Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




WILK

Marek Świerczek

Najpierw zza zakrętu wynurzył się gazik z oficerami, za nim zaturkotała ciężarówka wypełniona żołnierzami, siedzącymi na trumnach z nieheblowanego drewna. Pojazdy przejechały przez wieś i zatrzymały się pod murowanym kościołem, przed którym stała gotycka kaplica. Jej kamienny krzyż był posiekany kulami.
Pył powoli opadał na rozgrzane chłodnice samochodów i spocone twarze ludzi.
Gruby mężczyzna, mimo gorąca ubrany w szynel z pagonami majora, odwrócił się. do ciemnowłosego oficera na tylnym siedzeniu .
- Poruczniku Stern, proszę spytać księdza, gdzie jest wójt i gdzie są ciała kapitana Kosaczuka i jego podwładnych- przeszedł na normalny ton i klepiąc podwładnego po ramieniu, dodał :
- Poznacie księdza, co dla was...Może się wam w pracy przydać, Maksymie.
Maksym odruchowo spojrzał w lusterko, przetarł smagłą twarz pociemniałą od kurzu zwilżoną chusteczką, potarł bliznę na prawym policzku, wsadził na głowę czapkę z orzełkiem i na zesztywniałych nogach wysiadł z gazika.
Żołnierze wyskakiwali z paki, wyciągając machorkę i chyłkiem przemykali w krzaki otaczające cmentarz.
Maksym podszedł do okutych drzwi kościoła i otworzył je z trudem.
W środku nie było ławek, tylko przed ołtarzem stały mary, okryte czarnym płótnem. Przed tabernakulum płonęła czerwonawa lampka.
Posadzka była wyłożona czarno-białymi kaflami, z których wyrastały ceglane kolumny , rozgałęziające się ku górze w przypory. Na każdej kolumnie, upozowani sztywno na kamiennych, rzeźbionych w liście i kwiaty podporach stali gipsowi święci, trzymając w dłoniach krzyże, piły i klucze. Ołtarz wspinał się ku sklepieniu, zwieńczony dziesiątkami małych wieżyczek, pod którymi rozwierały się skrzydła malowideł, na których tysiące potępionych , zaganianych było do czeluści piekielnych przez koścista śmierć i groteskowo brzydkie diabły. Maksym poprawił pas z pistoletem. Przeszedł koło ołtarza, krusząc pod butami szkło z rozbitego witraża. Stanął przed drzwiami do zakrystii.
Smuga słońca z rozbitego okna padała na wmurowaną w ścianę płytę nagrobną, na której leżał rycerz w pełnej zbroi, trzymając w dłoniach krzyż i miecz.
Maksymowi wydawało się, że rycerz patrzy na niego spod przymrużonych powiek. Zły na siebie kopnął stojąca przed zakrystią gromnicę i otworzył z trzaskiem drzwi.
- Jest tam kto? - wrzasnął .- Urząd Bezpieczeństwa Publicznego!

Z zakrystii wyszedł chudy, skulony człowiek w łatanej marynarce.
- Panie oficerze, ja tu kościelny, jo nic nie wiym..
- Ksiądz gdzie?
- Stary, czy młody?
- Nie kręć starcze, tylko mów!- Maksym zagryzł wargi.
- Stary jest na plebanii, a młody , panie ofierze, leży w kaplicy...ale my go nie zakopali, bo ksiądz Wilczek pedzioł, że jako go władza zabiła , to władza będzie chciała wiedzieć, co się z nim stało. Tak i leży..
- Jaka władza go zabiła?
- No, bezpieka- stary potarł zaropiałe oczy- Oficery go wzięły do dworu i tam my go znaleźli razem z innymi. Ale ino jego my wzięli, bo ksiądz Wilczek zabronił ruszać czegokolwiek. Ino głowę starej Pauliny my położyli koło reszty...ino rąk my nie mogli znaleźć. Musi, że spalili je w kominku, wraz z innymi, bo tam dużo kości było..
Maksym słuchał, niczego nie rozumiejąc. Wyjął w końcu notes i przerwał gadaninę starego.
- Jak się nazywacie?
- Ale jo panie, nic nie zrobił. Jo nawet głowę tego starego zdjął z szafy i wyjął z niej ten krucyfiks mosiężny, co go stary Maciej nad łóżkiem trzymał...
- Jak się nazywacie?
- Józef Wiencek, kościelny.
Maksym zapisał dane i zatrzasnął notes i warknął:
- Prowadź do księdza, a widząc, że stary znowu chce o cos zapytać, doda:- Do żywego klechy, martwego sam znajdę, jak będzie potrzebny.
Wszedł za starym do zakrystii. Minęli wielkie, dębowe szafy, w których wisiały komże. Otworzyli następne drzwi wyszli na zalane słońcem podwórze. Poszli wzdłuż ścieżki, po obu stronach której wznosiły się kamienne nagrobki z zatartymi napisami gotykiem i weszli do domu z pruskiego muru.
- Księże Janie!- krzyknął Wiencek- Władza księdza szuka!
Z kancelarii wyszedł siwy mężczyzna z bezkrwistą warzą.
- Panie oficerze...
- Maksymilian Stern, porucznik MBP, oddelegowany do Wolfsdorfu, znaczy się Wilkowa w celu wyjaśnienia śmierci kapitana Kosaczuka i jego podwładnych...oraz kilku osób miejscowych, zamordowanych przez reakcyjne podziemie. To pan znalazł ciała?
- Tak.
- Proszę za mną do samochodu.
Gdy stanęli przed gazikiem, Maksym wyprężył się i na baczność i zameldował:

- Towarzyszy majorze, melduję że tutejszy ksiądz, Jan Wilczek oraz kościelny, nazwiskiem Wiencek oglądali miejsce zdarzenia. Ksiądz Wilczek zakazał ruszać ciał, byśmy mogli zbadać sprawę.
- Mówi po polsku?
- Tak jest.
- Co macie wspólnego z lokalnymi bandami?
Ksiądz milczał.
- Mam powtórzyć, tyle że jak dojedziemy na posterunek?
- Musiałby go pan najpierw uprzątnąć z ciał. Leżą już od dwóch dni.
- Każcie mu siąść z tyłu, poruczniku . Kościelnego na ciężarówkę. Poprowadzicie nas na posterunek.
- Ma pan na myśli dwór Wolfschitzów?
- Mam na myśli posterunek Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, którego załoga została bestialsko wymordowana przez faszystowskich morderców. Jeżeli księże, kryjecie morderców, to porozmawiamy z wami potem. Tyle, że już we Wrocławiu. Wiecie co mam na myśli?- major obrzucił twardym wzrokiem poszarzałą twarz kapłana.- Zapomnieliście mowy? Nie uwierzycie , jak szybko uczymy tam takich, jak wy mówić, zwykle to, co chcemy słyszeć. Jesteśmy jak duch święty, wiecie? Przy nas wszyscy mają dar języków...- parsknął śmiechem, a potem twarz mu znów spochmurniała.
- Ruszamy - warknął.

Samochody wyjechały poza wieś. Minęli kapliczkę przydrożną, obsiane pola, wjechali przez zburzoną, kamienno- żeliwną bramę do parku zarośniętego drzewami, pokrytymi liśćmi powoju. Przejechali przez żwirowaną alejkę, mijając spalony, zrudziały od deszczu czołg i zatrzymali się przed wielookiennym dworem, zbudowanym z porośniętego mchem kamiennego ciosu.
Gdy żołnierze sprawdzili teren, Maksym z majorem Chwedczukiem i księdzem weszli do budynku. Zaraz za drzwiami, przed schodami, które wiodły na podest, zobaczyli ciała.
Na małym stoliczku z rzeźbionymi nogami leżała poczerniała głowa z wydłubanymi oczami. Parę metrów dalej, w kałuży zaschniętej krwi z widzieli beznogi korpus. Skręcone ramiona pozbawione były dłoni. Nieco dalej, w pozie peruwiańskiej mumii napuchły żołnierz, trzymający swoją głowę na kolanach. W ustach trupa tkwiła książeczka do nabożeństwa.
Wilczek przeżegnał się.
- Dalej pan sądzi, panie majorze, że to mord Werwolfu?
Chwedczuk milczał. Wyjął z wewnętrznej kieszeni piersiówkę, łyknął z niej i podał Maksymowi, który pokręcił głową, odwrócił się i zwymiotował na czerwony dywan pokrywający schody.
- Oj, słabi jesteście poruczniku – mruknął Chwedczuk, ocierając pot z czoła – Pod Lenino nie takie rzeczy widziałem.
Ruszył przodem, otwierając malowane na biało drzwi po prawej stronie podestu.
Przed nimi leżała następna głowa. Nie miała oczu ani żuchwy. Górna pokrywa czaszki została rozłupana, a podłoga wokół czerepu pokryta była mózgiem, rojącym się od zielonych much.
- Poruczniku Stern – wymamrotał Chwedczuk. – każcie kapralowi Siemionowi sporządzić protokół i szkic sytuacyjny. My zaczekamy w samochodzie. Ciała żołnierzy zabrać i w trumnach przewieźć do Wrocławia...a lokalnych wydać krewnym.
- Panie majorze – Maksym z zaciśniętymi oczyma wyrecytował: - Kapral Siemion, nie spisze protokołu, bo nie umie pisać, a ja... przepraszam, ale... – pochylił się i powtórnie zwymiotował.
Chwedczuk obrócił się do księdza.
- Wyście tu już byli?
Wilczek kiwnął głową.
- Pisać po polsku, jak sądzę, umiecie? To dobrze, spiszecie protokół i sporządzicie szkic...My zaczekamy.

....................................

- Taak...- Chwedczuk przysunął lampę naftową stojąca na obmurowaniu podjazdu-Czytajcie no, Stern.
Maksym wziął do ręki zapisane pajęczym pismem księdza kartki. Wyjął z kieszeni okrągłe okulary w drucianej oprawie i założył je na nos.

- „ W dniu 17 czerwca 1946 roku, w majątku Wolfschitzów, użytkowanym po rekwizycji jako delegatura Urzędu Ministerstwa Publicznego w Wilkowie (dawnym Wolfsdorfie), odkryliśmy co następuje:
- na schodach dworu dwa ciała, w stanie znacznej dekompozycji. Z dokumentów, znalezionych przy zmarłych wynika, że byli to szeregowi: Osiński Waldemar oraz Buchałko Piotr. W pokojach odnaleziono łącznie 14 ciał. Wszystkie były rozczłonkowane. Odkryto przy nich tylko cztery legitymacje służbowe na nazwiska:
- Woliński Tadeusz,
- Ziobro Tomasz,
- Kurczuk Jan,
- Chaim Lipschitz.
Kilka ciał należało do znanych protokolantowi mieszkańców Wolfsdorfu:
- Pauliny Raczek,
- Winfrydy Zuber
- Johanna Putek
oraz Macieja Krzysztoń.
W kominku, pośród popiołu odnaleziono kości. Po zliczeniu czaszek okazało się, że w ogniu spalono trzy osoby: dwie dorosłe i dziecko.
Nieletnim był prawdopodobnie syn Winfrydy Zuber – Donat Zuber, zatrudniony jako goniec w posterunku MBP w Wolfsdorfie. Zdaniem obecnego przy oględzinach kaprala Józefa Siemiona, jedna z czaszek należała do kapitana MBP Iwana Kosaczuka. Wymieniony już kapral Siemion wnosi to ze złotych zębów czaszki, które pomimo uszkodzeń spowodowanych ciepłem, przetrwały w kości, gdyż ciało nie zostało całkowicie spalone. Prawdziwość opisu kwitują własnym podpisem:
- protokolant: Jan Wilczek
- uczestnicy oględzin: kpr. Józef Siemion i szer. Tadeusz Buliński.
Za zgodność ze stanem rzeczywistym:
- mjr Józef Chwedczuk
- podporucznik : Maksymilian Stern.”


- No to mamy problem – mruknął Chwedczuk. – Musimy ustalić, co tu się stało i ... znaleźć jakiś nocleg. Jest tu dziś jeszcze jakiś większy budynek?
- Tylko kościół. Dom wójta i remiza – spalona.
- To niedobrze – Chwedczuk skrzywił się. – Będziemy musieli spać w tej jatce... – zapalił papierosa od płomienia lampy i warknął: - Niech pan każe żołnierzom wymyć to wszystko – starannie, zrozumiał pan?
Maksym milczał.
Chwedczuk popatrzył na niego.
- Ja rozumiem was, ale inaczej się nie da. Po pierwsze, nie mogę rozrzucić żołnierzy po wsi, po drugie ludność miejscowa musi widzieć, że władza ludowa wróciła i ... trwa... A zresztą... – machnął ręką z papierosem. – W końcu, kurwa, wszystko wymyją, co?

.......

Żołnierze za drzwiami grali w karty i klęli. Maksym ulokowany w bibliotece palił papierosa.
Bał się momentu, gdy przestaną rozmawiać i zgaszą lampy. Na kolanach miał książkę z ogromnego księgozbioru Wolfschitzów. Zaczął czytać, odszyfrowując z trudem niemieckie słowa:

„..Und nun trab ich und traüme von Rehen,
Trabe und traüme von Hasen,
Höre den Wind in der Winternacht blasen,
Tränke mit Schnee meine brennende Kehle,
Trage dem Teufel zu meine arme Seele.“

-Już zapomniałem - wyszeptał.- To tylko kilka lat, ale wystarczyło, bym zapomniał języków, literatury, wszystkiego czym żyłem...
Drgnął, gdy za jego plecami zaczął bić wielki zegar, z przeszklonymi drzwiczkami.
- Spokojnie – szepnął do siebie Maksym. – Któryś z żołnierzy go nakręcił... Tylko spokojnie.
Wyjął z kabury pistolet i położył na oparciu fotela. Odpalił od lampy następnego papierosa.
- Nie zasnę – szepnął do siebie - Nie zasnę tu, bo czuję, że coś tu jest... Coś się dzieje, tylko nie wiem, co.

Nad ranem, blady z niewyspania obudził śpiących na warcie żołnierzy, klnąc i zapisując ich nazwiska odo raportu.
Potem umył się, zapalił papierosa i czekał. Gdy Chwedczuk wstał, wciąż pijany po nocy, zjedli razem śniadanie.
Gdy przyszli ludzie ze wsi, za pokwitowaniem wydali im ciała, spisując nazwiska krewnych i sąsiadów.
Pogrzeb miał być tego samego dnia, bo trupy rozkładały się w upale.
Żołnierze załadowali worki z gnijącymi korpusami na furmankę , przyprowadzoną przez zastraszonego woźnicę który najpierw powiedział: „Grüss Gott” ale, gdy zobaczył mundur Chwedczuka i jego wzrok, zaczął mówić od rzeczy, więc go odesłali do jego koni.
- Pójdziecie na pogrzeb – mruknął Chwedczuk. – Będą wszyscy krewni zamordowanych. Na miejscu ich przesłuchacie, nie trzeba będzie jeździć...


Maksym, wraz z trzema podwładnymi siedział w gaziku, zaparkowanym tuż koło oplecionej powojem bramy. Na kamiennej podstawie, rozgrzanej słońcem mrowiły się stada kowalików. Ludzie w milczeniu wychodzili z kościoła. Nikt nie patrzył na samochód z żołnierzami. Miejscowi w milczeniu załadowali zabite gwoździami trumny na dwa karawany i ustawili się w procesję.
Z kościoła wyszedł ksiądz. Pozdrowił skinieniem głowy Maksyma i z modlitewnikiem w dłoni zaczął iść za trumnami. Mieli do przejścia tylko kilkadziesiąt metrów dzielących kościół od cmentarza.
Ludzie zaczęli śpiewać:

„Und sind wir einmal müde,
dann stell ein Licht uns aus
o Gott, in deiner Güte
dann finden wir nach Haus.
Mein Zeit ist nun vollendet
Der Tod das Leben endet
Wir sind nun Gast auf Erden
Und wandern ohne Ruh
Mit mancherlei Beschwerden
Der ewigen Heimat zu...“

Gdy dotarli do świeżo wykopanych grobów, czarno ubrani grabarze wyładowali trumny. Postawili je na deskach ułożonych w poprzek wykopów. Wilczek okadził trumny, machając nad nimi pociemniałym ze starości kadzidłem.

-Des Menschen Tage sind wie Gras. Er blüht, wie die Blume des Feldes. Fährt der Wind darűber, ist sie dahin- zaintonował- doch die Huld des Herrn währt immer und ewig über denen, die ihn fürchten...

Maksym, który szedł za orszakiem wpatrywał się w twarze ludzi zgromadzonych wokół mogił. Pięć grobów, w tym jeden mały. Wokół nich wiele osób, ale prócz zawodowych płaczek, tylko przed dwoma stali zapłakani ludzie, należący najwyraźniej do rodziny.
Rzucił okiem na tabliczki przymocowane do drewnianych krzyży wbitych nad wykopami:
„Paulina Raczek, geb. Bentschev” i „Johann Putek”
...Ich glaube an eine heilige, römische Kirche, an die Gemeinschaft der Heiligen, Nachlaß der Sünden, Auferstehung des Fleisches und an ein ewiges Leben...
- słowa księdza wyrwały Maksyma z zamyślenia.
Grabarze spuścili po kolei trumny do pylistych dołów, a żałobnicy zaczęli rzucać na pokrywy grudki wyschniętej ziemi.

„Christus Du bist aus dem Grab erstanden
Um uns dem Tod zu entreißen.
Christus, erbarme dich unser...“

Śpiew umilkł.
Ksiądz Wilczek rzucił grudkę ziemi do każdej z mogił i wyrecytował:
-Herr Jesus, du hast am Kreuz dein Blut vergossen, um unsere Sünden hinwegzunehmen, erbarme dich unser- a potem po polsku dodał: - Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz...
Ceremonia była skończona.
Maksym podszedł do Wilczka i szepnął mu:
- Niech pan poprosi członków rodzin o pozostanie, chcę im zadać kilka pytań.
Ksiądz milczał przez chwilę, wreszcie podniósł głowę i spytał:
- Czy może pan przeprowadzić przesłuchanie w zakrystii? Ludzie będą się mniej bać...
- Tak. Czy to są Niemcy?
- Nie– Wilczek robił wrażenie zdziwionego. – Dlaczego?
- Obrzęd był w języku niemieckim...
- Panie poruczniku – powiedział wolno Wilczek. – Oni tu wszyscy w domach mówią po polsku, ale pogrzeb musi być rychtyk... właściwy, jak zawsze, pan rozumie?
Maksym nie odpowiedział.
- Z kim pan chce rozmawiać? Czy mąż Pauliny Raczek i żona Johanna Putka wystarczą?
- Tak. Proszę ich zaprowadzić do zakrystii. To będzie tylko wstępna rozmowa. Proszę ich uprzedzić, że mają potem się zjawić na posterunku, żeby złożyć zeznania...


Gdy wszedł do zakrystii stali tam już Wilczek i dwoje miejscowych.
- Panie Wilczek, czy mógłbym po kolei porozmawiać z małżonkami zmarłych?
- Tak, oczywiście, z kim pan chce najpierw rozmawiać?
- Z panią Putek.
- Józefo – Wilczek obrócił się do kobiety zakutanej w żałobną chustę. – Pan oficer chce z tobą porozmawiać o Johannie... Będziemy na zewnątrz kościoła. Gdy pan będzie potrzebował mnie albo pana Raczka, niech pan zawoła przez drzwi.
Wyszli, a Maksym usiadł przy małym stoliku o spękanej czarnej politurze. Odsunął na bok tom z napisem: „Liber Mortuarum” i otworzył swój notes.
- Obywatelka się nazywa...
- Józefa Putek.
- Wiek?
- Urodzona 14 lipca 1902 roku w Wolfsdorfie.
- Narodowość?
- Ja tutejsza, panie.
Maksym westchnął.
- Czym się zajmował pani mąż?
- On ogrodnikiem i palaczem był... panowie oficery zostawiły go w pracy, bo wiedział, co i gdzie we dworze było...
- Służył u Wolfschitzów?
Spojrzała na niego nagle przestraszona.
- Nie, panie oficerze. Majątek był tu, ale panicz Udo... znaczy się syn Wolfschitza mieszkał we Wrocławiu. Mówią, że był na froncie wschodnim i nie wrócił... ale od kiedy pamiętam, tukej go nie było, od śmierci jego matki i siostry, i...
Zaczęła płakać. Coraz bardziej histerycznie.
- Jo... nic... nie wiym – wystękała. – Mój ino o ogród dbał i naprawiał dom... Stara Winfryda mogła wchodzić do domu, ale ona bez męża była, a jej syn, gadajom, był synem panicza Udo... Ale jo... nic nie wiym.
Czarną chustę przycisnęła do ust i oczu, i kołysząc się rytmicznie, zaczęła szlochać.
Maksym patrzył na nią chwilę, a potem wstał, otworzył drzwi i powiedział:
- Dziękuję pani, niech pani poprosi pana Raczek.
Po chwili do zakrystii wszedł chudy, wyglądający na około sześćdziesiąt lat mężczyzna. Miał ponurą, smagłą twarz. Na policzku czerniło się wielkie znamię.
- Wyście są Raczek?
- Krystian Raczek, stolarz.
- Ile lat?
- Pięćdziesiąt siedem.
- Co robiła wasza żona w majątku Wolfschitzów?
- Była pokojówką. A potem pomagała Winfrydzie...
- Po czym?
- Po śmierci Wolfschitzów...
- Kiedy zmarli?
- W 1936.
- To majątek ponad dziesięć lat stał bez dozoru?
- Nie. Dozór miała Winfryda, Putek i lokaj Maciej... Krzysztoń znaczy się...
- Nikt nie rozkradł?
- Jakech już gadał. Majątek był pilnowany. Młody Wolfschitz też czasem przyjeżdżoł. Nie zatrzymywał się, ale przyjeżdżoł. A poza tym – dodał ciszej. – Tam nikt nie chodził bo ludzie się boli...
- Czego?
Putek milczał. Patrzył w podłogę.
- Czego się bali?
- Różnie gadajom – wystękał wreszcie. – Jo ino wiym, co mi żona godoła. Po śmierci Wolfschitzów, nikt w majątku nie mieszkał. Ino Winfryda z Putkiem i Krzysztoniem pucowali go, czyścili ogród i dostawali pensje. Kiedyś młody Wolfschitz przysłał z Wrocławia zarządcę, ale ten się powiesił, to Udo zostawił majątek Winfrydzie w opiece...
Maksym skończył pisanie, podniósł głowę, uśmiechnął się do stolarza i znienacka warknął:
- Kto pomordował ludzi w majątku? Mówcie!
- Jak to kto? – Raczek podniósł głowę i spojrzał Maksymowi w twarz. – Ichni szef... Kosaczuk mu było...
...................................


- Co pan na to, towarzyszu majorze? - Maksym zebrał naręcze notatek i zdjął okulary z nosa.
- Brednie! - Chwedczuk, lekko pijany, trzasnął pięścią w stół.-Ludzie zostali zabici przez Werwolf, a my musimy znaleźć tych, którzy im w tym pomagali. Wśród tych szwabskich świń znajdziemy morderców. Powtórzę przesłuchanie dziś wieczorem. A teraz, panie poruczniku, mamy problem...dzisiaj przy śniadaniu, szeregowy Żagań zabił bagnetem szeregowego Prusia. Poszło o pieniądze, przegrane przez Żagania w karty...Muszę wyznaczyć dwóch do eskorty, ale samochodu nie dam. Niech ich dowiozą furmankami do najbliższej stacji, a potem niech ich dostarczą do Wrocławia. Musimy ludzi czymś zająć, poruczniku. Od dzisiaj wystawiamy warty w parku. Ponadto kapral Siemion z jakimś żołnierzem zawiozą zwłoki do Wrocławia. Wyruszą już dzisiaj, bo trupy śmierdzą. Tym sposobem z dwunastu zostało nam sześciu ludzi. Przy wejściu do dworu proszę ustawić CKM i obudować go workami z piaskiem. Musimy być przygotowani na wszystko.
....................................................................

Maksym stanął pod cmentarnym murem. Przeszedł wzdłuż wszystkich alejek, szukając mogił Wolfschitzów. Znalazł w końcu, pośród łopianów płyty nagrobne ze spękanymi, złotymi literami z nazwiskiem Wolfschitzów, najstarsze miały daty 1673, najmłodsza 15.06.1936r. Na płycie nagrobnej z czarnego marmuru z tą samą datą śmierci, widniał napis „Hier ruhen in Gott: Gertruda, Katherina, Juliette, Hermina, Marie”.
Drgnął, gdy usłyszał chrobot żwiru za sobą. Odwrócił się i zobaczył za sobą Wilczka, idącego ku niemu alejką.
- Interesują pana Wolfschitzowie, oficerze? - Na twarzy księdza widać było siwy, dwudniowy zarost.
- Dlaczego tyko kobiety? – Maksym obrzucił wzrokiem czarny marmur grobowców...
- Brakuje Udo – Wilczek powiedział poważnie. – ale on miał szczęście, bo był w szkole oficerskiej w Berlinie.
Maksym podrapał się za uchem.
- A... jego ojciec?
- Stary Hermann Wolfschitz? Tam leży. – Wilczek wskazał na śmietnik za cmentarnym murem, na którym leżały hałdy zwiędłych kwiatów i gipsowe znicze.
- Żartujecie?
- Nie. Niech pan pozwoli.
Przeszli przez bramę i brnąc przez pokrzywy doszli do śmierdzącego stęchlizną śmietniska. Wilczek odgarnął nogą zeschłe róże. Pod spodem leżał kamień, na którym wykute były słowa: „Hermann Wolfschitz geb. 04.12.1884 gest. 15.06.1936r. Sei verdammt”. Maksym przyklęknął i powiódł palcem wzdłuż nacięć liter.
- Co się stało wtedy... W 1936 ? – ściągnął czapkę i wytarł nią spoconą twarz.
Wilczek przykucnął przy nim.
- Zabił je wszystkie – powiedział cicho. – Szedł od pokoju do pokoju z siekierą. Tylko żonę zastrzelił... Jako ostatnią. Przywiązał ją do krzesła w jadalni i przy niej... oprawiał ciała. Odrąbywał im głowy i dłonie.
- Kto jeszcze zginął ? – głos Maksyma był cichy i ochrypły.
- Lokaj nazwiskiem Zuber i dwóch parobków. Tych też zastrzelił.
- Ojciec Winfrydy? – Maksym nałożył czapkę na głowę i usiadł.
- Tak.
- Co się stało potem?
- Chciał się spalić w kominku, ale ogień tylko osmalił ciało. Miejscowi wywlekli je bosakami. Zaczepili go łańcuchem do konia i zawlekli na cmentarny śmietnik. Tutejsi obcięli mu głowę i przebili serce. Kołkiem z osiki. Kowal zaproponował, by go spętać łańcuchem, ale ludzie bali się go dotykać. Wykopali jamę i wrzucili go do dołu głowę wsadzili mu między nogi... Polali go benzyną i podpalili, ale kobiety zaczęły krzyczeć, że spalą kołek i powstanie, więc zasypali ogień ziemią...
- Skąd pan to wie?
- Stałem tutaj i nie mogłem uwierzyć w to co widziałem. To byli moi parafianie. Rozumie pan? Trzymałem ich dzieci do chrztu. Podawałem im ciało Chrystusa....
Maksym chrząknął, więc ksiądz zamilkł.
- Piętnastego czerwca 1936 roku – powiedział powoli Maksym. Był spokojny i zimny. – A teraz piętnasty czerwca 1947 roku.
- Zło czyha w tym domu – wyszeptał ksiądz. – Kapie ze ścian, jak woda w jaskini.. Wyszukuje najbardziej podatnego. Takiego, w którego duszy wołanie szatana znajduje oddźwięk...
- Bredzisz księże – wycedził Maksym. – Żołnierze zostali zastrzeleni i poćwiartowani... i zrobił to Werwolf, a nie dziecinny szatan.
- Proszę pana – Wilczek nie patrzył na niego. – Ojciec Hermana Wolfschitza został powieszony w 1901 roku. Wie pan za co? Porwał dwie dziewczyny ze wsi. Poćwiartował je, i jak mówią ludzie, zjadł. Proces był zamknięty przed publicznością, bo Wolfschitzowie byli bogatą rodziną, z oficerskimi tradycjami. Brat Hermanna był wysokim oficerem w SS i to on wciągnął Udo do tej formacji. Udo- wie pan, co robił na Wschodzie? Z pewnością pan wie.
Maksym kiwnął głową.
- Był oficerem Einsatztruppen - powiedział cicho. – Dowodził masakrą w Babim Jarze... Zgromadzili Żydów z okolicznych miasteczek i wsi... Kazali im kopać rowy. Siąpił deszcz, oficerowie SS stali nad wykopami w skórzanych płaszczach. Reflektory ślizgały się po czarnej skórze... Dzieci płakały. – Potrząsnął głową i przytomniej już dokończył: - Ustawili ich w szeregi. Podchodzili jeden za drugim do wykopów. Oficerowie strzelali im w tył głowy i spychali kopniakiem w dół. Zabili tak tysiące ludzi. Wolfschitz przygotował tę masakrę. Szukamy go do dzisiaj.
- Żyje.
- On tak.
- Panie Stern – Wilczek nie patrzył na niego. – Pan tak plastycznie opisał tę rzeź. Pan... tam... był.
- Nie. Ja nie.
Maksym wyprostował się i zapiął guzik munduru pod szyją.
- Kto mógłby wiedzieć coś o tym, co stało się przed 15 czerwca we dworze?
- Niech pan porozmawia z córką Winfrydy.
- Drugie dziecko Udo?
- Plotki się szybko rozchodzą. Tak, mieli dwoje dzieci.
Maksym milczał przez chwilę. Zaczął iść w stronę wsi. Odwrócił się nagle i powiedział:
- Tam w Babim jarze była cała moja rodzina... Dlatego robię to, co robię.
Już gdy zaczął iść, depcząc pokrzywy wysokimi butami, usłyszał z tyłu głos Wilczka:
- Nikt pana nie osądza...


Dom Winfrydy Zuber był daleko na końcu wsi. Bielone ściany i dach kryty dachówką mówiły o zamożności. Za stodołą rozciągał się niewielki sad.
Maksym zastukał w kolorowe szybki drzwi. Nic się w środku nie poruszyło. Wyszedł z sieni i podszedł do okna kuchni, od środka zasłoniętego ręcznie robioną firanką. Tu też stukanie nic nie pomogło. Obszedł dom, ale w żadnym z okien nikt się nie pojawił. Stanął powtórnie na niewybrukowanym podwórku i wtedy dostrzegł dziewczynę. Stała w drzwiach obory, jak mu się wydawało, uśmiechała się. Wyjął okulary z kieszeni i nałożył je. Dziewczyna odwróciła się i weszła do stodoły.
- Halo... niech pani zaczeka... – podszedł do drewnianych drzwiczek wyciętych w wielkich wrotach, przeszedł nimi, podnosząc wysoko nogi.
W rozgrzanym wnętrzu unosił się zapach siana i kurzu. Pośrodku, na zgrabionej na białą płachtę skoszonej trawie, siedziała dziewczyna.
Miała ciemne włosy i skórę. Wyglądała jak Cyganka, tylko oczy w smagłej twarzy były błękitne i jasne, jak lodowy poranek.
- Jak się pani nazywa?
- Pan jest z UB?
- Podporucznik Stern...
- Silvia Wolfschitz.
- Nosi pani nazwisko... – zająknął się.
- Ojca. To pana dziwi?
Usiadł koło niej, w nozdrza uderzył go chlebowy zapach dziewczęcego ciała.
- Niech mi pani opowie, co mówiła pani matka przed pójściem do pracy... tego .. dnia.
- Nic.
Obróciła się ku niemu. Miała delikatny owal twarzy i delikatne nozdrza. Jasne oczy ocienione były długimi, ciemnymi rzęsami.
Dotknęła palcem jego szyi i przeciągnęła go po zarośniętym policzku.
- Aresztuje mnie pan?
- Niech mi pani powie, kto interesował się dworem. Kto wypytywał matkę o pory zmiany warty, o położenie pokoi, o okna do piwnic...
- A może panu opowiem, jak to jest mieszkać w ponurej, rozhisteryzowanej wsi, w której wszyscy patrzą wilkiem, bo jest się córką diabła? Jak się wraca do średniowiecznej rzeczywistości po studiach w Berlinie? I jak się żyje potem słuchając radia i dostając książki z biblioteki wysyłkowej? Jak to jest, przez lata nie móc rozmawiać, nie być dotykaną. Być – jak trup pośród zabobonnego bydła?
Obróciła się ku niemu i spytała:
- Czy to pana nie interesuje? Przecież pan sam tak żyje?
Wstał, otrzepał mundur i wyszedł bez słowa.


Minął wartownika przy bramie, przeszedł przez alejkę parkowa i wszedł do dworu. Przy dębowym stole jadalni siedział Chwedczuk. Obok rozłożonych papierów stała do połowy pusta butelka wódki.
- Pan porucznik – wybełkotał Chwedczuk. – Obija się.. Kręci się po wsi, a my pracujemy... Mamy już pierwsze tropy. Proszę prze-czy-tać - mlasnął językiem.
Maksym podniósł zapisane kartki.
- „Zeznanie pracownika rolnego – członka -założyciela koła PPR – Alojzego Gila. - przeczytał na głos. – Pomimo starań władczy ludowej, nasiliła się walka klasowa i narodowa w Wilkowie. Elementy obce narodowo i politycznie tworzą zorganizowaną grópe... – „Grupę” inaczej się pisze- mruknął.
- Gówno. Czytajcie dalej – Chwedczuk nalał sobie wódki do szklanki.
- ... prawdopodobnie związaną ze strukturami Werwolfu. Do elementów tych należą elementy obce w tkance społecznej Wilkowa:
-Silvia Wolfschitz;
-Jürgen Müler;
-Christian Ketler;
-Josepha Putek;
-Christian Ratschek;
-Margerite Blum;
-Johann Bünkie;
-Stefan Golde
oraz Johann Wolfschitz - syn brata Hermanna Wolfschitza – obecnie, od 1945 roku noszący nazwisko Wilczek, od lat pełniący funkcję księdza w lokalnej parafii...”
- To niemożliwe- wystękał Maksym.
- A na chuj mi to, że niemożliwe? – warknął Chwedczuk. –Czytajcie dalej!
- Johann Wolfschitz w zakrystii swojego kościoła spotykał się z wyżej wymienionymi. Spotkania odbywały się po zmroku.
Synowie Müllera i Golde służyli pod rozkazami bratanka Johanna – Udo Wolfschitza na Wschodzie. Obaj nie żyją. Siostra Margerite Blum – Truda Koschitzky była instruktorką w szkole SS w Berlinie. Johann Bünkie walczył w dywizji Herman Göring i w czasie walk nad Donem stracił rękę. Brat Christiana Ketler – Wolfgang Ketler został za zbrodnie wojenne powieszony przez żołnierzy radzieckich w Wolfsdorfie w 1945 roku...”
Maksym usiadł naprzeciwko Chwedczuka.
- Kim jest ten Gil?
- Przed wojną skazali go na pięć lat kacetu za propagandę socjalistyczną i kradzież konia... W 1945 udzielił pomocy towarzyszom z NKWD. Dzięki niemu rozbito bandę Werwolfu niedaleko Wilkowa i powieszono kilka osób z tej wsi, między nimi Ketlera. Ponadto - dzięki jego informacjom kilkunastu innych Szwabów zostało wywiezionych do miejsc odosobnienia na terenie Rosji Radzieckiej. Współpracował z Kosaczukiem. Dwukrotnie chcieli go zabić...
- Czy są jakieś zeznania potwierdzające doniesienia Gila?
Chwedczuk pogrzebał w stosie papierów na stole i wyciągnął zaplamioną kartkę papieru i oddał ją Maksymowi.
- To krew? - Maksym podniósł wzrok znad papieru.
- To zeznanie kościelnego Wiencka, potwierdzające w pełni doniesienia Gila.
Maksym położył kartkę na blacie stołu.
- Nie chcecie czytać.
- Wiem co tam znajdę.
Chwedczuk zapalił papierosa.
- Możecie mi powiedzieć, o czym rozmawialiście z Johannem Wolfschitzem, z córka Udo, z Putkową i z Raczkiem?
Maksym uśmiechnął się leciutko.
- Panie majorze, przyjemnością jest uczyć się od pana tej pracy...
Chwedczukowi wystąpiły czerwone plamy na twarzy, wstał i waląc pięścią w stół wrzasnął:
- W ciągu pierwszych dwóch dni spotkaliście się z czterema osobami z dziesięciu, które agentura określa jako członków Werwolfu!! Rozmawiacie bez świadków, bez protokolanta, a potem przychodzicie do mnie z chorymi bajkami na temat opętania Kosaczuka... ale ja znałem kapitana Kosaczuka - jeszcze przed wojną pracowaliśmy jako kurierzy Kominternu, więc nie pierdolcie mi tu za uszami!! Przesłuchamy ludzi z listy Gila, jeżeli potwierdzą wasze kontakty z nimi jesteście skończeni i z radością zawiozę was w kajdankach do Wrocławia.
- A tam na miejscu już wyciągnie pan ze mnie, że byłem szpiegiem organizacji Gehlena i CIA? – smagła twarz Maksyma lekko pobladła, a usta zacisnęły się w wąska kreskę. – Czy pan na głowę upadł, towarzyszu majorze? Przecież wie pan skąd się wywodzę?
Chwedczuk usiadł i patrzył na niego wodnistymi oczyma.
- Zdrajcy nie mają narodowości - warknął.
Maksym pochylił się nad stołem.
- Bredzicie, majorze Chwedczuk. W Babim jarze zginęli moi rodzice i brat, pod
Grodnem zastrzelono podczas akcji przeciw partyzantom radzieckim mojego kuzyna Chaima, a moja narzeczona została zakatowana, gdy ją złapano z radiostacją w Lublinie...
- Pieniądze, pierdolony Mośku, zacierają pamięć – Chwedczuk nalał sobie powtórnie wódki do szklanki.
- A może chodzi o coś innego? – Maksym uśmiechnął się krzywo. – Może chcecie utrącić pułkownika Baumanna, przywożąc zeznania członka Werwolfu, mówiąc, że protegowany Baumanna okazał się szpiclem organizacji Gehlena? Wtedy i ja, i Baumann lądujemy na stryczku, a wy w triumfie zajmujecie stanowisko Baumanna i możecie myśleć o karierze w centrali...
Chwedczuk uniósł się na krześle, oparł dłonie o stół i tchnąc w twarz Maksymowi niestrawionym alkoholem, wysyczał:
- Nienawidzę waszej podłej rasy, skurwysynu. Nienawidzę ciebie, żydłaku za twoją nonszalancję, poczucie wyższości, za to, że chuju, wyobrażasz sobie, że skończenie uniwersytetu i języki obce robią z ciebie kogoś lepszego. Nie, Mośku, nic z tego. Załatwię cię i ani pikniesz, a razem z tobą – twój opiekun Baumann. Mam zeznania i dokumenty z łódzkiego Gestapo. Ta żydowska świnia była konfidentem, wydającym Szwabom naszych towarzyszy... Chciałem tylko jeszcze jednego dowodu, a teraz go mam...
Ktoś zastukał w drzwi. Chwedczuk przerwał.
- Wejść! - ryknął.
Drzwi uchyliły się i młody żołnierz zaraportował.
- Aresztowani Sylwia Wolfschitz, Johann Wolfschitz i Krystian Raczek. Pozostałych osób nie udało się zatrzymać. Stefan Golde i Margerite Blum uciekli, pozostali zginęli podczas ucieczki.
Chwedczuk chwiejąc się lekko na nogach wychrypiał:
-Dawać ich tu. Przywiążcie ich do krzeseł.
Żołnierze wprowadzili więźniów i skrępowali im ręce i nogi, mocując do krzeseł. Po chwili wyszli.
Chwedczuk położył jedno z krzeseł na podłodze i skoczył na nie. Z resztek wygrzebał ciężką, toczoną nogę, zakończoną pazurzastą łapą.
- Panie Stern – powiedział bełkotliwie. – Proszę mi oddać pistolet.
Maksymilian odpiął pas i podał mu pas wraz z dyndającą kaburą.
- Macie jedyną szansę, poruczniku - wyszeptał Chwedczuk. – Napiszcie zeznanie, że Baumann nakłaniał was do współpracy z niewymienioną z nazwy organizacją... Nie raportował pan o tym, gdyż czekał pan na dowody, które uzyskał pan dopiero w Wilkowie...
- Co mi to da? - Maks skrzywił się. – Przeżyję?
- Przeżyjecie. Mało?
- Mówicie to przy przesłuchiwanych... Rozumiem, że nie obawia się pan ich niedyskrecji?
Chwedczuk patrzył na niego martwym wzrokiem.
- Ja się już niczego nie obawiam, Żydku – powiedział spokojnie. – Mam cię w garści. Potrzebuję tylko podpisów pod zeznaniami, ale nie chce mi się czekać. Wystarcza podpisy.
Podszedł do Raczka, odwiązał mu prawą rękę i podał pióro. Podsunął mu kartkę papieru na drewnianej podkładce z klamrą.
- Podpisz w prawym dolnym rogu.
- Co to je?
- Zeznanie.
- Ale jo żech nic nie zeznawoł.
- Podpisz.
- Nieczego żech nie pedzioł.
Chwedczuk z półobrotu uderzył go nogą od krzesła w kość jarzmową, która pękła, jak skorupka jajka. Oko nad wgniecionym policzkiem napłynęło krwią, a oczodół spuchł, wypychając gałkę oczną na zewnątrz.
- Podpisz.
- Jo... żech niczego... nie pedzioł – wybełkotał Raczek.
Chwedczuk zamachnął się znad głowy i oburącz grzmotnął dębową łapą czaszkę Raczka, która chrupnęła i zapadła się. Z oczu, uszu i nosa ofiary poleciały strugi krwi.
- Ten już niczego nie podpisze – powiedział rubasznie Chwedczuk. Odchrząknął i splunął w twarz zmarłemu.
Podszedł do bladej jak prześcieradło Silvii, odwiązał jej rękę i podsunął podkładkę z kartką.
- Podpisz w prawym dolnym rogu – mruknął.
Dziewczynę złapały torsje. Po chwili podniosła głowę. Wpatrywała się chwilę w twarz Chwedczuka, po czym podpisała się we wskazanym miejscu.
Chwedczuk pogłaskał ją po głowie.
- Mam córkę w twoim wieku – wziął jej kartkę i podszedł do księdza. Uwolnił mu rękę.
- Podpisz się pod nią – wychrypiał. – Nie zapomnij o dacie.
- Przecież pan nas i tak zabije – powiedział kapłan. – Zeznania, których nie było, zabójstwo podczas przesłuchania...
- To twoja bratanica, prawda? – Chwedczuk wskazał podbródkiem na Silvię. – Podpisz, a wypuszczę ją. Jestem pewien, że macie kontakty. Przejdzie przez granicę. Umrzesz tylko ty, ale to dla ciebie tylko dobra nowina, no nie? Nie gap się na mnie. Daję ci coś, czego dać nie musze. Przecież wiesz, że umrzesz, a tak ocalisz ją.
- Niech pan przysięgnie, jako oficer.
Chwedczuk z zakrwawioną nogą od krzesła w ręce powiedział powoli:
- Przysięgam jako oficer...
Ksiądz powoli i wyraźnie podpisał się na kartce.
Chwedczuk podniósł ją szybko.
- Mam – zachrypiał. – Mam was, Żydki!
W tym samym momencie Maksymilian spuścił mu na czerep mosiężną podstawę lampy stołowej. Gruby mężczyzna potknął się i ciężko usiadł na podłodze. Dotknął głowy i z niedowierzaniem podniósł do oczu zakrwawioną dłoń.
- Ty... – wystękał. – Ty...
- Ja – przytaknął Maksymilian i uderzył raz jeszcze.
Chwedczuk przechylił się w bok i z podkulonymi nogami zastygł w kałuży krwi.
Maksymilian ominął go, podszedł do leżącego na ziemi pasa i wyjął z niego pistolet. Przeładował go.
Otworzył drzwi.
Wyszedł w rozświetlony słońcem ogród.
Przy stanowisku CKM żołnierz palił leniwie papierosa. Pięciu innych grało w karty w cieniu drzewa.
Maksym przystawił broń do potylicy wartownika. Żołnierz pchnięty wystrzałem przetoczył się jak szmaciana lalka przez obwałowanie z worków. Maksym przykucnął przy CKM-ie, odbezpieczył go.
Tak cicho.
Żołnierze z rozwartymi ustami wstawali z trawy. Jak na zwolnionym filmie.
Klatka po klatce. Lufa karabinu zaczęła parzyć mu palce lewej dłoni.
Liście wirując spadały z drzew.
Podszedł do stojącego przy klombie gazika. Wyjął z paki dwa kanistry z benzyną.
Wrócił do dworu.
Powoli, metodycznie rozlał benzynę, ciągnąc mokrą smugę z pokoju do pokoju. Wszedł do pokoju, gdzie przywiązani sztywno siedzieli Wolfschitzowie.
Ze sterty papierów wygrzebał zeznania księdza i Gila. Podszedł do Chwedczuka i rozprostowując mu palce, wyjął z nich kartkę z podpisami Silvii i jej wuja. Złożył papiery w schludną kostkę i wsadził do kieszeni munduru.
Podniósł kanister, który wchodząc do pokoju zostawił przy drzwiach i wylał całą zawartość na podłogę, na ciało majora i na ubrania Wolfschitzów.
- Słyszałem strzały – wystękał ksiądz. – zabił pan resztę załogi? Niech zgadnę – napad Werwolfu?... Pamięta pan, mówiłem panu, że tutaj zło kapie jak woda w jaskini.
Maksymilian nie patrząc na niego powiedział cicho:
- Przepraszam. Nie da się inaczej.
Podszedł do Silvii i pogładził ją po brzoskwiniowym policzku.
- Nie będziecie cierpieć – wyszeptał, przeładowując pistolet.


Ogień huczał za nim, zniżając się wokół marmurowych kolumn, pełzając po dachówkach.
W głębi parku zerwało się do lotu stado gołębi.
Kołowały na niebie, spłoszone bijącymi w górę dymem i iskrami.
Z góry na Maksyma spływały tłuste płatki sadzy.
Wirowały w powietrzu.
Cicho.
Spokojnie.

Czerwiec 2003r.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -