunku pracy.
*****
To ona! Schodzi, a miał tylko ją obserwować. Dobrze, że napatoczył mu się ten listonosz. Zabił go i
ubrał jego mundur. Na szczęście dla niego listonosz był podobnej postury. Ruszył pewnym krokiem
po schodach, jej naprzeciw. Kiedy minęli się wymienili zwyczajowe:”dzień dobry”. Kiedy wszedłna drugie piętro zatrzymał się i popatrzył przez okno. Nie mógł powstrzymać uśmiechu na twarzy.
Ona go nie poznała a nadto dowiedział się właśnie, że ma ochronę policji. Chwilę po tym jak
wyszła z bramy z auta stojącego po drugiej stronie ulicy wysiadł mężczyzna i obserwując ją ruszył
za nią. „Nie pomoże ci cały oddział policji, ani ta policjantka i jej kolega, którzy mnie zgarnęli, nie
tym razem, pieprzona dziwko. Tym razem będę ostrożniejszy” - przyrzekł sobie w myślach. Miał
dużo czasu. Bardzo, więc pogwizdując cicho rozejrzał się po kamienicy. Gdzie można się schować,
jak i którędy uciec. Jego plan był prosty. Dopaść ją tam gdzie się go najmniej spodziewa, w jej
mieszkaniu. Tu czuła się na pewno bezpieczna, i jeszcze ta policja pod domem. To ją uspokajało.
Sam pomysł był ryzykowny, ale co tam. „Nie ma ryzyka, nie ma zabawy” - pomyślał i uśmiechnął
się krzywo. Zapukał do drzwi jej mieszkania, żeby sprawdzić czy nie ma przypadkiem psa. Zza
drzwi dobiegło go basowe szczekanie. „Oo piesek” - pomyślał, a na jego liście
znalazł się kolejny problem do rozwiązania. Zadowolony z rozpoznania ruszył do wyjścia, bo
policjantowi mogło się nie spodobać to, że listonosz tak długo jest w kamienicy. „ Do zobaczenia
niedługo” - pomyślał dotykając drzwi jej mieszkania.
Wyszedł z kamienicy, minął auto z policjantem i uśmiechając się do swoich myśli poszedł do
najbliższego baru zjeść śniadanie.
*****
Dyżur minął mi spokojnie. Miałam parę stałych pacjentów, odwiedziłam naszą nową pacjentkę po
próbie samobójczej. Głównie ja mówiłam, ale pod koniec odezwała się i powiedziała parę słów.
Przypadek Ali, bo tak miała na imię ta dziewczyna, skonsultowałam jeszcze z Dorotą.
- Weronika co się dzieje? - zapytała nagle, zmieniając temat.
- Nic, a co ma się dziać? - powiedziałam nie chcąc jej wciągać w moje kłopoty.
- Widzę, że coś jest nie tak, ale jakbyś chciała pogadać to wiesz gdzie mnie szukać.
- Jasne, dzięki Dorotko
Uśmiechnęła się, przytuliłyśmy się na pożegnanie i poszłam do mojego gabinetu zabrać kurtkę i
torebkę. Wyszłam ze szpitala i przeszłam kawałek kiedy na ramieniu poczułam czyjąś rękę.
Przestraszona szybko się obróciłam i już temu komuś chciałam przyłożyć torebką i wtedy
zauważyłam, że to Marek, partner Niny.
- Marek? Co ty tu robisz? - zapytałam zdziwiona.
- Nina – powiedziałam, zanim zdążył odpowiedzieć, kiwnął tylko potakująco głową.
- Nie gniewaj się na nią – powiedział, starając się mnie uspokoić. - Ona boi się o ciebie.
Stałam chwilę patrząc na niego i westchnęłam.
- No dobra odprowadź mnie do domu – zrezygnowana ruszyłam w kierunku mieszkania.
- Lecz nie myśl, że będziesz u mnie siedział całą noc – dodałam.
Marek uśmiechnął się i nic na ten warunek nie powiedział.
Szliśmy w milczeniu aż pod bramę kamienicy w której mieszkam. Tam Marek pożegnał mnie,
życzył miłego wieczoru i spokojnej nocy. „Jasne, spokojnej nocy” - pomyślałam, pamiętając o tym,
że świr, który chciał mnie zabić krąży gdzieś po mieście.
Powoli weszłam po schodach, otwarłam drzwi mojego mieszkania, kluczem pamiętającym chyba
początki ubiegłego wieku. Zaraz po wejściu do mieszkania, zamknęłam je na specjalną zasuwę.
Była ona kompromisem, na który zgodziłam się po kłótni z Niną. Nina chciała żebym wymieniła
sobie całe drzwi na antywłamaniowe, ale ja stwierdziłam, że przecież złapali mojego prześladowcę
więc w sumie po co? W końcu zgodziłam się na zasuwę. Zrobiłam to dla świętego spokoju, ale tego
wieczoru żałowałam, że nie zgodziłam się na zamontowanie innych drzwi. Cezar podszedł do mnie
i dotykając nosem mojej ręki przywitał się. Pogłaskałam go po głowie i poszłam do kuchni
przygotować nam kolację co pies przyjął z widocznym zadowoleniem. Stał przy mnie cały czas,
kiedy kroiłam jego karmę, obserwując każdy mój ruch i pilnując żeby żaden kawałek nie spadł na
ziemię. W końcu napełniłam jego miskę i poszłam z nią do pokoju gdzie miał swój kąt do jedzenia.
Oczywiście w połowie mojej drogi on już był na miejscu i zniecierpliwiony machał ogonem żebym
się pośpieszyła. Jego zachowania zawsze powodowały, że się odprężałam. Tak było i teraz. Szybko
zapomniałam o swoich problemach. - Zobaczysz łakomczuchu kiedyś z tego łakomstwa będziesz miał problemy.
Wróciłam do kuchni i do kuchenki mikrofalowej wstawiłam spaghetti, którego nie zjadłam
wczoraj. W międzyczasie nalałam do kieliszka czerwonego wina i słuchając muzyki kąpałam się.
Powoli opadało ze mnie napięcie całego dnia. Usłyszałam, że kuchenka się wyłączyła więc
wyszłam z kąpieli i w szlafroku zjadłam kolację. Potem ubrana w nocną koszulkę, położyłam się do
łóżka i zaczęłam przeglądać kanały czy leci coś co mnie zainteresuje. Niestety nie leciało nic więc
poczytałam książkę i położyłam się spać.
*****
Obserwował ją i powoli układał swój plan. Zawsze rano o 6.30 wyprowadzała swojego psa,
dorodnego owczarka, który mógł mu zrobić paskudne kuku gdyby zagroził jego pani. Lecz on miał
już plan jak się pozbyć psa. Zauważył także, że patrol pod kamienicą zmienia się co 6 godzin. A w
nocy z pilnowaniem to różnie bywa. Już dwa razy złapał ich jak śpią. Gdy to zobaczył to wiedział
że jego plan musi wypalić.
Tego ranka wstąpił do sklepu i kupił pół kilo świeżego, mielonego mięsa. W innym sklepie kupił
trutkę na szczury. W swojej kryjówce wymieszał mięso z trutką. Teraz tylko musiał je podać psu tej
zdziry. Spojrzał na prowizoryczny grafik policjantów pilnujących jej. Zobaczył, że jutro w nocy
mają zmianę śpiochy, jakich nazywał. „No i dobrze, to jutro to zrobimy” - pomyślał mieszając
mięso.
Na drugi dzień wstał z samego rana. Poszedł do parku gdzie zazwyczaj wyprowadzała swojego
psa i czekał. W końcu zobaczył jak idą w jego kierunku. Nie martwił si, że ona go pozna. Był
ubrany w byle jakie łachmany a twarz dal nie poznaki pobrudził trochę ziemią. Teraz wystarczyło
czekać.
- I to twój błąd dziwko, który cię będzie kosztował życie – powiedział kiedy odpięła psa, żeby ten
mógł pobiegać luzem.
Pies biegał sobie i powoli zbliżał się do niego. Ona usiadła sobie na ławce i jak miała w zwyczaju,
wyciągnęła książkę i zaczęła czytać. Po chwili lektura ją tak pochłonęła, że zapomniała o świecie
dookoła. Wykorzystał to i cicho zawołał:
- Cezar no chodź, mam coś dobrego.
Pies nieufnie podszedł do niego i cicho warczał. Nie zwlekając wyjął torebkę z mięsem. Otwarł ją i
pokazał psu. Pies powąchał i podszedł jeszcze bliżej. Wziął trochę mięsa z jego ręki i łapczywie
połknął. Po chwili po mięsie zostało tylko wspomnienie a mężczyzna uśmiechnął się zadowolony.
Chciał pogłaskać psa po głowie ale usłyszał jak woła go jego pani, więc zniknął w krzakach niczym
duch. Zza drzewa obserwował ją jak podchodzi do psa, patrzącego w jego stronę i mówi:
- No co tam Cezar widzisz? Jakieś wiewiórki pewnie? - zapytała i po chwili dodała – no kolego
dość tego dobrego idziemy do domu, pani musi iść do pracy.
- No i dobrze – powiedział szeptem do siebie – do zobaczenia wieczorem.
*****
Minął tydzień od telefonu. Tłumaczyłam Ninie i Markowi, że mogą już zdjąć patrol spod mojego
domu, ale oni nie chcieli o tym słyszeć dopóki on jest na wolności. Powoli zaczynałam się do tego
przyzwyczajać i nawet żartowałam sobie, że muszę być kimś naprawdę ważnym skoro mam taką
obstawę. Rano jak zwykle zaliczyłam spacer z pieskiem. Potem do pracy, a w niej te same
codzienne problemy. Nowi pacjenci, konsultacje i tak dalej, więc kiedy wróciłam do domu byłam
kompletnie wykończona. Po wejściu do mieszkania nie spodobało mi się, że nie pokazał się zaraz
Cezar. Zazwyczaj jak przychodziłam to zaraz się pokazywał i domagał się pieszczot i jedzenia.
Niekoniecznie w tej kolejności. Dzisiaj nie podbiegł po swoje. To mnie zdziwiło i zaniepokoiło.
- Cezar – zawołałam rozbierając się, ale bez skutku.
Zaniepokojona zaczęłam przeszukiwać mieszkanie. Cezara znalazłam leżącego na podłodze w
pokoju. Jego oddech był ciężki a on sam się trząsł.
- Cezarku co ci jest? - zapytałam głaszcząc go po głowie.Położyłam delikatnie jego głowę na kocu, którym go owinęłam i zadzwoniłam do weterynarza,
który się opiekował moim psem. Na szczęście był pod telefonem i mógł się u mnie szybko zjawić.
Kilkanaście minut po moim telefonie pukał do moich drzwi. Szybko otwarłam mu drzwi i
zaprowadziłam do mojego pupila.
Weterynarz pogłaskał psa po brzuchu delikatnie sprawdzając go. Potem osłuchał stetoskopem.
Podniósł się z klęczek i po minie poznałam że nie ma raczej nic dobrego do powiedzenia.
- No cóż, to mi wygląda na zatrucie jakąś trucizną – powiedział, przecierając okulary.
- Ale jak on się mógł zatruć? - zapytałam zszokowana – przecież on był tresowany żeby nic nie
brać od obcych.
- Wie pani – stwierdził lekarz – to jest pies i jego natury pani nie zmieni. Można co najwyżej
próbować ale nie do końca. Widocznie gdzieś upolował zatrutego szczura, albo ktoś mu coś podał.
To ostatnie stwierdzenie włączyło w mojej głowie alarm. Dzwonki rozdzwoniły się na całego.
- Ale kiedy? - zapytałam sama siebie.
- Czy ma pani jakieś przypuszczenia kiedy lub gdzie pies mógł się zatruć? - zapytał lekarz.
- Niestety nie wiem – odparłam i zaraz zapytałam – Może w parku, bo tam biega zazwyczaj wolno.
I co z nim będzie?
- Nie wiemy praktycznie nic – w zamyśleniu lekarz drapał się po brodzie. - Niewiele możemy
zrobić. Podam mu leki uśmierzające ból i po prostu zostaje nam czekać.
Mało się nie rozpłakałam. Cezar był moim przyjacielem, za nic nie chciałam go stracić. Lekarz
wyjął z torby jakąś fiolkę i strzykawkę. Po chwili zrobił Cezarowi zastrzyk. Pies pisnął cicho a ja
pogłaskałam go.
- Ja teraz pojadę do przychodni ,ale jakby się coś działo to proszę dzwonić. - powiedział i
uśmiechnął się. - I proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze. Nie ma oznak krwawienia i jego
serce bije mocno więc są szanse że wyjdzie z tego.
- Oby miał pan rację – powiedziałam, odprowadzając go do drzwi. - jeszcze raz dziękuję i mam
nadzieję, że nie będę musiała dzwonić.
-Jutro do pani podjadę z samego rana i sprawdzę co z naszym pacjentem
- Dobrze, będę czekała. Do widzenia
- Do widzenia.
Zamknęłam za nim drzwi i poszłam do Cezara. Leżał tam gdzie go zostawiłam i oddychał szybko.
Popatrzył na mnie swoimi dużymi oczyma i zaraz położył swój łeb z powrotem na koc.
Podeszłam do niego i pogłaskałam. Chciał mnie polizać, ale był za słaby żeby to zrobić.
- Oj Cezarku a mówiłam ci że to łakomstwo cię zgubi. Żebyś tylko z tego wyszedł.
Siedziałam koło niego i głaskałam go a on popiskiwał cichutko i drżał. W końcu westchnęłam i
poszłam się kąpać. Wiedziałam że i tak nie zasnę ale kąpiel mogła ze mnie zmyć przynajmniej
część stresów. Siedząc w wannie myślałam o moim psie. Stwierdzenie weterynarza, że ktoś mógł
otruć Cezara od razu włączyło alarm i od razu pomyślałam o tym potworze. Tylko kiedy i jak? To
pytanie nie dawało mi spokoju. Oznaczało także, że on jest gdzieś niedaleko. Wyszłam z wanny,
ubrałam się w piżamę i w kuchni wmusiłam w siebie małą kanapkę, którą popiłam resztką kawy.
Potem poszłam oczywiście do Cezara. Na szczęście jego stan się nie zmienił. Usiadłam koło niego
i robiłam jedyne co mogłam czyli głaskałam. Tak zasnęłam nawet nie wiedząc kiedy. Obudził mnie
głos, mówiący:
- Co za słodki widok. I co piesek chory, oj jaka szkoda.
To był on. Stał w pokoju i uśmiechał się, patrząc na mnie. Przypomniałam sobie, że nie zamknęłam
drzwi na zasuwę. Nie czekając na mój ruch ruszył w moim kierunku.
*****
Nie posiadał się z radości. To wszystko było tak banalnie proste. Widział jak wraca z pracy a
kwadrans później pod dom podjechało auto i wyszedł z niego mężczyzna z torbą lekarską.
- No to już wiesz, że piesek umiera co? - zażartował.
Wizyta trwała około 10 minut. Mężczyzna wyszedł z kamienicy, wsiadł do auta i odjechał. „No to
teraz wystarczy czekać aż zaśniesz a potem cię odwiedzę” - pomyślał i wyjął z plecaka bułkę zszynką oraz termos. Posilając się obserwował teren. Widział jak co dzień jej sąsiadów wracających
z pracy. Potem zobaczył zmianę patrolu który miał za zadanie ją pilnować. „ Zobaczymy chłopaki
jak wam dziś w nocy pójdzie” - zaśmiał się w myślach.
Z upływem czasu ulica się wyludniała. Teraz mógł skupić się na obserwowaniu policjantów w
aucie. Widział jak się posilają, piją kawę i palą papierosy. W końcu zobaczył jak obydwaj śpią.
Tylko na to czekał. Wyszedł ze swojej kryjówki i po cichu przemknął do bramy interesującej go
kamienicy. Czuł ten jakże miły dreszcz emocji towarzyszący takim akcjom. Schody w kamienicy
były stare i skrzypiały dlatego szedł bardzo blisko ściany żeby narobić jak najmniej hałasu. W
końcu dotarł do drzwi jej mieszkania. Podszedł do nich i delikatnie spróbował je otworzyć. Drzwi
były zamknięte, ale był na to przygotowany. Z kieszeni kurtki wyjął zestaw kluczy i metodycznie
próbował nimi otworzyć zamek. Po paru nieudanych próbach usłyszał szczęk zamka który w ciszy
nocy zabrzmiał bardzo głośno. Zastygł na chwilę nasłuchując czy przypadkiem ona nie podejdzie
sprawdzić co się dzieje. Nie słyszał żadnego ruchu za drzwiami więc po cichu je otwarł i wszedł do
środka. „Więc to tak mieszkasz” - pomyślał i zaciekawiony rozglądał się dookoła. Szedł dalej w
głąb mieszkania szukając jej i kiedy mijał kolejne drzwi zauważył ją, siedzącą na podłodze z głową
psa na kolanach i śpiącą. Uśmiechnął się na ten widok i głośno, żeby ją obudzić, powiedział:
- Co za słodki widok. I co piesek chory, oj jaka szkoda.
Otwarła oczy i zaraz zobaczył w nich ten sam strach jak ostatnim razem kiedy się widzieli. Nie
śpiesząc się ruszył w jej stronę. Wiedział doskonale że pies mu nie zagraża. Ona cofała się aż w
końcu nie maiła gdzie uciekać i skuliła się w kącie.
- Pamiętasz mnie? - zapytał – mamy rachunki do wyrównania.
Podszedł do niej, chwycił za włosy, te piękne długie, zadbane włosy i podniósł do góry jakby nic
nie ważyła. Jego twarz była zaledwie parę centymetrów od jej twarzy.
- No i co suko? - wysyczał prze zaciśnięte zęby. - Co mi teraz ciekawego powiesz?
- Na dole stoi policja – powiedziała i uśmiechnęła się – i co ty na to?
Zaśmiał się jej w twarz.
- Policja? - ze śmiechu prawie nie umiał mówić – smacznie śpią w swoim cudnym samochodziku.
Więc kto cię pierdolona szmato obroni? Pies? Zadbałem żeby dziś miał małą niedyspozycję. Więc
kurwiszonie jesteś mój i odpowiesz za wszystko. Za to że jesteś pełna grzechu, za to że
sprowadzasz ludzi na złą drogę i za to że siedziałem przez ciebie w więzieniu.
Ostatnie słowa wykrzyczał w złości, ale szybko się opanował bo nie chciał pobudzić jej sąsiadów.
Uderzył ją na odlew w twarz aż głowa odskoczyła do tyłu. Potem uderzył ją w brzuch i znowu w
twarz ale tym razem pięścią. Poczuł jak jej bezwładne ciało wisi tylko na włosach więc puścił ją na
podłogę i poszedł do kuchni po swoje ulubione narzędzie, nóż. Kiedy wrócił do pokoju zobaczył
jak suka czołga się po podłodze do małego stoliczka przy łóżku. Na stoliczku leżał jej telefon
komórkowy więc czym prędzej podbiegł do niej i z całej siły kopnął ją w brzuch. Zwinęła się na
podłodze i próbowała chwycić powietrze zsiniałymi wargami. Kopnął jeszcze raz tym razem
celował w żebra. Z radością usłyszał jak jęczy. Delektował się krótko tą chwilą po czym wyciągnął
ją na środek pokoju. Leżała na podłodze taka bezsilna. Piżama zawinęła jej się wokół talii ukazując
białe majtki. Czuł że erekcja mało nie rozerwie mu spodni, ale wiedział że nie ma czasu na takie
zabawy. Musi ją zabić i uciekać. Nie wiadomo czy czasem te patałachy, którzy jej pilnują nie
wpadną sprawdzić czy wszystko w porządku. Nie tracąc czasu obrócił ją na plecy. Kucnął nad nią i
uniósł nóż nad głowę żeby zadać tej małej dziwce cios, żeby nauczyć ją że za grzechy się płaci.
Wtedy do jego uszu dotarło basowe warczenie. Spojrzał w stronę z której dochodziło i zobaczył że
pies tej zdziry siedzi na tylnych łapach i patrząc na niego szczerzy imponujące kły. Poczuł się
trochę niepewnie, ale pamiętał że psu nie wolno okazywać słabości więc podniósł się i powiedział
do psa:
- I co mi zrobisz? Pogryziesz? - powiedział i dodał – przecież jesteś chory. Sam cię nakarmiłem
mięskiem pamiętasz?
Po tych słowach uśmiechnął się do psa i odwrócił do niego plecami chcąc skończyć to co zaczął.
Tym razem pies nie warknął tylko zaszczekał. To go zdenerwowało.
- Zamknij się bo mi psujesz cała zabawę. - powiedział do psa machając nożem.Chciał się obrócić kiedy kątem oka zauważył że pies wstał i ruszył w jego kierunku. Spojrzał na psa
który teraz wyglądał jak wcielone zło. Oczy mu błyszczały, sierść miał zjeżoną a z jego gardła
dobywał się niski charkot. Nie zdążył zareagować kiedy pies zaatakował jego rękę z nożem. Aż
jęknął tak bolało. Wypuścił nóż ale drugą ręką zadał mu parę ciosów i odrzucił psa, który
wylądował z drugiej strony pokoju skamląc z bólu. Wściekły na psa chciał podnieść nóż, ale nie
zdążył bo pies znowu ruszył do ataku. „Nie, to kurwa nie możliwe, po tej trutce powinien się
przekręcić” - pomyślał. Myślał także co ma teraz zrobić. Sytuacja wyraźnie wymknęła się spod
kontroli. Pies zatrzymał się na środku pokoju i czekał co on teraz zrobi. Nóż leżał niedaleko, może
zdąży go podnieść. Oceniał swoje szanse. Nie wyglądało to dobrze. Desperacko rzucił się po nóż i
wtedy pies rzucił się na niego. W ułamku sekundy zdarzyły się dwie rzeczy. On nie złapał noża a
pies uderzył w niego swoim cielskiem. Miał podwójnego pecha,nie miał się czym obronić a za sobą
miał potężne okno wychodzące na ulicę. Poczuł jak leci do tyłu i usłyszał jak pęka szyba. Krzyczał
lecąc w dół. Krzyk urwał się kiedy uderzył plecami w dach auta.
*****
Tak strasznie się bałam. Kiedy wyśmiał mnie, i powiedział , że patrol na dole śpi. Kiedy ocknęłam
się po razach, które mi zadał miałam jeszcze nadzieję, że będę w stanie zadzwonić. Niestety on
wrócił szybciej. Czułam kolejne razy i to, że nie umiałam złapać oddechu. I te warczenie, skąd ono
się wzięło? Cezar! To imię jak neon zabłysło w mojej głowie. Jak przez ścianę słyszałam swojego
oprawcę który droczył się z psem. Po chwili usłyszałam jak pies szczeka i krzyk. Widziałam
fragmenty walki a potem usłyszałam dźwięk pękającej szyby i cichnący krzyk przerwany
uderzeniem. Przez chwilę dochodziłam do siebie. Czułam coś mokrego na twarzy i kiedy
otworzyłam oczy zorientowałam się że to język Cezara. Pogłaskałam go po głowie i uśmiechnęłam
się do niego.
- Piesku uratowałeś mi życie wiesz? - stwierdziłam tuląc go do siebie. Pies znowu cały drżał i
piszczał z bólu. Do mieszkania wbiegli policjanci, którzy mieli mnie pilnować. Szybko rozejrzeli
się po mieszkaniu czy jeszcze ktoś się nie czai. Za oknem dało się słyszeć syrenę pogotowia.
Lekarz, który mnie opatrywał chciał zabrać mnie do szpitala ale ja kategorycznie odmówiłam.
Chciałam zostać ze swoim psem. Po skrupulatnych oględzinach lekarz niechętnie się zgodził żebym
została w domu, miałam tylko jutro zgłosić się do przechodni na kontrolę.
Do mieszkania jak bomba wpadła Nina a zaraz za nią Marek.
- Którzy idioci jej pilnowali? - zapytała wściekła patrząc na moje siniaki.
- Derczyński i Polkowski. - odpowiedział jej partner.
- No to kurde ja im umilę życie - stwierdziła policjantka i zapytała – jak się czujesz Wera?
- Mogło być gorzej – stwierdziłam i dodałam – tylko parę siniaków i stłuczeń. Gorzej z psem bo
ten skurwiel go otruł jakąś trutką.
Nina podeszła do psa i pogłaskała go mówiąc:
- Zdrowiej bohaterze. Musimy komuś dać nagrodę.
Puściła do mnie oczko a Cezar polizał ją po ręce.
Spojrzałam na Ninę i zapytałam:
- To już koniec?
- Tak, mam taką nadzieję – Powiedziała i po chwili zastanowienia dodała – no chyba, że
zmartwychwstanie.
- Śmieszne – uśmiechnęłam się.
- Jutro jak dasz radę to zgłoś się do nas złożyć zeznania – Powiedział Marek patrząc na mnie.
Pożegnali się ze mną i wyszli. Po mieszkaniu kręcili się jeszcze technicy ale oni też niedługo po
wyjściu Niny i Marka się zebrali. W końcu zostałam sama z Cezarem. Poszłam do kuchni zrobić
sobie kawę. Usiadłam w kuchni i patrząc na wschód słońca piłam ją. W końcu poczułam się
bezpieczna. Ciało mnie bolało i prosiło o trochę odpoczynku ale ja uśmiechnęłam się do swoich
myśli i wstałam od stołu aby zaprowadzić porządek w domu. A Cezar? Tydzień później już biegał
zdrowy i pewnie nawet nie pamiętał o chorobie. Jedyny plus to to, że już nie bierze jedzenia od
obcych



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -