Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wazon

Łukasz Radecki

Andrzej zaparkował auto tuż obok dostawczego poloneza z pobliskiej pizzerii. Zgasił silnik, wyłączył radio i odpiął pas, Z siedzenia pasażera wziął swoją torbę roboczą i siatkę, w której zabrzęczały radośnie cztery butelki "Lecha". Tak, obiad, a potem piwo przed telewizorem. Idealny plan na idealne popołudnie. O ile Chuda znowu czegoś nie zepsuje – dodał w myślach. Wysiadł z auta. Twarz owiał mu chłodny, grudniowy wiatr. Buty zapluskały w błotnistej breji w jaką zmienił się deszcz ze śniegiem. Zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz w zamku. Z niesmakiem popatrzył na swojego piętnastoletniego Fiata 125p i ruszył w stronę domu. Drzwi od klatki otwierały się właśnie, przytrzymał je więc, pozwalając sąsiadce spod trójki wyprowadzić psa na spacer.
- Dzień dobry panie Nowakowski – uśmiechnęła się kobieta. Andrzej burknął coś na kształt powitania i wszedł do klatki. Drzwi domofonu zamknęły się za nim łagodnie, on zaś szybkimi krokami, łapiąc po dwa stopnie, wdrapał się na piętro. Zatrzymał się przed drzwiami do swojego mieszkania. Wprawdzie torbę miał przewieszoną przez ramię, ale w jednej ręce trzymał siatkę z piwem, nieporadnie więc pogrzebał w kieszeni i wydobył klucze. Przekręcił zamek i szarpnął kluczami. Drzwi otworzyły się i wszedł do korytarza. Od razu poczuł, że coś jest nie w porządku. Zamknął za sobą drzwi odruchowo przekręcając zamek. Postawił siatkę z piwem, ponownie wzbudzając radosny brzęk butelek. Zdjął torbę i rozpiął kurtkę. W lustrze naprzeciwko drzwi zobaczył swoje odbicie – trzydziestokilkuletni, dobrze zbudowany mężczyzna ze zmęczoną, nalaną twarzą. I co najgorsze – całkowicie przeciętną.
Andrzej pociągnął nosem. To, ze w domu panowała cisza, absolutnie go nie dziwiło. Chuda pewnie poszła na plotki. Gorzej, że nie czuł zapachu obiadu. Czyżby zapomniała go zrobić? Niedobrze. Dla niej. Ściągnął kurtkę i powiesił ją na wieszaku. Zzuł buty i wsunął stopy w laczki. Buty Chudej stały na swoim miejscu. Dziwne. Nie przejął się tym jednak, tylko schwycił siatkę i udał się do kuchni, by schować piwo do lodówki. Może znajdzie tam jakąś kiełbasę, którą przekąsi do czasu obiadu. Otworzył szklane drzwi do kuchni i zdębiał. Ale tylko na moment. Wprawdzie wzrok zdążył zarejestrować starszego mężczyznę w dresie i czapce Świętego Mikołaja, ale mózg zajęty był wysyłaniem impulsów bólu, które popłynęły nagle z rozbitego nosa. Andrzej zatoczył się na ścianę upuszczając siatkę. Tym razem szklane butelki podniosły krzyk roztrzaskując się o ziemię. Andrzej podniósł rękę do twarzy, ale została ona strącona kolejnym uderzeniem tłuczka. Napastnik bardzo szybko i gwałtownie wyprowadził kilka następnych uderzeń metalowym tłuczkiem do mięsa. Kilka pogruchotało kości rąk, gdy Andrzej próbował się zasłonić padając na kolana. Jedno złamało mu kość policzkową, inne strzaskało dwa zęby trzonowe. Ostatnie jakiego był świadom rozbiło mu łuk brwiowy tuż obok skroni. Dwóch następnych, które otrzymał w potylicę już nie czuł. Nie czuł również, że padł twarzą w rozbite szkło, a jego krew zmieszała się z rozlanym piwem.

Świadomość wróciła powoli, wraz z potwornym bólem. Bolała go cała głowa i większość twarzy. Promienie bólu biły również od pogruchotanych dłoni. Związanych na plecach. Przywiązanych do krzesła, Ogromną ilością taśmy izolacyjnej. Krzesła, na którym siedział on sam ze skrępowanymi nogami. We własnym salonie, jak zwykł nazywać duży pokój. Z trudem otworzył jedno oko, drugie było jedną wielką opuchlizną. Nie mógł oddychać przez złamany i zapchany zakrzepłą krwią nos. Z trudem wydychał i wciągał przez usta powietrze. Usta, których nie mógł szerzej otworzyć. Początkowo przypisał to otępieniu i opuchliźnie. Usta i wargi bolały go jednak straszliwie. A powoli otwierane oko jako pierwsze zarejestrowało igłę. Kręcącą się niczym wahadło na dratwie. Dratwie, którą zszyte były jego usta, akurat na tyle by mógł przez nie oddychać, na tyle ściśnięte, by nie mógł mówić. Przerażony podniósł wzrok. Oprawca siedział przy stole naprzeciwko niego. Przeglądał jakieś kartki. Nie zauważył jeszcze, że Andrzej się ocknął. Przed napastnikiem na stole leżały różne przedmioty, od których Andrzejowi zdębiały włosy na obolałej głowie. Kłębek dratwy, skalpel, nóż kuchenny, zakrwawiony tłuczek do mięsa, nożyczki, wiertarka "Bosha". Najdziwniejsze, że wszystkie te przedmioty były jego. I Chudej – dodał w myślach – Gdzie jest Chuda? Co ten facet zrobił mojej żonie?
Mężczyzna tymczasem podniósł wzrok i napotkał przerażone spojrzenie Andrzeja. Wstał i bez słowa podszedł do ofiary. Andrzej próbował się odsunąć, ale nie był w stanie. Oprawca przysunął mu pod nos jedną z kartek. Z trudem rozpoznał napisane na komputerze pytanie – "Możesz to przeczytać?". Andrzej nie zrozumiał w pierwszej chwili, ale napastnik nie odezwał się ani słowem, tylko stał z wyciągniętą kartką. Nowakowski niepewnie potwierdził kiwając głową. Igła na dratwie zakołysała się delikatnie. Napastnik odrzucił wiadomość i podsunął mu pod nos drugą. Dalej w absolutnej ciszy. "Wiesz dlaczego?" – odczytał Andrzej. Zawahał się przed udzieleniem odpowiedzi. Nie miał pewności kim jest ten facet. Był niski i raczej szczupły. Dres jaki nosił był zwyczajnym dresem, jaki noszą dziesiątki dzieciaków na tym osiedlu. Można było kupić taki na bazarze już za dwadzieścia złotych. Na rękach miał gumowe rękawice. Był boso – jedynie w białych, teraz zachlapanych krwią skarpetkach. Groteskowo wyglądała, okrywająca całą głowę, gumowa maska Świętego Mikołaja, którą Andrzej początkowo wziął za twarz. Jak na seryjnego mordercę czy psychopatę mężczyzna był całkowicie pozbawiony gustu i stylu. Dla Nowakowskiego jednak było to całkowicie obojętne. Tu i teraz napastnik mógł mieć nawet strój różowego królika, on i tak robił już pod siebie ze strachu i naprawdę nie wiedział jakiej odpowiedzi udzielić, by usatysfakcjonować oprawcę. Ten na szczęście nie czekał długo. Wyciągnął następną kartkę. "Za zło, które mówiłeś, pozbawiam cię mowy". Andrzej spojrzał przerażony na skalpel, "Święty Mikołaj" tymczasem oderwał kartkę, ponownie nie czekając na odpowiedź i podsunął mu pod nos kolejną. "Rękoma czyniłeś zło, a jeśli ręka ma bronić ci dostępu do Królestwa Niebieskiego – odetnij ją" – przeczytał z trudem i poczuł narastającą falę paniki. "Mikołaj" w dresie odłożył kartki na stół zapisaną częścią do blatu i podszedł do narzędzi. Złapał za tłuczek, a Andrzej dopiero teraz uświadomił sobie, że narzędzie z drugiej strony ma mały tasak do miażdżenia i odcinania chrząstek. Strach ścisnął mu gardło, zaczął miotać się wraz z całym krzesłem. Próbował krzyczeć, ale z ust wydobywał się tylko niezrozumiały bełkot. Oprawca zaszedł go od tyłu. Andrzej najpierw poczuł powiew i usłyszał uderzenie, a zaraz potem od nadgarstków rozeszły się płonące fale bólu. Poczuł kolejne uderzenia, usłyszał trzask kości i pękającej skóry, któreś uderzenie trafiło w drewniane oparcie krzesła. Chrzęst kości rwących mięśnie i ciało przyprawił go o mdłości, powstrzymał się jednak ostatkiem sił, z obawy przed udławieniem się wymiocinami. Nagle uderzenia ustały. Ból jednak trwał. Nie mógł poruszyć dłońmi, ale czuł je. Psychopata nie odrąbał ich, choć pogruchotał mu chyba wszystkie kości. "Mikołaj" odrzucił tłuczek w głąb pokoju i podszedł do kartek. Wziął jedną i pokazał ofierze. Andrzej miał już dosyć tej chorej zabawy, zamknął więc oko i odwrócił głowę. Krew i piwo spływały mu po zmaltretowanej twarzy. Nagłe uderzenie w skroń rozdarło mu niemal czaszkę na pół. Przerażony spojrzał na oprawcę. Ten szykował się do zadania kolejnego ciosu, ale gdy napotkał wzrok Andrzeja opuścił dłoń i pokazał mu kolejną kartkę. "Nie oglądaj zła – wzrok twą duszę zgubi". Nowakowski skulił się mimowolnie, ale kat pokazał mu już następną wiadomość. "Tylko jak przeczytasz następne informacje? Zostawię ci oczy. To był żart. Ha! Ha!". Gdy przerażony Andrzej skierował wzrok na oprawcę, ten odrzucił i tę kartkę. Beznamiętnie i bez słowa. W absolutnej ciszy i bez cienia czarnego humoru jakim się przed chwilą wykazał. Andrzej poczuł, że traci zmysły albo przytomność. Albo najlepiej jedno i drugie. Przed rozbitym nosem pojawiła się kolejna kartka. "Nie słuchaj Złego". Kat odrzucił papier i wziął do ręki nóż kuchenny. Taki zwyczajny, do krojenia chleba. Andrzej zrozumiał.
-Pfofe...- wybełkotał rozdzierając sobie wargi dratwą – Błaham...
Oprawca podszedł spokojnie, chwycił go za lewą małżowinę i zaczął piłować chrząstkę. Nowakowski znów został sparaliżowany przez rozdzierający ból. Szarpnął się i przewrócił wraz z krzesłem, strącając ze ściany małą półkę ze zdjęciami. Zdjęcia w szklanych ramkach, zdjęcia jego i jego żony, rozsypały się po podłodze. Kat stał nad nim i patrzył bez słowa. W dłoni trzymał częściowo urwane, częściowo ucięte ucho Andrzeja. Skatowany mężczyzna nie miał już siły. Ból doprowadzał go do szału. Nie był już świadom, która część ciała boli go bardziej. Wszystkie razem krzyczały domagając się agonii. A ta nie nadchodziła. Andrzej spojrzał na leżącą obok rozbitą ramkę. Na zdjęciu stał na pomoście nad Jeziorakiem, obejmując czule żonę. Oboje uśmiechali się. Nie pamiętał kto zrobił to zdjęcie. Pamiętał, że pochodziło z ich pierwszych wakacji. Teraz to szczęście promieniujące z tego zdjęcia, wraz z lipcowym słońcem, wydawało się tak nierealne w obliczu tego grudniowego morza cierpienia. Z otępienia wyrwała go myśl – gdzie jest Chuda? Co ten drań zrobił mojej żonie?
- Dałja...- wymamrotał plując krwią – Zie moa sona?
Oprawca drgnął i mimowolnie spojrzał w stronę łazienki. Andrzej zrozumiał. Zamknął oko. Chciał, żeby to wszystko po prostu się skończyło. "Mikołaj" natomiast odłożył nóż i ucho i ruszył do łazienki. Zapalił światło i zniknął za drzwiami.

Podłogę w łazience pokrywały obcięte, blond włosy Darii, żony Andrzeja. Oprawca przeszedł przez pomieszczenie rozgarniając je stopami i zatrzymał się przed lustrem. Powoli ściągnął maskę odsłaniając zmęczoną, obitą twarz młodej kobiety z obciętymi krzywo włosami. Daria dotknęła prawego policzka. Tego, z którego schodził już ślad po uderzeniu. Nagle oczy zaszkliły się i popłynęły łzy. Nie miała siły, aby to dalej ciągnąć. Jej małżeństwo z Andrzejem od początku nie było udane. Pobrali się ze względu na dziecko, którego on nie dał jej donosić. Nie był alkoholikiem, choć zdarzało mu się sporo wypić. I wtedy bywał agresywny. Do tego ta mania czystości... Nie kochał jej i obwiniał ją za zniszczenie jego życia. Na każdym kroku dawał jej znać, że nią gardzi. Słowem, uczynkiem i zaniedbaniem. I dziś nadszedł dzień, kiedy za to płaci. Ale nie wyzwiska, nie razy jakie zbierała, nawet nie dwukrotny gwałt doprowadziły ją do tego stanu. Wszystkiemu winien był wazon. Wazon, który on dostał od swoich kumpli w prezencie ślubnym. Stylizowany na grecki, jednak o wiele bardziej obsceniczny. Szczerze go nienawidziła, a on go tym bardziej uwielbiał. I dziś rano, naprawdę niechcący, podczas ścierania kurzu stłukła go. Na początku wpadła w panikę. Nie wiedziała co on jej zrobi, gdy to odkryje. Początkowo strach przed jego gniewem sparaliżował ją tak bardzo, że nie była w stanie zrobić nic poza kiwaniem się na podłodze nad skorupami tego obleśnego wazonu. Potem stwierdziła, że jeśli zdąży go odkupić, to może on nie zauważy różnicy. Cały ranek biegała po mieście szukając identycznego wazonu. Kto wie, jak skończyłby się ten dzień, gdyby udało jej się zrealizować pierwotny plan. Zamiast tego w jednym z supermarketów dostrzegła tę gumową twarz Świętego Mikołaja. Stała i patrzyła jak dzieci wśród śmiechów i pisków przymierzają owe maski. Poczuła potrzebę, żeby samemu też ją założyć. Gdy to zrobiła, poczuła się dużo lepiej. Gumowa uśmiechnięta twarz staruszka okryła jej własną – smutną i posiniaczoną. Jedynie oczy zdradzały prawdziwe uczucia. I nagle Daria zrozumiała, że może odmienić swój los. Że w masce da radę przeciwstawić się Andrzejowi. Kupiła maskę, a wracając do domu odwiedziła bazar, gdzie nabyła kreszowy dres. Nie wiedziała jeszcze co zrobi, początkowo chciała jedynie nastraszyć męża, z czasem plany uległy zmianie. Obcięła włosy, ponieważ wystawały spod maski psując efekt. Stwierdziła że w kapciach będzie wyglądać groteskowo, a nie chciała ryzykować chodzenia w butach po domu. Andrzejowi by się to nie spodobało. Przebrała się w swój nowy strój i zaczaiła się w kuchni. Chciała go tylko wystraszyć, żeby odwrócić jego uwagę od tego cholernego wazonu. Nie zastanawiała się, co będzie dalej. Chciała tylko odreagować i ten wazon, i ciągły stres, żeby choć raz to on się przestraszył. Żeby choć raz w jego oczach dostrzec lęk. Nagle przypomniała sobie, że nie posprzątała włosów w łazience. Już zamierzała pobiec tam i naprawić błąd, gdy usłyszała dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Wrócił. A ona narobiła bałaganu. Nie zrobiła obiadu. Stłukła wazon. Stoi w kuchni w dresie i idiotycznej masce Świętego Mikołaja. Dopiero teraz dotarło do niej jak bezsensowny był jej pomysł, jak łatwo wystawiła się znowu na cel. Jak wiele pretekstów dała do kolejnej kary. Setki myśli przebiegały jej przez głowę, znów czuła się jak zaszczute zwierzę, znów dała się zapędzić w kozi róg. Panika ogarniała ją coraz bardziej. Usłyszała brzęk butelek, kroki coraz bliżej kuchni. Zobaczyła sylwetkę przez zaciemniona szybę w drzwiach. Jak na zwolnionym filmie dostrzegła naciskaną klamkę. Jedna myśl błysnęła nagle rozpraszając wszystkie inne. Instynkt pierwotny, instynkt typowy dla każdego zwierzęcia, które w momencie zagrożenia postanawia walczyć o życie. Daria chwyciła za leżący na suszarce tłuczek i dokładnie gdy otwierane drzwi ukazały sylwetkę Andrzeja, zadała cios. I kolejny. I jeszcze kilka. Łatwość z jaką jej to przyszło, zaskoczyła ją samą. Poczuła się silna. Zobaczyła jak Andrzej pada, jak zasłania się przed ciosami, jak to jego cholerne piwo rozlewa się po podłodze. Przede wszystkim ujrzała w jego oczach strach, paniczny strach, a także ból i błaganie. Przestała dopiero kiedy upadł twarzą w rozbite szkło. Dopiero teraz dotarło do niej co zrobiła. I znów miejsce triumfu zastąpił strach. Zabiła swego męża. Napadła na niego i zamordowała go z zimną krwią. Drżącymi rękoma sprawdziła puls. Oddychał. Na szczęście. I wtedy znów pojawiły się myśli. „Żyje. A więc wróci do zdrowia. Wróci do mnie. Wszystko wróci... Nie zmarnuję tej okazji. Dam mu lekcję.” Zaczęła się uwijać jak w ukropie. Założyła rękawiczki, przygotowała krzesło i taśmę. Najbardziej natrudziła się wlokąc jego nieprzytomne ciała do pokoju. Nie wiedziała ile waży, choć wiedziała, że jest ciężki – wielokrotnie przygniatał ją sobą. Teraz ciągnęła bezwładne ciało znacząc korytarz i pokój krwią. Uspokoiła się całkowicie. Wszystko było tak jasne i oczywiste. Z trudem posadziła nieprzytomnego na krześle. Kilka razy spadł z niego zanim przywiązała go taśmami. Cieszyła się teraz, że Andrzej był typem twardziela. Nie chciałaby, żeby teraz umarł. Jeszcze nie teraz. Działała sprawnie i z opanowaniem, tak jakby robiła to już wiele razy. Usiadła na nim okrakiem i zaszyła mu usta. Potem poznosiła różne przedmioty, które postanowiła wykorzystać w odwecie. Usiadła i czekała cierpliwie, aż mąż odzyska przytomność. Po chwili pomyślała, że drań powinien wiedzieć, za co go to wszystko spotyka, obawiała się jednak, że gdy się odezwie, głos uwięźnie jej w gardle, a on dostanie szału. Nie mogła ryzykować. Postanowiła rozwiązać to inaczej. Poszła do sypialni, gdzie stał jego (co często zaznaczał) komputer i jego drukarka. Tam przygotowała komunikaty. Wróciła do stołu i czekała. Bardzo cierpliwie. Pomyślała, że powinna była to zrobić już dawno temu. Znikła gdzieś ta zastraszona, nieśmiała żoneczka. Była teraz panią nie tylko swojego, ale i jego życia. Cudowne uczucie. Do czasu gdy wymówił jej imię, gdy spytał o nią. Wówczas mur obojętności i nienawiści zachwiał się poważnie. Musiała wyjść, bo zwątpiła czy da radę. Teraz stała przed lustrem i patrzyła na swą zapłakaną twarz. Nie miała już siły... Popatrzyła na maskę. To ona dała jej moc, kryjąc się za nią, zdobyła się na okrucieństwo wobec męża, który tyle lat się nad nią znęcał. Lecz nawet teraz dopytywał się o nią. Martwił się... Odrzuciła maskę do wanny. Nie potrzebowała jej już. Może i się martwił, ale nie z miłości – tylko z przywiązania – tak jak się martwi o psa lub pilota do telewizora. Zresztą i tak już było za późno. Musiała skończyć co zaczęła i chciała to zrobić bez maski – postanowiła stanąć z nim twarzą w twarz. I zniszczyć jego bezczelne, chamskie i prostackie ego. Ten jego archetyp macho. Najlepiej razem z nim. Otarła łzy. W oczach nie było już żalu. Odwróciła się, nacisnęła klamkę i wyszła z łazienki.

Andrzej usłyszał ciche kroki i hałas przesuwanych przedmiotów. Dopiero po chwili przypomniał sobie wydarzenia dzisiejszego dnia wraz z bólem, który wyrwał go ze stanu odrętwienia. Z przerażeniem dostrzegł, że oprawca siedzi na podłodze tyłem do niego i skręca, a następnie podłącza wiertarkę. Gdy się odwrócił, Andrzej jęknął z przerażenia zmieszanego ze zdziwieniem. Daria uśmiechnęła się na widok jego twarzy, na której jak w kalejdoskopie przeskakiwał strach, niedowierzanie, nadzieja i panika.
- Nic nie mów, oszczędzaj siły – powiedziała cicho. Głos jej drżał, ale z podniecenia, nie ze strachu. – To co teraz robię, to po to żebyś ode mnie nie odszedł. Bo wiesz co? Ja cię naprawdę kiedyś kochałam. Teraz nie wiem co czuję. Ale nie dam ci bardziej zniszczyć mojego życia. Skoro jesteśmy na siebie skazani, ty też będziesz cierpiał. Skończyło się twoje panowanie – uklękła przy nim zdejmując rękawice – Ja naprawdę niczego od ciebie nie chciałam poza szacunkiem i zrozumieniem – powiedziała smutno, głaszcząc go po twarzy. Oczy Andrzeja zaszkliły się. Z jednej strony chciał ją przytulić, z drugiej urwać jej głowę.
- Ochanie – wyszeptał, głos mu zadrżał i rozpłakał się. Daria również nie wytrzymała.
- Szacunek i zrozumienie – zaszlochała – Odrobina zrozumienia, czy to tak wiele? – spytała samą siebie przystawiając wiertło do kolana Andrzeja. Nagle opanowała się i wycedziła – Teraz nawet do diabła nie pójdziesz bez kul – nacisnęła włącznik i naparła na wiertarkę. Andrzej wrzasnął rozrywając sobie usta dratwą...

- Co to znów za wrzaski u Nowakowskich? – pani Gabriela spojrzała na sufit.
- Pewnie znów Nowakowski ćwiczy żonę – odparł Mateusz nie odrywając wzroku od telewizora.
- Może wezwać policję? – spytała jego małżonka.
- Po co? Najwyżej udzielą ostrzeżenia – burknął Mateusz – A my będziemy mieć na głowie tego gbura... W pewne sprawy lepiej się nie mieszać.
- Naprawdę nie rozumiem jak...
- Ja też nie rozumiem, ale to ich życie i ich sprawa – uciął mężczyzna – Nie mieszajmy się. Lepiej idź zrobić kolację.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -