Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Hello!-Win!

Jan Maszczyszyn

Byliśmy z Suzan trzydzieści lat po ślubie. Nie powiem, żeby to było nudne małżeństwo. Czasem kochaliśmy się do skrajnego wyczerpania, nierzadko nienawidzili do granic bólu. Miała swój piekielny charakter. Potrafiła żądlić słowami, kąśliwie napominać, bądź jak każda kobieta w jej wieku, wynajdywać w pamięci dni, o których nie każdy mąż czy mężczyzna chciałby pamiętać. Była w tym mistrzowsko upierdliwa.
– Dom jest mój! – krzyczała.
– Gówno prawda! Jest na oba nazwiska!
– A ja ci mówię, że mój! Zadzwonię po policję i oskarżę cię o przemoc domową. Tak jak zrobiła Helen od Thomasa. Wypierdolą cię na zbity ryj!
W pierwszej chwili zaniemówiłem. Potem mój własny pomysł zmroził mi grzbiet.
– Wobec tego, dam im powód.
Na jej pytające spojrzenie odpowiedziałem:
– Zabiję cię i pójdę na dwadzieścia lat siedzieć! Zarżnę nożem. – Pokazałem wierzchem dłoni jak przecinam gardło. Pusty gest. W każdy sposób mógłbym – tylko nie ten– gdy odpada i zamiera w turlaniu głowa.
Wiem, tak nie mówi się do kochanej kobiety, ale my od samego początku byliśmy jacyś...inni?
Nie kryłem emocji. Samo wypowiedzenie sekwencji sprawiło mi ogromną satysfakcję. Przy czym uśmiechnąłem się cierpko.
– No i zachowałbyś się jak prawdziwy facet – zakończyła z jakimś bolesnym westchnieniem.
Oglądaliśmy wtedy serial dokumentalny "Syndykat zbrodni". Oboje zakochaliśmy się w tym programie. Był to jedyny czas, kiedy przerywaliśmy nasze kłótnie i siadaliśmy przy kawie i ciastku.
Jednego dnia wpadłem na pomysł, aby przynieść i rozłożyć na okolicznościowym stoliku wszystkie nasze noże. Poukładałem je od najmniejszego do największego. Żona parsknęła wesołym śmiechem. Odrzuciła w moją stronę najmniejszy.
– To do obierania owoców, ty durniu. – Pochwyciła jeden do krojenia chleba. – Ten się za bardzo wygina, zobacz...– Wygięła ostrze w srebrną tęczę.
– Ty też tak o nim myślałaś? Zbyt giętki?– Przełknąłem w podnieceniu ślinę. Spociły mi się nagle dłonie. Gorączkowo zacząłem wycierać noże. Ostrze po ostrzu, próbując, co niektóre na krawędzi języka. Po chwili moje wargi zrosiła krew. Były jakby krwiście naszminkowane.
– Zaplamisz mi dywan, idioto – wyszeptała ciepło.
Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Wiem, niektórzy widzą tylko suche, bez wyrazu białka i puste źrenice – my grzebaliśmy sobie w duszach niczym w skansenie zakurzonych mebli.
Następnego dnia nie zastałem jej po pracy w domu. Podejrzewałem, że nie wróciła jeszcze z zakupów. Zaraz po przyjściu otworzyłem szufladę z kompletem sztućców. Pochwyciłem nóż... Ten nóż. Rzeczywiście, odziedziczony po znajomym hindusie wybornie nadawał się do krojenia mięsa. Rozejrzałem się wokół. Rękojeść pewnie siedziała w dłoni, tylko gdzie go tu wbić? – myślałem zawzięcie.
Wiem już...
Zdjąłem obraz ze ściany– ten w te zielone, pierdolone abstrakcyjne ciapki– i walnąłem ostrzem z góry, jakbym celował w linię łączącą szyję z tułowiem. Ostrze zapadło się po rękojeść, jak strzała po bełt. Wszedłem do pomieszczenia za ścianą.
Tak jak przypuszczałem. Czubek noża wystawał jakieś pięć centymetrów ponad powierzchnię. Ściana po obu stronach była zrobiona z gipsowej płyty, wzmocniona ramą i wypełniona izolacyjną watą. Zupełna tandeta. Ale czemu nie? Przypomniałem sobie sekwencję przedzierania się przez drzwi z siekierą w wykonaniu Jacka Nicholsona. Oh, ten Jack! Moja Suzan uwielbiała ten film.
Wyrwałem ostrze. Włożyłem do zlewu i przemyłem ciepłą wodą. Po gipsie nie zostało nawet śladu.
Przyszła z zakupami kwadrans później. Rozebrała płaszcz. Wrzuciła parę rzeczy do lodówki. Przygotowałem dwie kawy, gdy tymczasem ona już siedziała przed telewizorem. Słyszałem idącą czołówkę" Morderców". Prawie oparzyłem się biegnąc z kawą. Nagle coś mnie tknęło. Odłożyłem filiżanki na stół w części jadalnej.
Tutaj na ścianie również wisiał obraz. Był znacznie przekrzywiony, jakby ktoś go przedtem zdjął i potem z gorączkowym pośpiechem odwiesił.
Zdjąłem go najciszej jak tylko potrafiłem. Jak się domyśliłem wcześniej cała ściana była podziurawiona ostrym narzędziem . Dźgnięcie przy dźgnięciu – po prostu sito maniakalnych pchnięć.
Wbiegłem do pokoju kinowego.
– Ukradłaś mi mój pomysł – ryknąłem wzburzony do granic.
Nie zdążyłem pomyśleć, gdy trafiła mnie jednym z pozostawionych na okolicznościowym stoliku noży. Ostrze przeszło przez jelito grube. Utknęło zapewne w gównie, bo smród niemal zwalił mnie z nóg. Porwałem pierwszy lepszy nóż i mimo, że giął się na boki wbiłem kilka dobrych centymetrów w drogie mi ciało. Dotarł do mnie wyostrzony wrzask telewizora. Akurat jakiś seryjny morderca, udając pokorę zwierzał się redaktorowi jak zaszlachtował dzieci swojej siostry,
Gdzie wbiłem nóż?
Chyba każdy z was w chwili złości patrzy na ukochaną osobę i szuka miejsca dla ciosu? Są takie fragmenty, które się bezwzględnie nadają i takie, które z szacunku dla wspomnień szkoda ruszać. Chciałem przebić okolice wątroby, ale nóż wygiął się jak floret, przesunął po żebrze i … bęc! – trafił zaledwie w lewe płuco.
Widziałem przez sekundę te kochające, cudowne oczy. Nogi się pode mną ugięły z rozżalenia. Nie wiem, może mimowolnie uroniłem łzę?
Ona tymczasem, odbiła się ode mnie rękami jak tańczący ptak. Przebiegła kuchnię, porwała coś ze szczękiem metalu i już jak baletnica wspinała się po schodach.
Odrzuciłem nóż, jakbym się go brzydził. Bezdźwięcznie upadł na kanapę. Po brzegu ostrza stoczyła się spóźniona kropla czerwieni. Mój rozbiegany wzrok zatrzymał blat stołu. A jeszcze dokłaniej; skoncentrował się na naszym ulubionym nożu Hindusa. Rękojeść właśnie rozgrzało słońce wpadające przez jedno z małych okien. Zalśniła zachęcająco. Przejąłem palcami jej ciepło. Mocniej zacisnąłem dłoń.
Słaniając się ruszyłem śladem ciepłych kropel krwi żony, tak radośnie roztrwonionych w kierunku schodów. Idąc zajrzałem pod mój tyszert w trupie czaszki. Rana była mała, półokrągła, zadana zapewne nożykiem do obierania ziemniaków. Biedna dziewczyna, chciała sobie zażartować, a ja tak niechcący wypaliłem z grubej rury.
Przycisnąłem brzuch. Z wnętrza wypłynęła jakaś półpłynna, żółtawa substancja. Naprawdę gówno? Tak wysoko? Kilka centymetrów wyżej znajdowało się przecież łomoczące serce. Może dlatego tak często ulegało arytmii?
Wspiąłem się na schody do sypialni. Słyszałem jak włączyła telewizor przy łóżku. Szedł ten sam program o mordercach, co na dole. Lepszy głośnik zagłuszył jednak dźwięk dochodzący z pokoju kinowego.
– Otwieraj! – ryknąłem, kopiąc zamknięte od wewnątrz drzwi. Z wściekłości wbiłem ostrze trzymanego noża w ścianę obok. Bez wątpienia ujrzała ostrze wyłaniające się po przeciwnej stronie. Wpadłem w taką gorączkę, że nie umiałem powstrzymać ręki. Omdlewała, a ja nadal tłukłem gipsową płytę aż do jej całkowitego unicestwienia. Przez dziurę widziałem jej wykrzywione usta. Trudno było wywnioskować z układu warg, co planuje, ale po ich zaciętości mogłem się spodziewać, że coś za chwilę nastąpi.
Nagle otwarte drzwi huknęły o futrynę. Wypadła z dwoma srebrnymi ostrzami i dobrała się do mnie jak do półmiska z pieczoną świnią. Nie wiem, ile dostałem ciosów. Jeden uderzył w mostek, ten był gorszy od uderzenia młotkiem w suchą, dębową deskę.
Zachwiałem się i nie znajdując oparcia z tyłu runąłem ze wszystkich schodów w dół. Nie mogłem wstać przez dobry kwadrans. Nie przyszła, choć czekałem z gotowymi do duszenia rękami.
Przecież kiedyś nie będzie jutra? Czemu nie zabawić się zabawkami, które dostaje się raz i tyko raz na całą wieczność?
Nie pozostało mi nic innego jak wspiąć się po balustradzie. Byłem w środku tej niewielkiej w końcu klatki schodowej, kiedy straciłem równowagę i runąłem z powrotem. Zgubiłem gdzieś moje narzędzie zbrodni. Przeczołgałem się do kuchni. Nie wiedziałem, że człowiek może mieć w sobie aż tyle krwi. Podłoga lepiła się jak po rozlanym oleju z frytkownicy. Wstałem i trzymając się ściany ponownie dotarłem do balustrady. Dopiero teraz spostrzegłem wystającą z prawego boku rękojeść noża. To był nasz " Hindus" jak nazywaliśmy najlepszy z kompletu w szufladzie. Odrzuciłem dwa trzymane w rękach z zestawu dla gości i prawą zaciskającą się mocniej i mocniej dłonią pociągnąłem za czarną rączkę. Musiałem powstrzymywać oddech. W ustach powstawały krwawe bąble. Myślałem, że się od tego zrzygam. Musiałem wyglądać jak żaba na brzegu stawu. Komicznie. Szkoda, że nie widziała mnie Suzan zajęta przewracaniem z furią mebli na piętrze.
Jeszcze trochę– pomyślałem, sam sobie kibicując z entuzjazmem. – Jeszcze! Wyłaź!
Wychodził, jakbym był w środku ciaśniejszy od najciaśniejszej cipki. Wysuwał centymetry mokrego ostrza z chrobotem, niby ocierając się o kość, której tam nie powinno być! Rozszarpał ostrym brzegiem przypadkową żyłę. Wreszcie go miałem w całości. Śliski śmiertelnie, jadowity wąż. Płaski jęzor gada. Poczułem jak struga krwi obmywa mi ciało i spływa i dochodzi do kolana. Wdrapałem się na klatkę schodową z impetem rannego łowcy. Dopadłem ją z półprzysiadu kiedy tak przemykała w drodze z łazienki do sypialni. Tak była delikatna i zwiewna. Niczym cudowny motyl rozebrany do kąpieli w słońcu. Uderzyłem w jej powiewną sylwetkę aż się zatoczyła do gościnnej sypialni. Nóż pozostał w ciele jak rzucona szpada.
Odetchnąłem. Koniec zabawy... Dotarł do mnie hałas. Przybywał z innego świata?
Telewizor ryczał. Ktoś wyspowiadał znowu swoją zbrodnię. Cywilizacja kłamców i oprawców przewijała się obok jak niekończący się film. Miała swoje codzienne święto mordu i przetykała drogocenne chwile istnienia katastroficznymi relacjami pełnymi zimnych liczb i nieszczęśliwych, porzuconych kalek.
–Do diabła z moim zakratowanym życiem! Pierdolcie się wszyscy na waszej wolności! – krzyczał jakiś ekstremalnie natchniony seryjny zabójca dzieci i matek.
Powlokłem się za żoną do sypialni dla gości. Stanąłem w plamie październikowego słońca, niedaleko okna. Światło wzmacniały rozblaski nagrzanej szyby. Pulsowały jak ogień.
Wyskoczyła nagle z szafy niczym sprężynowy pajac z pudełka.
– Hello!Win! – krzyknęła, co w jej interpretacji znaczyło" Hellou zwyciężyłam!"
Naprawdę zrobiła to po mistrzowsku. W ciągu kilku sekund zadała mi tym samym nożem od naszego Hindusa trzy ciosy w prawe płuco. Ostrze wynurzyło się po stronie pleców, z lekka unosząc mój zaplamiony gównem i krwią tyszert. Potem zwaliła się na mnie całym ciężarem bezwładnego ciała.
Zupełnie nie pamiętam ambulansu.
Jakiś zafajdany policjant z czarnym notesem w ręku tylko się nachalnie dopytywał przez dziurę w mojej świadomości :
– Kto zaczął? Kto jest sprawcą, a kto ofiarą?
Cymbał.
Psy myślą tylko o jednym. Jak tu kogoś za coś wsadzić. Nie przyjdzie im do durnego łba, że ktoś może się naprawdę dobrze bawić śmiercią? Żyć , kochać i umierać intensywnie?
Położyli nas na osobnych łóżkach. Wiem, bo obudziłem się po operacji sam w dwudziestoosobowym pokoju. Zdarłem z ręki kroplówkę. Zsunąłem się z jękiem na podłogę i zacząłem sprawdzać łóżko po łóżku. I tak sześć pokoi, jeden po drugim, chowając się pod meblami i po kątach, gdy w poszukiwaniach przeszkadzała mi przechodząca pielęgniarka. Owszem, w szpitalu zadbano o nastrój. Na stolikach nocnych stały wydrążone dynie rozświetlone od środka migoczącymi elektronicznymi świeczkami. Fiolet i czerwień były wszechobecne. Gdzieś rozlegał się szatański, mechaniczny śmiech z pudełka.
Poczułem ulgę znajdując jej stopę dyndającą z wysokości łóżka. Wzywała mnie. Machała wielkim palcem, jak tylko ona potrafi. Spojrzałem za siebie. Nikogo tam nie było. Tylko mój czerwony od krwi ślad czołgania złocił się w świetle szpitalnych lamp.
Z trudem wdrapałem się na miejsce obok niej.
Przytuliłem się do jej chłodniejącego ciała najmocniej jak potrafiłem. Nasze bandaże skleiły się pod pościelą. Ciasny uścisk wytoczył nową krew. Łóżko zrobiło się mokre i na swój sposób słodkie.
Jak wypchane skradzionymi owocami usta pękły nasze ciała w strugach malinowego soku. Umieraliśmy w ten radosny, mroczny pierwszo – listopadowy poranek. Byłem jeszcze tylko ciekaw, kto z nas pierwszy przestanie oddychać?
Jak zwykle...
Ona... musiała być we wszystkim lepsza.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -