Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




MAŁA, CHIŃSKA OSOBOWOŚĆ

Jarosław Klonowski

Wiatr wprawiał moje ubranie w wir. Marznący, nieprzyjemny i lepki, jak dotyk śmierci. Szedłem jeszcze chwilę. Wicher sprawiał, że poliestrowy srebrny płaszcz, jaki miałem na sobie rzucał się wysoko, łopotał o ramię, czasem dotykał twarzy. Próbowałem go poskromić. Na nic.
Nade mną był bezbarwny dzień bez nieba. Bez zarysów, bez cieni. Dzień, który mógł się tylko przyśnić. Zwłaszcza, że w normalnych warunkach musiałbym mieć na sobie kombinezon termiczny, inaczej w ciągu godziny nastąpiłoby krańcowe wyziębienie organizmu i śmierć. Tak to już bywa w Infamii.
Pejzaż został namalowany akwarelą. Nie była ona właściwa w tym śnie. Nadawała się na romantyczną schadzkę nad brzeg morza. W roku 2012, wskutek odwrócenia biegunów magnetycznych nastąpiło zalanie a potem zamarznięcie prawie całego USA. Zmiany klimatyczne, które nastąpiły potem przemieniły naszą część globu w pustynię lodu. Ważniejsi dygnitarze i wybitniejsze jednostki umknęli superszybkimi jambo-jetami na południe, do Brazylii i dalej. Ci spośród obywateli, którzy posiadali doświadczenie lub umiejętności gwarantujące ich przydatność w zamarzniętym świecie zostali ewakuowani do kilku gigantycznych bunkrów. Budowano je w tajemnicy przed społeczeństwem od połowy lat siedemdziesiątych, gdy po raz pierwszy zwrócono uwagę na katastrofalny stan ekologii na naszej planecie. Bunkry te wznosiły się w Apallachach.
Zakląłem. Lubię kląć. I nikt mi tego, kurwa, tu nie zabroni.
Otaczały mnie pogodnie wznoszące się w powietrzu śnieżki i niewyraźne kontury rozbielonych skał i zamarzniętych ścian jakiś budynków. Zatrzymałem się dopiero przy bramie do jakiegoś wielkiego domu. Za nim roztaczał się piękny widok na czarną nicość. Od tej pory wszędzie zapadła noc, tak ja jak ta za bramą.
- Czy jestem na miejscu?! – krzyknąłem do nicości.
- Jestem twoim przyjacielem - powiedział głos z wysoka - Powiedz mi, co widzisz...
Wiedziałem, że jeśli mocniej przesunę nogą, spod popękanej ziemi wynurzy się jawa. Towarzyszyła mi świadomość śnienia. Miała wygląd kulawej starej kobiety z czarnymi denkami słoików zamiast oczu.
Mijałem ławki, na których z brzydkich, foliowych worków sprzedawano cuchnące krwią i poprzednimi właścicielami wszczepy. Towarzyszyła nam muzyka relaksacyjna, szaleńczo wibrująca w głowie. Pochodziła z niewidocznych, znikających w zamarzniętej mgle głośników.
Nagle na jednym ze straganów na ławce w Parku spostrzegłem starego Chińczyka zawiniętego w ciasne, piękne kimono, pełne tłustych plam. Odwzajemnił mój uśmiech, odsłaniając piękne, srebrne, drobniutkie zęby. Akcentowały jego uśmiech pięknym hologramem, wypełnionym kolorami i kształtami motyli. Następnie klasnął w dłonie i wszystko zniknęło.
- Po co to zrobiłeś?- spytałem nie bez wyrzutu. Chińczyk wyciągnął długi jak moje dwa palec wskazujący, jakby to była igła od kompasu. Na dłoni miał wytatuowane chińskimi literami „Mentor”.
- Jestem pańską nową świadomością.
- Stary Chińczyk? Też mi świadomość...
- Zdobył ją pan za pomocą długiej Jogi i medytacji - zaprotestował. – To nagroda, proszę pana.
- To nie może być. Nigdy nie medytowałem.
- Ach, tak?- rzucił, a potem wpadł w przygnębienie. Oparł usta, wyjątkowo krótkie i nieczułe, pokryte śmiesznym, jakby kocim zarostem - To należy sprawdzić.
Po czym nim zaprotestowałem rozwinął kimono i położył je na ziemi. Było tak długie, że rozwinęło się niczym dywan. A Chińczyk, chudy i nagi, zaczął z niego coś odczytywać. Ja jednak pozostawiłem go, bowiem obok spostrzegłem coś bardziej interesującego.
Barwy przybrały widok ogromnego, świetlistego miasta.
- Co to ma być?! – zapytałem.
- To, żebyś nie miał poczucia realności.- odparł Chińczyk. – Poznaje pan?
- To Metropolis – wzruszyłem ramionami.
- Zgadza się. Miasto, które postanowił pan zniszczyć – odparł. – Na szczęście nie udał się pański akt sabotażu.
- To gdzie my, kurwa, jesteśmy? - rozglądam się. - Bo rozumiem, że to nie może być Infamia? Jesteśmy dalej w Metropolis, prawda?
- Jesteśmy gdzie indziej.- zaśmiał się Chińczyk.
Warkot silnika zaczął dobiegać spod ziemi, spod domów. Alabastrowych, marmurowo czarnych, marmurowo żyłkowanych, ukwieconych lodem i zapuszczonych domów, gdzie, głęboko pod pokrywą lodu spali od około wieku ludzie, którzy nie przeżyli apokalipsy, ponieważ ktoś tam na górze zakwalifikował ich do grupy Nieprzydatnych.
- Czy to jakiś pieprzony cmentarz dla robotów? - rzuciłem bez sensu, pokazując w dół.
- Pracował pan jako programista w fabryce - odparł Chińczyk. – Czego miałeś dość, hę? Biedoty z pierwszego poziomu przy terkoczących maszynach, które pomogłeś budować? Co sprawiło, że skłoniłeś się do terroru? Miałeś wszystko. Piękne kobiety, luksusowe jedzenie, karty kredytowe. A ty to wszystko rzuciłeś. I dla czego? Dla bliżej niesprecyzowanej teorii równości?
- Jest pan moją nową osobowością, prawda? – kiwnąłem głową. – Słyszałem o tym. Wszczepiają ci wirusa i jak się budzisz, nagle wszystkie twoje ideały gówno dla ciebie znaczą.
Chińczyk długo na mnie patrzył. Z wyrazem wyrzutu i smutku. Miał takie maleńkie oczy. Jak guziki.
- Jest gorzej, niż pan myśli – pokręcił głową. – Jestem czasową aberracją osobowości. Czymś w rodzaju ostatniego papierosa dla skazańca. Właśnie wiozą pana do Infamii i tam pana zostawią. Dostanie pan kombinezon termiczny i zapas jedzenia na dwa dni.
Otwieram szeroko oczy.
- Jak to?!
- Tak to. Jest pan chwilowo w termicznym śnie. Robią tak, aby uniknąć kłopotów przy tak zwanym „Cichym Aresztowaniu”. Miał pan kilku wysoko sytuowanych znajomych na poziomie czwartym. Takie ciche zniknięcie jest aktem politycznej troski o pana reputację. Po co miałby pan martwic swoich przyjaciół wynikającymi z pana niewiary w system, który pana stworzył i wyżywił?
- Ty łotrze! – rzuciłem się na niego z paznokciami. On zaśmiał się dziko, mrużąc oczy. Mój ruch najwyraźniej naruszył zaczepy hełmu z gniazdem, który stanowi ośrodek mojego sztucznego snu. Nagle bowiem poczułem na głowie jego ciężar, tak jak krępujące mi ruchy kajdany, którymi miałem przymocowane kończyny. Także obraz na moment przemienił się w kaszkę a potem całkiem znikł. Otoczyły mnie ciemności mojego hełmu. Wrzasnąłem. Obraz na moment wrócił, lecz rozmazywał się grubą, poziomą linią. Szarpnąłem Chińczykiem, a on zagrzechotał, jakby był zrobionym z metalu manekinem.
Kiedy zwrócił na mnie spojrzenie, jego oczy patrzyły zimno, jak lasery. A ja odkryłem, że patrzę już przez wizjer hełmu.
Próbowałem się poruszyć. Ruchy moich rąk były ograniczone, ale nie niemożliwe. Kajdanki przymocowane były do podłogi długim łańcuszkiem. Pomieszczenie w którym się znajdowaliśmy było obłe i oklejone pianką odżywczą, amortyzującą uderzenia i wszelkie nasze ruchy. Pewnie jakaś kapsuła, czy kontener.
Jakie "nasze?" Byłem tu sam. Chinol był pieprzoną kukłą!
Nagle, nim rozeznałem się w ciasnym pomieszczeniu, ledwo mieszczącym naszą dwójkę, rozległo się łupnięcie i świst, a potem uwolniona kapsuła z nami dwoma wystrzeliła w powietrze. Towarzyszyło temu trzęsienie. Ugryzłem się od tego w język.
A potem już tylko jedno porządne uderzenie, gdy otworzył się spadochron i długie, nieuchronne opadanie w dół.
Chińczyk śmiał się dalej, jak popsuta katarynka. Dopiero teraz dostrzegłem, że skóra jego twarzy to w rzeczywistości guma, imitująca ludzką skórę.
Zanim uderzyliśmy o ziemie minęło kilka minut. Zacząłem wiec jak głupi szukać kombinezonu.
Cholernie tu ciasno. Znalazłem kombinezon. Jednoczęściowa, srebrna, tania podróba wystarczyła na najwyżej dzień spaceru po zamarzniętej Infamii.
Ciekawe, czy w ogóle powstały jakiekolwiek akta mojego aresztowania… Nie było sądu, wiec nie sądzę.
Pierdolę to. Gdzieś tu widziałem skrzynkę z narzędziami, a tam młotek ciśnieniowy. Przyłożę go sobie do grdyki i…




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -