Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Potrącony

Damian Zarzycki

- Bardzo ciekawa koszulka - zauważył Rick, zmęczony przytłaczającą ciszą, po oderwaniu się od myśli dotyczących wymarzonej partnerki.
- Podoba ci się? - zapytał z dziwnym blaskiem w oczach.
- Jasne - odparł spokojnie młodzieniec.
- Kupiłem ją tydzień temu na domowej wyprzedaży w Ohio. Jeśli chcesz możemy się zamienić, kiedy już podrzucę cię do Michigan.
- Żartuje pan?
- Skąd! Uczciwa wymiana.

Rick założył wówczas luźną, szeroką, czarną podkoszulkę przedstawiającą okładkę "Egzorcysty" - Max von Sydow na ulicy skąpanej we mgle, trzymając walizkę i spoglądając na sypialnię, gdzie już od dawna czekała opętana Regan. Obdarzony zdolnościami parapsychicznymi młodzieniec lubił ów koszulkę i aby ją zdobyć musiał korzystać z internetowych aukcji, jednak stwierdził, że jest w stanie poświęcić okładkę horroru dla interesującego napisu: "Zakochałem się w papierosach, alkoholu i Mary Jane - dziewczynie Spidermena".

- Zgoda! Mam nadzieję, że moja koszulka na pana wejdzie.
- Nie martw się - jeśli będzie trzeba to schudnę - oznajmił z ledwo dostrzegalnym uśmieszkiem.
- Powiedz młody - często jeździsz autostopem?
- Już ponad 3 lata.
- Przeżyło się pewnie to i owo? - zapytał z podziwem.
- Och tak - odparł Rick odrzucając wspomnienie zimnej lufy wielkiej spluwy przytrzymujący jego siedemnastoletni podbródek.
- Kierowcy opowiadali ci jakieś ciekawe historie, czy mało prawdopodobne bajki z ich życia?
- Zdarzało się - odpowiedział spokojnie Naimad, myśląc o swoim pomyśle na spisanie usłyszanych historii w jednym tomiku o dumnym tytule "Sto i jeden upiornych opowieści z trasy".
- Właściwie mogę opowiedzieć ci o czymś, co przytrafiło mi się w zeszłym roku. Oczywiście, jeśli masz ochotę wysłuchiwać kolejnej bajeczki.
- Pewnie, że mam!
- I, że obiecasz mi coś? - dodał poważnym głosem nie akceptującym sprzeciwu i nie dopuszczającym do jakichkolwiek negocjacji polecenia.
Rick obserwował swojego kierowcę oczekując sprecyzowania wcześniejszych słów, a Michael polecił cicho:
- Musisz obiecać, że moja opowieść zostanie między nami.
- Obiecuję - odparł poważnie, a przy tym niezwykle szczerze.
- Chyba nie jesteś sprawiającym problemy człowiekiem - oznajmił z uśmiechem Friday wyłączając radio.
- Zdziwiłby się pan. Jestem cholernym indywidualistą - odpowiedział Rick z westchnieniem.
- Wierzę - Więc od czego zacząć? Już wiem - wytłumaczę ci dokładnie kiedy i gdzie to się wydarzyło. Zatem miałem odebrać kilka samochodowych części z Iowa i dostarczyć je do firmy, którą założyliśmy z kumplem w mojej rodzinnej Południowej Dakocie. Normalnie to Chip - znaczy się mój kumpel, wyruszał w jakieś dłuższe trasy, ale tamtego dnia nabawił się paskudnego zatrucia pokarmowego. Wszystko co zjadł tego feralnego dnia opuszczało jego organizm z prędkością światła obydwiema możliwymi drogami. Naprawdę nawet najgorszym wrogom nie życzę takiej sytuacji - cały dzień miał zarezerwowany w toalecie. Oczywiście Chip zaproponował, żeby zadzwonić po jakiegoś kuzyna, albo wynająć zawodowego kierowcę, ale było wtedy dość późno - dochodziła dziesiąta w nocy, a ja stwierdziłem, że jak raz przejadę się do Iowa to korona z głowy mi nie spadnie, prawda? Właściwie to nie żałuję, że osobiście wybrałem się po części - moja podróż była wówczas jedyną słuszną decyzją, choć oczywiście przewidziałem, że spóźnię się, gubiąc na tych leśnych drogach. Pojechałem firmową furgonetką. W mieście Greenfields w Iowa, gdzie odebrałem zagraniczne części byłem około pierwszej w nocy. Spóźniłem się godzinę i oprócz porządnego ochrzanu musiałem zapłacić karę, bo japońskie i chińskie części od jakiegoś czasu importowała prywatna firma. "Louis i syn" - tak się nazywali. Podczas, gdy kilku facetów w niebieskich uniformach ładowało towar do furgonetki ja wstąpiłem na kawę do pobliskiego baru "8-ball". Wiem, że to zabrzmi jakbym próbował się tłumaczyć, ale przysięgam, że wcale nie byłem wtedy senny, a kawę wypiłem tylko profilaktycznie - dla przyzwoitości i bezpieczeństwa. Około drugiej skończyli pakować towar i wystawili mi fakturę, tak jak życzył sobie tego Chip. Poczułem ulgę, bo wszystko zmierzało ku końcowi tego zasranego dnia - części były w furgonetce, faktura z podpisem była wystawiona, a ja miałem wracać do domu.

Rick dowiedział się jednak, iż ulga głównie dotyczyła zapakowanego towaru. Pomimo grzywny wysokości dwudziestu pięciu dolarów Michael był zadowolony, ponieważ nikt z firmy "Louis i syn", z których usług Friday wraz z kumplem korzystali od niedawna nie zorientował się, co tak naprawdę było najważniejsze w nocnej dostawie - narkotyki ukryte w oponach i tłumikach.

- Pamiętam, że ten gówniarz - syn właściciela firmy powiedział bez emocji:
"Życzymy panu bezpiecznej drogi", a wtedy ujrzałem, księżyc, który powoli, z dziwną dostojnością wyłonił się zza czarnej pokrywy chmur. Poczułem wtedy dreszcz - ujrzałem biały i łysy jak kolano księżyc nisko wiszący nad ziemią. Czarne chmury leniwie ocierały się o niego, jakby miały kamuflować ten obraz i wtedy pojawiły się u mnie niedobre przeczucia. Powiadam ci młodzieńcze, że coś złowieszczego ukrywało się w tym obrazie. Pomyślałem wtedy, że to informacja. Informacja dla całego rodzaju ludzkiego, która brzmiała: "uwaga śmiertelne robaki - dzisiejsza noc jest zła". Później poczułem coś w powietrzu... Było czyste, świeże, ale jednocześnie fałszywe. Nieważne, widzę, że nie jestem w tym dobry i nie potrafię dokładnie opisać co wtedy czułem. Jednak mogę opisać swoje przeczucia! Po pierwsze pomyślałem, że, jeśli na tym świecie istnieją takie istoty jak wilkołaki to dzisiejsza noc należy do nich! Wysłuchiwałeś zapewne różnych historii kierowców - sam powinieneś wiedzieć najlepiej, że w naszym świecie istnieją zjawiska i rzeczy, których nie sposób racjonalnie wytłumaczyć. Druga myśl natomiast brzmiała: "nie ryzykuj nocnej jazdy, skoro czujesz, że kroi się coś złego", Michael. Może to głupie, ale jutro po prostu uśmiechniesz się i machniesz ręką na swój dziecinny strach. Może to właśnie tylko ten dziecinny strach umożliwi ci poruszanie ręką, kiedy tylko sobie tego zapragniesz... A jeśli stanie się coś nieprzewidzianego i... cholernie złego?? Moja intuicja mówiła, że muszę wynająć pokój w motelu "Klementyna", który mijałem w drodze do siedziby firmy "Louis i syn" i po prostu przeczekać tą noc.

- Proszę powiedzieć mi coś więcej o tamtym powietrzu - polecił Rick nie otwierając oczu.
- No cóż... Powiem to tak młodzieńcze: gdyby nadeszła kiedyś "noc diabła" to powietrze byłoby właśnie takie... Naelektryzowane... Człowiek wręcz oczekiwał chwili, kiedy wydarzy się wreszcie coś złego.
- Dobrze, rozumiem. Niech pan kontynuuje?
- Muszę przyznać, że prowadziło mi się całkiem nieźle. Oczywiście pozamykałem szczelnie wszystkie szyby i modliłem się, aby na drodze nie pojawiła się mgła. Miałem przeczucie, iż, jeśli ją spotkam to po prostu zaginę i nikt nie będzie w stanie mnie odnaleźć... Odejdę do "Nibylandii", a nikt nie odpowie na proste pytanie: "co tam do cholery się wydarzyło?". Nie będę ukrywał młodzieńcze, że tamtej nocy warunki atmosferyczne mogły ulegać zmianom jak w kalejdoskopie - pogodą władał księżyc. Potrafię to udowodnić, bo na własne oczy widziałem jak po kolejnym odsłonięciu się jego białej tarczy temperatura momentalnie spadła z dwudziestu czterech do dwudziestu stopni. Bezproblemowo wjechałem na terytorium Południowej Dakoty i pragnąć jak najszybciej znaleźć się w domu i uściskać żonę i syna, ruszyłem w kierunku mojego miasteczka. Miałem nawet mały zgrzyt, gdy na środek drogi wyskoczył wielki, szary zając, ale nie musiałem nawet hamować, bo zaledwie rzuciwszy pogardliwe spojrzenie, czmychnął niczym wystrzelony pocisk w las. Ale na następnym zakręcie powinienem był zahamować... Powinienem, ale nawet nie zdążyłem zareagować...

Przerwał, spojrzawszy na moment w boczną szybę. Potrzebował chwili na opanowanie emocji i przezwyciężania niezwykle plastycznych wizji pojawiających się przed oczyma. Kiedy w końcu przemówił, mówił bardzo powoli i spokojnie, jakby zdawał sprawozdanie z wyjątkowo nudnego meczu baseballowego, którego jedyną atrakcją mogłaby być bójka między zawodnikami:

- Z początku usłyszałem jedynie huk. Skojarzyłem ten huk z odgłosem spadającej z dużej wysokości kasy pancernej. Samochód podskoczył jakbym wpadł w koleiny, a następnie wpadł w poślizg. Słyszałem pisk opon i czułem zapach ich spalania. Rzuciło mnie kilka razy w prawo, potem kilka razy w lewo. Próbowałem ustabilizować tor jazdy, ponieważ po obu stronach drogi znajdowały się potężne drzewa, które mogły zatrzymać wybryki mojego Nissana jednocześnie pozbawiając mnie życia. Przekręcałem kierownicę do oporu jak szalony - to w jedną, to w drugą, choć nie wydaje mi się, żeby przyniosło to jakikolwiek skutek. Podejrzewam, że uratował mnie jedynie odruch natychmiastowego naciśnięcia hamulca - co uczyniłem jak tylko usłyszałem przeraźliwy huk. Jestem pewien, iż moja walka z pojazdem trwała najwyżej kilka sekund, ale wtedy przysięgam całą wieczność czekałem aż Nissan stanął w końcu w miejscu.

Michael uchyliło okno. Pocił się niemiłosiernie, a lśniące kropelki potu spływały mu z czoła kierując się do oczodołów. Zapach ściągnął w pobliżu szyby kierowcy mnóstwo moskitów, komarów i małych muszek.

- Zatrzymałem samochód, a silnik z oczywistych przyczyn zgasł. Siedziałem tak dłuższą chwilę opierając czoło o twardą powierzchnię kierownicy zupełnie nieświadomy, że powtarzam wciąż "dzięki Ci Boże, dzięki Ci Boże". Okropne uczucie, gdy z transu wyrywa cię jakiś głos, który okazuje się być twoim, wypowiadającym bez udziału woli w kółko jednakową formułkę. Kiedy podniosłem wzrok zobaczyłem żółte żelastwo ciśnięte w pobliże pobocza. Akceptowałem ewentualność, która zakładała, że żółty przedmiot był tylko urojeniem zmęczonego strachem i stresem umysłu. Jak fatamorgana na pustyni. Miałem nadzieję, że jak podejdę bliżej żółte żelastwo zacznie mieszać się z otoczeniem powoli stając się pół-widzialne, aż w końcu rozpłynie się w powietrzu. Ale okazało się, że żółty przedmiot jest jak najbardziej prawdziwy. Otóż widzisz chłopcze - na poboczu leżał żółty rower... - oznajmił z ciężkim westchnieniem.
- W takich chwilach zawsze żałuje, że nie palę.
- Nie powinien, pan - rzucił szybko Rick.
- Pewnie, że nie, ale może papieros w takich chwilach naprawdę pomaga.

Ręce zaczęły mu drżeć jak u osoby walczącej z chorobą Parkinsona. Zacisnął dłonie na kierownicy tak mocno, że knykcie momentalnie stały się granatowe jak burzowe chmury. Nie spuszczał oczu z drogi i mocno zaciskał zęby. Właściwie miał ochotę przerwać swoją historię, ale skoro sam z własnej, nieprzymuszonej woli zaproponował ją opowiedzieć, postanowił wziąć się w garść i dokończyć to co zaczął.

- Był okropnie powykręcany. Wyglądał jakby przejechała po nim dziesięciotonowa ciężarówka. Wtedy też zrozumiałem co się wydarzyło, ale nie potrafiłem zebrać w sobie resztki odwagi, by poszukać właściciela ów roweru. W mojej głowie zaświtała jedna wyraźna myśl, która przyćmiła wszystkie inne, przyćmiła nawet racjonalne myślenie. Oczywiście chodzi o ucieczkę. Zamierzałem wrócić do samochodu, zanim ktokolwiek pojawi się na drodze (choć zważywszy na porę i popularność trasy nie było to zbyt prawdopodobne) i wdusić gaz do dechy, spieprzając jak najdalej od miejsca, gdzie potrąciłem rowerzystę. Wracałem do żony i dziecka i naprawdę nie chciałem

(żeby policja sprawdziła zawartość części i opon)

kłopotów. Kiedy się odwróciłem od powyginanego roweru, kierując niewielkie kroki do samochodu od razu go zobaczyłem...

- Potrąconego? - zapytał Rick szeptem.
- Tak - odpowiedział zamyślonym, nieobecnym głosem. - Potrąconego- Z początku ujrzałem jedynie jego czarną sylwetkę w świetle księżyca. Był wysokim mężczyzną o krótkich włosach i gdy go obserwowałem wyglądał całkowicie normalnie - jakby podczas wypadku nic mu się stało. Pomyślałem wówczas: "Michael - rower był stary i dlatego tak się powyginał, zresztą może wyglądał tak od początku, a facet po prostu spadł na jezdnię z niewielkiej wysokości. Codziennie miliony dzieciaków w Ameryce tak spada i oprócz jakichś zadrapań i otarć są całe i zdrowe." Uspokoiłem się nieco i zdecydowałem, że oprócz przeprosin zapłacę temu człowiekowi jako rekompensatę za rower i

(łapówkę, żeby nie wzywał policji)

dla czystej przyzwoitości. Krzyknąłem coś w rodzaju "nic się panu nie stało?", ale odpowiedziała mi jedynie cisza. Gdzieś w głębi lasu bzyczały muchy, świerszcze grały swój nocny koncert, odezwała się sowa, a po chwili zawtórowała jej wrona. I tyle. Mężczyzna stał w bezruchu, jakby w ogóle nie usłyszał mojego głosu. Powiem więcej - jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, że znajduje się kilka metrów za jego plecami. Powtórzyłem pytanie, tym razem dwa razy głośniej myśląc, że może potrącony jest w szoku. Ale i tym razem nawet nie drgnął. Podchodziłem do niego powoli, przygotowany na atak poszkodowanego i z każdą sekundą moja intuicja przestawała wierzyć, iż mam do czynienia z osobą w szoku powypadkowym. Całkowitej pewności co do moich przypuszczeń nabrałem, gdy zbliżyłem się na tyle, by zauważyć, że po pierwsze - mężczyzna, stojąc w całkowitym bezruchu nie spuszcza wzroku z białej tarczy wielkiego księżyca - oznajmił Michael przerywając na moment.

- A po drugie?

Michael Friday pozwolił złapać się w sidła - sam zaproponował mroczną historię i zmuszony został dokończyć opowieść, choć w tej chwili zrozumiał, że wcale nie miał ochoty powracać do tamtego widoku. Wcale, ale to wcale...

- Zobaczyłem... - Zaczął powoli, zbierając resztki odwagi i przełykając ślinę palącą jego gardło niczym kwas. - Zobaczyłem nagą, białą czaszkę w ogromnej ranie na głowie tego faceta. Lśniła niczym chromowana część samochodu, więc trudno było ją przeoczyć. Wokół tej... tej... dzi... dziury - wyjąkał z ledwością i przerwał. - Wokół tej dziury w głowie włosy mężczyzny przybrały rubinowy kolor i przyklejały się wilgotnymi od krwi strąkami do jego twarzy. Wszędzie była krew - na jego twarzy, na ubraniu, na butach, na jezdni... Po prostu wszędzie. Mężczyzna stał odwrócony do mnie plecami, a ja nie potrafiłem zmusić się do stanięcia z nim twarzą w twarz. Później dostrzegłem wykręconą pod szalonym kątem rękę potrąconego, która musiała być doszczętnie połamana. Dłoń... - przerwał chwytając łapczywie powietrze i próbując powstrzymać łzy. - Dłoń zwisała jak bezładny narząd na jednym, może dwóch ścięgnach i prawdopodobnie bez wysiłku można, by mu ją po prostu oderwać. Był poharatany i poobijany. W wielu miejscach skóra z ciała została oderwana niewielkimi pasami, a przez te rany doskonale widoczne było żywe mięso ciała. I jeszcze te kolano... Kość kolanowa miała otwarte złamanie - kolano przebiło skórę i wystawało około czterech, może pięciu centymetrów. Pokryte było mięśniami, ścięgnami, niewielkimi kawałkami... Nie! Już nie mogę! - wykrzyknął mężczyzna przerywając swą opowieść.

- Już dobrze, Michael - odpowiedział Rick spokojnym głosem, przemawiał do kierowcy jak przedszkolanka do małego dziecka, kiedy coś się mu nie udało. - Dokończysz innym razem. Uspokój się teraz, bo prowadzisz...
- Po prostu potrzebuje jednej minuty, żeby opanować nerwy.
- Lepiej odpuścimy sobie na dziś - zaproponował młodzieniec poważnym głosem.
- Pozwól mi dokończyć, chłopie - głos Michaela wyrażał błaganie, a wtedy Rick zrozumiał coś bardzo oczywistego.

Właściwie nie musiał używać swoich zdolności, by zrozumieć, iż Michael Friday jeszcze nikomu nie zwierzał się ze swojej tajemnicy i wykorzystując młodego autostopowicza próbował opowiedzieć wszystko, by przeżyć pewnego rodzaju katharsis i pokonać nawiedzające go sny o feralnej nocy i potrąconym mężczyźnie. Rick Naimad miał pełnić funkcję psychoanalityka, który, siedząc w fotelu pasażera, niczym w gabinetowym fotelu uważnie i cierpliwie wysłucha opowieści potrzebującego "oczyszczenia mężczyzny". Największy i najlepszy psycholog "na trasie" - Rick Naimad i jego niezawodna terapia "stul dziób i pozwól pacjentowi własnoręcznie uporać się z problemem."

- Wszystkie te obrażenia i ogólny stan jego ciała wprowadzał mnie w przerażenie. Ale najbardziej przerażało mnie wtedy to, że stał w całkowitym bezruchu, wpatrując się w ten przeklęty księżyc. Jak zahipnotyzowany. Właściwie to mógłby założyć się o sto dolarów, że każdej innej nocy potrącony po wypadku straciłby przytomność i to na bardzo długi czas. Chociaż możliwe, iż człowiek, którego potrąciłem rzeczywiście był nieprzytomny, a po prostu podchodziłem do całkowicie nowej osoby zamieszkującej od teraz jego ciało. Wiem... Wiem synu, że muszę brzmieć jak jakiś kopnięty autor szmirowatych książek science-fiction, wyprowadzając swoje teorie o nowych "porywaczach ciał", działających jedynie w złowrogą noc, gdy księżyc w miesiącu jest najbliżej ziemi. Ale takie były moje odczucia. Wcale nie chciałem się zbliżać do potrąconego, szczególnie, że on przez cały ten czas nawet nie drgnął. Nie splunął krwią, nie przeniósł ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Nie pamiętam też, żebym słyszał jego oddech, a po dawce bólu, jaką mu zafundowałem powinien wręcz dyszeć! Kiedy byłem już zaledwie kilka kroków od niego rzuciłem szybko: "proszę pana, czy nic się panu nie stało?". Wspaniałe pytanie, nie uważasz? Dłoń wisiała mu jak na ostatnim włosku, a kość kolana wystawała jakieś pięć centymetrów ponad przebitą skórę, a ja pytam się -czy nic mu się nie stało... Później dodałem: "proszę pana, czy mam wezwać pogotowie?". Ale potrącony albo mnie zupełnie zignorował albo rzeczywiście nie usłyszał mojego głosu. Pomyślałem -może on w uszach słyszy jedynie nieprzerwany szum i dlatego nadal jest w szoku. Skoro zmysły przestały działać pewnie jest zdezorientowany i równie przerażony jak ja. Potrzebuje pomocy, potrzebuje pomocy... Oznajmiłem głośno i wyraźnie, że wrócę się do samochodu i wezwę z komórki pogotowie. Właśnie miałem to zrobić, ale wtedy spojrzałem na księżyc, który tak namiętnie obserwował potrącony. Zrozumiałem wtedy wszystko. Dosłownie wszystko. Księżyc wisiał nisko na horyzoncie, niczym ciężki, pasywny, zakażony posłaniec ciemności, hipnotyzując swoim szeptem. Przysięgam chłopcze, że, gdzieś w oddali - jakby po drugiej stronie lustra usłyszałem złowieszczy szept. Poza tym wydaję mi się, że zbliżały się od strony lasu. Rozumiesz, synu?! Zbliżały się!

Michael ponownie krzyczał wpadając w pewnego rodzaju trans. Rick obawiał się kolejnego ataku paniki, zważywszy, iż to Michael był za kierownicą i jego błąd również i on odczułby na własnej skórze. Prawdopodobnie bardzo boleśnie. Wystarczyła przecież chwila nieuwagi, a mały Nissan poleciałby niczym tekturowe pudełko prosto na prężące się złowieszczo drzewa o grubych jak kolumny greckich świątyń pniach i szarych w świetle lamp konarach.

- Postanowiłem spieprzać. Zapomniałem wtedy o potrąconym, o toksycznym księżycu, nawet o własnym nazwisku. Myślałem tylko i wyłącznie o ucieczce. Zrobiłem krok w tył nawet nie zdając sobie sprawy, że nie oddycham. Później drugi krok, wciąż obserwując nieruchomą sylwetkę potrąconego. Może doszedłbym spokojnie, takimi niewielkimi kroczkami do samochodu, tyle, że mężczyzna w końcu przemówił. Jego głos był spokojny, ale jednocześnie zmęczony. Wiesz, co potrącony przeze mnie człowiek, wpatrując się w tarczę białego księżyca, ignorując obrażenia na swoim ciele powiedział? - zapytał Michael, a Rick zdobył się jedynie na słabe kiwnięcie głową. - Wszystko dokładnie pamiętam - Powiedział: "widziałem Boga, który stracił władzę i diabła, który już ją zyskuje. Odejdź Michael. Wsiądź do samochodu i wracaj do swojej rodziny, póki masz jeszcze czas."

Michael Friday przerwał na chwilę, biorąc dwa głębokie wdechy. Pomogły. Właściwie czuł się całkiem dobrze, kiedy już wszystko miał za sobą. Boże! Czuł się wspaniale i naprawdę wierzył, że "terapia wstrząsowa" z przypadkowym autostopowiczem uwolni go wreszcie od koszmarów i ponurych wyobrażeń na temat Nocnych Wyjców. Nie potrafił powiedzieć Rickowi całej prawdy, więc postanowił, iż ostatnich zdań potrąconego po prostu nie zdradzi. "Wsiądź do samochodu i wracaj do swojej rodziny, póki masz jeszcze czas. Póki nie nadejdą "Nocne Wyjce" Bo wtedy zabiorą także i ciebie. Strzeż się Nocnych Wyjców, Michael. Strzeż się złowieszczych nocy i szeptów księżyca. A teraz uciekaj. Uciekaj..."

- Więc uciekłem - oznajmił po chwili Michael. - Wpadłem do samochodu jak huragan, zawadzając barkiem o otwarte drzwi. Chyba nawet nie odczułem bólu - byłem w szoku i działałem na czystej adrenalinie. Wystartowałem niczym wystrzelony pocisk. Po godzinie byłem już w domu. I do dziś nie mam pojęcia co stało się z potrąconym, Właściwie to wszystko... Co o tym myślisz, młodzieńcze? - zapytał, po czym wymieniliśmy spojrzenie, które zastąpiło wszystkie wyjaśnienia, spojrzenie dosadniejsze od wszelkich słów. - Tak, ja też tak myślę - dodał zwróciwszy spojrzenie na drogę.

Dalsza podróż z Michaelem Friday'em przebiegała raczej w milczeniu. Rick Naimad był zbyt rozkojarzony, by wychwycić dziwne załamanie głosu mężczyzny, gdy powtarzał słowa potrąconego. Historia naprawdę go przeraziła, a, że Michael wcale nie kłamał, lecz pozostawił część prawdy w cieniu było wyłącznie jego problemem.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -