Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




AFAZJA

Sebastian Rybacki

- Daleko jeszcze? – wymamrotała Ellen.
- Jeszcze kilka minut kochanie. – odparł zerkając w lusterko wsteczne, wciąż wesoły Vincent.
Jechali Fordem Escape’em dwupasmową drogą przez dość ładną okolicę, która o tej porze roku nie prezentowała się najlepiej. Drzewa, które rosły wzdłuż ulicy niedawno zrzuciły ostatnie liście, przez puste korony można było więc gdzieniegdzie dostrzec zbiorniki wodne, które nie były rzadkością w Wisconsin.
Na tylnych siedzeniach wierciła się Ellen, a obok niej spał Jacob. Z przodu, na miejscu pasażera siedziała Chloe. Zamartwiała się, coś ją zdecydowanie gryzło ale równie zdecydowanie nie chciała żeby ktokolwiek to zauważył. Kiedy mąż zerkał na nią ukradkiem, odrywając na chwilę wzrok od drogi, na twarz Chloe wstępował nerwowy uśmiech. Na tyle dobry, żeby obcy nie zrozumiał tkwiącego w nim przesłania. Na tyle słaby, żeby osoba z którą młoda mama spędziła tyle lat, domyśliła się o co chodzi. Jednak Vince nie chciał teraz zaprzątać sobie tym głowy.
Dojechali na miejsce chwilę przed zapadnięciem zmroku. Kiedy zasiadali do kolacji na dworze było już ciemno. Aiden i Sophia, rodzice Chloe, mieli już swoje lata ale wciąż byli szczęśliwi.Uwielbiali, kiedy przyjeżdżały do nich wnuki, zwłaszcza że nie zdarzało się to często. Między Appleton a Janesville, w którym mieszkała czteroosobowa rodzina, było prawie 230km odległości. Nie jest to wyjątkowo długi dystans, jednak w korelacji z pracą Vincenta i obowiązkami Chloe, była to niemała przeszkoda.
Po kolacji dzieci położyły się do łóżek, panie mogły więc udać się do kuchni pod pretekstem zmywania naczyń na babskie pogaduszki, a panowie mogli usiąść przed 40’’, obecnym już chyba w większości domów, Philipsem i oddać się prostej przyjemności, znanej jako picie lager’a.
Co ciekawe, rozmowy dotyczyły wielu tematów, jednak ani Vincent, ani Chloe nie poruszyli tego jednego, który ich obecnie trapił.
W nocy oboje mieli koszmary.

***

Następnego ranka cała szóstka wstała wcześnie. Około 8 rano zjedli śniadanie, naleśniki z syropem klonowym i trochę orzechów. Chloe zawsze powtarzała że orzechy włoskie są dobre dla mózgu a naleśniki dadzą energię na najbliższe kilka godzin. Jedynie Ellen musiała się zmusić do posiłku, pozostałym dopisywał apetyt.
Na zewnątrz była typowa, angielska pogoda. Krople deszczu powoli spadały na ulice, sprawiając, że Appleton wydawało się jeszcze bardziej ponure i pogrążone we śnie.
Rodzina Murrey’ówwyjechała do domu chwilę po pierwszej. Nawierzchnia była mokra ale Ford dzielnie trzymał się drogi. Vincent jeszcze kilka lat temu wolałby kupić Dodge’aCharger’a, ale z czasem zmieniają się priorytety. Teraz muscle car raczej na nic by się nie przydał, Vince musiał zadbać o wygodę i bezpieczeństwo swoich podopiecznych. Do Janesville dojechali przed piątą.
Miasto nad Rock River wyglądało podobnie jak Appleton. Ot, zwykłe miasteczko w stanie Wisconsin, zamieszkałe przez mniej więcej 60, 70 tysięcy osób. Pogoda w Janesville nie dopisywała, toteż na ulicach nie było zbyt wielu mieszkańców. Co jakiś czas można było zauważyć małe grupki młodzieży, kobiety z parasolkami a raz nawet biegnącego mężczyznę z gazetą nad głową. Zdecydowana większość wolała spędzić niedzielne popołudnie w zaciszu swojego domu albo chociaż w wynajętym m3.
Ford Escape podjechał na podjazd. Dzieci wysiadły najszybciej i, jak zwykle, zaczęły się ścigać kto pierwszy znajdzie się przy drzwiach wejściowych, wykonując tym samym jeden z tych śmiesznych dziecięcych rytuałów, identyczny na całym świecie. Vincent zgasił silnik, a Chloe obdarzyła go wymownym spojrzeniem, pełnym miłości i trwogi. Małżonek odpowiedział podobnym grymasem, pogładził Chloe po głowie, po czym oboje bez słowa wysiedli z samochodu i ruszyli do domu.
Bungalow Murray’ów był jednokondygnacyjny, z drewnianą werandą, na której o tej porze roku mało kto przesiadywał i niskim, wielospadowym dachem. Z lotu ptaka budynek przypominał literę L, ściany były koloru beżowego. Dom składał się z jasnej kuchni połączonej z jadalnią, łazienki, przestronnego salonu i trzech pozostałych pokoi, z których dwa pełniły funkcję sypialni a jeden był zwyczajnym relaxroom’em, który niedługo miał zostać przemianowany na pokój Jacoba, ponieważ rodzeństwo coraz częściej narzekało na brak prywatności.
Ellen i Jacob udali się do swojego pokoju, każde we własnym celu. Chłopiec chciał trochę pograć na Nintendo DS, bo dziwnym trafem zapomniał wziąć przenośną konsolę na podróż, a Ellen miała zamiar pouczyć się na sprawdzian z matematyki.
Małżonkowie położyli się obok siebie na sofie, a Vincent, mimo że nie odczuwał takiej potrzeby, z przyzwyczajenia sięgnął po pilot i włączył plazmę Samsunga. Popatrzył na Chloe i w myślach przywołał kilka wspomnień z ich wspólnej przeszłości. Rozmarzył się.
Chloe miała niewiele ponad 30 lat i na tyle też wyglądała. Była ładną, szczupłą blondynką o zielonych oczach. Pomimo dwóch ciąży zachowała świetną figurę i gorący temperament. Vincent zawsze twierdził, że jego ukochana wygląda trochę jak Karen z Californication. To trafne określenie, a Chloe pomimo, że nie lubiła być porównywana, to podświadomie chciała by Vince tak o niej mówił. Chloe darzyła Karen sympatią i w aseksualnysposób, uważała ją za atrakcyjną kobietę.
Vincent Murray natomiast, wyglądał jak zwykły 35-latek. Nosił korekcyjne Ray-Ban’y a na jego twarzy aktualnie znajdował się dwudniowy zarost. Miał ciemne włosy, nieregularnie chodził na siłownię w celach zdrowotnych, jednak jego forma daleka była od idealnej. Vince miał lekką nadwagę ale poza tym czuł się dobrze w swoim ciele.
Chloe szybko pogrążyła się we śnie, zmęczona podróżą odpłynęła w objęcia Morfeusza, podczas gdy telewizora dobiegał głos reporterki CNN, opowiadający o kolejnym wypadku i kolejnych ofiarach. Ot, media, jak zwykle selekcjonowały informacje i wybierały to, co najgorsze, pomyślał Vince. Mężczyzna nie poświęcił jasnowłosej, krótko ostrzyżonej dziennikarce więcej uwagi, wstał z kanapy i udał się do kuchni. Otworzył lodówkę, w poszukiwaniu nie wiadomo czego, wykonując tym samym kolejny rytuał współczesnej ludzkości i po chwili namysłu sięgnął po schłodzonego Hopslam’a. Vince wziął leżący na srebrnej lodówce otwieracz i pociągnął kilka łyków. Lubił tą mieszaninę sześciu rodzajów chmielu doprawioną słodyczą miodu. W domu było wyjątkowo cicho. Vincent przez chwilę upajał się tą chwilą, przyzwyczajony do gwaru dzieci i uspokajającego głosu matki. Po chwili w jego głowie zapaliło się pomarańczowe, ostrzegawcze światełko. Vince pomyślał, że jest zdecydowanie za cicho. Z roztargnienia wybudził go krzyk Jacoba.

***

Następnego dnia, po południu, Murray’owie ruszyli do zaprzyjaźnionego pediatry. Vincent zaniósł Ellen na rękach do samochodu i pomyślał, że ich córeczka jest zdecydowanie cięższa niż ostatnio . Kiedy mała usadowiła się na siedzeniu, dał jej buziaka w czoło i uśmiechnął się ciepło. Mimo wszystko był dobrej myśli, dzieciom czasami zdarzają się takie rzeczy. Chloe nie spała prawie całą noc, była bardzo zmartwiona. Jacob pojechał z nimi, nie chciał zostać sam w domu, ale tym razem zabrał ze sobą przenośną konsolę wraz z grą, którąś z wielu części Zeldy.
Richard White pracował w jednej z kilku przychodniw Janesville, jednak tego dnia przyjął swoich znajomych w prywatnym gabinecie. Mieszkał sam w piętrowym, białym, sterylnie czystym domku z dużym, przynależącym doń ogrodem. Dwupiętrowy dom zamieszkały przez jedną osobę wydawał się jeszcze większy i jeszcze bardziej pusty.
Richard obejrzał i zbadał Ellen na tyle, na ile pozwalał mu sprzęt obecny w jego gabinecie.
-Afazja, czyli zanik mowy, może być wynikiem wypadku, udaru mózgu, zwanego też zawałem, bądź traumy. – Zaczął Richard. –Ponieważ, jak twierdzicie, do żadnego wypadku nie doszło, sugeruję położyć dziewczynkę do szpitala na kilka dni gdzie zrobimy podstawowe badania, które, miejmy nadzieję, wykluczą udar.
-Czy ona wyzdrowieje? – zapytała zatroskana Chloe.
-Bądźmy dobrej myśli. Jeśli zanik mowy spowodowany jest udarem, w co szczerze wątpię, ponieważ zawał mózgu występuje najczęściej po 65 roku życia i dodatkowo znacznie rzadziej u kobiet niż u mężczyzn, to tak czy inaczej rokowania na ogół są dobre.
-To znaczy?
-To znaczy, że jeżeli odpowiednio wcześnie rozpoczniemy rehabilitację pacjentki, będziemy mogli spodziewać się stopniowej poprawy mowy. Praca jest długoterminowa i żmudna, ale da się to zrobić. Poza tym, Wasza córka oprócz afazji, która sama w sobie może być jednym z objawów, nie wykazuje charakterystycznego dla udaru niedowładu kończyn. To dobry znak. Nie mogę wykluczyć zawału mózgu, ale mogę wysnuć daleko idące przypuszczenie, że zanik mowy wystąpił z powodu przebytej traumy. Tylko co mogło jej się przytrafić we własnym pokoju?
-To właśnie próbujemy ustalić.- wtrącił Vincent.

***

Zgodnie z przewidywaniami doktora White’a badania wykluczyły udar mózgu. Afazja nie stanowiła więc objawu a sama w sobie była prawdopodobnie efektem traumy. Vincent i Chloe wypytali Jacoba co zdarzyło się tamtego felernego wieczoru w pokoju dzieci, jednak chłopiec utrzymywał, że nie wie.
-Grałem na konsoli, zadałem Ellen jakieś pytanie a ona nie odpowiedziała.- powiedział Jacob. – Myślałem, że robi sobie żarty, ale kiedy zlekceważyła moje kolejne pytanie, zerknąłem na nią. Przestraszyłem się, bo Ellen nigdy nie wyglądała tak dziwnie. Wydawała się jakaś nieobecna, jakby coś zobaczyła i zatraciła się w tym. Przepraszam.
-Nic się nie stało synku, z twoją siostrą wszystko będzie dobrze.- wtrącił Vincent. – No, nie zamartwiaj się już.
Poklepał chłopca po głowie i potargał ręką jego za długie włosy. „Powinniśmy zabrać cię do fryzjera, kolego”- pomyślał Vince. Jacob uśmiechnął się ponuro i udał się do kuchni po jakąś przekąskę. Chloe porządkowała szafki. Zawsze twierdziła, że sprzątanie pomaga jej zebrać myśli. Wyrzuciła na w pół puste, stare opakowania po przyprawach, wyczyściła blat, zorganizowała na nowo wnętrza szuflad i zamiast kolejny raz włączać zmywarkę, zajęła się naczyniami własnoręcznie. Czteroosobowa rodzina generuje niesamowite ilości brudnych talerzy, pomyślała Chloe. Uspokoiła się trochę, przynajmniej na chwilę oderwała myśli od trapiących ją wydarzeń. Mogła świeższym okiem spojrzeć na ostatnie tygodnie.
Dziwne wypadki zdarzały się tu nader często. Najpierwpies, zdrowy, zaledwie kilkuletni labrador retrieverumiera kilka metrów od domu. Diagnoza weterynarza brzmiała : zawał mięśnia sercowego. To rzadkie wśród psów tej rasy, ale zdarza się. Chloe dobrze pamiętała rozpacz Ellen i Jacoba, było to kilka tygodni temu. ”Może więc dlatego Ellen zaniemówiła?” Pomyślała Chloe. Nie chciała więcej rozmyślać o wydarzeniach sprzed kilkunastu dni, tym bardziej, że śmierć ukochanego pupilka jest wystarczającą traumą dla młodej dziewczynki. Chloe znalazła więc wyjaśnienie które dało jej spokój, przynajmniej na jakiś czas.
Vincenta w nocy obudziło szczekanie psa, dochodzące z wnętrza domu. Być może pies sąsiadów albo kundel dostał się jakimś cudem do ich bungalow’a, pomyślał Vince,jednakodgłosy szybko ucichły. Poza tym nikt inny się nie obudził. Vince poszedł,mimo to, sprawdzić czy u dzieci wszystko w porządku . Po upewnieniu się, że śpią jak zazwyczaj, wrócił do łóżka i natychmiast zapadł w sen.
Nie przyśniło mu się zupełnie nic.

***

Następnego ranka na śniadanie dzieci zjadły płatki Muesli z mlekiem, Chloe specjalnie przygotowała właśnie je, ponieważ Ellen najłatwiej było zmusić do zjedzenia czegoś, nad czym nie trzeba się za długo męczyć i przeżuwać. Jeszcze niedawno dziewczynka uważała, że płatki Muesli to najlepsze co może być na śniadanie, teraz było jej to raczej obojętne. Vincent zjadł zapiekane kanapki owsiane, a Chloe trochę płatków i jabłko. Po posiłku wszyscy wsiedli do rodzinnego SUV’a i ruszyli w drogę. Pierwszy przystanek, szkoła Jacoba na South Franklin Street. Elly póki co była na zwolnieniu, rodzice zastanawiali się co z jej edukacją, ale zarówno pediatra i psycholog zalecili, żeby poczekać jeszcze trochę, być może dziewczynka nie będzie musiała chodzić do szkoły specjalnej, bo wciąż była szansa na odzyskanie umiejętności mowy. W związku z tym, drugim przystankiem rodziny Murray’ów był psychologEllen. Dziewczynka chodziła na wizyty prywatnie. Rodzice odprowadzili Ellen i wrócili do samochodu, mieli jakąś godzinkę zanim wizyta się skończy. Vincent wcisnął jedynkę i z głośników rozległy się dźwięki rozgłośni Kiss 108. Chloe złapała za pokrętło i przyciszyła trochę muzykę.
-Słuchaj Vince, musimy pogadać.- zaczęła nieśmiało Chloe.
-Wiem do czego zmierzasz kochanie, ale naprawdę, musisz przestać myśleć o tym w ten sposób.- odpowiedział Vince, a po wyrazie twarzy Chloe można było wywnioskować że oboje myśleli o tym samym. Vince był tylko trochę bardziej sceptyczny, a Chloe podchodziła do sprawy zbyt emocjonalnie.
-Nawet mi nie wmawiaj, że nie uważasz tego wszystkiego za kurewsko dziwne- warknęła Chloe. –Zrozum, spadające przedmioty i przywidzenia to jedno, ale pies który umiera na zawał i dziewczynka która doznaje afazji bez wyraźnej przyczyny, to drugie.
-Do czego dążysz? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nasz dom jest nawiedzony? Przecież takie rzeczy zdarzają się w książkach lub filmach. Naczytałaś się za dużo Herberta. – odparował Vincent.
-Nigdy nie twierdziłam że jest nawiedzony, zresztą nauka jest dziś na tyle rozwinięta, że nawet większość opętań można wyjaśnić bez nawiązywania do religii. Gdzieś o tym słyszałam. W każdym razie, Vince, sam mówiłeś że widujesz coś kątem oka.
-No więc świadczy to tylko i wyłącznie o moim słabym wzroku.- Vincent wskazał palcem na swoje okulary. – Albo to efekt placebo, podświadomie wmawiam sobie, że w domu jest coś, czego być nie powinno, więc moja psychika odpowiada mi przywidzeniami lub cieniami. Jest mnóstwo racjonalnych wyjaśnień. Lepiej chodźmy coś zjeść, tu niedaleko podają dobre chickenburgery.
Chloe przystała na propozycję Vincenta, tym bardziej, że czuła iż ta rozmowa zmierza donikąd.
Knajpka była mała i przytulna. Vince i Chloe usiedli przy trzecim od wejścia stoliku, obok okna. Vince skinął na kelnerkę i zamówił dwa chickenburgery i dwie cole z lodem. Kelnerka przyjęła zamówienie i zapisała w małym notesiku. Na realizację zamówienia czekali niespełna 10 minut.
Gdy małżonkowie zjedli smaczne burgery udali się po swoją córkę. W świetle dnia, po zjedzeniu sytego posiłku, dziwne zdarzenia po prostu nie miały prawa bytu. Pani psycholog, Tracy Jones odprowadziła Elly do rodziców i wzięła matkę na stronę.
-Pani Murray, zajęcia z dziećmi u których wystąpiła afazja przeprowadzamy na kilka sposobów. Dziś z państwa córką spróbowaliśmy ekspresji poprzez sztukę. Chodziło o wyrażenie swoich emocji w formie plastycznej, dowolnego rysunku. Dzieci z zanikiem mowy zazwyczaj pozostają obojętne na niektóre bodźce z otoczenia zewnętrznego, popadają w depresję, zamykają się w sobie. Tak czy inaczej, proszę to zobaczyć.- Powiedziała Tracy.
-Rozumiem, że to rysunek Elly?- zapytała Chloe.
-Dokładnie tak, pomyślałam, że powinni go państwo obejrzeć.- odpowiedziała doktor Jones.
Rysunek przedstawiał pokój dziecięcy w ich domu. Wyglądał normalnie, córka z niezwykłą pieczołowitością zadbała o najważniejsze szczegóły tego pomieszczenia, narysowała łóżka, mały telewizorek, kilka lalek, regały, brata Jacoba trzymającego coś w ręce, prawdopodobnie jego ulubioną konsolę, wywnioskowała Chloe. Ale na obrazku było coś jeszcze. W kącie pokoju, stała niezwykle wysoka, czarna postać z białą twarzą. Kończyny tego czegoś były nienaturalnie poskręcane a na twarzy, podobnej trochę do makijażu mimów, malował się złowieszczy uśmiech który odkrywał mnóstwo ostrych i cienkich jak igiełki zębów. Matka musiała przyznać że obrazek jak na ośmioletnią dziewczynkę był wykonany niezwykle dokładnie.
-Dziękuję, że pokazała mi pani ten rysunek.-powiedziała Chloe, starając się zachować zimną krew. – Czy ma pani jakąś teorię co to może znaczyć? – zapytała.
-Dzieci mają tendencję do wizualizowania sobie strachu.-Odparła Tracy. –Być może tak Elly radzi sobie z traumą, natomiast rysunek, nie ukrywam, jest dość dziwny. Oczywiście, jest mnóstwo możliwości skąd mógł w jej głowie powstać taki obraz, może obejrzała coś w telewizji albo w internecie, teraz uchronienie dzieci przed nieodpowiednimi treściami jest coraz trudniejsze , zaryzykuję stwierdzenie, że prawie niemożliwe, a jej wyobraźnia załatwiła sprawę. W każdym razie, uznałam za stosowne pokazanie tego państwu.- powiedziała Tracy i uśmiechnęła się nerwowo.
-Jeszcze raz dziękuję.- odparła Chloe.
Tej nocy kobieta nie spała zbyt dobrze. Gdy któryś raz z rzędu przebudziła się z płytkiego snu, z przerażeniem spostrzegła, że w kącie pokoju ktoś stoi. Ktoś nienaturalnie wysoki, z poskręcanymi kończynami, i Chloe mogłaby przysiąc, że w ciemności dostrzega dziesiątki ostrych zębów. Pomimo narastającej paniki kobiecie udało się zapalić stojącą nieopodal łóżka lampkę nocną, w kącie pokoju oczywiście nikogo nie było. Chloe zgasiła lampkę i zamknęła oczy, powtarzając sobie, że to co widziała to zwykłe, nocne przywidzenie. Po kilkunastu minutach zasnęła, nie zauważyła jednak, że męża nie było w łóżku.

***

Vincent Murray przebudził się kilka godzin wcześniej niż jego żona. Podobnie jak ona, spał bardzo lekko, właściwie drzemał. Budził się co kilkanaście minut, za każdym razem mając wrażenie, że spada i jego ciało uderza o ziemię z całym impetem. To uczucie nie należało do najprzyjemniejszych, toteż Vince postanowił odpuścić sobie sen, przynajmniej na kilka najbliższych godzin. Wstał około pierwszej, ręką wymacał leżące na stoliku obok łóżka Ray Ban’y, założył je i przeczesał czuprynę. Poprzedniego dnia zauważył, że ma już kilka siwych włosów, oznaka starzenia się lub stresu. Albo jedno i drugie, pomyślał. Wpatrywał się chwilę w ciemność, tak, by jego oczy przyzwyczaiły się do praktycznie całkowitego braku światła. Po chwili widział już na tyle dużo mebli i przedmiotów, że zaryzykował udanie się do innego pomieszczenia. Nie chciał zapalać światła w pokoju, żeby nie obudzić Chloe. Jakimś cudem dostał się kuchni, otworzył lodówkę i zapragnął coś zjeść. Wybór padł na kawałek szarlotki z mlekiem. Vince lubił szarlotkę, którą robiła Chloe, a z mlekiem stanowiła wręcz idealne połączenie. Wyjął talerz, nóż i szklankę, ukroił sobie kawałek ciasta, nalał mleka i tak zaopatrzony położył się na sofę. Włączył telewizor, poszukał chwilę odpowiedniego kanału i gdy znalazł jakiś, na którym leciały powtórki pierwszego sezonu „It’sAlways Sunny in Philadelphia” , poczuł się usatysfakcjonowany. Kątem oka dostrzegł przemykający cień, ale nie zajmował się tym w ogóle. Nie odwrócił głowy i nie dostrzegł stojącej w kącie postaci ze śnieżnobiałą twarzą.

***

Vincent Murray wyglądał spokojnie. Ubrany w dobrze dopasowany garnitur Burberry i buty Uggs leżał z zamkniętymi oczami. Wydawało się, że na coś czeka. Każdy z gości podchodził na chwilę do nieboszczyka i wygłaszał krótki monolog. Jacob starał się powstrzymać płacz ale nie zdawało się to na nic, siedział w kącie sali i szlochał. Ellen nie uroniła ani jednej łzy, wydawało się, że mała nie zdaje sobie sprawy z tego co się dzieje. Chloe rozpaczała a Aiden i Sophia próbowali podtrzymać córkę na duchu.
Prawdopodobnie niezdrowy tryb życia i nadwaga doprowadziły do zawału serca.
Był piękny, słoneczny dzień. W powietrzu unosił się zapach gumy balonowej gdy Vincent został zakopany sześć stóp pod ziemią.

***

Rodzice Chloe postanowili zostać u córki przez kilka najbliższych dni. Przykro im było patrzeć jak życie ukochanej jedynaczki rozpada się na kawałki.
Kiedy wieczorem, tuż przed snem, babcia zajrzała do pokoju dzieci sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, Elly wypowiedziała swoje pierwsze słowa od kilkunastu dni.
-Zły pan przyjdzie tej nocy, babciu – wymamrotała Ellen wpatrując się w ciemność. Jacob w tym samym czasie spał zmęczony trudami dnia.
Aiden ucieszyła się, że Elly wreszcie się odezwała, natomiast uznała słowa wnuczki za co najmniej dziwne. Mimo to, potraktowała je jako nic nieznaczący bełkot zestresowanej dziewczynki która musiała radzić sobie z dużo większą ilością problemów niż jej rówieśnicy.
-Śpij już, maleńka. – odpowiedziała babcia i pocałowała wnuczkę w czoło. Starannie przykryła dziewczynkę kołdrą i zerknęła czy Jacob smacznie śpi. Po upewnieniu się, odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju.
Aiden poszła jeszcze do łazienki by umyć twarz i zęby. Szła ciemnym korytarzem, aż znalazła się pod odpowiednimi drzwiami. Włączyła światło i rozejrzała się. Łazienka była średniej wielkości, z toaletą, dużą wanną z hydromasażem, pralką, kilkoma szafkami. Wszystkie urządzenia były w kolorze białym, natomiast ściany pokryte były tapetą z roślinnym ornamentem w kolorze granatowym. Matka Chloe podeszła do umywalki i puściła wodę. Wzięła trochę regeneracyjnego żelu i przepłukała twarz. Nachyliła się nad umywalką aby nabrać wody na ręce a gdy ponownie zerknęła w lustro dostrzegła za sobą obrzydliwą postać. Była to karykatura człowieka, wyglądała jak najgorsze koszmary ludzkości, jak zniekształcona osoba po dziesiątkach nieudanych eksperymentów medycznych.
-Bu. – powiedział koszmar, a jego długie, powykręcane ręce oplotły szyję Aiden i oboje trwali tak w przerażającym uścisku. Z twarzy potwora czuć było odór zgnilizny, rozkładających się ciał. Babcia ze zgrozą zauważyła że po kończynach górnych postaci przebiegają co chwilę żuki i karaluchy. Na umywalce dostrzegła kilka wijących się larw. Twarz postaci była niezwykle biała, oczy natomiast miały kruczoczarny kolor. Upiór uśmiechnął się złowrogo, tak by kobieta mogła dostrzec setki cienkich jak igły i ostrych zębisk. Aiden straciła przytomność.

***

Jacob siedział na drzewie i obserwował jak jego dom płonie. Kilka łez spłynęło mu po policzkach. W powietrzu czuć było swąd paleniska, wydawało mu się, że słyszał krzyk siostry. To jedyny sposób, powtarzał sobie w myślach chłopiec.






Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -