Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




WIATR ZE WSCHODU

Przemek Morawski

SPECJALNE WYRÓŻNIENIE W KONKURSIE DO ANTOLOGII "ZOMBIEFILIA"


I


- Ech, Waśka, ty to jesteś durak – powiedział cicho Iwan i rozejrzał się wokół. Ciepła noc sierpniowa, rozjarzona przechodzącym z wolna w nów księżycem, niosła ze sobą zapach kwitnącej szałwii.
Kiedy Iwan upewnił się, że w pobliżu nikogo nie ma, przykrył ręką trzymaną w dłoni naftową lampę, wyszedł z ukrycia i ruszył w stronę znajdującego się naprzeciw magazynu.
– Jak możesz wierzyć w takie rzeczy? – rzucił przez ramię, gdy Waśka do niego dołączył.
Waśka zmarszczył brwi i odezwał się, z trudem nie unosząc głosu:
- Jak Boga kocham, tak było. Cyganka wywróżyła śmierć mojemu papie i papa zmarł wkrótce po tym. A zanim mnie na front wzięli, mojej matce stara Donka powiedziała, że z Polszy już nie wrócę.
Mężczyźni stanęli przy zniszczałej ścianie. Choć służyli w tym samym oddziale, wyglądali inaczej. Ich niepełne umundurowanie, składające się ze znoszonych bryczesów i carskich kurtek, wspólne miało tylko czerwone gwiazdy.
- Idź ty w pizdę z tą swoją Donką – powiedział Iwan. - 1920 rok nam nastał, ludzie po niebie latają, a ty wierzysz w zabobon.
- Jest wojna i o śmierć nie trudno – nie ustępował Waśka. – Mało to nam ludzi z oddziału ubyło?
Iwan odwrócił się w jego stronę i odparł:
- Zapamiętaj sobie raz na zawsze, że to nie wojna, tylko Walka Klas. Sprawiedliwość dziejową niesiemy. A jak tę sprawiedliwość zaniesiem już wszędzie, to cały świat stanie przed nami otworem.
- Stać to mi już stoi – odrzekł Waśka - tylko nie świat, psia jego mać. I wolałbym inny otwór zobaczyć.
Iwan podszedł do drzwi magazynu i oparł na nich rękę.
- Zaraz zobaczysz – odezwał się.
Wewnątrz było chłodno. Iwan zamknął magazyn i przyświecił wokół naftową lampą. Pod ścianami dostrzegł poustawiane równo bryły lodu. Lód topniał powoli, a ściekająca z niego woda tworzyła w pobliżu gęste błoto.
- A to szto? – wyszeptał Waśka, rozdziawiając gębę. – Co oni tu właściwie robią?
- A hier ich wie – odparł Iwan. – Ważne, co my będziemy robić.
Wyciągając lampę przed siebie, Iwan ruszył w stronę kilku ciągów prosektoryjnych stołów. Na stołach, skrępowane łańcuchami, leżały ciała w różnych stadiach rozkładu. Dopiero teraz mężczyźni zwrócili uwagę na odór, jaki wydzielały. Zapach był dziwny, trochę szpitalny i nieudolnie tłumiony jakimś roztworem, którym nasączono rozwieszone w kilku miejscach szmaty.
Iwan postawił lampę przy jednym z kobiecych trupów, poczym przysiadł obok i wyciągnął zza pazuchy smalec, zawinięty w nieaktualny już numer Prawdy. Po chwili wygrzebał jeszcze pajdę chleba i prostą, blaszaną piersiówkę. Upił łyk, rozsmarował palcem smalec na chlebie i wziął tęgiego gryza.
- Chcesz trochę? – zapytał Waśki.
- Jak możesz tu jeść? – odparł Waśka z odrazą.
- To bardzo smaczne, spróbuj.
- Lepiej mi powiedz, co tu się w ogóle dzieje? – Waśka rozejrzał się zdziwiony. – Nie o tym mówiłeś. Miały być panienki, zabawa.
- I są! – roześmiał się Iwan, pokazując stoły. – Napij się lepiej, bo coś jesteś nieswój.
- Przecież to trupy!
- A czego się spodziewałeś? W końcu jest wojna.
- Mówiłeś, że walka klas.
- Co mówiłem, to mówiłem – rozzłościł się Iwan. - Zamiast marudzić, wybierz se którąś. Tylko nie tę - Iwan poklepał zwłoki, przy których siedział. – Ta jest moja. – wyjaśnił z uśmiechem.
Waśka pokręcił z niedowierzaniem głową, poczym wziął od Iwana piersiówkę i pociągnął suto.
W tym czasie Iwan zeskoczył na ziemię, dojadł chleb i opuścił spodnie. Jakiś czas oblizywał palce, po czym nabrał w garść smalcu i natarł nim przyrodzenie.
- Ja się bawię, a ty rób co chcesz – stwierdził.
Waśka nie patrzył, jak Iwan kładzie się na zwłokach. Próbował nie zwracać uwagi na jego jęki. Skrzypienie stołu. Opróżniając piersiówkę, kręcił się tylko w te i we w te.
Dopiero gęsta struga krwi, która go ochlapała, dopiero krzyki Iwana rozrywające mu uszy, skłoniły go, by na niego spojrzał. Kiedy się obrócił, poczuł, jak serce staje mu w piersi. Miękkie jak z waty nogi ugięły się pod nim i Waśka musiał przytrzymać się ściany, żeby nie upaść.
- Iwan… - wyszeptał.
Iwan, zastygły w groteskowym bezruchu, z wyrazem trwogi na twarzy, wydawał właśnie ostatnie tchnienie. Jego odgięta w tył głowa zwisała nienaturalnie, a z ust toczyły się krwawe bańki.
Jednak nie to było najbardziej przerażające.
Martwa kobieta, na której Iwan leżał, podniosła się i przyciągając jego ciało do siebie, zaczęła odgryzać z niego płaty mięsa.
Waśka z niedowierzaniem patrzył na jej stężałą twarz, marszczącą się przy każdym kęsie. Słyszał wrzask Iwana i dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że sam też krzyczy z przerażenia.
Nagle głowa Iwana eksplodowała, a cały hałas urwał się w jednym pojedynczym huku.
Skrępowana łańcuchami kobieta zamarła na chwilę w bezruchu, po czym zrzuciła z siebie ciało Iwana i spróbowała się wyrwać, warcząc jak wściekłe zwierzę.
- A więc w końcu się udało!
Waśka poznał głos komisarza Boguniesława. Nie śmiąc odwrócić głowy, opuścił ją tylko i spodziewał się najgorszego.
- Nareszcie to czuczeło zrobiło to tak, jak trzeba. – Boguniesław podszedł parę kroków w stronę kobiety i przyjrzał się jej dokładniej. – Teraz cała Europa otworzy się na naszą rewolucję!
Postać jego potężna emanowała niezwykłym majestatem, podkreślanym idealnie dopasowanym mundurem, jaki nosił. Całość sylwetki wieńczyła okrągła, oficerska czapka, nadająca mu rys nadludzki i zachwycający.
Waśka wciąż stał bez ruchu. Wydawało się mu nawet, że ani on, ani towarzyszący Boguniesławowi podoficer wcale go nie zauważają.
Komisarz, wciąż zainteresowany warczącą kobietą, przeładował zabytkową już, używaną w jego rodzie od pokoleń rusznicę.
- Ślij depeszę do politbiura – rozkazał podoficerowi. – Poinformuj, że kampania „Wiatr ze Wschodu” została rozpoczęta.
- A co z nim, towarzyszu komisarzu? – Podoficer wskazał trzęsącego się ze strachu Waśkę.
- Zostaw go tutaj – nakazał Boguniesław. – Niedługo będziemy potrzebowali mięsa.




II


Maria zabębniła palcami o blat stołu.
- Wciąż nie potrafię pojąć, do czego wam jestem potrzebna – powiedziała chłodnym, pozbawionym emocji głosem. Jej przybrana w skromną, czarną suknię postać, emanowała spokojem, jakim cechują się renomowane zakłady pogrzebowe.
- Pani Skłodowska…
- Curie.
- Pani Curie... – Piłsudski, zwrócony w stronę okna, splótł dłonie na plecach i milczał przez chwilę. – Jeśli nam pani nie pomoże – podjął wreszcie – czeka nas tutaj rzeź niespotykana, rozlew krwi, jakiego ziemie te jeszcze nie widziały. Zniszczenie kraju, a może i kolejna niewola.
Maria siedziała bez ruchu, a twarz jej nie zmieniła wyrazu. Zalegające gabinet powietrze, stężałe od upału, wydawało się wtórować jej w tej martwocie, czyniąc każdy oddech ciężkim i nieprzyjemnym.
- W telegramie, który otrzymałam – powiedziała w końcu – pisał pan o moim zmarłym mężu. Co on ma wspólnego z tą sprawą?
Piłsudski odwrócił się w jej stronę i ujął dłonią podbródek. Sierpniowe słońce rozjaśniało materiał jego munduru, przysparzając mu jakiejś tajemniczej aury.
- Nie wiemy jeszcze – przyznał. – Ale w wiadomościach, które udaje nam się przejąć, odkąd złamaliśmy rosyjskie szyfry, jego osoba pojawiła się już kilka krotnie.
Maria wyprostowała się, a jej twarz zaczęła z wolna nabierać wyrazu zaciekawienia.
- I co miałoby to znaczyć? – spytała.
Piłsudski podszedł do stołu i oparł się o blat.
- Rosjanie planują użycie tajnej, niezwykle niebezpiecznej broni. Broni śmiercionośnej i totalnej. Broni chemicznej.
- Iperyt? – Maria uniosła z niedowierzaniem brew.
- Gorzej. Iperyt zabija, natomiast ten gaz… - Piłsudski urwał i walnął dłonią w blat. – Nie sposób tego wytłumaczyć. To trzeba widzieć, żeby uwierzyć.
Maria skierowała na niego smutne spojrzenie.
- Wciąż jednak nie wiem, co z tym wszystkim ma wspólnego mój mąż. A przyznam, że tylko z jego powodu przyleciałam do Polski.
Piłsudski wyprostował się i oparł dłoń o oparcie krzesła.
- Sądzę, że te dwie sprawy łączą się – stwierdził. – Sądzę, że to z powodu prac, jakie prowadzą Rosjanie pani mąż zginął i że to oni stoją za jego śmiercią.
- W jaki sposób? – spytała Maria.
- Próbujemy to właśnie ustalić. Myślę, że odkrycie specyfiki testowanej przez Rosjan broni może nam wiele wyjaśnić. I przy okazji pozwoli znaleźć na nią remedium.
- I to, jak rozumiem, jest moja rola?
Piłsudski uśmiechnął się z przekonaniem.
- Mam nadzieję, że możemy na panią liczyć – wyznał.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy – odpowiedziała Maria.
- To wspaniale – ucieszył się Piłsudski. – Jeśli pani pozwoli, chciałbym udać się z panią do naszego laboratorium…
Wypowiedź marszałka przerwało pukanie do drzwi.
Marszałek zmarszczył brwi i zakomenderował:
- Wejść.
Do gabinetu wszedł ordynans porucznika Kuzborskiego.
- Przybył generał Rozwadowski – poinformował. – Czeka na pana marszałka w holu.
Ordynans, wysoki i postawny, byłby niesamowicie przystojny, stwierdziła Maria, gdyby nie zajęcza warga, która szpeciła jego pociągłą twarz.
Piłsudski odwrócił się w jego stronę i rozkazał:
- Zawieziesz panią Marię do laboratorium. Tam niech przekażą jej całą dokumentację z dotychczasowych badań, łącznie z badanym obiektem.
- Tak jest, panie marszałku – zasalutował ordynans.
Piłsudski w tym czasie zwrócił się w stronę Marii.
- Proszę mi wybaczyć, ale te sprawy nie mogą czekać. Dołączę do pani, kiedy tylko będzie to możliwe.
Maria skinęła głową i wstała.
- W takim razie ruszajmy – oznajmiła.



III


- Stój! – Strachaiłow i gestem dłoni nakazał towarzyszowi by był cicho.
Grobykopiew zamarł z łopatą pełną ziemi w trzęsących się rękach.
– Chyba coś słyszałem – wyjaśnił Strachaiłow.
Grobykopiew nasłuchiwał przez chwilę, po czym odzyskał rezon, wyrzucił ziemię na zewnątrz kopanego przez siebie dołu i wbił łopatę koło stopy.
- Głupie żarty! – oburzył się.
- Kiedym naprawdę coś słyszał! – zarzekał się Strachaiłow. – Ktoś tu chyba jest.
Cmentarz o tej porze nie wyglądał zachęcająco. Stare i świeże groby jednako rzucały cienie, układające się w umyśle oglądającego w kształty największych jego koszmarów. Całość tej złowrogiej atmosfery zwieńczały zwierzęta, których szmery rozlegały się co chwilę.
To dlatego Grobykopiewowi nie podobało się to, że Strachaiłow tak panikuje. Sam był zlękniony i nie potrzebował dodatkowych do tego powodów.
- Lepiej ściągaj pas, odkładaj pistolet i złaź tu mi pomóc. – nakazał Iwan. - Trumna już odkryta.
Strachaiłow odłożył broń, zeskoczył do dołu, odgrzebał rękami wieko i jął podważać je łomem. Kiedy skończył, odrzucił przykrywę na bok, a palcami zatkał nos.
- Mówiłeś że to świeży grób – pożalił się.
- Bo jest świeży, tylko upały straszne – stwierdził Grobykopief i zaczął oglądać dłonie trupa.
- Co robisz? – zainteresował się jego towarzysz.
- Szukam precjozów.
- Przecież mamy zabrać te zwłoki do obozu.
Grobykopief, nie przerywając, uniósł głowę.
- I zawieziemy – zgodził się. – Nikt jednak nie mówił nic o tym, co przy nim znajdziemy.
- Ale... A, zresztą – Strachaiłow machnął ręką, oparł się o ścianę dołu i zamyślił.
- Zastanawiałeś się, po co w ogóle im te zwłoki? – zapytał wreszcie.
Grobykopief skończył przeszukanie, wyprostował się i podrapał w czoło.
- A co nam do tego? – odrzekł. – Róbmy swoje, o resztę niech się inni martwią. – Schylając się, złapał trupa za nogi i spojrzał wymownie na Strachaiłowa.
Kiedy zwłoki były na górze, obaj mężczyźni wygramolili się z dołu i poczęli zsypywać do niego wilgotną ziemię.
- To już ostatni – stwierdził Strachaiłow, obracając się w stronę furmanki zawalonej świeżymi ciałami. – Powinno im starczyć na jakiś czas.
- No nie wiem – nie zgodził się Grobykopief. – Podobno teraz trza ich jeszcze więcej.
- Zupełnie tego nie rozumiem… - Strachaiłow chciał rozwinąć swoje wątpliwości, ale zaniepokoił go hałas, jaki rozległ się za jego plecami. Obracając się, dostrzegł jakiś ruch w koronach drzew.
Nim zdążył poinformować o tym Grobykopfiewa, jak spod ziemi zjawiła się przed nimi zakapturzona postać.
- Dokąd zabieracie swoje skarby? – zapytał obcy zimnym, dziwnie gulgoczącym głosem. Głosem mogilnym i budzącym trwogę.
- W pizdoł, gdzie zaraz i ty trafisz! – krzyknął Grobykopief i schylił się ku leżącej na ziemi broni.
Przybysz wykonał ledwie dostrzegalny ruch, a dłoń Grobykopiefa opadła na dno dołu, zaciskając się w nerwowych spazmach.
- Osz, ty chuju! Jaja ci za to obetnę – odgrażał się Grobykopief, próbując zatamować krwawienie.
Strachaiłow cofnął się kilka kroków i czekał na właściwy moment, by uciec.
- Stój gdzie stoisz – nakazał mu przybysz, mierząc doń z pistoletu.
Strachaiłow stanął jak wryty i przełknął ślinę.
- Dokąd zabieracie te zwłoki? – ponowił swoje pytanie obcy.
W nikłym już świetle księżyca, Strachaiłow dostrzegł na jego twarzy setki blizn, jakby pozszywano ją z bardzo drobnych fragmentów.
- Daruj mi! Powiem ci wszystko!
Wyznanie Strachaiłowa przerwał strzał, jaki przybysz oddał do Grobykopiefa.
Grobykopief chwycił się za serce, zmarszczył twarz, poczym runął na dno dołu.
- Więc mów – ponaglił obcy, zwracając swoje mdłe oczy na przerażonego mężczyznę.
- Zwłoki trafiają…





IV


- Do dupy z tym wszystkim! – Piłsudski walnął dłonią w stół i składając ręce na plecach, stanął naprzeciw rozwieszonej na ścianie mapy. – Ktoś z nas jest zdrajcą – powiedział już spokojniej. – Ktoś w tym budynku.
Zebrani w gabinecie oficerowie spojrzeli po sobie wymownie, ale nikt z nich nie zabrał głosu. Gęste od upału powietrze nadawało zaległej nagle ciszy dodatkowego ciężaru, potęgując wagę wypowiedzianych słów.
Marszałek w tym czasie wciąż lustrował mapę, zastanawiając się nad czymś głęboko.
- Rosjanie znają nasze ruchy – rzucił wreszcie. – Znają je na tyle dokładnie, że informacje muszą wypływać do nich z góry.
Tym razem między zebranymi rozległ się szmer. Padło kilka cichych uwag. Na niektórych twarzach pojawiło się oburzenie.
- Opracujemy teraz nową strategię działań – kontynuował Piłsudski. – Przedstawię każdemu z was, panowie, cele i charakter akcji, jakie zostaną przeprowadzone i z każdym z was zrobię to indywidualnie. Pułkowniku Kuzborski – marszałek odwrócił się nagle i wbił wzrok w podwładnego. – Z panem spotkam się najpierw, gdyż powierzone panu zadanie nie może czekać i to od niego zależy powodzenie całej kampanii.
Kuzborski wyprostował się na krześle i skinął głową. Jego spokojna, pełna powagi twarz, nie zmieniła swojego wyrazu.
-W takim razie naradę uważam za zamkniętą – oznajmił Piłsudski. - Dalsze rozkazy przekażę wam jeszcze dziś. Pana, panie pułkowniku – marszałek zwrócił się do Kuzborskiego – proszę o pozostanie.
Gdy drzwi zamknęły się za ostatnim oficerem, marszałek długo jeszcze chodził bez słowa po gabinecie, a na jego obliczu rysował się wyraz głębokiej refleksji.
- Zna pan szczegóły dotyczące tajnego projektu Rosjan? – zapytał nagle.
- Tak, panie marszałku! – oznajmił Kuzborski.
- Doskonale więc zdaje pan sobie sprawę, jak ważnym jest, by nie dopuścić do realizacji tego projektu.
Kuzborski skinął głową.
- Przekażę panu całą zebraną dokumentację, która dotyczy tego projektu, łącznie z rozszyfrowanymi stenogramami radzieckich rozkazów i dyspozycji. Zbierze pan tylko najlepszych ludzi ze swojego oddziału i jeszcze dziś wyruszy na wskazany w dokumentach obszar. Na terenie zajętym przez bolszewików zlokalizuje pan laboratorium i zniszczy je. Niezależnie od tego, jakim rezultatem zakończy się atak, dokładne współrzędne tego miejsca muszą trafić do mnie, jeszcze przed rozpoczęciem jakichkolwiek działań. Czy wszystko jest jasne?
- Tak, panie marszałku!
Piłsudski zajrzał mu głęboko w oczy.
- Od powodzenia pana akcji poruczniku – podjął - zależy przyszłość całego kraju. Pamiętajcie o tym.
Kuzborski zasalutował tylko i opuścił gabinet. Marszałek usiadł przy biurku, westchnął ciężko i rozpoczął wypisywanie rozkazów.
Przez otwarte okno docierał do niego słaby z tej odległości szum tętniącego życiem miasta. Miasta, które już wkrótce mogło odejść w zapomnienie.



V


- Powinieneś być wdzięczny, że dzięki nam potomni zapamiętają cię za coś więcej, niż tylko za sporządzenie receptury wódki – powiedział Boguniesław ze śmiechem. – Pomożemy ci przejść do historii.
Mendelejew skierował na niego swoją smutną, noszącą już widoczne ślady rozkładu twarz i zmarszczył brwi.
- Ty ignorancie – wysyczał.
- Nie unoś się, mój drogi – uspokoił go Boguniesław z wyraźną kpiną i sięgnął po blaszany kubek. Z samowaru, stojącego na stole, przy którym obaj siedzieli, nalał doń trochę czaju i uzupełnił napój wódką. Następnie odłożył flaszkę, wypił wszystko jednym haustem i odstawił kubek, waląc nim głośno o blat.
- Powinieneś być nam wdzięczny, że służysz rewolucji! – krzyknął niespodziewanie. – W końcu robisz coś, co ma znaczenie. Czego takiego dokonałeś za życia?
Nim Mendelejew zdążył odpowiedzieć, Boguniesław ciągnął dalej, spokojniejszym już tonem:
- To my odczytaliśmy właściwie twoje prace i to nam udało się wrócić ci życie. Jeśli dobro rewolucji nie ma dla ciebie znaczenia, powinieneś pomóc nam już choćby z czystej wdzięczności.
- Takie życie gorsze jest niż śmierć – stwierdził Mendelejew, spuszczając głowę.
Boguniesław wstał, przechylił się nad blatem i wymierzył w niego swój długi palec.
- Mój drogi Dimitrij – odezwał się pełnym tłumionej wściekłości głosem. – Zapominasz, że są rzeczy gorsze od śmierci. Zapominasz, że my wiemy, jak wąska linia dzieli cię od tych pozbawionych świadomości potworów i tylko od nas zależy, czy ją przekroczysz. A tego byś chyba nie chciał?
Mendelejew zaprzeczył ruchem głowy.
Komisarz Boguniesław uśmiechnął się i usiadł ponownie.
- To dobrze – oznajmił. – Bo jeszcze nie zrobiłeś tego, o co cię prosiliśmy.
- To nie takie proste…
- Nie interesuje nas to – przerwał Boguniesław. – Widzimy postępy, ale wciąż zbyt małe. Obiekty są apatyczne i nie przedstawiają spodziewanej wartości bojowej.
- To trupy! – oburzył się Mendelejew. – Nawet jeśli pobudzimy chemicznie ich układ nerwowy, mięśnie nie będą miały zwyczajnej sprawności. Pewnych procesów nie da się odwrócić. Lepsze wyniki można osiągnąć jedynie w przypadku świeższych egzemplarzy.
Boguniesław odchylił się na oparcie krzesła i skrzyżował ręce na piersiach.
- Dostarczymy ci więc ś w i ż s z e egzemplarze – obiecał. – I lepiej zrób z nich właściwy użytek.
Nim Mendelejew zdążył coś powiedzieć, rozległo się krótkie pukanie i w drzwiach stanął mężczyzna ubrany w strój do jazdy konnej.
- Przepraszam, że przerywam, komisarzu, ale mam informacje, które nie mogą czekać – oznajmił.
Boguniesław spojrzał na niego, potem na Mendelejewa i dał mężczyźnie znak, aby mówił.
Mężczyzna wszedł do środka stanął przy stole i zaczął relacjonować, z rzadka wplatając w wypowiedź polskie słowa.
Boguniesław słuchał go, wciąż mimowolnie spoglądając na jego usta, tak nie pasujące do jego przystojnego oblicza. Usta naznaczone zajęczą wargą.
- A co z atakami na transporty obiektów? – zapytał w końcu, gdy nowo przybyły skończył.
- Z pewnością nie stoją za tym Polacy.
Boguniesław zamyślił się.
- Więc kim jest ta tajemnicza postać? – powiedział do siebie, mrużąc przy tym oczy. Następnie machnął ręką i zwrócił się już do przybysza: - To już nie ważne. Zmieniamy plan. Najpierw trzeba się zająć tą Marią. Trzeba też wysłać ludzi do okolicznych wiosek. Koniec grzebania po cmentarzach. Koniec konspiracji. Uderzamy otwarcie. Od teraz bierzemy jeńców. Im więcej, tym lepiej. – Boguniesław zwrócił głowę na Mendelejewa. – Nasz uczony potrzebuje ś w i e ż sz ych egzemplarzy – dodał.



VI


Maria zapisała swoje spostrzeżenia, a następnie zmieniła preparat w mikroskopie.
Panująca w laboratorium atmosfera napawała ją spokojem. Wśród probówek, cylindrów i kolb, wśród wężyków, ssawek i szpatułek czuła się jak u siebie i mogła myśleć tylko o pracy. Nie niepokoiły ją nawet leżące nieopodal porozcinane zwłoki.
Praca okazała się tak pasjonująca, że niemal zapomniała o mężu. Badania zaskakiwały ją, przynosząc uderzenia euforii, od lat zapomniane. Znów czuła się jak w 1889 roku i znów nie liczyło się nic poza dokładnym poznaniem badanych obiektów.
Ach, gdyby tylko Piotr mógł być tu ze mną, pomyślała.
Kręcąc śrubami mikroskopu Maria miała pewność, że ma do czynienia ze zbiorem nieodkrytych jeszcze pierwiastków. Z czymś radioaktywnym jeszcze bardziej, niż Polon i Rad. Nie do końca potrafiła określić, w jaki sposób pierwiastki te mogą wpływać na martwe organizmy, pobudzając je do życia, ale z przeprowadzonych testów wynikało, że jest to możliwe. Substancja je zawierająca mogła oddziaływać nawet na żywe istoty, zmieniając je w ni mniej, ni więcej, a w chodzące trupy.
Zajęta pracą Maria nie zwróciła uwagi na to, że drzwi laboratorium otwierają się.
- Co tu pichcisz? – usłyszała nagle za sobą.
Kiedy się obróciła, spostrzegła, że do środka weszło trzech mężczyzn. Choć ubrani byli schludnie i elegancko, ich zakazane gęby nad wyraz jasno zdradzały, że cel ich przybycia nie jest przyjemny.
Jeden z nich stał tuż za nią, z bronią wyciągniętą przed siebie i z udawanym zaciekawieniem oglądał laboratoryjne naczynia.
- Ciekawa kuchnia – stwierdził po chwili. Maria po głosie poznała, że to on się wcześniej odzywał. Mężczyzna mówił niewyraźnie, z mocnym, rosyjskim akcentem. – A składniki jeszcze ciekawsze – dodał, spoglądając na badane zwłoki.
- Kim jesteście? – spytała kobieta, nie zdradzając niepokoju.
- Wkrótce się dowiesz – mężczyzna przestał się uśmiechać, a jego twarz nabrała wyrazu śmiertelnej powagi. – Tymczasem pójdziesz z nami.
Towarzyszące mu zakapiory postąpiły krok do przodu i nagle stało się coś niezwykłego. Ich głowy powoli zsunęły się na podłogę, a ciała stały jeszcze przez chwilę, po czym ruszyły w ich ślady, strącając przy tym ustawione najbliżej naczynia. Huk tłuczonego szkła rozszedł się po pomieszczeniu, a Maria, korzystając z zamieszania, rzuciła się w dół, pomiędzy stoły, usiłując ochronić przed zalaniem wypełnione zapiski.
Ostatni z oprawców zaczął strzelać na oślep, zdobiąc wszystko dookoła szklanymi drobinkami. Kiedy opróżnił magazynek, kilkakrotnie jeszcze naciskał spust, nie zauważając, że skończyły mu się kule.
- Nie trzeba liczyć wystrzałów, żeby wiedzieć, że twoja broń już nie wypali.
Usłyszawszy obcy, męski głos, atakujący opamiętał się i roztrzęsionymi rękami zaczął przeładowywać broń.
- To na nic – stwierdził głos. – Nie zdążysz.
Mężczyzna uniósł głowę i zobaczył, jak stojąca przed nim zakapturzona postać robi szybki ruch dłonią. Potem poczuł ostry ból w klatce piersiowej, a przed oczami zaczęły mu się pojawiać czarne plamy. Chwilę jeszcze błądził ręką w powietrzu, szukając oparcia, po czym runął na podłogę, wydając ostatnie tchnienie.
Maria obserwowała tę scenę z ukrycia i choć intuicja podpowiadała jej, że ze strony tego osobnika nie może jej grozić nic złego, wciąż klęczała skulona, za jednym z laboratoryjnych stołów. Kiedy Zakapturzona postać obróciła się w jej stronę, Maria nie była w stanie dostrzec jej twarzy. Widziała tylko jaśniejące wśród cienia oczy. Oczy, które wydały się jej znajome. Oczy smutne i tęskne. Oczy, które sprawiły, że serce Marii zadrżało.



VII


- Żołnierze! – Porucznik Kuzborski ściągnął lejce swojego ogiera i zaczął przemawiać do oddziału. – Niech serca wasze nie drżą! Niech ręka wasza pewną będzie. Dziś Bóg sprowadza na nas ciężką próbę, ale przejdziemy ją. Dla dobra ojczyzny!
Kilkadziesiąt gardeł zakrzyczało na znak zgody. Wojskowi, drepcząc końmi wśród setek zwłok, umazani przegniłą krwią, czekali już tylko kolejnej bitwy.
- Pamiętajcie – kontynuował porucznik - że choć niektórzy z nich wyglądają jak nasi bracia nie są już nimi. Że chwila wahania może nas kosztować życie.
Posępne twarze żołnierzy przytaknęły milcząco. Uspokajając konie, oddział szykował się do kolejnego natarcia.
- Kapralu – Kuzborski zwrócił się do dosiadającego ciemnego bachmata podoficera. – Wrócicie do obozu i przekażecie współrzędne celu. Za wszelką cenę.
- Tak jest! – zasalutował mężczyzna i ruszył galopem stronę przeciwległej ściany lasu.
- A my, panowie – Kuzborski na powrót zwrócił się do swoich żołnierzy – szykujmy się do tańca.
Ze wzgórza, na którym się zgrupowali, rozciągał się widok na usłaną trupami polanę. Choć ciał było wiele, wyczekujący w napięciu oddział doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to jeszcze nie koniec.
Jakby na potwierdzenie tych obaw, spomiędzy drzew zaczęły wyłaniać się pojedyncze sylwetki wrogów i już po chwili w dole poczęło mrowić się od pokracznych istot.
Część z żołnierzy przeżegnała się, część ucałowała zawieszone na szyi medaliki. I tylko pułkownik Kuzborski wyciągnął szablę i czekał odpowiedniego momentu, by zaatakować.
Zbliżająca się do nich armia, choć zdołali już poznać jej piekielny charakter, wciąż napawała ich lękiem. Upiorne postacie, o ciałach ze śladami rozkładu, o twarzach wykrzywionych w potwornym grymasie, zmierzała w ich stronę, nie zważając na strzały i nie przyjmując żadnej strategii ataku. Parła po prostu przed siebie, jak lawina, wchłaniając wszystko, co stanęło jej na drodze. Trafiona kulami nie padała, a każda żywa istota, która weszła w jej obręb, stawała się odtąd jej częścią.
Niektórzy z nich nosili polskie mundury, niektórzy nawet wyglądali znajomo, jednak oddział Kuzborskiego wiedział, że nie są to już Polacy, ani tym bardzie współbracia. Żołnierze rozumieli, że oto musiało przed nimi otworzyć się piekło, że wiejące ze wschodu wiatry niosły ze sobą rzeczy o wiele groźniejsze niż bolszewizm.
Wśród zwierzęcych pomruków i warknięć, wśród jęków i zawodzeń, zmawiali ciche pacierze, modląc się, by w razie przegranej śmierć wzięła ich bezpowrotnie. Z lejcami ściśniętymi w dłoniach czekali na sygnał, po którym ruszą w bój straszny i niebezpieczny, w bój w którym życie nie jest wszystkim, co mają do stracenia.
I w końcu Kuzborski opuścił szablę, a napięcie w nich opadło. Wiedzieli, że nie ma już odwrotu i nagle wszystko stało się jasne. W końcu mogli robić to, w czym byli najlepsi.
Tętent koni rozległ się wśród drzew, a bojowy okrzyk wzniósł się wysoko ponad ich korony. Nie padł jednak nawet jeden strzał.
Żołnierze, rozciągnięci wszerz, w odstępach dwumetrowych, rozpięli na całej swej linii mocny drut kolczasty i napinając go, wpadli miedzy wrogie wojska. Manewr ten, wypracowany w poprzednich atakach, o wiele bardziej był skuteczny, niż grady kul, które przy tym przeciwniku szły jedynie na zmarnowanie.
W górę poszybowały głowy bratnie i obce, trupie i noszące jeszcze na sobie wspomnienie życia. Ciemna, śmierdząca posoka chlustała we wszystkie strony, zdobiąc wymyślnymi wzorami wszystko wokół. Gdy cała grupa została ścięta i gdy rozprawiono się już z niedobitkami, Kuzborski wydał rozkaz do ponownego zajęcia pozycji na wzgórzu. Wolał nie ryzykować walki wśród drzew.
Nim jeszcze żołnierze skierowali się na szczyt, porucznik dojrzał kolejną, zbliżającą się do nich grupę. Domyślał się, że wrogich stworów będzie przybywać. Nie mógł jednak zarządzić odwrotu. Był teraz zbyt blisko.
Kiedy po kilkunastu minutach wydał rozkaz ponownego ataku, w głębi serca czuł, że czyni to po raz ostatni.




VIII


Komisarz Boguniesław napełnił czajem blaszany kubek, dolał do niego wódki i opróżnił go kilkoma łykami. Następnie odstawił naczynie na stół, tuż obok leżącej na nim rusznicy i usiadł okrakiem na krześle, obracając je oparciem do przodu, po czym wsparł na oparciu skrzyżowane ręce.
- Zrobiłeś wiele dobrego dla naszej sprawy – zwrócił się do Mendelejewa. – Bracia w rewolucji ci tego nie zapomną.
Mendelejew uniósł na niego swoje smutne, trupie oczy i milczał z wyrazem nienawiści na twarzy.
- Szkoda, że nie możesz zobaczyć efektów swojej pracy! – kontynuował komisarz. – Przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Przyznam, że kiedy przedstawiono mi ten projekt po raz pierwszy, byłem nastawiony doń dość sceptycznie. Dopiero kiedy udało nam się przywrócić do życia ciebie, mój drogi Dimirtij, nabrałem nadziei.
Na starczej, przegniłej twarzy Mendelejewa pogłębiły się oznaki rezygnacji. Spuszczając bezradnie głowę, odezwał się ledwie słyszalnie:
- Popełniłem błąd, opisując wyniki moich badań. Myślałem, że przysłużę się medycynie. Że przedstawiając właściwości tych nieznanych jeszcze pierwiastków rozwinę lecznictwo. Wierzyłem, że jeśli je zaszyfruję, pozostaną ukryte przed niepowołanymi…
- I pozostały – przerwał Boguniesław radośnie. – Nikt nie jest bardziej powołany od nas.
Mendelejew uniósł głowę, zyskując w złości nowe siły.
- Zmusiłeś mnie do wielu rzeczy i nawet moja śmierć wam w tym nie przeszkodziła – rzekł z wyrzutem. - Jednak teraz się to skończy. Nie pomogę wam już w niczym więcej.
Boguniesław uśmiechnął się i pokiwał potakująco głową.
- Doskonale, bo właśnie mieliśmy rozwiązać naszą umowę. Nieodwracalnie.
- Śmierć będzie dla mnie wybawieniem.
Boguniesław uniósł ze zdziwieniem brew.
- Śmierć? – spytał. – Śmierć już nie istnieje.
Mendelejew niespodziewanie, w nagłym przypływie sił wywołanym gniewem, zerwał się ze swojego miejsca i rzucił na komisarza. Boguniesław, bagatelizując jego osobę, dał się zaskoczyć i runął teraz na podłogę. Uczony przycisnął go swoim ciężarem i wyszczerzył sczerniałe zęby.
- Zaraz się przekonamy – wysyczał, ochlapując komisarza przegniłą śliną.
Boguniesław szarpnął się i spróbował zrzucić z siebie Mendelejewa. Ten zdołał odeprzeć atak, odchylił głowę komisarza w tył i wgryzł się w jego szyję.
Kiedy w końcu Boguniesław wyswobodził się z morderczego uścisku, poczuł, jak piekący ból rozlewa się z miejsca ugryzienia na całe jego ciało.
Tamując krwotok dłonią zerwał się, chwycił za leżącą na stole rusznicę i wypalił w Dimitriego.
Głowa uczonego z głośnym mlaśnięciem rozlała się wokół, znacząc wszystko zainfekowaną posoką.
Boguniesław zatoczył się, z trudem odzyskał równowagę, poczym ruszył w stronę laboratorium. Wiedział, że tylko minuty dzielą go od losu gorszego niż śmierć.




IX


Piłsudski wstał. Żołnierzowi, który skończył właśnie relacjonować sytuację nakazał, by ponownie zajął swoje miejsce, po czym zwrócił się w stronę obecnych oficerów:
- Teraz nie możemy pozwolić sobie na choćby minutę zwłoki. Musimy działać szybko i zdecydowanie. Trudne stanęło przed nami zadanie, ale to, że muzyka gra inaczej znaczy jedynie, że powinniśmy inaczej tańczyć.
Na twarzach zebranych rysowała się milcząca aprobata. Teraz już tylko nieliczni rzucali podejrzliwe spojrzenia w stronę siedzącej na końcu stołu Marii.
Kobieta nie zwracała na to uwagi, a bijąca z jej oblicza godność wprawiała nawet najbardziej jej niechętnych w zakłopotanie.
- Choć oddział Kuzborskiego – kontynuował marszałek - miał kluczową rolę do odegrania, jego porażka nie przekreśla jeszcze całej sprawy. Z moich ustaleń wynika również, że to w nim skrywał się zdrajca.
- Czy porucznik… - odezwał się ktoś z sali, ale zanim zdołał zadać pytanie do końca marszałek przerwał mu:
- Nie. Nikt nie podejrzewa porucznika.
- Więc kto…
- To teraz nieważne. Teraz musimy skupić się na działaniach.
Piłsudski podszedł do rozwieszonej na ścianie mapy i jął lustrować ją dokładnie.
- Przyjmiemy propozycję generała Rozwadowskiego – oznajmił, nie obracając się. - Przegrupujemy oddziały, jak zasugerował, wyprowadzając uderzenie znad Wieprza. Dzięki temu specjalnie wyselekcjonowany oddział będzie mógł pod osłoną dosięgnąć celu i zniszczyć wylęgarnię tej przeklętej zarazy.
- Chcę być w tym oddziale – Maria odezwała się po raz pierwszy. Oczy oficerów zwróciły się w jej stronę.
- Wykluczone – zaoponował Piłsudski. – Nie mogę się na to zgodzić.
Maria wstała i wyprostowała się dumnie.
- Panie marszałku – zaczęła. – Zniszczenie preparatów uniemożliwiło mi wypracowanie remedium. Jednak jestem już blisko. Wiem, że nawet zainfekowane osoby mogą utrzymać świadomość, jeśli we właściwy sposób zniweluje się radioaktywność wykrytych w infekującej substancji pierwiastków. Stąd już tylko krok do ich wyleczenia. Zniszczenie źródła nic nie da, bo zaraza już się rozpleniła. Bez remedium i tak będziemy zgubieni. A jeśli dostanę się do laboratorium, uzyskam niezbędne składniki, by je sporządzić.
- To zbyt niebezpieczne – Piłsudski był nieprzekonany. – Nie jesteśmy w stanie zagwarantować pani należytego bezpieczeństwa, a nic nam po pani wiedzy, jeśli zginie pani po drodze.
- Potrafię o siebie zadbać – odparła Maria. – A sprowadzając mnie tutaj, obiecał pan, że dowiem się czegoś o śmierci mojego męża. Jak dotąd nie otrzymałam żadnych informacji. Sądzę, że i ta sprawa odnajdzie swój finał w tamtym miejscu.
Ten ostatni argument przeważył. Piłsudski wpatrywał się jeszcze przez chwilę w niewzruszoną twarz Marii, po czym skinął głową i znów obrócił się w stronę mapy.
- Niech generał Rozwadowski wyda rozkaz do przegrupowania. Uderzymy o świcie. I nie spodziewajcie się marnego kontredansa. Czeka nas taniec do wściekłego galopa!



X


Huk wystrzałów, gromkie echa wybuchów, rwane serie karabinów wybijały opętańcze rytmy, do których tańczyć było niepodobna. Tętent kopyt i ludzkie krzyki mieszały się ze świstem kul, odgłosem ciał przebijanych wystrzałem, tworząc melodię potworną, w obłęd pchającą osoby do takiej muzyki nieprzywykłe.
Maria uciekając z płonącego laboratorium wbiegła do zniszczałej chaty i zaczęła rozglądać się za czymś, czym mogłaby się obronić. Pod pachą, w wojskowej, zawieszonej na ramieniu torbie miała skażone kawałki mięsa, napełnione miksturami butle i notesy zapisane drobną cyrylicą.
- Tutaj! – zakrzyknął ktoś nagle i Maria dostrzegła skuloną postać, wychylającą się z przejścia w podłodze, które prowadziło do piwnicy.
Głos wydał jej się znajomy, jednak kobieta nie ruszyła się. Dopiero gdy drzwi i część spróchniałej ściany rozerwały się nagle i do środka wtargnęły te potworne istoty, Maria uskoczyła w bok, porywając z podłogi tęgą belkę. Rąbiąc nią najbliższego z napastników, zdołała rozpłatać mu głowę i wycofać się następnie w głąb pomieszczenia, mocniej przyciskając do siebie zawieszoną na ramieniu torbę. Po chwili kolejny stwór został potraktowany potężnym ciosem, od którego belka pękła, wraz z czaszką napastnika.
Maria odrzuciła nieprzydatne już kawałki drewna i rozumiejąc, że nie da rady bronić się dłużej, skorzystała w końcu z zaproszenia obcego, który choć skrył się pod drewnianą klapą, zostawił ją uchyloną i spod niej oglądał przebieg wydarzeń.
Gdy kobieta znalazła się w piwnicy, poznała, że osobą, która ją tutaj zawołała jest ordynans porucznika Kuzborskiego – przystojny mężczyzna z ustami oszpeconymi króliczą wargą.
Ordynans uśmiechnął się i wycelował w nią lufę swojego Naganta.
- Dobrze, że wpadłaś – powiedział drwiąco. – Musze tu pozamykać kilka spraw, a ty jesteś jedną z nich.
Rewolwerem wskazał Marii otwarte drzwi, a skinieniem głowy nakazał, by w nie weszła.
Gdy kobieta spełniła jego rozkaz, znalazła się w niewielkim pokoiku, urządzonym nad wyraz oszczędnie. Wewnątrz stał stół z dużym samowarem i blaszanym kubkiem, dwa krzesła i nic więcej. Ściany umazane były sczerniałą krwią, której smród mieszał się z zapachem stęchlizny i wilgoci.
- To już ci nie będzie potrzebne – stwierdził ordynans, ściągając z jej ramienia torbę. Następnie cisnął ją w kąt, zdeptał butem, a kiedy materiał nasączył się płynami z rozbitych butli, rzucił na nią zapaloną zapałkę. Z pakunku buchnął wysoki, cuchnący ogień.
- Przykro mi, że tak to się dla ciebie kończy – przyznał mężczyzna, wyciągając przed siebie broń. – Ze względu na twoje dokonania naukowe – dodał.
- Zdrajca! – wysyczała Maria z nienawiścią.
- Zdrajca? – zdziwił się mężczyzna z teatralną przesadą. – Nie może być zdrajcom ten, kto nikomu nie służy. Moich rosyjskich sprzymierzeńców też czeka niespodzianka.
Piwnicą wstrząsnął niewyobrażalny huk. Maria pomyślała, że na zewnątrz musiało dojść do kolejnej, większej eksplozji, ale już po chwili zdała sobie sprawę z tego, że stało się coś innego. Poczuła na twarzy ciepło i spostrzegła nagle, że cała umazana jest krwią, podobnie jak wszystko wokół.
Stojący przed nią ordynans, teraz pozbawiony głowy, runął na podłogę, a w drzwiach pojawił się komisarz Boguniesław.
Komisarz przeładowywał dymiącą rusznice i nie zwracał uwagi na Marię. Po chwili odezwał się:
- Nielubię niespodzianek i chyba tylko bardziej nie lubiłem tego zdradliwego sobaki. – Głos komisarza był niski i chrapliwy. Komisarz mówił z trudem. Na jego szyi Maria dostrzegła gnijącą, niezagojoną ranę, pełną ropy i brudu. Twarz komisarza była blada i zapadła. Oczy prawie całkiem białe. Maria poznała, że mężczyzna musi być zainfekowany.
- Mogę ci pomóc – powiedziała.
Komisarz uniósł na nią wzrok.
- Sam potrafię sobie pomóc – stwierdził. – Za to tobie już nic nie pomorze. Ta mała roszada nie zmienia twojej sytuacji. Ale może pocieszy cię to, że będzie dla mnie zaszczytem ustrzelenie tak znamienitej naukowiec z mojej skromnej, rodowej broni.
Komisarz skończył ładować rusznicę i wycelował ją w Marię. Jego palec powoli zaczął dociskać cyngiel i już wydawało się, że padnie strzał, gdy nagle broń wypadła mu z ręki, a komisarz zatoczył się, uderzony przez zakapturzoną postać, która wyrosła jak spod ziemi. Komisarz nie pozostał dłużny i po chwili obaj przeciwnicy przetaczali się w ferworze walki po całym pomieszczeniu.
Maria w tym czasie podniosła broń i wycofała się w głąb pokoju. Już miała wypalić, kiedy jej sercem wstrząsnął skurcz, paraliżujący całe jej ciało.
Kaptur tajemniczego przybysza opadł i Maria nagle przypomniała sobie, skąd zna te oczy, wzbudzające w niej tęsknotę.
- Piotr Curie – wyszeptał komisarz, tonem łączącym nienawiść i zaskoczenie.
- Powinieneś bardziej zadbać o to, by się mnie pozbyć – odparł Piotr z szelmowskim uśmiechem. Uśmiech ten, na jego pooranej bliznami twarzy wyglądał iście demonicznie i nawet komisarza ogarnęło przez chwilę zalęknienie.
- Powinieneś się do nas przyłączyć. Gdybyś nam pomógł, wciąż wiódłbyś szczęśliwe życie u boku swej przepełnionej geniuszem żony.
Na wzmiankę o Marii Piotr znów zaatakował, okładając komisarza gradem ciosów.
- Nigdy się do was nie przyłączę! – krzyczał.
Gdy mężczyźni znów zwarli się w klinczu, komisarz przechylił się w stronę Piotra i wysyczał:
- Niedługo wszyscy będą jednymi z nas. Już nie ma odwrotu.
Podcinając nogi przeciwnika Boguniesław zdołał przycisnąć Piotra do stołu i schwycił stojący na nim samowar, szykując się do ciosu.
- Niedługo rozejdziemy się na cały świat i cały świat będzie nasz. Nikt prócz nas nie pozostanie, bo na to, co niesiemy w sobie nie ma remedium!
- Jest – powiedziała spokojnie Maria, unosząc rusznicę i celując komisarzowi w głowę. – Palić w czerep!



XI


Drobny, zgrabny Junkers F-13 wzbił się ospale w powietrze i już po chwili z jego okien zaczął rozciągać się widok na otaczające Warszawę pola.
W dole wciąż trwała bitwa, jednak teraz szala zwycięstwa już nieodwracalnie przechyliła się na stronę Polski.
Maria była z tego zadowolona, jednak nie to napawało ją największą radością.
Trzymając zimną dłoń Piotra, wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się stało.
- Naprawdę myślisz, że może nam się udać? – zapytał mężczyzna z niepewnością.
Maria, wciąż ściskając jego dłoń, przyłożyła ją do piersi i nic nie powiedziała.
- Przez te wszystkie lata próbowałem ci jakoś powiedzieć. Wyjawić prawdę. Ale...
- Nic już nie mów – odezwała się w końcu. Jej skóra była teraz równie blada, co Piotra, jednak oczy pozostały niepozbawione śladów dawnego blasku. – Teraz będziemy już razem – dodała cicho. – Na zawsze.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -