Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




PAJĄK

Jacek Jaciubek

Dom, który zamieszkiwałem był ogromną posiadłością, jakie często jeszcze można spotkać w tych stronach. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, zresztą podobnie jak jego właściciele. Miał wszystko, co do życia niezbędne i jak sądzę, nic ponadto.
Oto dom, w którym na jednej książce ukrytej pośród starych regałów było więcej kurzu niż w całym wielkomiejskim mieszkaniu. Dom, z którego ścian spoglądały na przybyłych jak żywe oczy zagłębione w trupio bladych twarzach przodków, oczy, z których można było wyczytać więcej na temat historii posiadłości niż z choćby najbardziej szczegółowych dokumentów i książek. Dom, którego najważniejszymi mieszkańcami były piwniczne szczury, za dnia bojące się wychylić swe nozdrza poza krawędź wilgotnych, pokrytych gęsto grzybem i pleśnią murów, by w nocy, gdy dom pogrążony był w ciszy i spokoju, przedzierać się odważnie korytarzami, obgryzać drewniane meble i skórzane obicia i badać każdy zakątek domostwa w nieustannym poszukiwaniu pokarmu. Dom, który zdawał się skrywać niezgłębione tajemnice, ciemne zakręty, nieodkryte zakamarki i nie odsłania swych najskrytszych sekretów nawet przed swymi lokatorami.
W takim domu przyszło mi mieszkać razem z moim panem. Był on już człowiekiem dość zaawansowanym wiekowo, ale wciąż trzymał się krzepko, być może dzięki kilku swoim dziwactwom, do których w pierwszym rzędzie należała codzienna, drobiazgowa pielęgnacja starych rodowych kryształów, zamkniętych w skrzypiącej niemiłosiernie, przy każdym poruszeniu drzwiami, szafie, sięgającej pod sam sufit wysokiego salonu.
Cały dom wypełniony był po brzegi różnorakimi skarbami minionej epoki, zaniedbanymi jednakże przez swych właścicieli i pozbawionymi dawnej świetności. Mój pan, często w pocie czoła, oddawał się próbom przywrócenia blasku martwym przedmiotom nie mającym już żadnego praktycznego zastosowania, chyba żeby za takowe uznać ból głowy mojego pana i jego, czasem ciągnące się w nieskończoność, stany apatii i przygnębienia. Gdy dopadała go podobna niemoc, a zdarzało się to nader często, siadywał w swoim ulubionym fotelu w salonie dokładnie na przeciwko kominka, opierał krótkie nogi w puszystych, futrzanych kapciach o wzorzysty podnóżek i oddawał się w głębokiej zadumie kontemplacji rodowych płócien wiszących na ścianach. Przedstawiały one wszystkie co ważniejsze osobowości rodu mego pana. Już sam rzut oka na te wyblakłe wizerunki wystarczał, by z całą stanowczością orzec o notorycznym braku pełni władz umysłowych wśród członków rodziny. Mojemu panu najwyraźniej to nie przeszkadzało, zawsze z niezmierną powagą, podpierając brodę na skrzyżowanych dłoniach, wpatrywał się w poszczególne twarze, jakby próbując wyczytać na nich wskazówki dla własnego żywota.
Upodobał sobie zwłaszcza wiszący w centralnym punkcie, dokładnie ponad kominkiem, przewyższający pozostałe portrety, wizerunek młodej kobiety, będącej jego praprababcią. Była to niewiasta o wyjątkowo bladym obliczu, pełnych, wiśniowych ustach, małym, zakrzywionym nosku i niesamowicie błękitnych oczach, w których zdawał ukrywać się cały ocean. Jej twarz okolona była ciemnymi, lekko kręconymi włosami, zupełnie nie współgrającymi z bladością lica. Co więcej, kobieta ta, niewątpliwie mogąca uchodzić za piękną, miała niemal zupełnie odsłoniętą szyję i lewe ucho, od strony którego uchwycone było jej oblicze, a jej suknia, rozpięta głęboko, wyznaczała wąską ścieżką drogę od szyi do piersi.
Co jeszcze wyróżniało ten obraz od pozostałych to fakt, że niewiasta przedstawiona na nim wyglądała na nie więcej niż dwadzieścia dwa, może trzy lata, tymczasem wszyscy pozostali członkowie rodu zostali sportretowani jako dojrzali, by nie powiedzieć po prostu starzy, ludzie.
Kobieta ta, a właściwie jeszcze dziewczyna, zginęła młodo, co wyjaśniało powyższe zagadnienie, oskarżona o stosowanie czarów i kontakty z samym diabłem, a to z kolei nasuwało pytanie dlaczego właśnie jej portret zajmował najdonioślejsze, centralne miejsce, pośród obrazów familii. Rozwiązania tej zagadki nie znam. Mój pan próbował mi, pewnej burzowej, wyjątkowo ponurej jesiennej nocy, opowiedzieć jej historię wpatrując się w ogień kominka, słuchając co i rusz uderzających, zdawałoby się nieopodal, grzmotów, lecz jego wywód po kilku zdaniach przerodził się w nieskładny bełkot z którego niewiele byłem w stanie wywnioskować.
Mój pan miał w zwyczaju spędzać wieczory poza domem. Ubierał się wtedy w jeden z eleganckich fraków, na co dzień zbierających kurz w szafie, odziedziczonych po którymś z przodków, a następnie, raźnie machając równie wiekową laseczką, ozdobioną staromodną w kształcie gałkę z masy bursztynowej, w której zatopiony był najprawdziwszy diament, na głowę wkładał melonik i tak wystrojony wyruszał na swą wycieczkę. Widziałem zwykle jak szedł przez podwórze do stajni i wsiadał do uprzednio przygotowanej, zabytkowej bryczki, ozdobionej rodowym herbem. Powoził nią młody, roztrzepany chłopiec, który pojawiał się czasem na podwórzu, by nakarmić i umyć konie lub wyczyścić bryczkę. Widziałem go przez okno. Nie zauważyłem jednak, by poza wspomnianymi funkcjami wykonywał dla mego pana inne zadania. Nie pamiętam również, by kiedykolwiek przekroczył on próg domu.
Gdy pan odjeżdżał bryczką całe domostwo pogrążało się pozornie w jeszcze większym mroku. Tylko delikatne promienie księżyca próbowały wedrzeć się do środka, nieśmiało przebijając się przez pokryte kurzem szyby okienne, jednak opór mroku zamieszkującego dom był twardy jak mur. Jedynymi dźwiękami, które docierały do mnie, gdy przemierzałem wtedy kolejne pomieszczenia, były koncerty skrzypienia i jęki starego domostwa, ożywającego jak gdyby po wielowiekowym śnie i nieustanne szczurze piski w piwnicach. Te ostatnie, jak się czasem zdawało, wypełniały każdy kąt domu, wyzierały z każdego otworu w ścianie, przenikały przez grube mury. Nawet świerszcze, wieczorami wesoło wygrywające swe zalotne melodie gdzieś w załomach traw znikały, milkły, jakby spłoszone. Zostawiały po sobie ciszę, która zalegała okolicę, pokryta jednak oślizgłymi szczurzymi mlaskami, przywierającymi do wszystkiego i wwiercającymi się w zmysły wszelkimi możliwymi drogami. Te szczury były żywym, stąpającym po deskach domu koszmarem, którego obawiały się wszystkie żywe stworzenia w okolicy.
Nie bałem się ich i dziwiłem mocno, że tak wielki strach przed nimi czują te nieszczęsne świerszcze. Żyłem spokojnie i nie wchodziłem im w drogę, więc nie miałem podstaw do obaw. Szczury nie atakowane, zwykle nie próbują same zmienić stanu rzeczy. Zbyt hardym jednak mógłbym się okazać, gdybym z przekonaniem stwierdził, że nigdy się tych włochatych sąsiadów nie przeląkłem, ba, że kilka razy nie napędziły mi prawdziwego stracha, gdy się na nie przypadkiem natknąłem. Zauważyłem wtedy, że raczej się mną nie interesują, więc ja też przestałem zwracać uwagę na nie i ich dzikie wrzaski, gdy pan opuszczał nasze domostwo.
Pewnego, jakże pamiętnego, dnia nie opuściłem domu nawet na moment. Wyczuwałem natomiast jakieś dziwne napięcie, które także i mnie wreszcie się udzieliło zakuwając mnie niewidzialne okowy. Czułem się nieswojo, od rana dreptałem bezczynnie po pokojach, aby zabić to niepokojące uczucie, jakby obawę przed czymś, co, jak mi się wydawało, nieuchronnie zbliżało się.
Bywały dni, w których czułem się źle, nieswojo, a nieodgadniony niepokój kierował mymi ruchami od samego rana i nie dawał mi spokoju zwykle aż do zmierzchu, który z kolei przynosił ulgę i częściowe ukojenie. Takie dni kończyły się zazwyczaj gwałtownymi pogodowymi przemianami, na czele z burzą, rozsadzającymi wręcz swymi potężnymi uderzeniami ściany mego domostwa. Tego jednak dnia wszechogarniające napięcie, które mną zawładnęło było daleko silniejsze niż kiedykolwiek przedtem, a obawę przed nadejściem czegoś naprawdę przerażającego potęgowała obserwacja zachowań mojego pana, którego rutynowe czynności podszyte były wtedy jakimś nieokreślonym zdenerwowaniem.
Ogromnych rozmiarów, zabytkowy, starszy niż cokolwiek innego w domu, stojący zegar z wahadłem ciężkim jak obuch i wielkim jak ramię dorosłego człowieka, rozkosznie pachnący wewnątrz stęchlizną i lekko zbutwiałym drewnem, wybijał właśnie dwunastą w południe, gdy po raz pierwszy tego dnia zobaczyłem pana domu. Naprzemiennie krzątał się on po kuchni, przyrządzając obiad, i po pokojach, gdzie z pomocą jedwabnych szmatek próbował pozbyć się, nierzadko grubych warstw, nagromadzonego kurzu. Obserwowałem go z uwagą przez dłuższy czas. Zdawało się, że każdy jego ruch jest dokładnie wyliczony i nie ma nic ponad nim, a jednak dostrzegałem jakieś nieokreślone zdenerwowanie. Ni to wahanie ręki, ni to szybkie mrugnięcie oczami, żwawszy niż zwykle krok. Łysy placek na czubku głowy pana pobłyskiwał blado, gdy zbliżał się on do któregoś z okien, by rzucić okiem na podwórze i biegnącą za nim wśród zielonych traw krętą drogę. Jego palce zaciskały się na ułamek sekundy na każdym sprzęcie, którego dotykały, by natychmiast zluzować uścisk i szukać kolejnego przedmiotu.
Niedbałość z jaką potraktował obrzęd czyszczenia zestawu odziedziczonych po przodkach sreber, kryształów i innych zabytkowych naczyń, stanowiący stały punkt tego dnia tygodnia, utwierdziła mnie w moim niepokojącym przekonaniu. Tym bardziej, że wielokrotnie wcześniej byłem świadkiem przywiązania i miłości mego pana do owych antycznych skarbów, o które dbał i pieścił je, jak pieści się małe dzieci. Tego dnia jednak wewnętrzny niepokój okazał się silniejszy nawet od tego gorącego uczucia, co doprowadziło do nieszczęścia. Mój pan zabrał się do czyszczenia swych małych skarbów po przyrządzeniu obiadu. Zawczasu przygotował sobie zestaw szmatek, środków czyszczących, a także ustawił w równym rzędzie na stole całą zastawę przeznaczoną do konserwacji. Jednakże juz pierwszy ruch, którym próbował dosięgnąć okazałej wazy, cudownie zdobionej, która cieszyła swą urodą już co najmniej kilka pokoleń, spowodował wypadek. Waza wysunęła się memu panu z dłoni, gdy próbował przełożyć ją z jednej ręki do drugiej i rozbiła się z głośnym brzękiem na marmurowej podłodze. Mój pan zdawał się nie dowierzać własnym zmysłom i dość długo wpatrywał się w posadzkę koło swych nóg. Wreszcie jednak ocknął się z chwilowego odrętwienia i uderzył z całej siły dłonią w blat stołu, tak, że zatrzęsły się pozostałe zbiory. Wystarczyło mi to, by jak najszybciej oddalić się w ustronne miejsce i tam, w spokoju i ciszy, przeczekać. Nawet się nie obejrzałem, jak ogarnął mnie sen.
Zbudził mnie hałas otwieranych drzwi, które skrzypiały jak nocne upiory, i odgłosy krzątania się w sieni. Ruszyłem więc w tym kierunku, by zaspokoić swą ciekawość.
Gdy dotarłem do salonu był tam już mój pan, zajęty rozlewaniem herbaty do porcelanowych filiżanek. Taki sam, wysoki, obity skórą fotel naprzeciw niego zajmował pierwszy gość, którego dane mi było zobaczyć w tym domu. Siedział wyprostowany, z dłońmi wspartymi o siebie na wysokości piersi. Nie sposób było dojrzeć jego twarzy, albowiem nie zdjął przy wejściu kapelusza z głowy. Kapelusz ten był bardzo charakterystyczny, albowiem nie wyglądał jak element stroju typowego dżentelmena, lecz raczej jak własność członka jakiejś tanecznej grupy kabaretowej. Był niski, płaski, idealnie okrągły i miał barwę spalonej słońcem słomy. Z miejsca, w którym się znajdowałem dostrzegałem tylko wyraźny, nie znikający nawet na moment z oblicza uśmiech pełen lśniąco białych zębów. Ten uśmiech tak mocno przykuwał uwagę, że niemal zupełnie nie zauważyłem innych elementów wyglądu gościa. Być może spowodowane było to faktem, że jego strój był jednolicie czarny i zlewał się jak gdyby w jedną masę. Na tym tle lśniły świetlistym blaskiem zęby przybysza, wciąż szczerzące się w szerokim uśmiechu.

Siedzi naprzeciwko mnie pogrążony w niepewności, w próbach dociekań jak, skąd, po co i dlaczego. Cóż za porażająca nieostrożność. Oczekiwał mnie, ale przecież mnie nie poznał. Nigdy mnie nie widział, a jednak wpuścił mnie do swego domu. Nikt nie dał mu najmniejszego znaku, a pomimo to czuł, że się zjawię. Bo ja rzadko zjawiam się zupełnie niespodziewany.
Wpatruję się w niego, a uśmiech samozadowolenia nie schodzi mi z twarzy nawet na moment. Bo i jakże mógłby zniknąć, skoro ten widok jest dla mnie tak zabawny.
Jego twarz jest już niemal mokra od potu, oczy biegają mu nieprzytomnie po całym pokoju. Widzę jak porusza nerwowo kciukami, robiąc nimi kółeczka w powietrzu, zauważyłem też jak trzęsły mu się dłonie, gdy rozlewał herbatę do filiżanek (swoją drogą wyjątkowo pięknych), widzę jak niezdarnie próbuje otrzeć pot z czoła, a ten jak na złość wypływa wciąż nowymi strumieniami. Widzę to wszystko i nie przestaję się śmiać, tak mnie to bawi. Ileż to już razy oglądałem podobne obrazki w przeszłości, a jednak wciąż na nowo odnajduję w nich radość, tak niezmierzoną! Jakie to cudowne, tak siedzieć w tym pięknym skórzanym fotelu i spoglądać w oczy człowieka, który zdaje się nie myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, by ani razu nie odwzajemnić mego spojrzenia.
Najbardziej rozwesela mnie jednakże to, że choć niewątpliwym było zdumienie z jakim otworzył mi drzwi, to jednak wpuścił mnie do środka, więcej nawet, ugościć chciał niczym dawno nie widzianego przyjaciela. Teraz proponuje mi obiad, nad którym spędził rzekomo cały dzień, choć nie chce mi się w to wierzyć. Nie wygląda mi na kogoś, kto potrafi dobrze gotować, ale gdzieś kiedyś słyszałem, że liczą się dobre chęci. Ha, ha! Tak, liczą się, niektórzy nawet nie wiedzą jak bardzo.
Z obiadu rezygnuję, nie jest to odpowiedni czas na tak przyziemne przyjemności, nie odmawiam jednak herbaty i muszę przyznać, że jest doprawdy wyborna, choć nieco za słaba, jeśli mogę wyrazić swoje zdanie.
Siedzimy tak i sączymy ten napój, a on próbuje zabawiać mnie rozmową o wszystkim i o niczym. Jakżeż ludzie są do siebie podobni, nawet w takich chwilach potrafią marnować cenny czas na takie nic nie warte zachowania. Mówi o polityce, o sztuce, o muzyce, a ja odpowiadam wciąż pięknymi, okrągłymi zdaniami, z których on próbuje coś wywnioskować, jednak jego twarz aż nadto wyraźnie mówi mi, że jest tak daleki od rozwiązania jak to domostwo od czasów swej świetności.
Wyraźnie deprymuje go to, że nieprzerwanie wpatruję się w jego oczy, nawet na chwilę nie odwracając wzroku. On nie potrafi się skupić choćby na moment na jednym przedmiocie, na mnie rzuca tylko przelotne spojrzenia, ale ani razu nie śmiał spojrzeć mi w oczy, a nawet gdy to w pewnym momencie nastąpiło, odwrócił się z gwałtownością, o jaką bym go nie posądzał.
Rozmowa przedłuża się i nie jest w stanie doprowadzić już do niczego konstruktywnego, dlatego też, gdy wybija dwudziesta druga (jakże lubię okrągłe godziny) postanawiam nie zwlekać ani chwili dłużej i przechodzę do dzieła. Mój czas jest niezwykle cenny i nie mogę pozwolić sobie na takie jego marnotrawienie, jak człowiek, który siedzi przede mną.
Sięgam do wewnętrznej kieszeni i podchodzę do niego. Teraz już wie. Tak, widzę to, teraz mnie już poznaje, w tej nagłej chwili, a na jego twarz wyskakuje wyraz osłupienia i strachu. Dociera to do niego w całej swej przerażającej postaci, w swej dostojnej doskonałości. Wreszcie rozumie to, co powinien był zrozumieć już dawno. Poznaje mnie i wie doskonale w jakim celu przybyłem. Jak bardzo mu jednak w tej chwili przydatna ta wiedza?
Teraz wreszcie na mnie patrzy, jego oczy napotykają moje i zostają już w takiej pozycji, zapatrzone w jakąś dal, jak gdyby moja głowa była zupełnie przezroczysta. Nawet nie próbuje walczyć, a przecież widzę w jego oczach wyraz osłupienia, który jednak dość szybko znika. Jego oczy mienią się barwami, raz przybierają odcień błękitu, to znów pulsują żółcią, a potem znów stają się szare, a przy tym wibrują, zmieniają kształt i wciąż drgają nerwowo, jak gdyby to one tylko toczyły walkę z mym spojrzeniem, tak jakby tylko w nich znajdowało się to, co w tym człowieku najważniejsze i godne uwagi.
Jednak i one stopniowo gasną, choć w porównaniu z resztą ciała zachowują swą jaskrawą żywotność wyjątkowo długo. Sprawia mi niewysłowioną przyjemność obserwowanie tych drzwi ludzkiej duszy, z których wyczytać można tak wiele. Bawi mnie ta walka, jakże beznadziejna, a jednak niemożliwa do uniknięcia. Upajam się tą chwilą i próbuję przedłużyć ją w nieskończoność, stać tak i wgłębiać się w tajniki największej z ludzkich tajemnic. Cóż za słodycz!
Mój czas ma jednak swoją cenę. Nie mogę trwać w tych rozkoszach nieprzerwanie, choćby nie wiem jak były wspaniałe. Wiele jeszcze mam pracy. Moje zadanie w tym miejscu dobiega końca, przynosząc mi ulgę, odprężenie i obezwładniającą radość. W kolejce czekają jeszcze inne wyzwania, a czas nagli, opuszczam więc domostwo w spokoju i udaję się w dalszą drogę.

Wpatrywałem się w tę obcą postać, jak z dostojeństwem, powolnym krokiem, opuszczała salon i to, co zostało z mego pana, a co trwało w fotelu z otwartymi szeroko oczami, jakby w niezmiernym zdumieniu i palcami wciąż zaciśniętymi na poręczach; z otwartych ust tej pozostającej w bezruchu istoty, w której jeszcze przed kilkoma godzinami było tyle życia, ciekła wąską strużką pienista ślina, która tworzyła na spodniach ciemną plamę.
I gdy tak wpatrywałem się w niemym zdumieniu w to, co zostało z mego pana, usłyszałem ten dźwięk. Z początku niewyraźny, daleki, narastał i potężniał z każdą chwilą, jakby zwiastował lawinę. Dobiegło do mnie drapanie pazurów o ściany i podłogi, ten straszliwy odgłos, od którego dostawało się mdłości, a włosy stawały dęba. Nadbiegał z każdej strony, zdawało mi się chwilami, że wychodzi jakby ze mnie samego, próbowałem więc uciec, byle dalej od niego. W tej samej jednak chwili, gdy powziąłem ten zamiar, do pokoju wpadły szczury, całe stado, dziesiątki, nie – setki, zdawałoby się, że wręcz tysiące. W jednej chwili wypełniły całą powierzchnię podłogi, gryząc, rozdrapując i niszcząc wszystko, co napotkały na swej drodze. Ich cel był dla mnie aż nader oczywisty, więc nie mogąc i nie chcąc patrzeć na scenę, która nieuchronnie musiała nastąpić, uciekłem do kuchni i tam, na stole, dojrzałem nienaruszoną porcję obiadu, na przygotowanie którego mój pan poświęcił cały dzień. Dojrzałem w dole talerz z krwistą pieczenią, lecz mój wzrok przyciągnęła bzykającą niemrawo, w ostatnich przedśmiertnych konwulsjach czarna jak smoła mucha. Otumaniony ogłuszającą kakofonią szczurzych pisków, dźwięków rozrywanego ciała, trzaskiem łamanych mebli i dartych na strzępy ubrań, brzękiem rozbijanych talerzy, zgrzytami i łomotami nieznanego pochodzenia, przerażającym wrzaskiem całej materii wokół mnie, poczułem głód silniejszy niż cokolwiek innego i spuściłem się powoli na pajęczynie, by także dla siebie mieć coś z życia.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -