Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




HELENA

Sabina Rosołowska

Tego przełomowego dla mojej duszy dnia stałam w oknie i patrzyłam na świat. A on spał cichym snem zimowym, otulony kołdrą białego puchu. Wyczuwałam moim kobiecym instynktem zło, które czaiło się nieopodal. Wiedziałam, że czeka na moment mojej słabości, by porwać mnie w swe lodowe objęcia i zabrać daleko od otoczenia, jakie znam.
Zawsze bałam się choroby psychicznej i dlatego właśnie to ona wciąż siedziała cicho, jak przysłowiowa mysz pod miotłą i wołała cichutko, paradoksalnie niczym wiosenny wietrzyk: „Heleno, Heleno. Jestem przy Tobie. Już zawsze będę Twoim cieniem”. Można by pokusić się o rozważenie, czy głos ten naprawdę istniał w mojej głowie, czy może jednak to ja sama zabawiałam się z sobą w ten nieprzyzwoity sposób, zsyłając ciągły niepokój w mojej głowie. Stawiać się w problemowej sytuacji, która nas przeraża i badać stan swojego umysłu, przekonując się na ile jesteśmy zdolni do popełnienia niegodnych czynów. Na przykład morderstwa...
Często grałam w tę grę. Udawałam przed sobą, że oprócz mnie, miłej sympatycznej Heleny jest druga Helena, która stanowi najgorszą esencję duszy ludzkiej, zdolnej do najgorszej zbrodni. Zazwyczaj pojawia się powoli w moim umyśle, wyłaniając się z nocy mglistej i nieprzeniknionej. Nie ma przeszłości, ani przyszłości. Stanowi moje teraźniejsze odbicie, sprawiając iż jesteśmy we dwie w jednym ciele złączone. Znika równie szybko, jak się pojawia i tak samo zagadkowo. Jest moim najwierniejszym przyjacielem i jednocześnie najgorszym z wrogów.
Na szczęście pojawiała się rzadko, bo nie potrzebowałam zastanawiać się nad złą naturą człowieka. Żyłam sobie szczęśliwie z rodzicami w zamku, położonym na wzgórzu. Byłam jedynym dzieckiem rodziców, ale nie byłam rozpieszczona.. Cieszył mnie każdy dzień. Nawet te złe, przykre chwile umiałam zamienić na dobre, doceniając wszystko, co los mi zsyłał. Jednej rzeczy jednak nie doceniłam i od tego momentu mój obłęd począł pojawiać się częściej.
Moje nieszczęście spadło na mnie z chwilą, gdy o moją rękę starać się zaczął pewien hrabia Bernard. Był to bardzo poczciwy młodzieniec i ogromnie przypadł moim rodzicom do gustu. Jego zainteresowanie moją osobą wyraźnie ich cieszyło i nie kryli przed nami swego zadowolenia. A ja? No cóż. Im bardziej on starał się zaskarbić sobie moje uczucia, tym większym wstrętem napawała mnie jego osoba. Był tak dobry i lubiany przez wszystkich, że na sam jego widok dostawałam mdłości i krew burzyła się w moim krwiobiegu ze zdenerwowania. Najgorsze było to, że nie umiałam wytłumaczyć sobie swojej niechęci do niego. Przecież był przystojnym młodzieńcem, któremu nie brak było intelektu, oczytania, a Jego charakter i aparycja były urzekające. Spędzałam długie godziny haftując obraz i zastanawiając się nad tą nienawiścią, trawiącą moje serce. Do tej pory nigdy nie myślałam o nikim w taki sposób. Modliłam się długo do Boga, by odegnał plugawe myśli. Pomocy z niebios jednak nie otrzymałam. Wiłam się ciągle w rozpaczy. Schudłam, zbladłam. Moja matka ręce załamywała nade mną, płacząc co chwila, że wpędzę siebie i ją przy okazji do grobu.
Pewnego marcowego poranka obudziłam się rześka i uspokojona wewnętrznie. Czułam, że dzisiaj coś się wydarzy. Odetchnęłam pełną piersią i udałam się na spacer po wzgórzach. Śnieg jeszcze całkiem nie stopniał, ale słońce już grzało mocniej. Słychać też było śpiew ptaków. Stałam tak zasłuchana w ten wesoły trel, gdy nagle jakiś ruch obudził mnie z tego upojnego snu. Rozejrzałam się nieprzytomnym wzrokiem i oto na skraju lasu spostrzegłam hrabiego Bernarda, który właśnie zsiadał z konia. Nie widział mnie, więc mogłam go obserwować bez obawy, że zostanę na tym przyłapana. Mój zalotnik skradał się powoli, trzymając procę w dłoni. Moje serce zabiło mocniej, gdy okazało się, że hrabia celował do ptaka siedzącego na gałęzi. Ptak spadł chyba na trawę. Z tej odległości, w której się znajdowałam nie było widać dokładnie, więc niepostrzeżenie zbliżyłam się i przyklękłam za rozłożystym krzakiem dzikiej maliny. Bernard podszedł do miejsca, gdzie upadło zwierzę i podniósł je z ziemi. Przyglądał mu się krótką chwilę z zainteresowaniem, po czym chwycił dwoma palcami główkę ptaka, przekręcił ją i wyrzucił z obrzydzeniem brązowo-szare ciałko w pobliskie zarośla. Wtedy dotarło do mnie, że ptak musiał jeszcze żyć, więc hrabia ukręcił mu łepek.
Osunęłam się na ośnieżoną trawę. Oto ten dobry człowiek, który starał się o moją rękę okazał się okrutnym stworzeniem. Rozumiałabym gdyby polował na gołębia – w końcu gołąb stanowi element naszych regionalnych potraw, na przykład:

GOŁĘBIE PIECZONE, SZPIKOWANE SŁONINĄ

Składniki:
2 duże gołębie
6 dkg słoniny
sól
4 dkg tłuszczu
zielenina

Nadzienie:
10 dkg cielęciny
4 dkg bułki
3 dkg margaryny
mleko
wątróbki
1-2 jaja
1-2 łyżki tartej bułki
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Skruszone, sprawione gołębie starannie opłukać, osączyć, odciąć główki, nasolić na 1-2 godziny przed przyrządzeniem. Nóżki założyć w „kieszonkę”, skrzydła założyć na grzbiet. Piersi naszpikować słoniną. Bułkę namoczyć w mleku, lekko odcisnąć, przepuścić przez maszynkę razem z opłukanymi wątróbkami i cielęciną. Przyrządzić nadzienie: margarynę utrzeć z żółtkami, dodać zmieloną masę, przyprawy, mleko i starannie utrzeć. Ubić pianę, wymieszać z nadzienie(powinno być ono pulchne). Jeśli jest za rzadkie, można dodać bułki tartej. Nadzienie wkładać cienką warstwą pod skórę (którą wpierw podważyć trzonkiem łyżki) od końców piersi aż po skrzydełka i do grzbietu, Resztę nadzienia włożyć do środka. Tuszkę zaszyć, ułożyć na rozgrzanym tłuszczu w brytfannie, polać tłuszczem z wierzchu i wstawić do gorącego piekarnika. Piec około 1 godziny. W czasie pieczenia polewać tłuszczem i skrapiać wodą. Zrumienione, upieczone gołębie wyjąć, podzielić na połówki, ułożyć na podłużnym półmisku w całości, polać sosem z pieczenia, przybrać zieleniną. Podawać z borówkami i ziemniakami lub kompotem.


… ale nie na niewinnego ptaszka, który cieszył się z nadchodzącej wiosny i śpiewał o tym całemu światu. Byłam zdruzgotana i wiedziałam już, dlaczego od pierwszej chwili pałałam niechęcią do Bernarda.
Jednak obok złości na niego wykluła się w mojej głowie myśl o tym, czy byłabym zdolna do okrucieństwa. Byłam świadkiem niegodnego czynu hrabiego i dręczyłam się rozpamiętywaniem tej sceny. Zła Helena stała się moim cieniem. Wciąż myślałam o tym i grałam ze sobą, będąc ciekawą, która z nas okaże się silniejsza. Wygrałam, na razie.
Tak byłam pogrążona w penetrowaniu możliwości swojego umysłu, że nie dotarło do mnie, że Bernard poprosił rodziców o moja rękę, a oni z radością zgodzili się na ślub. Czy i ja wyraziłam swoje zdanie na ten temat? Nie pamiętam. W ogóle wszystko, co miało miejsce po zdarzeniu w lesie było w moich wspomnieniach zamazane.
Tak więc dzień mojego ślubu zbliżał się, a ja nie mogłam się już wycofać. Mój umysł snuł krwawe wizje, po zakończeniu których trawiły mnie ciężkie wyrzuty sumienia. Uświadomiłam sobie, że ja zawsze dobra, o szlachetnym sercu skrywam w sobie istotę ciemną, nieznaną, nikczemną. Byłam tak zmęczona wewnętrzną walką, że siedziałam w swojej komnacie i patrzyłam w okno. Mało jadłam, prawie wcale. Moja matka bała się, że narzeczony może jeszcze odwołać ślub, bo wyglądałam jak zjawa. Podobnie się zresztą czułam – stałam się cieniem dawnej siebie. Doszło do tego, że nie miałam już sił myśleć. Snułam się tedy po zamku otępiała i przytłoczona ciężarem samej siebie.
Minął rok. Mój narzeczony miał powrócić z półrocznej wyprawy, oczekiwano go lada dzień. I gdy stałam zadumana w oknie, do mojej głowy zakradła się pewna myśl. Jej korzenie oplotły moje serce i zagościły tam już na dobre. Miałam plan, jak uwolnić się od małżeństwa i na zawsze zakończyć spór pomiędzy dwoma kobietami w moim jestestwie. Teraz, kiedy to wspominam, sądzę, że ciemna strona mego ja zawładnęła mną całkowicie – tak mocno, iż zatraciłam granicę pomiędzy dobrem, a złem. W dodatku uleciały ze mnie wszelkie skrupuły i oznaki człowieczeństwa. Uśmiechnęłam się tylko złowieszczo i czym prędzej udałam się do chłopca stajennego. Poleciłam mu wyruszyć na spotkanie z hrabią i oddać mu list. W liście tym napisałam Bernardowi, by nie zawiadamiał o swoim przybyciu nikogo prócz mnie i by czekał przy wrotach zamku o północy. Liczyłam na to, że prośba o spotkanie sam na sam zaintryguje mojego przyszłego małżonka. Sama z rosnącą niecierpliwością oczekiwałam sądnego dnia. Bywały chwile kiedy czułam się tak podekscytowana tym, co zaplanowałam, że nie mogłam usiedzieć na miejscu i wciąż odbywałam długie wędrówki po okolicy. Ale były i takie, podczas których siedziałam w swoim pokoju milcząca i opanowana do tego stopnia, że nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Znajdowałam się w głębokim uśpieniu, oszczędzając siły na atak, który niedługo miał nastąpić.
Otóż i nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie moment. Tego dnia deszcz padał os samego rana. Ciemne chmury zawisły już o brzasku nad naszymi głowami. Jakoż przed południem jeszcze zakradł się do mej komnaty towarzysz hrabiego, z którym nigdy się nie rozstawał i doniósł mi, że jego pan dzisiejszej nocy będzie na mnie czekał. Odesłałam go, a sama zaczęłam się przygotowywać do naszego spotkania. Ubrałam swoją najpiękniejszą suknię i służącej kazałam upiąć misternie swoje ciemne włosy. Dziwnym było dla mnie to, że ze stoickim spokojem oddałam się lekturze, umilając sobie czas, jaki mi został do spotkania. O północy cicho wymknęłam się z zamku i doszłam do bramy. Tam już czekał znienawidzony przeze mnie mężczyzna.
–O pani! Jakież to szczęście mnie spotkało! –hrabia ucałował moją dłoń i stał uśmiechając się głupkowato.
–Cieszę się hrabio, żeś przybył do nas cały i zdrowy. Teraz pozwól, chciałabym Ci coś pokazać.– z wielka odrazą złapałam go za rękę i poprowadziłam wzdłuż muru, aż do miejsca, w którym znajdowała się wysoka wieża. Przy niej umiejscowiona była furtka, którą otworzyłam powoli, by nie wydała z siebie ani jednego cichego, skrzypiącego jęku i weszliśmy na dziedziniec. Wejście do baszty stało otworem, więc ruszyłam w tę stronę. Dziwiłam się, że Bernard nie zadaje pytań tylko pozwala mi prowadzić się po schodach wieży. Nie zmierzaliśmy jednak na jej szczyt, ale w dół, tajemnym przejściem, które odkryłam dawno temu, bawiąc się w jej wnętrzu. Było tu wilgotno i nieprzyjemnie, a korytarz rozwidlał się tworząc coś w rodzaju labiryntu. Bardzo łatwo było się zgubić w tym miejscu komuś, kto nie spędził tu tyle czasu, co ja. A spędziłam w tych murach praktycznie całe dzieciństwo, ukrywając się przed światem zewnętrznym.
Z rozmyślań wyrwała mnie świadomość zbliżania się do celu. Skręciłam w prawo, korytarz kończył się maleńką komnatą, zamykaną ciężkimi drzwiami.
W środku zapaliłam świecę i naszym oczom ukazał się drewniany stół, na którym stał dzban i dwa drewniane kielichy. Bernard podszedł i nalał sobie kieliszek.
–Ty to przygotowałaś? To ta niespodzianka, którą chciałaś mi pokazać? –zbliżył się do mnie i przytulił, a ja poczułam jak soki trawienne podchodzą mi do gardła. Zalała mnie fala przenikliwego gorąca, która osłabiła mnie do tego stopnia, że szybko musiałam wyswobodzić się z jego ramion.
–Tak, mój drogi. Chciałam byśmy przyjemnie spędzili czas. Ale… ale pewnie jesteś spragniony po podróży. Może się więc napijesz tego wybornego wina?
Podniosłam kielich i podałam mu. Ten, niczego nie podejrzewając, wychylił zachłannie całą zawartość naczynia. Drżałam z emocji, nie mogąc doczekać się działania trucizny, chciałam, by wił się z bólu przez trawiący go od środka jad. Hrabia zbliżył się nagle do stolika, chcąc nalać i dla mnie tego cudnego trunku, kiedy zachwiał się i upadł na podłogę, wprost pod moje stopy. Jego ciałem targały konwulsje, a oczy wybałuszył do granic możliwości. Czułam, że jego koniec jest bliski i on też to rozumiał, tylko nie wiedział, dlaczego umiera. Dostrzegłam to w jego przerażonym spojrzeniu.
Uciekłam stamtąd. Biegłam szybko, z trudnością łapiąc oddech. To nie był jeszcze koniec moich mrocznych czynów tej nocy. Czułam w sobie niezwykły żar, który rozpalał moją krew, nie pozwalając mi myśleć racjonalnie. Opętana przez własne słabości i lęki, których tak bardzo się obawiałam podążałam dalej obraną przez siebie ścieżką. Wkrótce dotarłam do miejsca, gdzie zostawiliśmy służącego Aleksego.
–Aleksy! Twój pan prosił mnie, bym przyprowadziła cię do niego. Idź, zatem za mną i nie zbaczaj z drogi – powiedziawszy to obróciłam się tyłem do niego. Mężczyzna poszedł za mną. Prowadziłam go tą sama trasą, którą przebiegałam przed dwoma minutami w takim pośpiechu. Teraz jednak owładnęła mną cisza. Szłam pewnie i spokojnie, stąpając po wilgotnej, betonowej posadzce.. Dotarliśmy wreszcie do komnaty, w której to wnętrzu leżał martwy hrabia. Aleksy przyskoczył do niego, chcąc najwyraźniej mu pomóc. W tym samym momencie jednak zatrzasnęłam mocarne drzwi. Stara, zardzewiała zasuwa nie dała się ruszyć. Z narastającym przerażeniem szarpałam nią, chciałam bowiem zdążyć przed reakcją Aleksego. W końcu udało mi się zmusić uparty kawałek metalu do posłuszeństwa i ukryłam tym samym ciemną tajemnicę mego życia.
Przystanęłam, nasłuchując. Po chwili służący domyśliwszy się wszystkiego, począł uderzać pięściami w blaszaną barykadę i wrzeszczeć na całe gardło. W jego głosie początkowo było zdziwienie. Biedak niedowierzał własnym zmysłom. Później opanowała nim złość, a dopiero na końcu strach. Tej paniki nie chciałam słuchać. Bałam się, że do końca mych dni będzie mnie prześladował jego krzyk. Odeszłam więc czym prędzej, zostawiając za sobą pomieszczenie, zawierające dowody mojej zbrodni.
Nie wiem, w jaki sposób znalazłam się w swoim pokoju. Pamiętam tylko, że moja głowa wirowała od zdarzeń, które niedawno miały miejsce i nie byłam w stanie uczepić się jednej konkretnej myśli. Stojąc na miękkim dywanie pytałam samą siebie, czy morderstwa jakich się dopuściłam były snem, czy zdarzyły się na jawie. Omdlałą znaleziono mnie następnego dnia przy otwartym oknie. Stwierdzono, iż musiałam je otworzyć, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza. A jak było naprawdę? Myśl o głębi wiecznej nocy była tak pociągająca, że kto wie, czy w moim stanie niepoczytalności nie chciałam przekonać się, czy będzie łaskawa i dla mnie.
Oficjalnie hrabia nigdy nie dotarł do naszego zamku. Stałam się porzuconą narzeczoną, ale tylko w oczach rodziców i służby, bo chłopiec stajenny, którego posłałam ongiś z listem do narzeczonego, myśli, że w liście tym zerwałam nasze zaręczyny i hrabia wrócił nieszczęśliwy do domu.
Prawdę, jak na razie, znam tylko ja, Ty i druga Helena oczywiście.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -