Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




PIERWSZY DZIEŃ WOLNOŚCI

Przemek Wilczyński

Oddawałem mocz na leśną ściółkę z ulgą, jakiej nie doświadczyłem chyba nigdy wcześniej. Siwizna pokryła już moje skronie, a Abraham spowodował, że wszedłem do krainy rządzonej przez prostatę. W pewnym wieku męska hydraulika bardziej przypomina zardzewiały rurociąg pokryty kamieniem niż sprawnie funkcjonujący mechanizm zrobiony z chromowanej stali. Uwalniasz ze spodni swój naładowany do granic możliwości pistolet, próbujesz opróżnić magazynek, a tu… nic. Zamiast serii, strzelasz pojedynczymi pociskami. Żenada. Nie pamiętam, kiedy ostatnio prułem z mojej pukawki ogniem ciągłym, dlatego tę chwilę kontemplowałem z należytym namaszczeniem.
Patrzyłem na żółtą strugę, lecz nie byłem w stanie zobaczyć własnego wacka. Nie od dziś wychodziłem z założenia, że koń powinien stać pod dachem, który w moim przypadku rozrósł się do rozmiarów pokaźnej wiaty. Miłość do zimnych browarów, golonki polanej masłem i jajecznicy na boczku wymaga poświęceń. Życie nie jest lekkie. Szczególnie dla kogoś, kto ostatnie trzy lata spędził za kratami. Więzienne mury wyssały ze mnie dobre dwadzieścia kilogramów, choć nadal nie potrafiłem dostrzec lufy mojej wielkiej spluwy. Przypuszczam, że prędzej umrę, niż ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Po przymusowym poście, trwającym niemal w nieskończoność, przynajmniej w moim odczuciu, zamierzałem uzupełnić ubytek wagi. Gdyby nie skórzany pasek włożony w szlufki dżinsowych spodni, gacie opadłyby mi na kostki, odkrywając tyłek nieproporcjonalnie chudy w porównaniu do brzucha. Genetyki nie oszukasz. Albo rodzisz się Apollem, albo już we wczesnym dzieciństwie zaczynasz przypominać karykaturę człowieka.
Zapiąłem rozporek, dłonią strzepnąłem pyłek osiadły na sztruksowej, brązowej marynarce ― porządny ubiór preferuję od czasu, gdy potężny wykidajło wyrzucił mnie z ekskluzywnego burdelu za wygląd niestosowny do okoliczności ― po czym zapaliłem papierosa. Wyszedłszy z lasu, podszedłem do czarnego forda mustanga, o maskę którego opierał się Pierdzący Olek.
— Cholera, nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś — powiedziałem, wydmuchując dym przez nos. Nie mam pojęcia, dlaczego nigdy nie robiłem tego ustami. Może podświadomie wierzyłem, że w ten sposób udrażniam górne drogi oddechowe? — Pierwszy dzień na wolności, a ty wkręcasz mnie w taką kabałę. Do diabła z tobą, Olo.
— Spokojnie, Adam, wszystko pod kontrolą. Zrobiłem to dla nas, kapujesz? Potrzebujemy kasy. Obaj jesteśmy spłukani i obaj nienawidzimy uczciwej pracy. To najłatwiejszy szmal, jaki możesz sobie wyobrazić. Milion papierów. Widziałeś kiedyś tyle siana, stary? — Przerwał, czekając na odpowiedź, której ostatecznie nie usłyszał. Poprawiwszy czarny kapelusz, dodał: — Wyluzuj. Plan jest prosty niczym konstrukcja cepa. Ty tylko statystujesz, całą robotę biorę na siebie. Zresztą miałem wizję.
Pierdzący Olek przywodził na myśl kij od miotły. Ważył sześćdziesiąt pięć kilogramów, przynajmniej tak twierdził, lecz niektórzy mieli w tej kwestii odmienne zdanie. Na przykład ja. Przypuszczam, że podczas stawania na wagę nie ściągał masywnych kowbojskich butów, do kieszeni ładował kamienie, a do majtek wsypywał piasek. Dzięki temu elektroniczny wyświetlacz jako pierwszej cyfry nie wypluwał piątki. Nazwać go chudym, to jak mnie określić mianem „grubego”. Ja nosiłem na sobie tyle sadła, że mógłbym otworzyć prywatną fabrykę smalcu, a Olo ledwo utrzymywał się na nogach podczas silnego wiatru. Może właśnie z tego powodu rzadko wychodził ze swojego forda?
— Miałeś wizję? Do diabła, ileż to razy doświadczałeś tych swoich chorych, nietrafionych wizji?
Zrobił taką minę, jak gdybym uraził go do żywego. Doszedłem do wniosku, że prawda boli bardziej niż szkalujące kłamstwo.
— Hej, czyżbyś nie wierzył w moje paranormalne zdolności? — powiedział tym swoim tubalnym głosem, bardziej pasującym do kogoś mojej postury. — Uważaj, bo się obrażę.
— Zrozum, porwałeś małą dziewczynkę. Ile ona ma lat? — zapytałem, strącając popiół z papierosa. — Siedem, a może mniej? Kurwa, pewnie niedawno zaczęła chodzić.
— Osiem, przyjacielu. — Olek spojrzał na mnie z wyrzutem, jakbym przez całe życie torpedował jego pomysły. — Stanowiła tak łatwy cel, że grzech było nie wziąć, co nie? Milion, Adaś, mówi ci to coś?
Wybuchnął śmiechem, po czym puścił bąka. Powietrze momentalnie przesiąkło okropnym smrodem. Mieszaniną zgniłych jaj, kiszonych ogórków i zapachu, który przypominał mi ten dolatujący z więziennej kuchni. Nie mam pojęcia, co podawali w zakładzie karnym i chyba wolę nie ryzykować odkrycia prawdy. Czasami lepiej żyć w błogiej nieświadomości. Fakty mogą wywołać odruch wymiotny.
Nie wiem, kto ochrzcił Ola mianem „Pierdzącego”, choć stwierdzam z głębokim przekonaniem wypełniającym me serce, że ten człowiek w żadnym wypadku nie był geniuszem. Nawet idiota przylepiłby Olkowi taki pseudonim. O problemach gastrycznych mojego kumpla krążyły wręcz legendarne opowieści. Niektórzy żartowali, że nawet w łonie matki srał tak okrutnie, iż rozmawiając z koleżankami biedna kobieta musiała zasłaniać dłonią usta. Olo od zawsze był sukinsynem, choć nie mogłem mu odmówić szczypty uroku osobistego. Tak Bogiem a prawdą składał się z samych wad, co nie przeszkadzało mi uważać go za swojego przyjaciela. Najlepszego, bo… jedynego. Przynajmniej nie musiałem wysyłać wielu kartek na święta.
— Mam nadzieję, że nie uciekłeś się do przemocy? — spytałem, rzucając niedopałek na ziemię.
— Oczywiście, użyłem chloroformu.
— Otwieraj bagażnik. Chcę ją zobaczyć.
Pierdzący spełnił polecenie.
— Widzisz — wskazał palcem związaną i zakneblowaną dziewczynkę — śpi jak zabita. Zawieziemy bachora na miejsce, dokonamy transakcji i odjedziemy w swoją stronę. Proste, co nie?
Spojrzałem na uwięzioną. Rzeczywiście, spała, choć to nie mógł być zdrowy sen. Miała na sobie różową sukienkę w białe grochy, odsłaniającą drobne kolanka. Długie blond włoski opadały na ramiona niczym dziecięcy fartuszek. Do tej pory zajmowaliśmy się kradzieżami, napadami z bronią w ręku i wymuszeniami, lecz nigdy nie przeprowadziliśmy akcji porwania. Cholera. Pierwszy dzień na wolności, a już siedziałem w gównie po same pachy.
Opuściłem klapę bagażnika.
— Chcę znać szczegóły planu — oznajmiłem zimnym, pozbawionym emocji głosem. Stało się, trudno. Skoro kości zostały rzucone, to chyba powinienem wykazać zainteresowanie pomysłem przyjaciela.
Olo spojrzał na zegarek.
— Wsiadaj, pogadamy podczas jazdy.
Zająłem miejsce pasażera. Wnętrze mustanga wypełniał ciężki zapach wody po goleniu, którą Pierdzący wylewał na siebie całymi litrami. Nigdy nie widziałem, żeby mył zęby, dlatego wysnułem prosty wniosek, że jamę ustną również płukał jakimś pachnącym paskudztwem. Może liczył na to, że sztuczny aromat zwalczy fetor puszczanych bąków? Naiwniak.
Kiedyś, gdy spał, wsadziłem mu w odbyt korek od szampana. Byłem tak odurzony smrodliwymi wiatrami, iż pomyślałem, że jedynym wyjściem jest zatkanie mu tyłka. Cóż, każdy w życiu popełnia błędy. Najważniejsze, żeby się do tego przyznać. Wprawdzie przez kilka chwil nic nie zapowiadało nieszczęścia, ale w końcu skumulowane gazy wywarły taki nacisk na prowizoryczny zator, że omal nie rozerwały mu dupska. Olo przez kilka dni chodził tak, jak gdyby przez pół życia bez przerwy jeździł na koniu. W zasadzie to nosił pampersa, bo rozluźnione zwieracze nie funkcjonowały jak należy. Boże, wybacz.
— Zamieniam się w słuch — powiedziałem, zapalając kolejnego papierosa.
Pierdzący nie żyłował wozu, choć wskazówka licznika rzadko spadała poniżej dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Początkowo mustang sunął przez las, lecz już po chwili wyjechał na otwartą przestrzeń i utonął w promieniach słońca. Za oknem zamajaczyły łany zbóż. Okolicę przykryła płachta błękitnego nieba.
— Ojciec dziewczynki to Damian Dukaj, prezes firmy Da&Duk, kojarzysz?
Kiwnąłem głową.
— Milion to dla niego ślina. Facet mógłby zapłacić kilka razy więcej, ale zebranie takiej ilości gotówki wymagałoby czasu, którego nie mamy. Wystarczy pół bańki na głowę. Zachłanność jest złem. — Uśmiechnął się, odsłaniając rząd zepsutych zębów. Chyba rzeczywiście nie dbał o higienę jamy ustnej. Woda kolońska to zdecydowanie za mało.
Wydmuchałem dym. Robiłem wszystko, by powietrze w fordzie zgęstniało. Cholera, po jakiego grzyba Olo spryskiwał — oprócz swojego wysuszonego na wiór ciała — wnętrze wozu gównem powszechnie uznawanym za pachnidło? Nie lepiej powiesić na wstecznym lusterku tekturkę nasączoną zapachem polnych kwiatów? Metoda zdecydowanie bardziej praktyczna, mniej uciążliwa dla osób postronnych i, co przy stanie naszych kont miało niebagatelne znaczenie, tańsza.
— Gdzie dokonamy wymiany?
— W opuszczonym motelu pod Warszawą, w okolicach Zagórza. — Widząc moje zdziwione spojrzenie, Pierdzący dodał: — Nie pękaj, znam drogę. Dotrzemy na miejsce dwie godziny przed Dukajem. Sprawdzimy teren, bo nie wiem, czy facet nie przyjedzie z obstawą. Lepiej, żeby nie ryzykował, jeśli chce, by mała wróciła do domu w jednym kawałku.
Nie pochwalałem takiego podejścia. Nigdy nie skrzywdziłem nawet muchy, nie mówiąc o dziecku. Postanowiłem, że cokolwiek się stanie, z głowy porwanej nie spadnie nawet jeden włos.
— A gliny? — spytałem. — Może gostek zadzwonił na policję?
— Wykluczone. — Olo sprawiał wrażenie pewnego swych słów. — Zagroziłem, że każdy kontakt z psami w mundurach będzie gwoździem do trumny dziewczynki. Tatuś już pewnie sra w gacie!
Racja, pomyślałem. Koleś niemal brał kąpiele w wannie wypełnionej forsą, toteż zapewne wolał zapłacić i odzyskać córkę, niż powierzyć życie dziecka w nieporadne ręce stróżów prawa. Punkt dla człowieka lubiącego puszczać bąki.
— Na tylnym siedzeniu leży sportowa torba, którą zabrałem na wszelki wypadek, gdybyśmy musieli przełożyć kasę. W bocznej kieszonce schowałem pistolet. — Oczy Olka rozbłysły podnieceniem. — Nie możesz wciąć udziału w akcji zupełnie bezbronny. ― Wykrzywił usta w uśmiechu.
Sięgnąłem po spluwę. Była naprawdę wielka. Colt anakonda, kaliber .44 Magnum. Prawdziwa bestia, w przestępczym świadku nazywana „Palcem Bożym”. Widziałem kiedyś kolesia, który oberwał w czoło pociskiem z takiego gnata. Dobrze, że facet miał znamię wielkości dwuzłotówki na lewym pośladku, bo bez tego nawet żona nie byłaby w stanie zidentyfikować zwłok.
— Słuchaj, przyjacielu, rozlew krwi nie wchodzi w rachubę, kapujesz? — ostrzegłem Pierdzącego. — Robimy wymianę i spadamy. Nie chcę, żeby pierwszy dzień na wolności był moim ostatnim.
— W porządku. To na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, co odbije zdesperowanemu ojcu.
No właśnie, czasami tak jest, że sytuacja wymyka się spod kontroli, dlatego porwanie uważałem za skrajną lekkomyślność. Mogliśmy obrobić stację benzynową, wpaść do baru i wymusić haracz lub po prostu oskubać jakiegoś frajera z gotówki. Bułka z masłem. Ale uprowadzenie nie należało do wachlarza naszych działań. Czemu Olo zdecydował się na taki krok? Czyżby przez te trzy lata, które spędziłem w pierdlu, mój najlepszy kumpel przeszedł jakąś metamorfozę? Nadal puszczał bąki, czego doświadczałem na własnej skórze, a raczej nosie, od momentu, gdy zgarnął mnie sprzed bramy więzienia. Wciąż wyglądał jak człowiek czujący awersję do jedzenia i, czego nigdy nie ukrywał, w dalszym ciągu pałał wielką miłością do pieniędzy. Zatem gdzie tkwił haczyk?
Z rozmyślań wyrwał mnie podniecony głos Pierdzącego:
— O kurwa, chyba mam wizję.
— Nie żartuj — powiedziałem, zanosząc się śmiechem. Wiedziałem, że Olek nigdy nie doświadczył żadnej wizji. Często snuł opowieści o swoim dziadku jasnowidzu, który rzekomo przepowiadał przyszłość. Każdą z tych historii odkładałem na półkę zajmowaną przez kiepsko napisane bajki, lecz mój towarzysz chyba gorąco wierzył w to, co mówił. Kłamstwo powtarzane raz za razem po jakimś czasie staje się prawdą. Tak było w przypadku Pierdzącego.
— Poważnie, chyba mam wizję!
— Dobra, skoro tak, to zrelacjonuj, co widzisz, mądralo.
— Kupę szmalu, przyjacielu. Całą górę pieniędzy! — rzekł, po czym zepsuł atmosferę w wozie bąkiem tak głośnym, że aż zadrżały szyby.
Uchyliwszy okno, wyrzuciłem niedopałek na zewnątrz, przy okazji wpuszczając do wnętrza mustanga odrobinę świeżego powietrza. Bałem się, że smród wypali mi znamię na czole lub przeżre skórę na nogach, ale nic takiego nie nastąpiło. Odetchnąłem. Na horyzoncie zamajaczył jakiś budynek. Osłoniłem dłonią oczy przed oślepiającymi promieniami słońca.
— Dotarliśmy do celu — zakomunikował Pierdzący, zdejmując nogę z gazu. Spojrzawszy na zegarek, dodał: — Półtorej godziny przed czasem. Znakomicie. Sprawdźmy teren i wybierzmy dobry punkt obserwacyjny. Nie spierdolmy tego, Adam. — Obrzucił mnie wzrokiem wyrażającym powątpiewanie co do mojego profesjonalizmu.
Zanim zdążyłem się odgryźć, spostrzegliśmy srebrnego mercedesa zaparkowanego przed płotem, który otaczał motel.
— Co jest, do kurwy nędzy? — Głos Ola przypominał warczenia psa. — Czyżby Dukaj przyjechał przed nami?

Pierdzący nie zatrzymał wozu przed budynkiem, lecz pozwolił, aby mustang wciąż sunął przed siebie. Dobry ruch. Jeśli Dukaj przybył na miejsce wymiany przed umówioną godziną, to oczywistym był fakt, że zrobił to z jakiegoś powodu. Wiedziałem, że facet nie obracał się w światku gangsterskim. Prowadził czysty interes, nie maczając palców w sprawach śmierdzących na odległość. Przynajmniej przed moimi wczasami w pudle na koszt obywateli. Zatem posiłki w postaci uzbrojonych bandziorów nie wchodziły w grę. Może jednak zawiadomił policję? Hm, kwestia warta rozważenia, jednakże miałem co do tego spore wątpliwości.
Nigdy nie spłodziłem dziecka, choć strzelałem życiodajnymi pociskami na lewo i prawo. Gdybym prowadził dziennik z miłosnymi podbojami, pewnie zapisałbym już ze cztery tomy, oczywiście drobnym maczkiem. Kobiety interesowały mnie w celach czysto rozrywkowych. Chwila rozgrzewki, potem długi numer, a na koniec buzi. Pamiętam, jak pewna szczota próbowała złapać mnie na dziecko. Nigdy nie stosowałem zabezpieczenia i niewykluczone, że z tuzin bękartów mających we krwi moje geny chodzi po tym świecie, ale nie jestem frajerem, żeby przyznawać się do niechcianego potomstwa. Spałem głównie z kobietami, które nie miały najlepszej opinii. Dzisiaj wskakuje taka do twego łoża, a jutro miętosi pościel u kogoś innego. Ba, żeby tylko pościel. Przyznanie się do zapłodnienia takiej wywłoki byłoby kretynizmem najwyższych lotów. Nie, dziękuję.
Nie wierzyłem, że Dukaj dał cynk glinom. Mimo braku dzieciaków, potrafiłem wczuć się w sytuację zdesperowanego ojca. Na miejscu Damiana nie naraziłbym córki na niebezpieczeństwo związane z zaangażowaniem w akcję stróżów prawa. Bandyci, tu pomyślałem o sobie i Pierdzącym Olku, w takich sytuacjach często zabijają porwaną. Jedno naciśnięcie na spust — klik! — a dziewczynka pozostaje już tylko wspomnieniem. Gra warta świeczki? Nie sądzę. Z jednej strony żywiłem nadzieję, że biznesmen nie jest idiotą, z drugiej wiedziałem, iż odsetek kretynów w społeczeństwie wzrasta proporcjonalnie do grubości portfela. Liczyłem na sprawną wymianę i szybką ewakuację. Łatwy szmal kusił bardziej niż myszka Moniki, panienki lekkich obyczajów, którą zamierzałem odwiedzić w niedalekiej przyszłości. Niech mój nieużywany od dawna pistolet wystrzeli serię lub dwie, żeby nie zardzewiał.
Zaparkowaliśmy mustanga kilkaset metrów od motelu, na niewielkiej zatoczce przy drodze. Postanowiliśmy, chyba całkiem słusznie, że podczas akcji zachowamy wszelkie środki ostrożności. Dojście do ogrodzonego terenu zajęło nam minutę, może dwie. Mieliśmy czas, a w tamtej chwili czas oznaczał komfort. Nie, żebym drżał ze strachu, ale najbardziej lubiłem, gdy podczas operacji nie napotykaliśmy większych przeszkód. Pierdzący wyglądał na rozluźnionego, choć na jego twarzy widziałem ten rodzaj skupienia, który towarzyszył mu podczas każdej akcji.
Na teren otaczający motel weszliśmy dzięki wyrwie w drewnianym płocie, przeżartym przez korniki. Minęliśmy tabliczkę z wyblakłym napisem: „TEREN PRYWATNY. WSTĘP WZBRONIONY”. Żałowałem, że właściciel nie skosił trawy sięgającej do połowy łydki. Zakląłem w myślach. Gdy już odjedziemy z forsą, będę zmuszony czyścić nogawki spodni. Niby nic wielkiego, lecz schylanie się z brzuchem wielkości dyni wyhodowanej na nasionach pochodzących z Czarnobyla nie należy do najłatwiejszych czynności.
Parterowy budynek z zewnątrz przypominał obskurną norę zamieszkaną przez bezdomnych. Tynk odpadał od ścian wielkimi płatami, co powodowało, że motel przywodził na myśl ciało trędowatego. W żadnym z licznych okien nie zauważyłem szyb. Nic dziwnego, dziura taka jak ta musiała być siedzibą wszelkiej maści ćpunów, nielubiących przeglądać się w krzywych zwierciadłach. Oczyma duszy widziałem strzykawki, waciki i zużyte kondomy walające się po podłodze. Z wyborem miejsca wymiany Pierdzący trafił jak kulą w płot. Tym razem nie błysnął intuicją, choć muszę przyznać z ręką na sercu, że w niektórych sytuacjach był skuteczny niczym moja anakonda. Może faktycznie doznawał tych swoich wizji?
Na drzwiach do portierni wisiał masywny łańcuch, dlatego weszliśmy oknem, po czym wyjęliśmy pukawki. Gnat Ola, colt python, wyglądał przy moim jak młodszy brat. Olek szedł pierwszy, jak gdyby chciał udowodnić, że urodził się z chromosomem męstwa. Z jednej strony nie miałem nic przeciwko temu — w końcu to on wystawiał się na pierwszy strzał; z drugiej czułem lęk, że ewentualne pierdnięcia odbiorą mi chęć do bardziej zdecydowanych działań. Na razie tyłek mojego towarzysza nie wykazywał odznak życia. Świetnie, jeden problem z głowy.
W budynku panowała grobowa cisza, a promienie słońca rozpraszały się w drobinkach wszechobecnego kurzu. W pierdlu doszedłem do wniosku, że istnieją dwa rodzaje ciszy. Pierwsza — uspakajająca, kojąca skołatane nerwy, wlewająca do wnętrza balsam. Tej poszukujesz w trudnych momentach, gdy stajesz na życiowym zakręcie i nie wiesz, w którą stronę podążyć. Druga — dzwoniąca w uszach niczym kościelny dzwon; drapieżna, wbijająca w umysł ostre pazury, rozrywająca pewność siebie na strzępy. Właśnie taka cisza otulała motel.
Posuwaliśmy się krok po kroku w atmosferze jak z niskobudżetowego horroru. Odniosłem wrażenie, że weszliśmy do krainy strachu. Gruz chrzęścił nam pod stopami powodując, że po grzbiecie przechodziły mi ciarki. Pomieszczenia wewnątrz budynku wyglądały gorzej niż przypuszczałem. Ściany pokrywały wszędobylskie graffiti, po podłodze walały się gazety, wstęgi zużytego papieru toaletowego i podarte ubrania. Musieliśmy uważać, żeby nie wdepnąć w ludzkie odchody i rzygowiny. Momentami zbierało mi się na wymioty, ale częste przebywanie w towarzystwie Ola zrobiło swoje — byłem uodporniony na smród.
Przez głowę przelatywało mi mnóstwo myśli. Czy Dukaj rzeczywiście ma obstawę? Dlaczego przyjechał wcześniej? Czym się kierował? Czemu do tej pory nie znaleźliśmy śladów biznesmena? Co zrobimy, jeśli w przypływie paniki koleś dał nogę? Tę opcję uznałem za najmniej prawdopodobną. Mercedes Damiana stał zaparkowany przed motelem, zatem gostek musiał przebywać w pobliżu. Cholera, wiele pytań, żadnych odpowiedzi. Coś tu śmierdziało bardziej niż bąki puszczane przez Ola, choć nawet ja uważałem to za prawie niemożliwe.
Gdy weszliśmy do kolejnego pomieszczenia, Pierdzący znieruchomiał, jak gdyby wdepnął w beton twardniejący z przerażającą szybkością.
— O kurwa — wyszeptał. Chyba zdrętwiały mu wargi, bo nie mógł wyrzucić z siebie ani słowa więcej.
Minąwszy towarzysza, stanąłem jak wryty. Oczy stężały mi w osłupieniu. Cisza panująca dookoła zdawała się rozbrzmiewać echem przyspieszonych oddechów. Na poszarpanym fotelu umieszczonym na środku pokoju siedział Dukaj. Wyglądał tak, jak gdyby spadł na niego deszcz ołowiu. Beżową marynarkę i fioletową koszulę zabarwiła krwista czerwień. Nie liczyłem dziur powstałych w ciele denata, choć z dużym prawdopodobieństwem mogłem stwierdzić, że facet oberwał serią z broni maszynowej. Uzi. Nigdy nie widziałem tego cacka na własne oczy, ale wielokrotnie słyszałem opowieści o tym niesamowitym gnacie. Osobiście wolałem coś bardziej poręcznego, dobrze leżącego w dłoni, chociaż z miłą chęcią wypróbowałbym również uzi. To musiała być ona. Do ciężkiej cholery, w dzisiejszych czasach niewielu świrów używa takiej pukawki.
Pierdzący wybiegł z pomieszczenia, zasłaniając dłonią usta. Po chwili usłyszałem, jak zwraca na podłogę zawartość żołądka. Mięczak. Zobaczył kilka kropel krwi i wciągnął nosem zapach śmierci, a już strach wypełniał każdą komórkę jego ciała niczym lodowata woda.
Dukaj był tak gruby, że pewnie pod czaszką zamiast mózgu miał zwały tłuszczu. Patrząc na niego czułem się tak, jakbym momentalnie stracił kilkanaście kilogramów. Przez głowę przepłynęła mi myśl, czy koleś sam wiązał buty, czy też robiła to jego żona. Nieważne. Bardziej istotnym wydawało się pytanie, kto zrobił z torsu Damiana durszlak? Pewnie ten sam sukinsyn, który zabrał naszą kasę. Naszą, do jasnej cholery! Kto śmiał zgarnąć nasz szmal?
Otwarte oczy martwego przypominały dwa kawałki zabrudzonego szkła. Przyłożyłem zewnętrzną stronę dłoni do jego szyi. Ciepła. Śmierć musiała nastąpić nie dalej jak kilkanaście minut temu, bo facet nie zdążył ostygnąć. Gdybyśmy przybyli na miejsce wcześniej, być może uniknęlibyśmy niepotrzebnego rozlewu krwi i zgarnęlibyśmy mamonę. Teraz zostaliśmy z niczym.
Zerknąłem na Olka, który pojawił się w drzwiach pokoju. Dygotał tak, jak gdyby wyszedł z przerębla. Chciał, abym tylko statystował, tymczasem stawałem się pierwszoplanową postacią nieudanego uprowadzenia. Zamiast kasy, mieliśmy na głowie umarlaka. Do diabła, nienawidziłem tracić kontroli nad sytuacją. To my powinniśmy rozdawać karty, jednakże na razie tańczyliśmy w rytm muzyki granej przez jakiegoś chciwego kmiota. Bandzior wykiwał bandziora. Cóż za pieprzona ironia losu.
Zapaliwszy papierosa, wydmuchałem nosem wielki kłęb dymu.
— Wszystko w porządku? — zapytałem kumpla.
Olo puścił bąka-cichacza, po czym powiedział:
— No to pozamiatane.
— Racja. Niezły pasztet. Tylko, do kurwy nędzy, kto zwinął forsę?

— Już po nas. Cała akcja na marne. Tyle planowania, podjęcie ryzyka… W dupę jeża, wszystko na nic — skarżył się Pierdzący. Kucnął, opierając plecy o ścianę. Schował twarz w dłoniach. — I co teraz, Adam? Milion papierów wylądował w cudzych rękach.
Ledwo słyszałem to, co mówił. Myślałem o zaistniałej sytuacji. Przegraliśmy. Tak po prostu. Forsa była nie do odzyskania, przynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Nie wiedzieliśmy, kto załatwił biznesmena, toteż ściganie złodzieja nie miało żadnego sensu. Ściganie? Wolne żarty. Nawet Tommy Lee Jones nie dorwałby sukinsyna. Cóż powinniśmy zrobić? Śmierć Dukaja determinowała kierunek naszych działań. Idąc za podszeptem zdrowego rozsądku doszedłem do wniosku, że powinniśmy odstawić małolatę do domu. Kasa przepadła. Sen o dupeczkach podających zimne drinki na słonecznej plaży prysł jak bańka mydlana. Koniec. Finito. Pogodzenie się z przegraną nie było zbyt przyjemne, ale w tej sytuacji konieczne. Nie przewidzieliśmy takiego rozwoju wypadków. Żywiliśmy nadzieję, że operacja nie przyniesie rozczarowań, tymczasem otrzymaliśmy od losu kopniaka z podbitego blachą glana. Nic nie poszło tak, jak zaplanowaliśmy. Trudno. Takie jest życie.
— Co dalej, Adam? — Słowa Ola wyrwały mnie z chwilowej zadumy.
Wzruszywszy ramionami, wyjąłem papierosa tkwiącego w kąciku ust. Poczułem wielką ochotę na zimnego browarka. W pierdlu alkohol stanowił zakazany owoc, chociaż przy dobrych układach z klawiszami czasami zdarzało się płukać gardło złocistym trunkiem. Pamiętam, jak łyknąłem dwa piwka po niemal miesięcznym poście. Boże, cóż to była za rozkosz! Myślałem, że wszedłem do innego, lepszego świata. Potrafiłem odzwyczaić się od seksu, który czasem odstawiałem na wiele tygodni, ale nigdy nie odmawiałem sobie jasnego pełnego.
— Pojedziemy do miasta, kupimy zgrzewkę browara, po czym oddamy dziewczynkę matce — oznajmiłem znużonym głosem. Nieudana akcja wyssała ze mnie resztki entuzjazmu, którego i tak niewiele zdołałem z siebie wykrzesać od rozpoczęcia akcji. — Zwróć uwagę na fakt, iż kolejność nie jest przypadkowa.
Pierdzący zerwał się na równe nogi, czemu towarzyszyła smrodliwa seria wystrzelona z tyłka.
— Pieprzyć małolatę! — zaprotestował tym swoim niskim, tubalnym głosem. — Szkoda fatygi, Adam.
Obrzuciłem go pytającym spojrzeniem.
— Co sugerujesz?
— Nie powinniśmy bawić się w kochających tatusiów. Ktoś podziurawił jej ojca jak ser szwajcarski, a my będziemy odgrywać rolę nianiek noszących spodnie? Zapomnij, stary, ja odpadam.
— Rozumiem — powiedziałem, choć to jedno słowo zawierało potężną dawkę kłamstwa. — Więc co?
— Proponuję wpakować dziecku kulkę w łeb i zostawić tutaj.
Zdumienie odjęło mi mowę. Wlepiłem wzrok w żar trawiący końcówkę papierosa. Poczułem się niczym bohater żywcem wycięty z kiepsko napisanej powieści, przed którym autor, tu miałem na myśli Pierdzącego Ola, postawił dylemat moralny. Wóz, albo przewóz. Gdzieś w najgłębszych zakamarkach umysłu przyznawałem kumplowi rację. Los ofiar winien być dla bandytów zupełnie obojętny. W momencie, gdy zaczynasz rozmyślać nad etyczną stroną swego postępowania, nigdy nie wygrasz. Przecież, co by nie mówić, reprezentowaliśmy światek powszechnie uznawany za przestępczy, chociaż zawsze twierdziłem, że to kodeks wykroczeń, a nie karny obejmuje zakres naszej działalności. Jasne, zatem dlaczego spędziłem za kratami trzy ostatnie lata?
Całe szczęście, że pomimo smrodu wypełniającego wnętrze pomieszczenia, mój rozum nie pracował na jałowym biegu. Nie zamierzałem zabijać. Jeden denat w zupełności wystarczył. Małolata nie była niczemu winna. I tak w jednym dniu przeżyła więcej, niż inni przez dziesięć lat. Dość. Wystarczy. Czas zapomnieć o nieudanej operacji i odkręcić to, na co mieliśmy wpływ. Kasa przepadła. Milion papierów. Psia mać.
Kulka w łeb? Cholera, nadal nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu. Nie byliśmy plutonem egzekucyjnym, odzianym w szaty pieprzonych Nazistów. Kodeks moralny obowiązywał nawet nas, chociaż musiałem przyznać, że nie przeczytałem ani strony. Zresztą… czy takie coś w ogóle istnieje?
— Żartujesz, prawda? — wydukałem w końcu. — Powiedz, że żartujesz!
Kumpel wbił we mnie zaczepne spojrzenie.
— Nie rozumiesz? To koniec, stary. Zapomnijmy o szmalu, załatwmy dziewczynkę i zajmijmy się innymi sprawami. Potrzebujemy pieniędzy, nie kuli u nogi!
Racja, nie rozumiałem, lecz bardziej tego, czemu był tak nieugięty. Toż to dopiero ośmioletni, nieukształtowany smarkacz, w którego psychice porwanie wyrządzi nieodwracalne szkody. Co mi odbiło, że wyraziłem zgodę na wzięcie udziału w tej szalonej akcji? W zasadzie Olo postawił mnie przed faktem dokonanym, nie dając wyboru. Sprytnie to wymyślił, bez dwóch zdań.
— Nie skrzywdzę niewinnego dziecka. Zrobimy tak, jak mówię. Dukaja zostawiamy na pastwę losu, choć dla niego to chyba żadna różnica. — Spojrzałem na denata. Krew. Wszędzie pełno krwi. Przykry widok. Ktoś, kto pociągał za spust, musiał być bardzo zdeterminowany. Najwyraźniej uznał, że jedna kula nie spełni pokładanych w niej nadziei. — Nie jesteśmy zabójcami, pamiętasz? Chcieliśmy użyć dziewczynki jako przynęty, a przynęta z ofiarą raczej nie ma nic wspólnego, nie sądzisz?
— Kurwa mać, same problemy z tobą, Adam.
Zapadło krępujące milczenie. W oczach Pierdzącego zobaczyłem błysk wątpliwości, toteż postanowiłem nie odpuszczać. W tej chwili byłem niczym ostatnia deska ratunku smarkuli odpoczywającej w przyjemnej atmosferze samochodowego bagażnika. Gdyby zdawała sobie sprawę z mojej postawy, pewnie obsypałaby mą parszywą gębę gradem pocałunków. Może czas pomyśleć o własnych pociechach? Gen z najwyższej półki nie powinien iść w odstawkę.
— Ruszajmy. Szkoda cza…
Nie dokończyłem. Ciszę przerwał dzwonek telefonu. Melodyjka rodem z „Ojca chrzestnego” nasączyła powietrze piskliwymi nutami. Spojrzałem na Ola.
— Twój?
Pokręcił przecząco głową.
Nie dysponowałem komórką. W pierdlu wydawała się całkowicie nieprzydatna. Podszedłem do krzesła, na którym siedział denat. Tak, stwierdziłem w myślach, dźwięk wypływał z kieszeni marynarki Dukaja. Nie wiedziałem, jak zareagować. Z jednej strony odebranie połączenia nie miało większego sensu, z drugiej moje wnętrze trawiło zainteresowanie. Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła. A niech tam, i tak swoimi uczynkami wykupiłem bilet w kotle smoły wiszącym nad największym ogniem.
Rzuciłem okiem na towarzysza. Odpowiedzią na nieme pytanie było wzruszenie ramion i głośne pierdnięcie. Przyszło mi do głowy, że ciągłe puszczanie bąków nie może pozostać obojętne na tyłek. Po tylu strzałach na wiwat, dupsko Olka musiało palić bólem, choć chudzielec nie dawał tego po sobie poznać. Twardziel.
Zgasiłem peta na czole biznesmena, po czym sięgnąłem po natarczywie dzwoniący telefon. Znamienne, że plastikowej obudowy nie pokrywała nawet jedna kropla krwi. Zerknąłem na wyświetlacz. Żona. Odebrać, nie odebrać. Odebrać, nie odebrać. Zacząłem w myślach wyliczankę. Odebrać? Nie powinienem tego robić. Przecież i bez tego siedzieliśmy w beczce gówna, otoczeni nieznośnym odorem.
Smolić to. Raz kozie śmierć.
Przyłożywszy komórkę do ucha, nie zdążyłem powiedzieć ani słowa. Usłyszałem kobiecy głos:
— Błagam, oddajcie mi córkę! — Płacz. — Zapłacę tyle, ile zechcecie, tylko przywieźcie moją Karolinkę do domu!
Wypuściłem z dłoni aparat, który uderzył o podłogę i przestał działać.
No to sobie pogadaliśmy.

Mustang ciął powietrze niczym pocisk.
Od Warszawy dzielił nas dystans kilkunastu kilometrów. Popijałem zimny browarek, zakupiony na stacji benzynowej. Niebo w gębie. W przerwach między poszczególnymi łykami opierałem puszkę na moim opasłym brzuszysku. Wiata jest budynkiem wielofunkcyjnym. Poświęciłem wiele lat na postawienie konstrukcji takiego kalibru, ale, jak widać, nie zmarnowałem czasu.
Wlepiałem wzrok w roznegliżowane ciało Mandaryny vel Marty Wiśniewskiej, widniejące na rozkładówce Playboya. Czasopismo padło naszym łupem w tym samym miejscu, co piwo. Babka miała swoje lata, ale była jedną z moich ulubionych. W pace oblepiłem podobnymi fotkami wszystkie ściany celi. Przy dobrych układach z klawiszami takie akcje stają się realne. Wyposzczony facet potrzebuje widoku ponętnych, kobiecych kształtów jak kania dżdżu, bez względu na formę. Papier? I co z tego? Nie pomacasz, nie pociupciasz? Spokojnie, na wszystko w życiu jest czas. Monika już pewnie rozgrzewa swoją myszkę. Dzwoniłem do niej zza krat informując, że dzisiaj wychodzę. Obiecała nie brać kąpieli przez tydzień. Grzeczna dziewczynka. Cóż, każdy ma swoje odchyły. Nie należałem do wyjątków.
Podsunąłem zdjęcie pod nos Pierdzącego.
— Niezła sztuka, co? — powiedziałem, po czym zrobiłem wielki łyk browara. — Nie schodziłbym z niej przez miesiąc.
Olo parsknął szyderczym śmiechem.
— Nie dla psa kiełbasa, Adam.
Spojrzałem na niego z wyrzutem, choć nie mogłem mieć pretensji za te żartobliwe słowa. W tym przypadku odmówienie racji kumplowi byłoby niczym więcej, jak chodzeniem z głową w chmurach. Zdawałem sobie sprawę z tego, że Mandaryna nigdy nie zwróciłaby uwagi na faceta mojego pokroju. Chyba, że dostaniemy kasę za dziecko. Na milion papierów poleci każda dupeczka, bez wyjątku.
— Raczej nie dla suki boczek. — Odwróciłem kartkę czasopisma. — Sportowy biust, taki lubię najbardziej. Tyłek też pierwsza klasa. Miód malina, stary.
— Może i tak, ale talentu za grosz.
— Tu nie o talent chodzi, lecz fizyczną rozkosz. Nic więcej nie ma znaczenia.
Pierdzący docisnął pedał gazu.
— No dobra, przypuśćmy, że staniesz z taką na ślubnym kobiercu — zaczął dywagować. — Noc poślubna. Jesteś napalony jak… — chyba szukał w myślach porównania, bo zrobił chwilową pauzę — jak sam skurwysyn. ― No tak, z poezji to czytał tylko rymowanki wyryte na drzwiach kibla. ― Zdejmujesz z niej fatałaszki. Wodzisz językiem po seksownym ciele. Czujesz, że krew rozrywa ci wacka. Matko Boska! Nie możesz wytrzymać. Zakładasz kondoma, a ona… zaczyna śpiewać! Kuśka opada, gumiak do wyrzucenia. Kurwa, klniesz w myślach. Chciałeś pociupciać, a tu zonk, stary. Wybrałeś niewłaściwą bramkę. Co wtedy robisz?
Włożywszy Playboya do schowka, odparłem:
— Wciskam jej interes w usta i gitara.
Wnętrzem mustanga wstrząsnął rubaszny rechot. Zanosiliśmy się śmiechem przez dobrą minutę. Rozlałem piwo na marynarkę i spodnie. Zakląłem, choć w zasadzie miałem to w głębokim poważaniu. Monice dostanie się drugi etat — praczki. Niech zapracuje na długie chwile przyjemności, które zamierzałem jej ofiarować.
Gdy mój brzuch przestał falować gigantycznym tsunami, dodałem:
— Trzeba sobie jakoś w życiu radzić.
Na horyzoncie zamajaczyły pierwsze zabudowania. Zbliżaliśmy się do finału operacji. Odkąd postanowiliśmy jechać do matki Karoliny — Olek znał adres, bowiem właśnie w tym miejscu dokonał porwania — z twarzy Pierdzącego nie schodził delikatny, prawie niezauważalny uśmieszek. Ustaliliśmy, że zaparkujemy pod domem i zbadamy teren, po czym wtargniemy do środka i zgarniemy forsę. Klika minut i po sprawie. Musieliśmy działać bez zbędnej zwłoki. Każda upływająca minuta zwiększała ryzyko niepowodzenia misji. Przecież kobieta mogła zadzwonić na gliny. Postanowiliśmy wypuścić dziecko nawet w przypadku, gdy nie dostaniemy szmalu. Mój towarzysz ochrzcił dziewczynkę, zresztą nad wyraz trafnie, mianem kuli u nogi. Rzeczywiście, małolata była dla nas hamulcem, który musieliśmy zwolnić. Bez tego ani rusz.
— Nie uważasz, że coś tu śmierdzi? — spytałem kumpla. — Skąd babka wiedziała, że odbierzemy telefon? Nie zdążyłem powiedzieć ani słowa, a ona już wyskoczyła z tekstem o porwaniu. Zupełnie, jak gdyby wiedziała, iż ktoś zrobił z torsu Dukaja kiepską imitację gąbki, a przecież winna być przekonana, że w słuchawce usłyszy głos męża.
Pierdzący wzruszył ramionami.
— Cóż, Adam, są na tym świecie rzeczy, które się fizjologom nie śniły. — Wykrzywił usta w uśmiechu, choć w jego oczach dostrzegłem niepokój. Najwyraźniej ukrywał lęk pod maską pozornej pewności siebie.
— Druga sprawa, kto zabił biznesmena? — ciągnąłem wyrażanie wątpliwości. — Pewnie ktoś, kto wiedział, gdzie nastąpi wymiana. Takie informacje posiadaliśmy tylko my, Damian i jego żona. Nie wierzę w zbiegi okoliczności. Zamordowanie grubasa przez przypadkowego sprawcę nie wchodzi w grę.
— Uważam, że prowadzisz niepotrzebne rozważania. Daj spokój, stary. Szmal czeka w domu dziewczynki. Wystarczy dotrzeć na miejsce, pogadać z matką i odjechać w swoją stronę. Tym razem wszystko pójdzie jak po maśle. Czuję to.
Opróżniwszy puszkę, zgniotłem ją i wrzuciłem do reklamówki. Otworzyłem następną. Musiałem uzupełnić płyny, bowiem nie piłem nic od wyjścia z paki, czyli prawie przez siedem godzin. Dla mnie całą wieczność.
— Może spróbuj wywołać jakąś wizję? — zasugerowałem.
— To nie jest takie proste, jak się wydaje. Wizje przychodzą i odchodzą, na co nie mam większego wpływu.
Kolejna bajeczka Pierdzącego Olka. Facet powinien wziąć udział w improwizowanym kabarecie. Wymyślanie bzdur na poczekaniu było jego specjalnością.
Beknąłem. Twórca przepisu na browarki powinien dostać Nobla.
— Dobra, teraz z innej beczki. Jakiś zawszony buc zgarnął naszą bańkę. Sukinsyn — powiedziałem ozięble, choć chłód bijący z tonu mego głosu nie wynikał z wypicia trzech zimnych piw. — Kasa przepadła, ale, do ciężkiej cholery, skąd żona Dukaja weźmie kolejny milion? Toż to cała góra mamony!
— Mówiła o milionie?
— Nie, obiecała zapłacić tyle, ile zechcemy.
— To zmienia postać rzeczy. — Pierdzący uśmiechnął się od ucha do ucha. — Możemy zażądać dziesięciu baniek. Tylko frajerzy nie wykorzystaliby takiej szansy, Adam! Kurwa, przytrzymaj kierownicę, bo oczy zaszły mi mgłą banknotów! — Zachichotał — Dziesięć baniek, stary!
— Nie przesadzaj. Taką kasą dysponuje tylko kilka, no, może kilkadziesiąt osób w kraju. Zostańmy przy milionie.
Pierdzący skwitował mój upór głośnym westchnięciem i puszczeniem bąka.
Wjechaliśmy do miasta. Olo ograniczył prędkość do dozwolonych pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Słuszne posunięcie. Gdyby teraz zatrzymał nas jakiś patrol, wpadlibyśmy w niezłe tarapaty. Należało dmuchać na zimne z każdej możliwej strony. Dzisiejszego popołudnia mogliśmy odwrócić, nieprzychylną dotąd, życiową kartę. Nie chciałem zaprzepaścić takiej okazji, ale zdrowy rozsądek kazał mi powściągnąć entuzjazm. Po pierwsze, jeszcze nie dostaliśmy pieniędzy, a po drugie, zrozpaczona matka mogła w ogóle nie dysponować gotówką. Niewykluczone, że chcąc odzyskać dziecko, posunęła się do kłamstwa. Czasami dezinformacja, oszustwo czy też półprawda — w różnych sytuacjach pewnie można używać odmiennego nazewnictwa — jest jedynym sposobem na osiągnięcie celu. Małżonka denata dopięła swego. Dwóch bandziorów przemierzyło sporo kilometrów, by oddać jej dziecko.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmił Pierdzący, skręcając w boczną uliczkę. Zatrzymawszy forda, wskazał palcem dom stojący kilkadziesiąt metrów dalej. — Niezła chata, co? — Błysnął zepsutymi zębami.
Nie odpowiedziałem. Tonąłem w rozmyślaniach związanych z nadchodzącymi wydarzeniami.

Obserwowaliśmy willę przez bite pół godziny. Ryzyko związane z akcją było tak duże, iż nie mogliśmy pozwolić, żeby przypadek przejął kontrolę nad naszymi poczynaniami. Zdawałem sobie sprawę z tego, że wewnątrz chawiry Dukaja — przyrównywałem ją do paszczy lwa, w którą wchodziliśmy na własne życzenie — nie unikniemy improwizacji. Nie mieliśmy pojęcia, co zastaniemy w środku. Gliny? Obstawę czyhającą z giwerami gotowymi do strzału? A może raczej zapłakaną kobietę trzymającą w dłoni torbę wypchaną górą gotówki?
Gdy o tym myślałem, dochodziłem do wniosku, iż zarówno zawiadamianie policji, jak i posiłkowanie się bandą zbirów byłoby przejawem niezwykłej lekkomyślności zrozpaczonej matki. Żona denata musiała wziąć pod uwagę fakt, że mogła mieć do czynienia z bardzo niebezpiecznymi i zdesperowanymi oprychami, a tacy nie zawahają się pociągnąć za spust w momencie zagrożenia życia. Oczywiście własnego. Dla ludzi tego pokroju każde inne istnienie jest tylko barierą, którą w razie konieczności należy usunąć. Klik, i kula wylatująca z lufy sieje spustoszenie w ciele osobnika uznawanego za przeszkodę.
Popijając browara, lustrowałem wzrokiem okolicę. Nie dostrzegłem śladów obecności psów w mundurach, a zazwyczaj czułem ich ze sporej odległości. Wszystkie samochody zaparkowane w pobliżu świeciły pustkami, a ławkę nieopodal zajmowały trzy babcie nieuchronnie zmierzające do finału życia. Zero podejrzanie wyglądających facetów, brak agentek udających opiekunki do dziecka, czy też włóczących się bez celu przechodniów. No i, co przyjąłem z uśmiechem na twarzy, nie wypatrzyłem osiłków, których obecność oznaczałaby kłopoty większe niż zaangażowanie w akcję stróżów prawa. Gangsterzy, choć niektórzy używają niezwykle przewrotnego określenia „ochroniarze”, nie zadają zbędnych pytań, lecz od razu przechodzą do rzeczy. Połamie ci taki kości kilkoma uderzeniami masywnych pięści, poprawi kopnięciem, po czym wpakuje kulkę w łeb. A gliniarz? Ten przynajmniej odczyta prawa, przewiezie w darmowej taryfie do aresztu, gdzie nakarmią ciepłą grochówką, dając do tego pajdę świeżego chleba. Wiem z autopsji.
Podczas gdy Pierdzący sięgnął po torbę leżącą na tylnym siedzeniu, ja opróżniłem kolejną puszkę złocistego trunku. Piwo straciło chłód, ale i tak wchodziło nie napotykając na swej drodze do pęcherza żadnych przeszkód. No właśnie, do pęcherza. Zaczynałem odczuwać dosyć poważny ucisk na narząd, który w ostatnim czasie nie funkcjonował tak, jakbym sobie tego życzył. Myślałem o zakładaniu pampersa, choć ze szmatą w gaciach pewnie wyglądałbym naprawdę groteskowo. Życie jest przewrotne. Niekiedy, mając na karku sporo krzyżyków, doznajesz dziwnego wrażenia, że wsiadasz do wehikułu czasu i wracasz do przeszłości. Pieluchy za łebka, pieluchy na starość. Cholera, żebym tylko zdążył umrzeć, zanim zdziecinnieję.
— Wkraczamy? — spytał Olo, poprawiając kapelusz. — Nie mam zamiaru zapuścić korzeni przed tą zawszoną willą. Załatwmy to szybko i spieprzajmy.
Skinąłem głową. Też odczuwałem przesyt przesiadywaniem w samochodzie. Nie chciałem nabawić się hemoroidów. Prostata wystarczy.
— Wchodzimy tylnym wejściem. W razie komplikacji nie kombinujemy, ale spadamy. Ten numer nie musi być naszym ostatnim, jasne?
Kąciki ust Pierdzącego wygięły się w przelotny uśmiech.
— Oczywiście, tatku.
Żywiłem nadzieję, że wszystko pójdzie jak po maśle, chociaż gdzieś w głębokich zakamarkach podświadomości odczuwałem lęk. Od wyjścia z pudła los bombardował mnie coraz to wymyślniejszymi niespodziankami. Najpierw Olek wymyślił porwanie, potem ojciec uprowadzonej okazał się denatem z podziurawionym torsem, a na koniec, i to chyba było najbardziej zastanawiające, matka zadzwoniła na komórkę męża, prosząc o odstawienie Karoliny do domu. Zupełnie, jak gdyby posiadała szósty zmysł. Skąd wiedziała, że odbierze jeden z bandziorów? Oto pytanie, na które wciąż nie znajdywałem odpowiedzi.
Wysiedliśmy z mustanga. Poczułem na twarzy ciepły powiew wiatru. Słońce nie stało już tak wysoko, jak podczas wizyty w motelu, jednak wciąż grzało. Dystans dzielący nas od willi pokonaliśmy w kilkadziesiąt sekund, w ogóle się nie spiesząc. Minęliśmy dom niczym niezainteresowani przechodnie, po czym weszliśmy na posesję sąsiada. Przy budzie z napisem „Bruner” leżał wielki labrador, niewykazujący żadnych oznak zainteresowania intruzami. Zresztą, na ziemi spostrzegłem gruby, żelazny łańcuch. Nie ze mną te numery, kundlu, przyszło mi do głowy.
Dopiero, gdy znaleźliśmy się na tyłach, dobyliśmy broni i skierowaliśmy kroki do miejsca przeznaczenia. Willa Dukaja nie była zbyt imponująca. Ot, zwykła parterówka z poddaszem. Rozłożysta, zbudowana z czerwonej cegły klinkierowej, bardzo gustowna, choć skromna. Pomyślałem, że facet nie lubił obnosić się ze swoim bogactwem. Poczułem do niego nutkę sympatii i zacząłem żałować, że byliśmy ―może nie bezpośrednimi, ale jednak ― sprawcami zgonu biznesmena. Ukrywanie statusu majątkowego nie jest ulubionym zajęciem krezusów. Wręcz przeciwnie. Zamożni robią wszystko, by odróżnić się od szarej masy. Świetne samochody, olbrzymie chawiry z basenami i kortami tenisowymi, prywatne samoloty, no i kobiety — piękne, aczkolwiek często posiadające iloraz inteligencji porównywalny z rozmiarem buta.
Przechodząc przez ogród zdałem sobie sprawę z tego, że Pierdzący chwilowo przestał obsługiwać działo ukryte w odbycie. Najwyraźniej był skoncentrowany na akcji jak jeszcze nigdy wcześniej. Dzisiejsze popołudnie mogło nadać naszej szarej egzystencji kolorytu, a zbytnia nonszalancja stanowiła pierwszy krok ku zaprzepaszczeniu szansy.
Jak do tej pory wszystko szło po naszej myśli, z jednym małym wyjątkiem — zacząłem odczuwać coraz większe parcie na pęcherz. Do diabła, wypicie kilku browarów musiało się skończyć właśnie w taki sposób. Wprawdzie niesprawna hydraulika wymaga naoliwiania, lecz z umiarem, którego zawsze mi brakowało. Postanowiłem skorzystać z kibla w domu biznesmena. Wyciągnięcie wacka na środku ogrodu może i przyniosłoby ulgę, lecz naraziłoby operację na fiasko. W wyobraźni widziałem nagłówki w porannej prasie: „BANDYTA ZŁAPANY NA GORĄCYM UCZYNKU Z FALLUSEM W DŁONI”; „PORYWACZE NIE ZDĄŻYLI ODEBRAĆ OKUPU. NA PRZESZKODZIE STANĄŁ PĘCHERZ”. Kompromitacja na całej linii. Wytrzymaj, stary, a oddasz mocz w komfortowych warunkach. Łatwiej powiedzieć, trudniej uczynić. Czułem, jak zwieracze puszczają, jednakże walczą do ostatniej kropli krwi. Albo raczej moczu.
Tylne drzwi okazały się otwarte. Weszliśmy do środka najciszej jak umieliśmy. Już na progu uderzyła mnie intensywna woń damskich perfum. Ktoś, kto wylewa na siebie tyle pachnidła, nie może być normalny. Albo unika kąpieli, rekompensując sobie w ten sposób awersję do mydła, albo zamierza opuścić domostwo na dłużej. Hm, zastanawiające. Gdybym nie koncentrował myśli na żółtawym płynie, który próbował w zakamarkach mojego organizmu odnaleźć drogę na światło dzienne, pewnie zatrzymałbym się przy tej kwestii na dłuższą chwilę.
Przeszedłszy przez obszerny przedpokój, weszliśmy do salonu. Nie zwróciłem uwagi na drogie meble. Tak gwoli ścisłości, to nawet nie wiedziałem, czy rzeczywiście kosztowały fortunę. Moją uwagę przykuły cztery torby podróżne stojące pod ścianą. Wyglądało to tak, jakby ktoś zamierzał zrobić sobie dłuższy urlop. W sumie środek wakacji jest odpowiednią porą na wyjazdy, lecz w mojej duszy zrodziły się wątpliwości. Chwila. Pachnidło, torby... Przecież to oczywiste. Świeżutka wdowa po Dukaju zamierzała wyjechać. Może chciała odzyskać dziecko, po czym zabrać je z dala od miejsca, w którym doświadczyło traumatycznych przeżyć? Logiczne.
Szepnąłem Pierdzącemu, że idę do łazienki. Pęcherz wymagał niezwłocznej interwencji, w innym wypadku panele w salonie pokryłaby żółta, nieprzyjemnie pachnąca kałuża, konkurująca o palmę pierwszeństwa w dziedzinie aromatów z wszechobecną wonią perfum. Wpadłem do kibla, rozpiąłem rozporek i zacząłem sikać. Odniosłem wrażenie, że trzymam w dłoni wąż strażacki, który nie przestanie strzelać wodą dopóty, dopóki zbiornik czerwonego stara nie zacznie świecić pustkami. Lałem tak i lałem, czując olbrzymią satysfakcję z faktu, iż pistolet nie dał się prostacie i zamiast sączyć kropla po kropli, wypluł z siebie cały magazynek za jednym zamachem.
Zrobiwszy swoje, wyszedłem z toalety lżejszy o dwa, może nawet ze trzy kilogramy. Omiotłem wzrokiem otoczenie. Olo zniknął. Pewnie kontynuował akcję beze mnie. Dzierżąc w dłoni anakondę, skierowałem kroki do sypialni. Uchyliłem drzwi i... stanąłem jak wryty. Spoglądanie w oczy śmierci nie jest zbyt przyjemnym zajęciem, a właśnie przypadła mi taka rola. Na środku pomieszczenia stała całkiem niebrzydka, na oko trzydziestoparoletnia kobieta, trzymająca w ręku spluwę. Matka Karoliny. Oczywiście nie byłem co do tego przekonany, lecz w sumie inna opcja raczej nie wchodziła w grę. Lufa skierowana w moją pierś wyraźnie świadczyła o niecnych zamiarach zdesperowanej wdowy. Cholera, wdepnąłem w gówno, mając na nogach tylko skarpetki. Niezły pasztet.
Całe szczęście, że również byłem uzbrojony. Inaczej musiałbym polegać tylko na uroku osobistym, co rzadko przynosiło efekty. Staliśmy tak, twarzą w twarz, niczym rewolwerowcy na dzikim zachodzie, czekając na rozwój wypadków. Kto pierwszy naciśnie na spust? Czyja kula okaże się wysłannikiem z piekła rodem? Bóg mi świadkiem, że nie chciałem zabijać. Chodziło tylko o kasę, przecież po to tu przybyłem. Kolejny trup był nam potrzebny jak dziura w płocie, jednak w oczach kobiety widziałem ten rodzaj determinacji, który wyraźnie wskazywał na to, iż pani Dukaj nie odpuści. Pewnie nawet nie miała pieniędzy. Zrobiła nas na szaro, licząc na to, że siłą odbije córkę. Głupia suka. Życie nie jest filmem. Tu słabszy wygrywa tylko do święta. Zazwyczaj przełyka gorycz porażki.
Gdy podniosła broń wyżej, tak, jakby zamierzała strzelić, zrozumiałem, że nie daje mi wyboru. Dopiero teraz dostrzegłem, że ukrywa dłonie w rękawiczkach. W jakim celu? Nie miałem czasu na rozmyślania. Wierząc, że działam w obronie własnej, nacisnąłem spust colta. Klik! Liczyłem, że odrzut po wystrzale szarpnie moją ręką, lecz nic takiego nie nastąpiło. Mało tego, nie usłyszałem huku wystrzału. Co jest grane?
Klik! Znowu nic. Kurwa, czyżby komory rewolweru świeciły pustkami? Jakim cudem? Przecież nie wystrzeliłem jeszcze ani razu!
Klik, klik, klik! Na kobiecej twarzy zobaczyłem szeroki, szelmowski uśmiech, zdający się mówić: „Jesteś frajerem stary, z forsy nici”. Chciałem coś powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle.
Na potylicy poczułem zimny dotyk lufy pistoletu, a w powietrze wzbił się śmiech Pierdzącego Ola:
— Niespodzianka, Adam.

Lodowaty dreszcz przeszedł mi po karku, zmierzając w stronę dolnej części kręgosłupa. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Kumpel, żona Dukaja, broń wymierzona w moją głowę. Do ciężkiej cholery, co tu jest grane? Czyżby Olek postanowił zażartować ze swego towarzysza? Jeśli tak, to wybrał nieodpowiedni moment. Lubiłem dobry dowcip, lecz wszystko w granicach rozsądku. Co za dużo, to niezdrowo.
— Przyjacielu, odłóż pukawkę, zgarnij szmal i spadamy — powiedziałem, próbując ogarnąć myślami to, czego doświadczałem. — Nie czas na głupie kawały.
— Stul pysk, mendo. Hania, zabierz panu broń — zakomenderował Pierdzący. Kobieta spełniła polecenie, a ja poczułem palący ból w okolicach barków w momencie, gdy kumpel wykręcił mi ręce i zapiął na nadgarstkach policyjną biżuterię, którą dobrze znałem. — Do salonu. Migiem!
Nie protestowałem, bo nie widziałem ku temu podstaw. Dwa gnaty przeciwko żadnemu to argument nie do podważenia. Olo pchnął mnie na podłogę, po czym przypiął moje ręce do żeliwnego grzejnika. Mieli mnie w garści, bez dwóch zdań, tylko nadal nie wiedziałem, dlaczego padłem ofiarą przyjaciela. Przyjaciela? Tak było jeszcze pięć minut temu. Teraz już największego wroga.
— O co chodzi, stary? — spytałem, patrząc, jak kobieta chwyta torby i wychodzi na zewnątrz. — Rozumiem, że nie żartujesz, ale, do kurwy nędzy, powiesz mi, co jest grane?
Spojrzał na mnie oczami przykrytymi mgłą obojętności, choć usta nadal wykrzywiał w dziwnym, szyderczym grymasie. Przypominał myśliwego, który dopadł zwierzynę po wielu dniach pościgu. A więc tym byłem? Zwierzęciem pozbawionym możliwości obrony? Ofiarą skazaną na porażkę już na samym starcie?
Przyłożył usta lufy do mojej skroni.
— Pamiętasz Jolkę? — Milczałem. — Pamiętasz tę dziwkę, co? Powinienem nacisnąć spust i rozwalić cię na miejscu. Tak byłoby szybciej i bez problemów, ale postanowiłem zabawić się twoim kosztem, gnoju. — Tu, jak gdyby chciał zaakcentować epitet, którym mnie uraczył, puścił głośnego, smrodliwego bąka. — Ufałem ci, skurwielu, a ty posuwałeś moją dziewczynę.
Zatem o to chodzi. Faktycznie, nie byłem aniołkiem i swoje za uszami bez wątpienia miałem. Cóż, krew nie woda, a okazja czyni złodzieja. Zamiast siedzieć przy kochance, Olo obrabiał sklepy i kantory, często bez mojego udziału. Nie zaprzeczam, czułem się jak lokomotywa odstawiona na bocznicę. Przecież to ja wkręciłem młokosa w przestępczy interes. Chłop miał predyspozycję i szybko przerósł mistrza. Może nie wskoczył od razu dwa poziomy wyżej, ale posiadał talent do tej roboty. Nie mogłem pozwolić, żeby dzieciak z mlekiem pod garbatym nosem traktował mnie niczym piąte koło u wozu. Starszym należy się szacunek. W rewanżu rozpostarłem nad Jolką płachtę troskliwej opieki. Nie nalegałem, po prostu wykorzystałem sytuację. Nie dość, że laseczka wyglądała jak rasowa suczka, to jeszcze przejawiała ochotę na bliższą znajomość. Za każdym razem, gdy wskakiwałem do jej łóżka twierdziła, że nigdy nie miała do czynienia z giwerą takich rozmiarów. Pierdzący Olek to przy mnie liliput. Cóż, natura nie dzieli wszystkim po równo.
— Skąd wiesz? — zapytałem. — Nigdy nie pisnąłeś nawet słówka.
— Po prostu wiem i tyle. Czekałem na odpowiedni moment. Nie masz pojęcia, jak bardzo pragnąłem zemsty. W zasadzie żyłem tylko nią. Pięć pieprzonych lat, z których trzy spędziłeś w pierdlu. To dużo czasu na obmyślenie wszystkich elementów planu, nie sądzisz?
Skinąłem głową. Musiałem przyznać, że jest aktorem niemal doskonałym. Od chwili, gdy zgarnął mnie sprzed bram zakładu karnego, udawał kumpla, którym przez lata po prawdzie był. Przygotowanie skoku, nieoczekiwany rozwój wypadków, aż wreszcie wizyta w domu denata. Nie miałem powodów, by podejrzewać Ola o świństwo takiego kalibru, a jednak... Pierdzący. Z jednej strony przyjaciel i towarzysz niedoli, z drugiej zdradzony samiec szukający zemsty. Cholera, sam byłem sobie winny. Gdybym nie prowadził jego dupeczki do krainy rozkoszy, nie wpadłbym w szambo po samą szyję.
— Hej, przecież jesteśmy kumplami, pamiętasz? Tyle wspólnych skoków, tyle akcji. — Wypaliłem tymi słowami z nadzieją, że pocisk dosięgnie celu.
Zmierzył mnie lodowatym wzrokiem.
— Kumple nie rżną cudzych kobiet.
Niestety, chybiłem. Zaczynałem godzić się ze swoim nędznym losem. Tak do końca nie wiedziałem, jaką rolę odegrałem w napisanym przez niego scenariuszu, ale na Oskara chyba nie miałem co liczyć. Zasługiwałem najwyżej na Złotą Malinę. Dobre i to.
— Co zamierzasz zrobić? — spytałem bez wiary na usłyszenie odpowiedzi.
— Od początku tańczyłeś w rytm granej przeze mnie muzyki. — Myliłem się. Olo postanowił rzucić karty na stół. Przecież i tak nie mogłem mu zaszkodzić. — Po pierwsze, dałeś się wciągnąć w trefne uprowadzenie. Po drugie, wziąłeś pistolet pozbawiony amunicji. Po trzecie, łyknąłeś numer z telefonem. ― Przed oczami stanął mi obraz czyściutkiej obudowy. A gdzie krew? ― Stary, doświadczony kryminalista wpadł w sidła zastawione przez kolegę po fachu. Ironia losu, co? — Cóż, mogłem przyznać mu rację, lecz wolałem milczeć. — Wiedziałem, co robię, grając ci na emocjach. Dziewczynka była gwarantem powodzenia akcji. Nigdy w życiu nie skrzywdziłeś muchy, nie mówiąc o dzieciach.
— Rzeczywiście, dobry plan. Z tym, że chyba nie pomyślałeś o uczuciach Karoliny! Przecież to przeżycie odciśnie nieusuwalne piętno na nierozwiniętym umyśle! Kurwa, a co na to matka?
— Nie martw się o małolatę. Chloroform zrobił swoje. Spała przez cały czas rzekomego uprowadzenia i otworzy oczy dopiero za kilka godzin. Zero traumy. A matka? — Puścił w moją stronę oczko, uśmiechając się od ucha do ucha. Sukinsyn. — Od dawna nie żyła dobrze z mężulkiem. Ćwok dysponował mnóstwem kasy, a skąpił grosza na najbardziej przyziemne potrzeby rodziny. Musieliśmy jakoś ukrócić królewskie rządy Dukaja. Upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu stary. — Nie krył satysfakcji.
— Nie dam się wrobić! — ryknąłem. — To nie przejdzie, kmiocie! Gliny nigdy nie uwierzą w wymyśloną przez ciebie bajeczkę!
Wiedziałem, że mam rację. Żaden doświadczony inspektor policji nie łyknie haczyka takiej wielkości. Sprawca zbrodni przykuty w salonie ofiary do kaloryfera? Dobre sobie. Takiego numeru nie wymyśliliby najlepsi scenarzyści filmowi. Nawet w komediach z Leslie Nielsenem nie spotyka się takiego ładunku bzdur.
Do salonu wróciła Hania. Złożyła na ustach Pierdzącego czuły pocałunek. Zachodziłem w głowę, jakim cudem całkiem niezła sztuka zadaje się z takim zakapiorem? Widać do szczęście nie potrzebowała wiele. Kobiety. Nigdy nie wiesz, co im odbije. Miałem niemal pewność, że to ona była pomysłodawczynią niecnego planu. Mózg Ola nie sprostałby takiemu wyzwaniu.
Pierdzący opuścił pomieszczenie. Ciekawe, gdzie poszedł?
Wdowa po biznesmenie wyjęła z torby stojącej pod ścianą broń maszynową z tłumikiem. Uzi. Po raz pierwszy widziałem to cacko na żywo. Szkoda, że w takich okolicznościach. Wepchnęła mi spluwę w dłoń, zyskując w ten sposób mnóstwo odcisków palców na narzędziu zbrodni. Cholera, sytuacja zaczynała robić się naprawdę nieciekawa. W przypadku przyjazdu gliniarzy wszystkie dowody będą świadczyły przeciwko mnie. A forsa? Co z nią?
Zapytałem o to panią Dukaj.
— Mąż był ubezpieczony na całkiem pokaźną sumkę — odpowiedziała — a jako, że nie podpisywaliśmy intercyzy, w zasadzie cały majątek przypadnie nam, to znaczy zapłakanej żonie — zachichotała — i córce. Oczywiście Aleksander też na tym skorzysta.
Aleksander? A może od razu „mości hrabia”?
Nie widziałem sensu drążenia tematu, dlatego skierowałem rozmowę na inne tory.
— Kto strzelał?
— Czy to ważne? — odparł Pierdzący, wchodząc do salonu ubrany w… Cholera, co on na siebie włożył? Czarne spodnie bojówki i kurtka w takim samym kolorze z wielkim napisem: „OCHRONA”. Przy boku walkie-talkie, a na nogach solidne glany. Zdumienie odjęło mi mowę. Co jest grane? Co oni kombinują? — Istota tkwi w finale, stary. Dosyć pogaduszek. Czas ucieka. — Wyciągnąwszy z kieszeni telefon, Olo wybrał numer i po kilku chwilach powiedział do słuchawki: — Zastałem sprawcę na miejscu zdarzenia. Zawiadomcie policję. Sytuacja pod kontrolą. Czekam na policję.
Odniosłem wrażenie, że szczęka opada mi na dół niczym klapa samochodowego bagażnika. Właściwie to nie musiałem o nic pytać. Jasność. Właśnie ją zobaczyłem. Mój były już kumpel podjął pracę w agencji ochrony, by stawić się na miejscu zdarzenia jako pierwszy. Spacyfikował mordercę i porywacza w jednym, przykuł sukinsyna do grzejnika i czekał na przyjazd glin. Para prawdziwych degeneratów zrobiła skok na kasę, a ja musiałem obejść się smakiem. Znowu wtopiłem.
Kurwa.
To słowo stało mi przed oczami, rozpryskiwało się na tysiące okruchów, po czym powstawało niczym Feniks z popiołów.
Kurwa.
Chciałem krzyknąć, wydać z siebie ostatni jęk rozpaczy, jednak postawiłem przed falą emocji tamę nie do pokonania.
Widząc moje zrezygnowane spojrzenie, Olo zapytał:
— Nieźle to wymyśliłem, co nie?
Nie odpowiedziałem. Pieprzony ćwok. Wygrał. Do ciężkiej cholery, wziął rewanż na człowieku, który szukał szczęścia w ramionach jego dziewczyny. Pozbawił mnie wszystkich argumentów do obrony. Zdawałem sobie sprawę z tego, że leżę w mogile, zasypywanej przez krwiożerczych grabarzy w policyjnych mundurach. Poległem na całej linii.
— Zrobisz coś dla mnie po starej znajomości? — zagadnąłem.
— Wal.
— Daj szluga. — Widząc niezdecydowanie malujące się na jego twarzy, dodałem: — Chyba nie odmówisz kumplowi ostatniej fajki?
W powietrze wzbiła się smużka szarego dymu.
Hania opuściła posesję. Usłyszałem tylko warkot silnika i pisk opon, a potem otoczenie utonęło w ciszy dzwoniącej mi w uszach.

Siedziałem na tylnym siedzeniu policyjnej suki, rozgoryczony zaistniałą sytuacją. Pierwszy dzień wolności miał być krokiem ku lepszemu życiu, a przyniósł rozczarowanie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że tym razem nie wywinę się mackom sprawiedliwości. Sprawiedliwości? Boże, przecież ja tylko zadowalałem dziewczynę kumpla, tymczasem pójdę siedzieć za zbrodnię, której nie popełniłem! Prawdziwi sprawcy morderstwa jechali w stronę światła rzucanego przez stos banknotów oznaczonych emblematem NBP. Unikną odpowiedzialności, bowiem nie padnie na nich nawet cień podejrzeń. Siepacz z opasłym brzuszyskiem jechał do aresztu, w towarzystwie uzbrojonych osiłków. Leniwe psy w mundurach nie będą zadawały zbędnych pytań. Dostali sprawcę na tacy, tak, jak dostaje się posiłek w restauracji. Czegóż można chcieć więcej?
Mój czas na wolności dobiegał końca. Smutne, ale prawdziwe. Gdy wyjdę — tu musiałem się zreflektować: o ile wyjdę — odnajdę Pierdzącego i zrobię mu z dupska jesień średniowiecza. Wtedy to on będzie zmuszony nosić pampersy, nie ja.
A Monika? Adios, grzeczna dziewczynko, pomyślałem. Kurwa, a mogło być tak pięknie.
Pierdzący Olo. Sukinsyn, który sprowadził na moje barki nieszczęście. Zawsze uważałem, że facet potrafi tylko puszczać bąki. Błąd. Jak widać, po wielu latach zatruwania atmosfery nauczył się czegoś więcej. A może to wyłącznie złudzenie? Może jednak sranie nadal wychodzi mu najlepiej?



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -