Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Po obu stronach lustra

Piotr Ferens


W odbiciu zawsze jest coś obcego,
Spogląda na nas, spoza naszej twarzy.
Może to ci, których straciliśmy,
A może to ktoś, o kim się marzy.


Katrin usiadła przed lustrem i zanurzyła swoje spojrzenie w odbiciu milczącej twa-rzy. Delikatne rysy, ujęte w smukły kształt, sprawiały wrażenie jakby wyciszony we-wnętrznie mistrz, wdzięcznymi ruchami pędzla stworzył dzieło swojego życia lecz
w ferworze artystycznej weny zapomniał nadać mu imienia. Katrin przymknęła po-wieki w wąskie szparki i nie odrywając wzroku od odbicia uważnie sondowała swoją twarz. Kurze łapki wyciągnęły już małe pazurki by zaznaczyć słabe linie zmarszczek na gładkiej skórze. Drobny cień błąkający się pod oczami odciskał swoje piętno lekko sinymi podkówkami zmęczenia, a jasne blond włosy spadały swobodnymi lokami na nieco przygarbione ramiona dźwigające ciężar niedawnej tragedii. w dużych oczach odbijał się głęboki smutek, a zaciśnięte usta skrywały tłumiony w mroku cierpienia krzyk rozpaczy. To zdarzyło się raptem trzy miesiące temu. Niby nie tak dawno,
a jednocześnie nieskończenie długo. Wciąż i wciąż, w jej umyśle, krążyła ta sama myśl. Myśl zamknięta w pułapce nieustającej pogoni za odpowiedzią na proste, wręcz banalne pytanie: Dlaczego? Jej mąż wyszedł z domu i nie wrócił. Trzy miesią-ce…. Oficjalnie, w aktach policyjnych figurował jako zaginiony. Póki nie odnajdą cia-ła, nie może być inaczej. Takie są przepisy — poinformował ją inspektor. Przepisami nie da się nikogo powołać do życia. Odetchnęła głęboko i otworzyła oczy. Wzrok z lustra skrzyżował się z jej spojrzeniem. Od srebrzystej ramy odbił się promyk chylącego się ku linii horyzontu słońca. Wijący się po niej rzeźbiony bluszcz zalśnił na moment diamentowym blaskiem ożywiając na ułamek sekundy łagodne serpentyny metalowych łodyg oplatających się wzajemnie w nieustannej wędrówce ku górze. Zaraz jednak przygasł pogrążając się w dawnym i bezpiecznym cieniu. Większość z drobnych listków pomalowano na ciemną czerwień. Katrin zawsze to zastanawiało; dlaczego nie pomalowano ich wszystkich? Co autor, który stworzył to niewątpliwe dzieło, przeszło trzy wieki temu chciał przez to powiedzieć? Że zawsze znajdą się samotni, że bycie odmiennym nie wyklucza z grupy, że indywidualiści muszą istnieć bez względu na okoliczności?
Dom był pusty i cichy. Katrin, tak jak w tej chwili, wyobrażała go sobie jako żywą, czującą istotę, posiadającą swoją duszę. Myślała o tym jak oddycha wolnym i miarowym rytmem upływających lat w pustych przestrzeniach pokoi, jak oknami swych oczu spogląda do wnętrza na historię mieszkańców i pomrukuje cicho sam do siebie, z radością, dezaprobatą, czy żalem. Jak czuje delikatny dotyk dłoni na swych ścianach i chropowatą twardość mebli, ciepło gorącej wody szumiącej w jego arte-riach i rozlewający się falami chłód. Jej wzrok przeniknął taflę srebra i powędrował gdzieś w odległe przestrzenie odczuć. Do jej uszu dochodził odległy dźwięk pracują-cej kosiarki; miarowy warkot podrażniał jakąś wewnętrzną nutę jej zmysłów wlewając w nią tym samym lekko mrowiący łaskotliwością spokój. Nagle coś w przestrzeni lu-stra poruszyło się. Katrin zamarła i skoncentrowała spojrzenie na srebrzystej po-wierzchni. Czyżby ktoś był u niej w pokoju? Poczuła ukłucie strachu, ale nie wykonała żadnego ruchu. Nieśmiała się teraz odwrócić. Przebiegła wzrokiem po lustrze sta-rając się dojrzeć cokolwiek, co mogłoby wytłumaczyć ten ruch. Firanka? Pokój tkwił nieruchomo jak uchwycony na starej fotografii; niepościelone łóżko z narzuconą na niego jedynie ciemnozieloną kapą, szeroka szafka, okna, zasłony, dywan — wszystko była na swoim miejscu. Nieporuszone.
— Chyba jestem zwyczajnie przeczulona — westchnęła szeptem. Dźwięk jej głosu zabrzmiał głucho i ciężko, jakby z niemałym trudem przebijał się przez warstwy zale-gającej od tygodni ciszy. w tym momencie przez pokój, tuż za jej plecami przeszedł Jeff. Szczupła sylwetka, w dżinsach i bladoniebieskiej koszuli przesunęła się w ten, tak dobrze jej znany, charakterystyczny dla niego sposób. Jedną dłoń miał wsuniętą do kieszeni, druga swobodnie poruszała się w rytm kroków jak wahadło. Jego chód zawsze był nieco wydłużony, tak jakby przechodził nad jakąś niewidzialną granicą i obawiał się postawienia stopy na jej krawędzi lub zaczepienia o nią.
— Jeff? — Katrin odwróciła się szybko na krześle, ale nikogo nie było. Serce wali-ło jej jak oszalałe, a w oczach poczuła iskierki pieczenia. — Przecież to niemożliwe… — wyszeptała bezwiednie.
— Katrin— szept był chłodny, szklisty i dobiegał od strony lustra.
Zmartwiała. Poczuła jak ciarki przemknęły w dół jej pleców, a skóra na całym ciele w jednej chwili ściągnęła się i oziębiła. Drobne kropelki potu wystąpiły na czoło, od-dech przyspieszył. Nie chciała tego, ale to było zdecydowanie silniejsze od niej. Do-kładnie tak, jak wtedy, kiedy widzisz straszny wypadek i odwracając wzrok zerkasz ukradkiem na krew i poszarpane kawałki ciała. Odwróciła się i spojrzała w lustro. Jej odbicie było lekko zamazane albo raczej znajdowało się za czymś w rodzaju siwej, nieruchomej mgiełki.
— Katrin, czekam na Ciebie. Kocham Cię.
To był głos Jeff'a; zmieniony, osłonięty odmienną nutą brzmienia, z tym dziwnym posmakiem metaliczności, który odczuwała każdą komórką swego ciała. Jego cień zamajaczył gdzieś w przestrzeni lustra, niewyraźny i odległy.
— Jeff? — Jej oczy wypełniły się łzami. — Gdzie jesteś kochanie? Co się stało?
— Pomóż mi.
— Ale jak? — W jej sercu nadzieja tańczyła w szaleństwie z bezradnością. — Powiedz mi co mam zrobić?
Cała sytuacja wydawała jej się absurdalna. Jakaś część jej umysłu opierała się temu co właśnie się działo. To niemożliwe. Rozmawia z lustrem. To pewna oznaka czystego szaleństwa. Po prostu absurd! Absurd? — ktoś w jej umyśle zaśmiał się z tego określenia. Absurd to nic innego jak tylko konieczność wyboru pomiędzy tym, co istnieje naprawdę, a tym, w co wierzymy, że naprawdę istnieje.
— Katrin. Musisz tu do mnie przyjść. Wydostać mnie. Sam nie dam rady — metaliczne słowa stały się bardziej rozciągnięte jak odległe chmury na błękitnie czy-stym niebie. Warkliwy dźwięk silnika kosiarki dobiegający zza okien zamilkł raptow-nie.
• • •
Otworzyła oczy. Srebrne kawałki rozbitego lustra leżały na stoliczku i podłodze rozsypane w nieładzie chwili. Rama, która spadła na ziemię, stała teraz przekrzywio-na, oparta jedną krawędzią o nogę stołu. w rozbitych kawałkach srebrzących się na zakurzonej podłodze przemknął jakiś kształt, Katrin dotknęła chłodnej powierzchni:
— Do zobaczenia kochanie — szepnęła prawie bezdźwięcznie jedynie samym ruchem ust.
Z przeciętej tętnicy szyjnej strumień tryskał z coraz słabszą mocą z każdym ude-rzeniem nieświadomego serca, jej życie gasło. Każda sekunda przybliżała ją do nie-uchronnego końca.

Telefon zadzwonił raz, drugi… kolejny. Automatyczna sekretarka odczekała po-słusznie sześć sygnałów, a potem uruchomiła odtwarzanie nagrania:
— Tu Jeff i piękna Katrin La`glessner — Głos Jeff'a zabrzmiał jakby stał tuż obok. — Prosimy tylko o dobre wiadomości. Złych nie odsłuchujemy. — nastąpił długi prze-ciągły sygnał a potem:
— Hmmm, tu inspektor Tusener. Nie lubię gadać do automatu, ale to dość ważne. Znaleźliśmy Jeffa. Jest, jakby to powiedzieć, musi się pani przygotować na to, że Jeff chyba przeżył coś niemiłego, jest, jest w czymś w rodzaju szoku pourazowego. Tak przynajmniej powiedzieli lekarze. Znaleźliśmy go prawie nagiego, błąkającego się tuż przy głównej drodze. Ma raptem kilka zadrapań i jest dość mocno wycieńczony. Trochę schudł. Mi też by się to przydało — zaśmiał się krótko. — Próbowaliśmy coś od niego wyciągnąć, ale powtarzał w kółko tylko jedno: Lustro, nie słuchajcie lustra. Nie słuchajcie lustra. — dziwne prawda? Przecież lustra służą do przeglądania się a nie do słuchania. No, dobra, proszę się ze mną skontaktować jak najszybciej.
Połączenie zostało przerwane…
Oddech Katrin był coraz płytszy. Plamy krwi z zachłanną szybkością zagarniały kolejne centymetry opływając ostre krawędzie rozbitych kawałków. Gasnącym spoj-rzeniem dostrzegła jak jej czerwień przesiąka do srebrzystych skrawków i rozlewa się wewnątrz nich rozpostartymi kłębami jak kropla atramentu wpuszczona do wody. Kolory z wolna blakły, świat szarzał. Zdawało jej się, że któryś z ostrych kawałków lustra drgnął nieznacznie i przesunął się nieco w kierunku drugiego.
• • •
Ciało kobiety zabrano do miejskiej kostnicy. Policyjni analitycy zakończyli swoje czary-mary, — jak zwykł mawiać inspektor Tusener. — zabezpieczając wszelkie ewentualne ślady. w pokoju gdzie znaleziono Katrin zostało ich tylko dwóch; on i Andy Horner — przeraźliwie chudy facet z obyczajówki o twarzy agresywnego zom-bie, nieco zawstydzonego swą fizjonomią.
— Ginie facet — odezwał się nagle Andy. — Nagle i niespodziewanie odnajduje się, a w tym samym dniu jego żona popełnia samobójstwo.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Że jej mąż to wszystko ukartował?
— Tego nie powiedziałem.
— A miałem takie dziwne wrażenie jakbym to od ciebie usłyszał.
— W naszej profesji nie można niczego wykluczyć.
— W naszej profesji istnieje konieczność wykluczania wszystkiego co w konsekwencji doprowadza do rozwiązania sprawy.
— No tak — skwitował krótko Andy. — Nic tu po mnie. Zbieram się. — Skinął gło-wą i wyszedł.
W domu zapanowała cisza. Inspektor spojrzał w stojące przed nim, lustro w srebrnym obramowaniu Odbijała się w nim jego zmęczona i nieco zbyt okrągła twarz o smutnym spojrzeniu. Po latach patrzenia na różne odmiany zła — masz wła-śnie takie spojrzenie. Coś go zaniepokoiło w obrazie, który widniał na gładkiej tafli lustra. Wydawało mu się, że na całej jego powierzchni widnieje siatka drobnych pęk-nięć. Mrugnął powiekami. Raz, drugi Potrząsnął głową i złudzenie znikło.
— Za dużo pracy — sapnął sam do siebie.
Jego uwagę przyciągnęła rama lustra. Pnące się ku górze łodyżki bluszczu z przepięknie i bardzo dokładnie oddanymi przez artystę listkami wyglądały jak świe-żo pomalowane. Odniósł wrażenie jakby ktoś dosłownie tuż przed chwilą pociągnął pędzlem po ich trójkątnych kształtach zapominając o kilku z nich, pozostawiając je osamotnione w barwie srebra. Przesunął dłonią po fantazyjnym ornamencie. Zauwa-żył, że na jednym z jego palców pozostała czerwona barwa. Zmarszczył brwi i roztarł kolor pomiędzy opuszkami. Krew? Zbliżył twarz do bluszczowej ramy i ponownie po-woli i uważnie przeciągnął palcem po liściach. Jeden z nich był wilgotny. Starta krew pozostawiła srebrny ślad, który szybko poczerwieniał, jakby był niszą, do której ktoś wlał płyn. Inspektor patrzył i nie bardzo wiedział co powinien o tym sądzić. w trójkątnym owalu liścia błysnął jakiś zarys, coś na kształt twarzy z długimi blond lokami swobodnie opadającymi na ramiona. Nagle coś w przestrzeni lustra poruszyło się. Inspektor zamarł…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -