Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Paznokieć

Robert Cichowlas

Najpierw zadzwoniła do Pawła, aby powiedzieć mu, że wieczór spędzi z Mają, a potem podjechała pod bankomat, aby wypłacić gotówkę. Kiedy spojrzała na zegarek, syknęła pod nosem przekleństwo i westchnęła. Była już spóźniona dziesięć minut. Ona: ta, która nigdy się nie spóźnia!
Złapała taksówkę i kazała się zawieźć na ulicę Wieniawskiego. Tęgi kierowca przez całą drogę bacznie obserwował ją w lusterku, aż miała chęć zapytać, czy wszystko z nim w porządku i czy mógłby się wreszcie skoncentrować na prowadzeniu? Ostatecznie powstrzymała się od zgryźliwości i w milczeniu czekała, aż taksiarz dowiezie ją na wskazane miejsce.
Zapłaciła za kurs, wyskoczyła z samochodu i trzasnęła drzwiami. Momentalnie poczuła zimny wiatr, który zaatakował ją ze wszystkich stron. Ślizgając się na oblodzonym chodniku, obserwowała budynki. Gdzieś w pobliżu miał się znajdować pub o nazwie Svejk, ale jak na razie dostrzegła tylko stary gmach, który mieścił urząd celny, oraz dwie potężne kamienice o spadzistych, czerwonych dachach. Na pierwszym piętrze jednej z nich paliło się światło. Przez uchylone okno słychać było jak ktoś krzyczy:
- Raz jeszcze ci powiem to, co już dawno powinnaś zrozumieć: pieprzenie w moim mieszkaniu jest zabronione, zrozumiano? Jeśli chcesz to robić, to nie tutaj! To nie jest burdel!
Przypomniała sobie chwile, kiedy jej ojciec przyłapał ją na gorącym uczynku w dniu urodzin Sławka - chłopaka, z którym spotykała się dawno temu. Nie usłyszała szczęku kluczy w drzwiach. Tamtego dnia ojciec wrócił wcześniej z pracy. Nakrył ją w toalecie, jak siedziała rozkraczona na brzegu wanny i trzymała penis Sławka w swoich ustach. Miała wtedy dziewiętnaście lat. Poczuła się tak, jakby nagle uszło z niej całe życie. Przez kolejny miesiąc unikała ojca jak ognia, i zauważyła, że on jej też.
Pewnego wieczoru, kiedy jedli wspólną kolację, jej matka wybuchnęła śmiechem i zapytała, dlaczego Sławka nie ma razem z nimi. Ojciec wziął do ręki aparat telefoniczny i wykręcił numer, po czym wręczył Magdzie słuchawkę, mówiąc:
- Pogadaj z Harlequinem, powiedz, że twoja matka robi wyborne naleśniki. Tylko niech się pośpieszy, bo wystygną.
Najtwardszy lód został przełamany, poczuła ulgę. Już więcej nie robiła tego w domu rodziców, nawet pod ich nieobecność. Była grzeczną dziewczynką, jak to zawsze powtarzał Sławek.
Teraz spojrzała w uchylone okno i uśmiechnęła się pod nosem.
Przeszła na drugą stronę ulicy, gdzie rosły nagie, ozdobione jedynie białym puchem drzewa. Podążała wąskim chodnikiem, z rękoma wciśniętymi głęboko w kieszeniach płaszcza. Było jej zimno i zaczęła żałować, że nie założyła dodatkowego swetra. Mogła posłuchać Pawła, kiedy prosił, aby ubrała coś grubszego. Mówił, że na dzisiejszą noc zapowiadali ponad dwudziestostopniowy mróz.
Kiedy naprawdę wskazane było, aby podporządkowała się jego radzie, nigdy tego nie robiła.
- Cholera - jęknęła, zaciskając skostniałe dłonie.
Po kilku minutach wędrówki dostrzegła pub, w którym umówiła się z Mają. Odetchnęła z ulgą i przyśpieszyła. Maja była jej odwieczną przyjaciółką. Razem chodziły do liceum i razem studiowały. Był okres w ich życiu, kiedy współpracowały ze sobą na podłożu zawodowym. Wiele je łączyło. Maja była jedyną osobą w życiu Magdy, o której mogła powiedzieć, że jest jej przyjaciółką. Potrzebowała tej znajomości i starannie ją pielęgnowała.
Nagle usłyszała ciche skrobnięcie gdzieś wewnątrz kieszeni płaszcza. Niemal niesłyszalne "drrap - drrap", które natychmiast ucichło. Żołądek podszedł jej do gardła, zwolniła. Poczuła jak paznokieć palca wskazującego wbija się w materiał. Na chwilę stanęła, próbując wyciągnąć dłoń z kieszeni, ale bezskutecznie. Zahaczył się. Szarpnęła, ale chwilę potem pożałowała tego ruchu. Ból, jakiego doznała spowodował, że głośno jęknęła.
- Au!
Nie była pewna, czy dobrze słyszy, ale kolejne "drrap - drrap", dochodzące z prawej kieszeni utwierdziło ją w przekonaniu, że się nie myli. Przymknęła oczy i nabrała do płuc ostrego, zimnego powietrza.
Nie, tylko nie teraz - pomyślała zaniepokojona, po czym ruszyła biegiem w stronę pubu.



Kiedy dostrzegła Maję, siedzącą na tyłach lokalu przy niewielkim okrągłym stoliku, pomachała jej ręką i zaczęła wodzić wzrokiem w poszukiwaniu toalety.
Pomieszczenie było przestronne, ale i przytulne. Posiadało swego rodzaju atmosferę, której brakowało niektórym poznańskim pubom. Wszystkie ściany pokrywała boazeria, pokryta tak grubą warstwą lakieru, że spoglądając na nią z łatwością można było dostrzec swoje odbicie. Stoliki przykryte były brązowymi serwetami w żółte kwiaty. Stały na nich firmowe popielniczki, małe wazoniki ze świeżymi stokrotkami i długie, chude świece. Z sufitu zwisały niewielkie czarne lampy, oraz przywiązane linkami płyty winylowe z twarzami liderów takich zespołów jak Led Zeppelin, U2, czy Kiss.
Kiedy Magda dostrzegła wąski korytarz, prowadzący do toalet, usłyszała piskliwy głos swojej przyjaciółki:
- Magda! Jak się cieszę! Chodź tutaj szybko, niech cię wyściskam!
Maja była niską, szczupłą szatynką o maleńkich oczkach i głowie w kształcie serca. Nie należała do kobiet wyróżniających się w tłumie swoim wyglądem. Ani ładna ani brzydka, za to z dość dużym jędrnym biustem i zawsze gustownie ubrana. "Swojska babka" - jak mawiał Paweł. Na spotkanie z Magdą założyła wełniany rozpinany sweter firmy Simple, długą błękitną spódnicę w jaskrawo-czerwone róże i równie jaskrawo-czerwonego koloru buty na płaskim obcasie. Jej usta lśniły od błyszczyku, a na palcu serdecznym prawej ręki miała gruby srebrny pierścionek z bursztynem.
- Magda! - krzyknęła, wstając od stolika.
Magda uśmiechnęła się nieznacznie, po czym niepewnie podeszła do przyjaciółki.
- Przepraszam za spóźnienie, przez tą pogodę...
- Daj spokój - przerwała jej Maja - Nie przepraszaj, tylko zamów sobie piwo i ogrzej się. Jesteś cała skostniała. Mówiłaś Pawłowi, że ten wieczór spędzisz ze mną?
Magda kiwnęła głową. Zdjęła płaszcz i powiesiła go na sosnowym wieszaku stojącym zaraz obok olbrzymiego lustra z mosiężną ramą.
- Tak, rozmawiałam z nim. Prosił, abym cię pozdrowiła - odparła, cały czas czując się niepewnie. Kątem oka spojrzała na swój paznokieć; zdawał się być dłuższy niż jeszcze kilka minut temu.
- Usiądź wreszcie i mów, co u ciebie? Jak ci się układa z Pawłem? Prosił aby mnie pozdrowić? Dzięki, nie sądziłam, że mnie jeszcze pamięta.
Magda nie odezwała się. Jej ciało przeszyły dreszcze. Zaczęła podejrzewać, że ma gorączkę. Oparła się na krześle i przyłożyła sobie dłoń do czoła. Było chłodne.
- Dziwnie się czuję, wiesz? Chyba muszę pójść do toalety - powiedziała.
- Masz duszności? Nie przejmuj się, to ta różnica temperatur. Na dworze panuje prawie dwudziestostopniowy mróz. Zaraz się przyzwyczaisz.
- To nie przez różnicę temperatur. Coś się ze mną ostatnio niedobrego dzieje.
W lokalu zabrzmiała piosenka "Stacja Warszawa" grupy Lady Pank. Maja kiwnęła głową w stronę wysokiego łysego kelnera, który natychmiast pojawił się przy ich stoliku.
- Piwo dla tej pani - oznajmiła z przesadną uprzejmością. Była trochę wstawiona, jej oczy błyszczały jak kocie ślepia.
Kiedy kelner nieco się oddalił, zapytała:
- Magda, co sie dzieje?
- Nie mam pojęcia. Od jakiegoś czasu mam problemy z ręką. Spójrz na to.
Magda położyła prawą dłoń na stoliku, wystawiając palec wskazujący. Był szczupły i długi, pokryty delikatną, opaloną na solarium skórą. Jednak paznokieć tegoż palca znacznie różnił się od pozostałych. Był nieco zakrzywiony ku dołowi, poszczerbiony i nienaturalnie długi.
Maja wpatrywała się w niego w zdziwieniu, nie ukrywając lekkiego obrzydzenia.
- Co ci się stało? - zapytała, nie spuszczając wzroku z paznokcia.
- Nie mam pojęcia. To się nie dzieje od wczoraj. Nie mam pojęcia jak ci to wyjaśnić. Jakiś czas temu zauważyłam, że ten nieszczęsny paznokieć rośnie nienaturalnie szybko. Piłowałam i wciąż odrastał, w zaskakująco szybkim tempie. Wczoraj obcięłam. Po prostu obcięłam cały paznokieć, potem delikatnie pomalowałam lakierem. Kiedy się obudziłam dzisiejszego poranka, ujrzałam właśnie to.
- Przyznam, że pierwszy raz widzę coś takiego - odrzekła Maja.
- Ja również.
- Nie myślałaś o lekarzu? Może powinnaś pójść do dermatologa?
Pojawił się kelner z kuflem piwa dla Magdy. Posłał jej szeroki uśmiech, po czym zapytał:
- Czy życzą sobie panie jakiś deser?
- Nie, dzięki - odparła Maja, spoglądając na niego wymownie. Po chwili owo spojrzenie stało się tak piorunujące, że kelner kiwnął głową i żwawo ruszył w kierunku schodów prowadzących na tarasy.
Magda pociągnęła spory łyk piwa, delektując się jego smakiem i przymknęła na chwilę oczy:
- Tego potrzebowałam - mruknęła.
Maja sięgnęła do torebki po paczkę vogue'ow i odpaliła jednego.
- Co z tym lekarzem? Byłaś u jakiegoś specjalisty w zakresie dermatologii? - zapytała.
- Jestem umówiona na wizytę. W przyszłym tygodniu będę już wiedziała, co takiego mi dolega. Obawiam się jednak, że do tego czasu czeka mnie istny koszmar.
- Co masz na myśli?
- Złe samopoczucie. Strasznie boli mnie ten cholerny palec, poza tym wymiotuję. Nie wiem, czy powinnam o tym teraz mówić - Magda przerwała na moment, aby zrobić kilka łyków piwa - Ostatnio nie spotykamy się często. Nie będę ci opowiadała o moim nieszczęsnym paznokciu - dokończyła, szczerząc zęby w wymuszonym uśmiechu.
- Ależ dobrze, że mówisz - powiedziała Maja, zaciągając się dymem - Przyznam, że mnie zaniepokoiłaś. Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Na sali zrobiło się jakoś gęściej i gwarniej. Ludzie krążyli do toalet, do barku, wychodzili na tarasy, po czym wracali z kuflami pełnymi piwa. Inni zaś głośno rozmawiali, grali w pokera, a pewna starsza kobiecina ubrana w futro z norek przez dobre dziesięć minut pokrzykiwała coś niezrozumiale. Wyglądała na kompletnie zalaną, ale dzielnie walczyła z kolejną szklaneczką whiskey.
Przez kolejnych piętnaście minut Maja opowiadała Magdzie o kłopotach w firmie, która zatrudniła ją na cały etat jako księgową.
- Kompletnie beznadziejna sprawa. Zwykle tak bywa; że obiecują góry złota, a kiedy przychodzi co do czego, umywają ręce. Nie wiem, jak długo tam jeszcze wytrzymam, ale na pewno na wiosnę będę chciała poszukać sobie czegoś nowego. Najgorsze jest to, wykorzystują człowieka na całej linii. W umowie mam czterdziestogodzinny system pracy, tymczasem te patafiany każą mi zostawać po godzinach. Nie bardzo mi się to podoba i nie sądziłam, że taka firma jak ta, zdolna jest do nierzetelności.
Magda pochyliła się nieco nad stolikiem. Zrobiło jej się duszno i gorąco. Poczuła delikatny, aczkolwiek bardzo nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej.
- Co się dzieje? - zapytała Maja, chwytając za nadgarstek przyjaciółki - Jesteś cała zimna. Chcesz jednak pójść do tej toalety?
Magda kiwnęła tylko głową, po czym wstała od stolika, usiłując powstrzymać nachodzące ją mdłości. Tym razem były tak intensywne, że przez moment pomyślała, że nie zdoła nad nimi zapanować i zwymiotuje na podłogę.
Podniosła się z krzesła i na bezdechu pobiegła do toalety. Wbiegając do ciemnego korytarza, wpadła na plastikowy kosz na śmieci i przewróciła się jak długa. Zaklęła pod nosem, usiłując podnieść się na łokciach.
- Ostrożnie - usłyszała cichy głos swojej przyjaciółki, która pomogła jej wstać.
Chwilę potem ujrzała umywalkę. Bolały ją kolana i cały czas czuła mdłości. Spojrzała w lustro i dostrzegła swoją bladą twarz. Miała potargane włosy i spękane usta. Jej serce biło jak oszalałe i zdawało się roznosić echem po całej łazience.
Odkręciła wodę i pochyliła się nad strumieniem.
- No już, maleńka. Ulżyj sobie - powiedziała Maja, dotykając jej ramienia.
Magda podniosła głowę, głęboko oddychając.
- Nie wiem co się dzieje - wymamrotała - Duszno mi.
- Opłucz sobie twarz wodą.
- Nie, nie chcę.
Wtedy zwymiotowała na lustro. Klejąca, żółtawa maż zaczęła spływać po śliskiej powierzchni. Magda jęknęła cicho, z trudem łapiąc powietrze. Było jej zimno, ale poczuła się trochę lepiej. Skierowała dłonie pod strumień wody i opłukała twarz. Zwilżyła usta, tym samym czując, że nabiera sił.
- Przepraszam - powiedziała urywanym głosem - Zepsułam ci cały wieczór.
- Nawet tak nie mów - odparła Maja, spoglądając na prawą dłoń przyjaciółki. Palec wskazujący był zaczerwieniony i nieco napuchnięty, a paznokieć jeszcze dłuższy niż kilka minut temu. Po za tym był jakby grubszy, masywniejszy i ciemniejszy. Był szary, bardzo szary.
- Musisz pójść do lekarza, słyszysz? Niepokoi mnie twój palec.
Magda odsunęła się od zabrudzonego lustra i kiwnęła tylko głową.
- Nie bagatelizuj tego. Powinnaś od razu jechać na pogotowie - zasugerowała Maja - Wygląda mi to na zakażenie. Jeśli chcesz, zawiozę cię.
- Nie trzeba, już wszystko w porządku.
Magda zdobyła się na uśmiech, ale nadal czuła nieprzyjemne pieczenie i swędzenie w palcu wskazującym. Jakoś wytrzyma do przyszłego tygodnia, a potem pojedzie do lekarza, który zapisze jej antybiotyk. Teraz marzyła o kąpieli i kilku godzinach snu.
- Tak mi przykro - odezwała się przepraszającym tonem - naprawdę nie chciałam nawalić.
- Nawalić? Daj spokój, w ogóle nie powinnaś wychodzić z domu! Jesteś cała blada.
- Już mi lepiej. Odbijemy sobie ten wieczór.
- Moja droga, oczywiście, że sobie odbijemy - rzekła stanowczo Maja - Ale dzisiaj zapomnij o jakichkolwiek pogawędkach. Odwiozę cię do domu.
- Nie trzeba, dam radę. Jestem dorosłą dziewczynką.
- Ale nierozsądną. Siedząc tutaj, męczyłabyś się. Pójdę po nasze rzeczy, zaczekaj.
- Mogę wziąć taksówkę - Magda czuła się zakłopotana, w dodatku tępy ból palca nie pozwalał jej zebrać myśli.
- Nic już nie mów. Nie pozwolę ci w takim stanie wracać samej do domu!
- W tej chwili czuję się znacznie lepiej.
- Proszę, nie upieraj się. Zawsze byłaś do przesady uparta i nigdy nie wychodziło ci to na dobre.



Kiedy opuściły pub, Magda zadrżała.
- Cholera, jak zimno - wymamrotała.
- Chodź do auta, zaparkowałam zaraz za rogiem.
Maja ruszyła szybkim krokiem w kierunku ulicy Fredry, a Magda zaczęła podążać za nią. Przez cały czas czuła irytujące pieczenie w palcu. Kiedy spojrzała na paznokieć, przestraszyła się. Był teraz prawie czarny i mocno skrzywiony. Poczuła w sobie bezsilność i była dozgonnie wdzięczna swojej przyjaciółce, że ta nie pozwoliła jej wracać taksówką do domu. Gdzieś wewnątrz siebie czuła strach przed zagubieniem, strach przed bólem i samotnością.
Zatrzymała się na chwilę i przyłożyła palec wskazujący do ust. Tak bardzo ją piekł. Jezu, jak straszliwie piekł! Miała łzy w oczach i nie potrafiła opanować drżenia rąk.
- Pośpiesz się, bo obie zamarzniemy na śmierć! - krzyknęła Majka, wyciągając z torebki kluczyki od swojego Punto.



Maja prowadziła samochód tak wolno, że zanim dojechali na ulicę Jarochowskiego, Magdę tak bolały plecy od siedzenia bez ruchu, iż zaczynała żałować, że nie zadzwoniła po taksówkę. Ogólnie czuła się jednak znacznie lepiej, a kiedy spojrzała na palec, zobaczyła, że opuchlizna nieco zeszła, a paznokieć odzyskał swoją naturalną barwę.
Maja wyłączyła silnik i zaciągnęła ręczny hamulec.
- Uważaj na siebie - powiedziała - I nie zwlekaj z wizytą u lekarza, dobrze? Powinnaś się z nim umówić na wcześniejszy termin.
- Nie będę zwlekała, obiecuję. W przyszłym tygodniu zadzwonię do ciebie i opowiem o wszystkim, czego się dowiedziałam.
- Uważam, że to poważna sprawa.
- Wszystko będzie okay, wierz mi. Dziękuję za podwiezienie. Może wpadniesz na gorącą herbatę?
- Nie dzisiaj. Musisz odpocząć, następnym razem na pewno zatrzymam się u ciebie na dłużej.
Magda nie nalegała. Otworzyła drzwi i wysiadła z auta. Zimne powietrze nieco ją orzeżwiło. Ulica była wąska i wyludniona. Lubiła to miejsce. Latem było tutaj naprawdę pięknie. Teraz drzewa pokrywał śnieg, chodniki były posypane piaskiem wymieszanym ze solą, a na podwórku państwa Strzeleckich stał ogromny bałwan, który pan Strzelecki ulepił wraz ze swoim dziesięcioletnim synem. Magda darzyła tę rodzinę wyjątkową sympatią; byli bardzo rozrywkowi i uprzejmi. Latem często obserwowała jak pan Strzelecki gra w koszykówkę ze swoim synem i nie mogła się nadziwić, ile cierpliwości i spokoju potrafi okazać mężczyzna wobec kompletnie roztrzepanego i nieusłuchanego dzieciaka.
Pożegnała się z Mają i odszukała w torebce kluczy od domu. Kiedy wchodziła do salonu, usłyszała szczekanie Bono. Zapaliła światło, zamknęła za sobą drzwi i odwiesiła płaszcz na wieszak. Czteroletni cocker-spaniel momentalnie rzucił się na nią, szczekając i popiskując.
- Stęskniłeś się? - Magda podrapała zwierzę za uchem, po czym udała się do kuchni. Pomieszczenie było jasne i przestrzenne. Na ścianie naprzeciw lodówki wisiał abstrakcyjny obraz - był na nim czerwony kwadrat, mały zielony trójkąt i dwie niebieskie plamki.
Bono ruszył za swoją panią, wymachując ogonem na wszystkie strony.
- Zgłodniałeś? - otworzyła lodówkę i wyjęła z niej puszkę Chappi - No to zapraszam na kolację - wyłożyła na talerzyk całą zawartość puszki.
Pies momentalnie rzucił się na jedzenie. Magda sięgnęła po telefon, wystukała numer do Pawła i usiadłwszy na blacie stołu czekała, aż odbierze.
- Tak? - odezwał się ledwo słyszalnym głosem.
- Spałeś? - zapytała.
- Magda? To ty? Już wróciłaś?
- Źle się poczułam. To znowu ten paznokieć. Zaraz go spiłuję.
- Urósł?
- Bardzo. W pewnej chwili zrobił się prawie czarny. Wiesz, wymiotowałam.
- Jak się teraz czujesz?
- Znacznie lepiej.
- Mam przyjechać?
- Nie, przyjedziesz jutro, teraz idę się położyć. Jestem wykończona.
- Jeśli mam przyjechać...
- Naprawdę nie trzeba. Potrzebuję jedynie snu.
Poczuła zmęczenie. Spojrzała na Bono; pies pochłaniał kawałki mięsa w taką zawziętością, jakby przez ostatni tydzień żył jedynie na wodzie.
- W takim razie przyjadę jutro wieczorem. Uważaj na siebie - usłyszała zmęczony i zarazem zaniepokojony głos Pawła.
- Ty również, do zobaczenia.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Rozłączyła się i rzuciła słuchawkę na stół. Poczuła smutek i bezradność. Myślała o tym, co powiedzą w pracy, kiedy już wróci z urlopu.
"Co ci się stało w palec?"
"Boże, jaki on duży!"
"Cóż za potworny widok!"
Nie znosiła tych ludzi, prawie tak bardzo jak roboty, którą wykonywała. Jeszcze tylko trzy dni i będzie zmuszona znowu oglądać te gęby. Wolała o tym nie myśleć, miała ochotę na szklankę wódki. Przez chwilę stała w kuchni i zastanawiała się, czy nie nalać sobie sporej porcji mocnego trunku, ale zrezygnowała. wiedziała, że następnego dnia kac by ją wykończył. Nie mogła nawet porządnie się upić. Już teraz, po wypitym niecałym piwie, czuła ból w skroniach i zastanawiała się, czy to przez alkohol, czy przez nerwy związane z paznokciem.
Paznokieć. Właśnie. Cholerny paznokieć. Będzie musiała go spiłować. Spojrzała na niego i zaczęła się zastanawiać, co tak naprawdę jej dolega. Nie miała pojęcia i liczyła na to, że lekarz szybko coś zaradzi.
Udała się do łazienki. Zapaliła światło i otworzyła szafkę, w której trzymała swoje ulubione perfumy i zapasową szczoteczkę do zębów. Był tam też pilnik; bardzo duży, wykonany z metalu. Sięgnęła po niego niechętnie i usiadła na brzegu wanny.
Wolnym, ale zdecydowanym ruchem przejechała ostrzem pilnika po paznokciu. Długo myślała, zanim wykonała kolejny ruch. W końcu zaczęła piłować; szybko i mocno. Każdy jej ruch był gwałtowny i ostentacyjny. Piłowała tak długo, aż na jej czole pojawiły się pierwsze krople potu ze zmęczenia.
Przełknęła ślinę i nabierając w płuca powietrza zaczęła piłować dalej. Robiła to z zawziętością i uporem maniaka. Nie zwracała uwagi na maleńkie kropelki potu spływające po jej twarzy, oraz na łzy, które gromadząc się w jej oczach, kompletnie zasłaniały widok zaczerwienionego palca z długim, poszczerbionym paznokciem.



Otworzyła oczy. Dostrzegła nieprzeniknioną ciemność sypialni. W ustach czuła smak goryczy i nabrała chęci na kilka łyków soku pomarańczowego. Poleży jeszcze kilka minut, a potem ugasi pragnienie, wyszczotkuje zęby i zadzwoni do Pawła. Powie mu, że spokojnie przespała całą noc i że czuje się o niebo lepiej niż wczorajszego wieczoru.
Odwróciła głowę i dostrzegła budzik. Pokazywał szóstą. Usłyszała jego ciche tykanie i zapragnęła usnąć na kolejną godzinę. Zamknęła oczy, ale nie zasnęła. Leżała spokojnie w ciepłej pościeli i rozmyślała o ostatnim wieczorze. Będzie musiała zatelefonować także do Majki i jeszcze raz podziękować za troskę. Przeprosi ją za sknocony wieczór. Dręczyły ją wyrzuty sumienia i nie mogła tego tak zostawić.
Palcami lewej ręki dotknęła paznokcia. Poczuła, że jest lepki. Przez ostatnie siedem godzin nie urósł zbytnio. Był jednak nienaturalnie ostry i zastanawiająco klejący.
Magda pomyślała, że to ślina Bono.
Ponownie otworzyła oczy wiedząc, że już nie uśnie. Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności, w oddali dostrzegła małe mahoniowe biurko i stertę papierów, które przypomniały jej o kończącym się urlopie. Zaklęła w myślach, po czym westchnęła.
Wsłuchując się w ciszę, nabrała ochoty na poranny spacer z psem. Padający śnieg odświeży jej umysł, a mroźne powietrze przypomni o tym, że życie mknie dalej. Potem wróci do domu i zaparzy sobie kawy.
- Bono! - zawołała.
"Zanim się ruszy z legowiska, nastanie świt" - pomyślała i zawołała ponownie:
- Bono! No chodź, maleńki, pójdziemy na spacer?
Ale odpowiedziała jej cisza. Bono nie należał do tych psów, które na wiadomość o spacerze o szóstej rano merdają ogonem i skomlą pod drzwiami. Dla niego odpowiednią porą na załatwienie porannych potrzeb była godzina dziesiąta, a czasami nawet jedenasta.
- Bono, leniuchu, wstawaj!
Kiedy i tym razem odpowiedziała cisza, Magda podniosła się z łóżka. Była zaniepokojona? Bono zapewne smacznie sobie śpi i nawet nie słyszy jej wołania.
Jednak czuła zaniepokojenie, które narastało w niej z każdą kolejną chwilą.
- Bono?
Rozejrzała się po sypialni, a potem ułożyła głowę z powrotem na poduszce. Tykanie budzika stało się jakby głośniejsze. Spojrzała na jego tarczę i zobaczyła, że minęło kolejne piętnaście minut.
W pewnym momencie wierzchem dłoni dotknęła czegoś lepkiego. Ze wzrokiem wbitym w mrok sufitu, zaczęła badać palcami kleistą ciecz. Obezwładnił ją strach, który wywołał mrowienie na całym ciele.
Wyciągnęła rękę nieco dalej i natknęła się na Bono. Jego sierść była sztywna i klejąca. Pierwsza myśl, jaka wpadła Magdzie do głowy była taka, że psisko zsikało się do łóżka, ale po chwili wiedziała już, że się myli.
Szturchnęła Bono z nadzieją, że pies zaraz zawarczy i zeskoczy z łóżka, rozwścieczony nagłą pobudką, ale nic takiego się nie stało. Zwierzę pozostawało nieruchome.
- Boże - jęknęła - Bono?
Ale Bono był sztywny, Magda nie miała już żadnych wątpliwości. Podniosła się z łóżka i w pewnej chwili nie wiedziała, co ma robić. Jej ręce trzęsły się, oddychała głęboko, a serce łomotało, jakby miało za moment eksplodować.
- Bono? - wymamrotała - Co ci się stało?
Bała się zapalić światło, ale wiedziała, że musi to zrobić. Dotknęła ściany i zaczęła wodzić po niej palcem w poszukiwaniu kontaktu. Kiedy znalazła włącznik światła, nabrała do płuc powietrza i przymknęła oczy.
Słyszała tykanie budzika; ciche tik-tak, tik-tak, tik-tak, które zaczynało doprowadzać ją do obłędu.
Chwilę potem w sypialni rozbłysło światło.



Pierwszy raz w życiu zdarzyło jej się wrzasnąć z przerażenia. Zawsze opanowana i spokojna, teraz łkała głośno, nie potrafiąc oderwać wzroku od łóżka. Przez krótki moment pomyślała, że to sen, że za chwilę obudzi się i naprawdę wyprowadzi psa na spacer. Jednak mijały kolejne minuty, a ona wciąż stała przy ścianie obok łóżka i łkała.
Prześcieradło było przesiąknięte krwią i przypominało rzeźnicką ceratę, na której dokonuje się patroszenia zwierząt. Znaczna część poduszki była sztywna od zaschniętej ropy i krwi. Na materiale leżały poszarpane skrawki wnętrzności zwierzęcia. Magda dostrzegła popękane i zaropiałe płuco, poskręcane i rozszarpane jelita i wątrobę. Było tam także oko; w kształcie owalu, jakby zgniecione, o powiększonej źrenicy.
Bono zaś leżał na plecach. Jego podkurczone łapki były połamane, a z otwartego pyska sączyła się krew. Podwinięty język był nienaturalnie długi i wił się niczym węgorz na patelni. W pewnej chwili znieruchomiał i pękł, a z jego wnętrza wypłynęła żółta, okropnie cuchnąca maż. Nie ulegało wątpliwości, że zwierzę nie oddychało.
Magda patrzyła na to wszystko z lekkim niedowierzaniem. Łzy wciąż spływały jej po policzkach i czuła się słabo, była ogłuszona, jakby otrzymała mocny cios w potylicę. Odziana jedynie w przewiewną pidżamę, czuła chłód wędrujący po jej ciele. Przerażenie jakiego doznała nie potrafiła porównać z żadnym innym uczuciem, którego doświadczyła. Zdawało się ją trawić, uniemożliwiając wykonanie najmniejszego ruchu. Rozszarpywało ją od wewnątrz.
Cały czas patrzyła na Bono. Był cały pocięty. Od góry do dołu. Był wypatroszony jak ryba przygotowana do pieczenia.
- Bono - załkała, zasłaniając sobie oczy ręką - Mój Boże, Bono, co ci się stało?
Spojrzała na swoją dłoń.
Przełknęła ślinę i rozchyliła usta. Palec wskazujący był pokryty zakrzepłą krwią, a paznokieć ostry, niczym czubek pilnika. Cała dłoń, aż po nadgarstek była czerwona i kleiła się od fragmentów trzewi należących do Bono.
Wybiegła z sypialni i pognała do łazienki. Odkręciła kurek z wodą i opłukała rękę. Krew i kawałki mięsa przyschnęły tak mocno, że prawie dziesięć minut szczotkowała dłoń, zanim ta odzyskała naturalną barwę.
Spojrzała w lustro i wzięła głęboki oddech. Nie miała sił, aby myśleć, co będzie dalej. Opuściła łazienkę i zeszła po schodach do kuchni. Postanowiła nie wracać do sypialni. Roztrzęsiona pochwyciła słuchawkę od telefonu i wykręciła numer do Pawła. Odebrał niemal natychmiast:
- Słucham?
- Paweł, proszę, przyjedź tutaj. Stało się coś strasznego - jej głos drżał.
- Co takiego?
- Bono nie żyje. Mógłbyś do mnie przyjechać?
- Co z nim? Magda, co się stało?
- Nie wiem. Obudziłam się i on leżał obok mnie. Na łóżku. Rozszarpany niemal na kawałki.
- Matko Boska, co ty mówisz? Rozszarpany?
- Na Boga, przyjedź tutaj!
Trzasnęła słuchawką i całkiem spontanicznie wstawiła wodę na gaz. Nie miała ochoty na kawę, ani herbatę. Postanowiła jednak wypić coś ciepłego, a potem poczekać, aż zjawi się Paweł.
Otworzyła szafkę, w której stały ogromne puszki z rozmaitymi gatunkami kaw, po czym nasypała do filiżanki dwie łyżeczki Jacobs.
Zobaczyła, że płytka paznokcia znacznie urosła; stała się dłuższa i grubsza. Odłożyła łyżeczkę na blat stołu, potem usiadła na drewnianym taborecie i dotknęła swojego palca wskazującego. Był napuchnięty i szorstki, jakby poparzony przez pokrzywy. Kciukiem nacisnęła na paznokieć i stwierdziła, że jest bardzo twardy. Postanowiła przycisnąć mocniej i kiedy to zrobiła, poczuła przeszywający ból. Syknęła i oddaliła nieco kciuk od szarawego, sztywnego paznokcia.
Za oknem sypał śnieg. Dostrzegła pana Strzeleckiego, podążającego wzdłuż podwórka. Jego siwiejące włosy targał wiatr, a długi wełniany płaszcz zaczął pokrywać biały puch. Podszedł do swojego błękitnego land rovera, po czym odwrócił się i pomachał swojemu synowi ręką na pożegnanie.
Magda zamyśliła się. Zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek jeszcze zazna rodzinnego ciepła i tej normalności, polegającej na codziennych śniadaniach w gronie rodzinnym. Spuściła nisko wzrok, a potem usłyszała gwizdek czajnika.
Zalała wrzątkiem kawę, wsypała cukru i poszła do salonu po ciepły sweter. Nie mogła się doczekać przyjazdu Pawła. Miała chęć zadzwonić na jego komórkę i zapytać, czy jest już w drodze, ale ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu.
Dziesięć minut później usłyszała dzwonek do drzwi.



Wszedł pewnie, rozglądając się po całym salonie, jakby czegoś szukał. Szybkim, nerwowym ruchem zdjął płaszcz i rzucił go na oparcie fotela.
- Mów, co się stało - rzekł spokojnie, przyciągając Magdę do siebie. Jego duża koścista dłoń spoczęła na jej czole.
- Nie masz gorączki? - zapytał z troską w głosie - Powinnaś zmierzyć temperaturę.
Paweł miał trzydzieści cztery lata, był szczupły, ale umięśniony i zawsze pachnący Diorem. Miał odstające kości policzkowe, czym zwracał na siebie największą uwagę w towarzystwie kobiet, oraz głęboko osadzone, duże, brązowe oczy.
Magda przylgnęła do niego całym ciałem. Poczuła się lepiej, mogąc mieć go przy sobie właśnie teraz.
- Dziękuję, że tak szybko przyjechałeś - powiedziała.
- Byłbym jeszcze szybciej, gdyby nie wypadek na Moście Teatralnym. Musiałem czekać, aż uprzątną graty z jezdni.
- On jest na górze, w sypialni - jęknęła Magda, jeszcze bardziej przyciskając się do Pawła - Nie mam pojęcia co się stało. Obudziłam się i kiedy zapaliłam światło, ujrzałam go rozszarpanego. Jest cały pocięty i zakrwawiony.
- Pocięty? - zdziwił się Paweł.
- Sam zobacz. Trzeba będzie coś z nim zrobić. Trzeba będzie go... - Magda miała łzy w oczach. Nie trzęsła się już tak bardzo, potrafiła opanować drżenie rąk, ale cały czas w jej umyśle tkwił obraz sypialnianej masakry - Zakopać - dodała po chwili.
Paweł kiwnął głową, następnie spojrzał na zegarek. Właśnie minęła siódma.
- Załóż coś cieplejszego na siebie, a ja pójdę na górę - powiedział.
Magda puściła jego dłoń.
- Dobrze - odparła przygnębiona.
Kiedy Paweł poszedł do sypialni, zamieniła wyciągnięty sweter na przylegający do ciała biały golf. Ściągnęła dół od pidżamy i przez dłuższą chwilę szukała w szafie spodni. Znalazła; obcisłe czarne atłasowe, które były jej trochę za ciasne.
Podeszła do schodów i zaczęła nasłuchiwać. W tym momencie usłyszała głos Pawła:
- Matko Boska! - krzyknął - Co tu się stało?
Nie odpowiedziała. Wpatrywała się jak zahipnotyzowana w uchylone drzwi od sypialni i czekała aż się w nich pojawi. Przygryzła wargę, wyglądając na kompletnie spłoszoną. Spojrzała na paznokieć; był ciemno-szary i długi na dobre pięć centymetrów.
W końcu dostrzegła Pawła. Opuścił sypialnię, powoli kręcąc głową, jakby nie mógł pojąć, dlaczego zgodził się przyjechać i oglądać tą całą krwawą jatkę.
- W głowie mi się to nie mieści - wymamrotał, z trudem panując nad odruchem wymiotnym - Kto mu to zrobił?
- Nie wiem.
- Nie wiesz? Ma rozcięty brzuch i wyrwane flaki, które walają się po całej sypialni!
- Paweł, nie wiem! Rozumiesz? Nie mam pojęcia, co tam się wydarzyło!
- Matko Boska!
Paweł zszedł po schodach do salonu i rozłożył ręce w geście poddania.
- I co teraz? Mam go zapakować do worka i zakopać w ogródku? - zapytał, wbijając wzrok w przerażoną twarz Magdy.
- Nie wiem, ale coś trzeba z nim zrobić - odparła cicho.
- Jak twój palec?
- Palec?
- Tak, palec. Paznokieć!
- Sugerujesz, że to ja zabiłam Bono?
- Magda, ja niczego nie sugeruję! - krzyknął - Pytam się tylko, co się stało, a ty mi odpowiadasz, że nie wiesz. Budzisz się o szóstej rano, nie mając pojęcia, że twój pies leży rozszarpany tuż przy twoim boku? To jest jakieś kompletne nieporozumienie!
Magda usiadła w fotelu i rozpłakała się. Nie miała pojęcia, jak to wszystko wytłumaczyć. Paweł wątpił w jej słowa, a ona nie miała siły, aby po raz kolejny powtórzyć swoją wersję.
- Słuchaj - odezwał się spokojnie - Pójdę po niego. Owinę go w prześcieradło, a potem w koc. Następnie wywiozę nad rzekę.
- Chcesz go wrzucić do rzeki? - zapytała gardłowym głosem.
- A co innego mam zrobić? Wywieźć do lasu i zakopać? Nie przesadzajmy.
Magda nie odezwała się. Otarła łzy starą chusteczką, po czym wstała i poszła do łazienki. Przepłukała twarz wodą, a potem umyła zęby. Czuła piłujący ból w skroniach, który ustąpił dopiero, gdy wzięła kilka głębokich wdechów. Starała sobie wmówić, że to nie jej wina, że to nie ona zabiła Bono, że zrobił to ktoś inny, ale nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, kto byłby do tego zdolny. Z pewnością narobił by masę hałasu. I w dodatku na pewno obudziła by się, słysząc kroki na schodach. To było niedorzeczne. Nikt nie mógł tego zrobić, oprócz niej samej i ta myśl przerażała ją jeszcze bardziej.
Kiedy wyszła z łazienki, zobaczyła Pawła. Trzymał na rękach zwinięty dywanik, obwiązany zakrwawionym prześcieradłem.
- Ten dywan i tak był bezużyteczny - powiedział dysząc i sapiąc - Cholera, jaki on ciężki.
- Bono jest w środku? - zapytała.
- Tak, całość owinę jeszcze ręcznikiem. Widziałem, że masz w szafie takie cholernie duże ręczniki. Mogłabyś mi jeden podać?
Przez chwilę stała nieruchomo, tak jakby w ogóle nie docierały do niej słowa Pawła.
- Magda, podasz mi ten ręcznik?
Kiwnęła głową i podeszła do szafy. Była zdenerwowana i oszołomiona. Nie wiedziała, jak dalej potoczy się jej życie. W dodatku zaczynał ją piec ten nieszczęsny palec.
Wyjęła z szafy ogromny, zwinięty w kostkę ręcznik koloru khaki i rozłożyła go na podłodze w salonie.
- No już, maleńki - powiedział Paweł, kładąc dywanik z martwym Bono na szorstkim materiale.
- Co teraz będzie? - zapytała Magda - Od razu go zabierzesz?
- Oczywiście. Pojadę nad rzekę.
- Jesteś przekonany, że to dobry pomysł?
- Skarbie, a co innego moglibyśmy zrobić? Tak, to jest najlepszy pomysł, musimy się go pozbyć, rozumiesz?
Był zdenerwowany, ale stanowczy. wiedziała, że jej nie wierzy. Pewnie myślał, że to ona zabiła psa. Wszystko przez ten paznokieć. Coś naprawdę było z nim nie tak. Jeśli nie zdoła umówić się z dermatologiem na wcześniejszą wizytę, chyba popadnie w kompletny obłęd.
- Pojadę z Bono nad rzekę, stamtąd do pracy, a następnie przyjadę do ciebie. Zostanę na noc, jeśli nie będziesz miała nic przeciwko. Z resztą, nie masz nic do gadania. Zostanę i koniec, kropka.
Gdzieś wewnątrz poczuła ulgę. Wiedziała, że nie pozwoli jej zostać samej, ale dopiero kiedy usłyszała te słowa bezpośrednio z jego ust, poczuła się pewniej.
Patrzyła jak wychodzi z domu i jak otwiera bagażnik samochodu.
Tymczasem jej palec wskazujący zaczął pulsować i puchnąć, jakby dopiero co został wyjęty z zaciśniętego imadła. Jęknęła z bólu i odsunęła się od okna.
Kiedy ponownie w nie spojrzała, zobaczyła Pawła, jak macha do niej ręką na pożegnanie i przez jedną krótką chwilę zdawało jej się, że widzi pana Strzeleckiego.
Normalna rodzina.
Pomyślała, że już nigdy w życiu nie spotka ją nic normalnego.



Zanim przyjechał Paweł, posprzątała sypialnię. Zmyła krew z podłogi, wymieniła pościel i pomodliła się za spokój wiekuisty Bono. Oprócz tych czynności, wykonała inną, równie nieprzyjemną, która zajęła jej ponad godzinę; spiłowała paznokieć. Był już bardzo długi i ostry, a poza tym zaczął pękać i sinieć. Piłowała tak mocno, że w pewnym momencie ostrze pilnika wykrzywiło się. Była wściekła. Obiecała sobie, że nie da za wygraną. Piłowała dalej, patrząc jak starty na proch paznokieć osiada na materiale jej spodni. Co chwila, z obrzydzeniem strzepywała jego drobiny na podłogę. W pewnej chwili poczuła ostry ból i zorientowała się, że zaczyna piłować skórę. Wtedy - spocona - z zaciśniętymi mocno zębami wrzuciła pilnik do umywalki.
Przez cały ten czas była czymś zaniepokojona i podenerwowana. Dopiero kiedy ujrzała parkujący na podjeździe samochód i wysiadającego z niego Pawła, poczuła wewnętrzną ulgę i nieco się uspokoiła.
Otrzepał buty ze śniegu i wszedł do salonu.
- Jak się czujesz? - zapytał, zdejmując płaszcz. Miał podkrążone oczy i cuchnął dymem papierosowym - Pozwolisz, że wezmę kąpiel? Czuję się, jakby mnie przed chwila odkopano z ziemi. Poza tym wciąż czuję ten słodkawy psi zapach.
Magda posłała mu buziaka, po czym udali się do łazienki. Metalowy pilnik cały czas leżał w umywalce.
- Zawiozłeś go nad rzekę? - odezwała się. Patrzyła jak napuszcza do wanny wody i jak odpina guziki koszuli.
- Tak. Przez cały czas zastanawiałem się, jak do tego doszło. Nie mam pojęcia - odparł, posyłając jej niemrawe spojrzenie, po czym pozbył się skarpetek i odpiął zamek błyskawiczny spodni.
- Nie chcę w tej chwili rozmawiać o tym, co stało się dzisiejszej nocy. Powiedz mi tylko, czy popłynął z nurtem rzeki? - Wpatrywała się w jego nagi tors i nagle zapragnęła zatopić się w jego ramionach, zaznać kilku chwil odprężenia, poczuć jego dotyk na swoim ciele.
- Tak, popłynął - odparł stanowczo. Ściągnął spodnie i stał teraz obok niej w samych slipach. Spojrzał w całkowicie zaparowane lustro, po czym wyciągnął rękę i zakręcił kurek z wodą.
- Rzeka zabrała go ze sobą - dodał. Miał posępny wyraz twarzy, a dwie wyraźne zmarszczki na czole potęgowały wrażenie, że jest wykończony.
Magda nie spuszczała z niego wzroku.
Co by było, gdyby zaczęli się teraz kochać? - zapytała samą siebie, po czym zbliżyła się do Pawła na odległość kilku centymetrów. Pochylił głowę, tak, że ich nosy prawie się dotykały.
- Jak się czujesz? - zapytał nagle, nieco łagodniej.
- Lepiej, ale wciąż o tym myślę.
- Tak jak ja.
Przymknął oczy i pocałował ją w usta. Był to delikatny, długi pocałunek. Magda poczuła, jak nagle cała troska i zmartwienie, oraz wszelaki strach uchodzą z niej w jednej chwili. Dotknęła językiem jego górnej wargi i zaczęła ją pieścić.
Pochylił się jeszcze bardziej i zaczął ją całować po szyi; wolno, namiętnie. Zadrżała, czując narastające podniecenie. Pragnęła, aby całował ją całą, każdy zakamarek jej ciała i aby już nigdy nie przestawał w nią wątpić. Nie wiedziała, skąd wzięło się w niej uczucie, że nadszarpnęła jego zaufanie, w tamtej chwili nie chciała o tym myśleć. Pragnęła jedynie, aby nie przestawał jej dotykać.
Cicho westchnęła, czując jego ciepły oddech na swojej twarzy. Pomógł jej ściągnąć sweter i spontanicznym ruchem wrzucił go do wanny wypełnionej niemal po brzegi wodą.
Zaśmiała się, po czym dotknęła jego penisa przez materiał majtek. Zacisnęła na nim dłoń i czuła jak robi się coraz twardszy. To jeszcze bardziej ja podnieciło. Myśli o Bono stały się jakby zamazane, niepokój zatopił się gdzieś w odległych zakamarkach jej umysłu. Słyszała przyśpieszony oddech Pawła, a potem poczuła dotyk jego dłoni na swoich piersiach. Przyjemne mrowienie rozeszło się po jej całym ciele.
Odpiął jej stanik i dłonią objął lewą pierś, kciukiem delikatnie trącając jej różowy sutek. Wszechogarniające ciepło kompletnie ją zamroczyło. Nie widziała i nie czuła nic, oprócz swoich własnych pragnień.
Cofnął się o krok a ona pomyślała, że to przez nagłą niechęć. Otworzyła oczy i w tym momencie wziął ja na ręce. Obawa, że nie chce jej więcej dotykać poszła w niepamięć. Spojrzała mu głęboko w oczy i dostrzegła pożądanie. Nie odzywając się słowem, zaniósł ją do sypialni i położył na czystej pościeli, a potem odpiął guziki w jej spodniach. Uniosła się na biodrach tak, aby z łatwością mógł je ściągnąć. Po chwili leżała już tylko w mikroskopijnych białych majteczkach z koronki i mrużąc figlarnie oczy, zachęcała go tego, aby jak najszybciej znalazł się tuż przy jej boku.
Dawno nie była taka podniecona. W zasadzie była napalona jak nastolatka i nie wstydziła się tego. Chciała, aby zrobił z nią co tylko zechce, była gotowa, aby podporządkować się jego każdej prośbie. Z uśmiechem na twarzy wpatrywała się w nagie umięśnione ramiona Pawła, obserwowała ruchy skóry na jego klatce piersiowej i brzuchu.
Wślizgnął się na nią, głośno wzdychając. Poczuła jak całuje jej piersi i jak wodzi palcem wokół brodawek. Po chwili zszedł niżej. Jego język poruszał się dynamicznie; kreślił kółka na jej podbrzuszu i biodrach.
W końcu uniósł się i wyprężył ciało, jakby nie mógł zapanować na podnieceniem. Odrzucił głowę do tyłu. Zrozumiała ten gest i wyciągnęła dłoń, aby dotknąć jego twardego penisa. Materiał majtek był miękki i wilgotny. Nie ściągnęła ich od razu. Przez blisko dziesięć minut bawiła się z nim, pocierając i ściskając delikatnie jego przyrodzenie.
W końcu jęknął głośno i pochwycił jej dłoń. Jednym szybkim ruchem niemal zdarł z siebie slipki i opadł na Magdę, celując sterczącym penisem między jej nogi. Przeszyły ją dreszcze i poczuła niepohamowaną chęć na ostry seks; taki bez opamiętania. Rozchyliła uda, po czym pochwyciła paseczek materiału swoich majtek i naciągnęła go dość mocno, otwierając się przed Pawłem.
Wtedy wszedł w nią; mocno i głęboko, aż poczuła delikatny ból gdzieś wewnątrz. Po chwili czuła już tylko samą rozkosz i myślała jedynie o tym, aby nie przestawał.



W momencie, kiedy jego ruchy stawały się coraz szybsze, kiedy wyczuła, że za kilka sekund eksploduje, nagle zwolnił, napiął mięśnie i syknął jakby został oparzony. Poczuła, jak opada na nią całym ciałem, a potem podniósł głowę. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Nie potrafił wykrztusić słowa. Dostrzegła białka jego oczu; były czerwone, a z ust zaczęła wyciekać krew. Pragnął coś powiedzieć, ale nie zdołał. Zacharczał donośnie, a potem zawył i widać było, że z trudem walczy o każdy oddech.
- Paweł? - Magda prawie krzyknęła, chcąc oswobodzić się z żelaznego uścisku, ale nie zdołała.
Poruszyła ręką i kiedy to uczyniła, ból niemal ja rozszarpał. Każda molekuła jej ciała zdawała się rozpadać na jeszcze mniejsze cząstki. Wpadła w panikę, wrzasnęła na całe gardło, a potem ponownie spróbowała się oswobodzić. Nadaremnie.
Paweł wciąż leżał na niej, nagi i chłodny. Zebrała w sobie wszystkie siły i pchnęła mocno, chcąc zrzucić go z siebie, ale zdołała jedynie obrócić jego głowę. Przed oczyma miała teraz jego wilgotne od potu, ciemne włosy.
I coś jeszcze.
Zobaczyła swoją prawą dłoń. Z początku nie wiedziała, czy obraz, jaki ma przed sobą, nie jest jedynie efektem szoku i przerażenia. Bała się ruszyć. Patrzyła na swoją dłoń, a raczej na rękę od nadgarstka wzwyż. Nie mogła dostrzec dłoni. Nie mogła, gdyż ta tkwiła w ciele Pawła.
Krew sączyła się trzema strumieniami. Spływała po plecach mężczyzny na prześcieradło.
Jego ciało, tuż pod łopatką było rozcięte. W ranie natomiast tkwiła dłoń Magdy, szczupła, drżąca i zimna.
Była w nim i nie mogła się uwolnić. Poczuła, że paznokieć, który wbijał się teraz w szczelinę pomiędzy kręgami szyjnymi kręgosłupa Pawła, jest długi i sztywny. W pewnym momencie wyczuła coś jeszcze; jakiś ruch gdzieś wewnątrz ciała swojego partnera.
To paznokieć. Straciła kontrolę nad własną dłonią i kiedy to do niej dotarło, krzyknęła, usiłując wyrwać rękę z ciała, ale jej palec wygiął się, zahaczając o kolejny krąg kręgosłupa.
Kiedy szarpnęła po raz kolejny, jej dłoń wystrzeliła w powietrze, zalewając krwią znaczną część ściany, przy której stało łóżko. Zaczęła się szamotać i walczyć z martwym Pawłem. Biła go po twarzy, pchała i szarpała, aż w końcu udało jej się wyślizgnąć.
Z łomotem upadła na podłogę. Uderzyła głową o metalową nóżkę stolika i minęło trochę czasu, zanim dotarło do niej, że wypadła z łóżka.
Spojrzała na palec, pojękując i z trudem łapiąc powietrze do płuc. Paznokieć był dłuższy, niż kiedykolwiek. Miał dobrze ponad dziesięć centymetrów, a pod jego płytką tkwił kawałek mięsa wyszarpniętego z ciała Pawła.
Było tam coś jeszcze. Jakby oko. Niemal niewidoczne, przysłonięte krzepnącą krwią, o dużej tęczówce i śluzowatej rogówce.
Spoglądało na nią. Obserwowało jej strach i zdruzgotanie.
Obserwowało, dopóki ciało Magdy nie osunęło się na podłogę. Jej ręka spoczęła na nagich piersiach, a paznokieć wygiął się pod dziwnym kątem, jakby specjalnie chciał odsłonić śluzowate oko, aby to mogło dalej patrzeć, patrzeć na krwawiące ciało martwego Pawła.



Otworzywszy oczy, poczuła jedynie furię. Wstała na równe nogi, nieco oszołomiona, ale od razu pewna tego, co zamierza zrobić.
Spojrzała na martwego Pawła i na chwilę przymknęła oczy. Nie wiedziała, co ma mu powiedzieć. Przepraszam? Nie, na pewno nie to. Odmówiła "wieczny odpoczynek", po czym opuściła sypialnię.
Schodząc po schodach do salonu, przyłożyła paznokieć do ściany i mocno przydusiła ręką. Płytka zaczęła szorować po tapecie, gdzieniegdzie odrywając jej zielonkawe kawałki.
Nie czuła bólu. Jedynie złość i coś jeszcze. Chęć odwetu, nawet jeśli miałoby ją to kosztować utratę życia. Pieprzyła takie życie. Było nic nie warte. W tej chwili już nie.
Starała się być opanowana i nie dać opętać przez rozpacz i obłęd, który zbliżał się i krążył wokół jej umysłu, atakując ze wszystkich stron. Broniła się. Nadal walczyła i nie zamierzała przegrać od razu. Zdawała sobie sprawę, że to już koniec, że jej życie właśnie się skończyło, ale póki drzemie w niej furia, podporządkuje się jej. Zrobi to dla Pawła. I dla Bono.
Wychodząc z domu i kierując się w stronę garażu, z trudem powstrzymywała łzy.
Odryglowała.
Weszła do środka.
Rozejrzała się dookoła.
Stary, zepsuty od lat ford sierra stał tam, gdzie zawsze. Obeszła go dookoła, po czym zatrzymała się przy drewnianej półce z narzędziami.
Znalazła to czego chciała. I nikt jej tego nie odbierze. Nie tym razem.
Pochwyciła starą, zakurzoną siekierę i wyszła z garażu, nie zamykając za sobą drzwi.



Przez prawie dwadzieścia minut wpatrywała się w swoją dłoń, oddychając miarowo, bardzo spokojnie. Na jej czole pojawiła się kropla potu.
Oko obserwowało ją. Przez moment pomyślała, że w tym śluzowatym ciałku tkwi niepokój. Uśmiechnęła się triumfalnie. Postukała zszarzałym, zrogowaciałym paznokciem o blat stołu, po czym zerknęła ponownie na oko.
Było zamknięte. Czarna, sprawiająca wrażenie nadpalonej, powieka zadrżała.
wysunęła palec wskazujący, wiedząc, że nie może dłużej czekać.
Była spokojna, była bardzo spokojna i opanowana. Była z siebie dumna. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów.
Zauważyła, że oko nagle się otworzyło. Powieka zadrżała.
Lewą rękę uniosła wysoko ku górze. Tkwiła w bezruchu przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund.
A potem wzięła głęboki oddech i ostrze siekiery z głośnym trzaskiem uderzyło o blat stołu.



Zobaczyła Maję. Przypatrywała się jej uważnie, trzymając w ręku egzemplarz "Forbes'a".
- Nareszcie - powiedziała, a w jej głosie zabrzmiała ulga - Nareszcie, kochanie. Tak się martwiłam.
Magda nie zareagowała na słowa. Obróciła głowę i dostrzegła swoją prawą rękę. Była zabandażowana i usztywniona. Obok niej, na takim samym łóżku leżała inna kobieta. Spała. Miała obie nogi w gipsie i zabandażowaną głowę. Może wcale nie spała? Może umarła?
Magda z trudem przełknęła ślinę.
Zbadała wzrokiem całe pomieszczenie. Była oszołomiona i obolała. Czuła nieprzyjemne pieczenie dłoni.
Potem zapadła w sen.
Usłyszała kobiecy głos:
- Odrąbała sobie palec. Tak, palec. Teraz jest już lepiej. Wszystko z nią w porządku, dochodzi do siebie.
Inny głos, należący do mężczyzny zabrzmiał tak donośnie, że prawie jęknęła:
- widziałaś ten paznokieć?
- Tak. Ktoś był tam, razem z nią. Był tam, ale już go nie ma.
- Owszem, jest. Jest z nią.
Wtedy otworzyła oczy. Nie była pewna, ale zdawało jej się, że krzyknęła. Poczuła ból lewej dłoni. Zamarła. Rwanie w palcu stało się nie do wytrzymania.
Bała się spojrzeć.
Chciała uciec jak najdalej z miejsca w którym się znalazła. Pragnęła jedynie biec przed siebie. Poruszyła nogami, ale nie dała rady wstać. Znowu poczuła ten ból.
Spojrzała.
Obserwowało ją. Duże, pokryte śluzem, kryjące się za długim, poszczerbionym kciukiem lewej dłoni, oko.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -