Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Przypadek Rebeci

Rafał Pietrzyk

Kobieta szła poboczem pustynnej drogi i powtarzała, że ktoś imieniem John natychmiast potrzebuje pomocy. Słońce stało wysoko, dobijając i tak już spalone krzewy, a ona szła. Z każdym kolejnym krokiem się kołysała, jakby była pijana, jednak w jej organizmie próżno było szukać alkoholu. Gdyby była aktorką nagrywaną właśnie en face, to kamera poza jej pościeraną twarzą zarejestrowałaby także kłęby dymu strzeliście unoszące się w niebo. A gdyby zrobić zbliżenie na owe kłęby, pewnie dałoby się uchwycić i wrak auta. Marki gruchota by raczej nieodgadniono.
Kobieta była jednak bileterką, nie aktorką. A wszelkie z licznych zadrapań (...podobnie jak zalegające w jej kasztanowych włosach drobiny szkła...) nie były efektem pracy speców od charakteryzacji. Były prawdziwe. Podobnie jak krwawa ścieżka, niemal łącząca wędrującą z samochodem.
Wszystko było realne aż za nadto.

-O-

Powstały na skutek wypadku szok zaczął odpuszczać, pozwalając jej na logiczne myślenie. Nie ułożyła jednak w głowie żadnego wniosku, ponad ten, że niebawem się przewróci. A kiedy już to się stanie to...
Proste. Kiedy się przewróci, to nie wstanie.
A zresztą, czy to znowu takie złe? Przecież poza brakiem kokosowego filtru UV, pełną szklanką zmieszanej ze spritem metaxy oraz srebrnego della z czteroprocesorowym serduszkiem w środku, reszta mogłaby być niczym naprawdę niezły relaks. No może jeszcze przydałby się kocyk i jakieś kolorowe pisemko do przeglądania. Cosmo albo Avanti. Ewentualnie nieśmiertelny Times albo The Guardian.
Tak wyposażona mogłaby lec i na środku tej cholernej asfaltówki. Nawet i teraz. W tej chwili.
Zresztą, pewnie nawet długo by nie trwało nim wyciekająca krew zmusiłaby ją do snu, zabierając ten piekielny ból. I to właśnie perspektywa nieczucia wydała jej się tak niezwykle atrakcyjna. To wizja zwolnienia z pracy tego kowala, wszawego typka, tak rytmicznie uderzającego ją młotem w plecy wydała jej się takim zbawiennym posunięciem. Po co się męczyć? Po co przedłużać coś, co nieuchronne?
Przez ostatnie czterdzieści minut jazdy nie minęli nic, co mogłoby ją teraz wyratować. Żadnego motelu czy choćby przydrożnej chaty. Nawet jednej benzynowej stacyjki i zero sklepów. No zupełne odludzie. I to pewnie takie, gdzie na noc zwijają asfalt, by się nie zniszczył.
Można więc usiąść i czekać. Po co iść? Jak będzie coś miało nadjechać, to nadjedzie. Niektórych płotów się po prostu nie da przejść.
I gdy już miała lec na poboczu i odsapnąć (...a w następnej kolejności pewnie zemdleć i umrzeć...) wleciała jej do głowy pewna myśl. I to mocno kontrastująca z poprzednimi.
- Czy ja się powoli poddaję? - rzuciła do samej siebie. Jak gdyby chciała się przekonać czy poza imieniem swego upieczonego narzeczonego pamięta jeszcze jakieś inne słowa. Czy je rozumie. I czy w razie czego umie je głośno wyrazić.
I kolejne pytanie. Być może nawet ważniejsze: Co z drugim kierowcą? Co z tym oszalałym skurwysynem?
Wspomnienie mężczyzny bez reszty ją wkurzyło, ale też ożywiło.
- Nie - syknęła przez zaciśnięte zęby - Nie zdechnę przez tego cholernego świrusa. Nie ma szans.
Bo kierujący czarnym Chryslerem Crossfire nie był do końca normalny. Nie mógł być.
Widziała go tylko przez chwilę. Sekundę, góra dwie. Ale to co ujrzała zapamięta już do końca swoich dni.

-O-

Cała sytuacja wydarzyła się wtedy, kiedy była bezgranicznie zaczytana. W podróży, zwłaszcza tej dłuższej tak nieraz jest, że chwilowo nie ma się o czy rozmawiać. Następuje moment obopólnej apatii. Czy po prostu ma się drugiej osoby serdecznie dość. A kiedy tak się dzieje wyjścia są dwa. Albo się chwilowo wyizolujesz, albo skończy się kłótnią o jakąś bzdurę. A ona nie chciała się kłócić.
A więc się nie pokłócili i nie pokłócą. Przynajmniej w tym świecie już nie.
Ale... po kolei.

-O-

Uniosła twarz z nad Amerykańskich Bogów - Gaimana tylko dlatego, że jej przyszły mąż puścił wiązankę. A poza oglądaniem Doogersów niemal nigdy mu się to nie zdarzało.
Więc kiedy wykrzyczał z siebie pytanie w stylu: "Co ten pojebany ćpun odpierdala" uniosła głowę, dostrzegając pędzące prosto w nich auto.
I wtedy stop. Wszystko się na moment zatrzymało.
Zobaczyła gościa o kędzierzawych włosach wiązanych w kitę i białym jednolitym podkoszulku. Gościa, którego twarz wyglądała, jakby ją coś strasznie poharatało. Albo nie. Nie poharatało, a pogryzło. Czy może jeszcze lepiej - użądliło.
Sam koleś ich w ogóle nie zauważył, zbyt zajęty rozdrapywaniem sobie twarzy na kawałeczki. Do tego machał rękoma, jakby się przed czymś odganiał. Dosłownie niczym pieprzony kubuś puchatek przyłapany przez pszczoły na próbie włamu po miód.
John zaklął ponownie wyrabiając półtoraroczną normę, krzycząc, że ten skurwiel chce ich kosztem popełnić najprawdziwsze samobójstwo. A ponieważ na tym zadupiu nie rosło nawet jedno cholerne drzewo naprawdę mogło tak być.
Tylko, że nie było. Bo jak już zostało nadmienione. ON ICH KURWA NAWET NIE ZDOŁAŁ DOSTRZEC!!!!
I to w sumie tyle się wydarzyło. Tyle się stało. A potem te dwie najdłuższe sekundy w życiu dobiegły końca i jej (...piękną jeszcze wtedy...) buzię zalało szkło. A następnie wszystko się skończyło.
Ktoś jej wyłączył światło na jakiś czas. A gdy je włączył ponownie, wędrowała poboczem drogi, słysząc w tle jak jej luby się smaży. A że nawet podczas letnich wakacji nad bawełniane t-shitry przekładał koszulki z lajkrą, musiał się hajcować doprawdy nieźle.
I to była jej ostatnia myśl przed odpoczynkiem. Światła zgasły ponownie, a ona upadła na ziemię.

-O-

Zbudziła ją szarpanina. Pomyślała, że to dobrze, bo oznacza to, że jeszcze żyje. I zarazem źle, bo to ją coś szarpało.
Otworzyła oczy, wyobrażając sobie, że ujrzy bandę zboczeńców, bandę pustynnych kanibali albo stado kojotów. Zamiast tego drobna dłoń podsunęła jej butelkę mineralnej. Kojoty skreśliła z listy.
Wychyliła kilka niewielkich łyków i dopiero wtedy zdała sobie sprawę jak strasznie jest odwodniona. Przechyliła więc butelkę jeszcze raz i tym razem zatańczyła z nią do końca.
Gdy skończyła butla była gotowa do recyclingu, a ona dyszała jak bałwanek spieprzający przed latem. Dopiero wtedy spojrzała na swego dobrodzieja i...... niespodzianka. Dobrodziej się okazał dobrodziejką.
Nawet będąc świeżo po wypadku i ledwie co po odzyskaniu przytomności musiała przyznać, że nachylająca się nad nią kobieta była od niej ładniejsza. Sama była niczego sobie, ale do tamtej wiele jej brakowało.
No piękne - pomyślała ze złością - Jeszcze Naomi Campbell tu brakowało.
Bo kobitka naprawdę była niezwykła, choć ubierała się jak galerianka z pod wallmartu. Mini sztruksowa spódniczka, kilometr doskonale wypieczonej nogi i biały kozak. A u góry wściekle różowy top. Do tego minimum metr siedemdziesiąt pięć wzrostu i duże zielone oczy. No i rzecz jasna figura. Szczupła jak szyna metra, ale cycki poprawione chirurgicznie. Zresztą pewnie nos też.
- Nie chciałam cię ruszać, bo nie wiedziałam czy nie masz urazu kręgosłupa - rzekła czarnowłosa laleczka, rozwiewając nadzieję na to, że przynajmniej jej głos będzie schrzaniony. Nic z tego. Był dopełnieniem idealnego wyglądu.
- Czy ty mnie słyszysz? - spytała - Jesteś ofiarą tego karambolu tam dalej?
- Tak i tak - odparła - Tylko, że wypadku.
- Słucham?
- Jestem ofiarą wypadku.
Lalka uważniej się jej przyjrzała.
- Tak powiedziałam, nie?
- W zasadzie to... Dobra, nieważne.
- Coś nie tak?
- Noo.. Mówiłaś o karambolu. Dobra, słuchaj, to naprawdę teraz nieistotne.
- No tak - Kobieta wyszła na środek drogi wskazując palcem - O tamten karambol mi chodzi.
- Tak. Ja rozumiem. Tylko, że to był wypadek, a nie karambol. Zresztą przepraszam. Sama nie wiem, po co takie rzeczy teraz mówię.
- A to nie jest to samo?
- No nie. W karambolu uczestniczy więcej aut. Zresztą, przepraszam. To nie ma teraz znaczenia, prawda?
Jej rozmówczyni nie odpowiedziała od razu, jakby coś usilnie rozważała. Rannej przemknęło przez głowę, że lada moment odjedzie. Odwinie się na pięcie i pójdzie w świat, zostawiając ją tu samą na pewną śmierć.
- Nie wiedziałam. Ale z drugiej strony, to tam się teraz jeszcze wszystko dopala. Dużo pogiętej blachy i masa dymu. Równie dobrze mogły tam się zderzyć i cztery fury.
- Zderzyły się tylko dwie - odparła głośniej, niż chciała - Nasza i jakiegoś ocipiałego idioty. Tylko dwie.
- Ok. Rozumiem. Spokojnie. Nie denerwuj się tak. Teraz już wszystko dobrze.
Na to akurat nie odpowiedziała, choć przez chwilę naprawdę bardzo pragnęła. Miała chęć zapytać tamtej, czemu jest ona tego taka pewna? Czy to ona tam straciła ukochanego? Czy słyszała jego błagalne krzyki? Te niemal nieludzkie wycia, podyktowane płomiennym akompaniamentem. Syczenie topiącego się tłuszczu z pod czarnej skóry? Bo jeśli tego wszystkiego nie doznała, a pewne jak amen w pacierzu, że nie, to na jakiej bazie wysnuwa swój chory wniosek? Na jakiej podstawie sądzi, że wszystko będzie w porządku? Co, John nagle stanie nad nią, wręczając jej tego tak mało sprytnie ukrytego dwukaratowca i zapyta czy będzie jego na wieki? Co dalej? Ona się zgodzi. A następnie urodzi mu parkę spalonych dzieci? Tak? Co dalej?
Nie powiedziała jednak ani słowa.
- Halo - doleciał ją zirytowany głos - Co z tym twoim kręgosłupem? Możesz iść?
W odpowiedzi podźwignęła się z ziemi.
- Nieźle. Najważniejsze, że sobie nic nie uszkodziłaś tam z tyłu. Znaczy, że ci nie wyskoczył żaden dysk, czy ten...krąg. Cieszę się, że jest z tobą ok.
- Nie jest ze mną ok - zaoponowała - To, że jakoś się podniosłam z ziemi nic nie oznacza. Jedna jaskółka jeszcze wiosny nie czyni.
- Oj wiem. Tylko ja się za bardzo nie znam na medycynie. W sumie to się na niej nie znam absolutnie. Gdybyś nie mogła wstać, to nie wiem, co mogłabym zrobić. Kurcze. Chyba tylko cię dobić. A tak mogę cię zawieźć do szpitala.
Nie spodobało jej się to "dobić." Wydawało się jakieś takie frywolne i zbytnio rzucone ot tak. A jeśli miało być rozładowującym atmosferę żartem, to chybionym. O całe mile chybionym.
- A nie możesz zadzwonić po pogotowie? - zapytała - Nawet jeśli masz zero na koncie, to się dodzwonisz.
- Chryste, wiem. Za kogo ty mnie uważasz? Myślisz, że nie rozumiem, jak działa świat?
Chciała odpowiedzieć, że ma co do tego wątpliwości, ale przezornie zamilkła, dając top-modelce rozwinąć myśl. W duchu jednak coś jej bardzo zgrzytało. Tylko jeszcze nie do końca wiedziała co.
- Uwierz mi, że gdybym tylko mogła, to sprowadziłabym ci tutaj cały szpitalny personel. I to na sygnale.
- Ale, jak mniemam, nie możesz? - rzuciła, starając się ukryć ironię. Niepotrzebnie. Jej rozmówczyni niczego nie dostrzegła. Rozłożyła za to szeroko ręce. Zupełnie, jakby planowała odlecieć.
- Rozmawiasz z wolną laską, moja droga.
- Czyli co? Wolne laski nie posiadają telefonu.
Tamta pokręciła przecząco głową - Jest mi zbędny - powiedziała z uśmiechem. - Tylko karta kredytowa i mapa. Niczego więcej. Może jeszcze browarek albo trawka. Jak w tym wierszyku.
- Wierszyku?
- Tak. Nie znasz? Opowiem ci.
- Nie wydaje mi się, żeby teraz był na to.....
- Karta, browar, mapa, trawa, i gotowa już wyprawa. Głupi taszczy swe bagaże, ja zaś w słońcu ciało smażę. Głupi jeździ, rezerwuje. A ja życie wciąż smakuje. Prawie nie jem, mało śpię i z chłopcami bzzzzzzzzz.
To ją zaskoczyło. To i ten uśmiech na końcu.
- Jakie bzzzzz? - spytała
- Noooo...normalne. Końcówka jest lekko zboczona.
- Aha. Posłuchaj. Czy mogłabyś mnie zabrać do tego szpitala? Jakoś tak dziwnie kojarzę i obraz mi się trochę rozmazuje. Może i plecy rzeczywiście nie ucierpiały, ale nie wiem jak głowa. Jakieś mroczki mi latają przed oczami. Jakby ćmy.
Coś niezwykle głośnego przecięło niebo i odleciało. Zauważyła tylko trójkątny kształt.
- To czwarty albo piąty od rana - stwierdziła tamta
- Czwarty lub piąty co? Samolot.
- Yhy. Chyba myśliwiec. Albo jakiś inni mig.
- Skąd wiesz? Znasz się na tym?
- Trochę. Wiem, że to nie był dwupłatowiec ani helikopter. Boeing też nie. Więc zapewne myśliwiec albo mig. I tak. Pewnie, że cię podrzucę. Moja bryczka jest tam. Mam tylko jeszcze jedno małe pytanie.
- A nie można by z tym chwilę poczekać? Naprawdę słabo się czuję.
- Można by, można. Tylko, wiesz... Chciałam po prostu wiedzieć, jak masz na imię. Żadnych matematycznych zadań ci nie chcę dać.
- Rebeca - odparła ranna - Czemu twój samochód jest tak daleko?
Lalka się zmieszała.
- Bałam się, że to jakaś podpucha. Tyle powalonych rzeczy się teraz dzieje. Bałam się, że udajesz i będziesz mnie chciała załatwić. To znaczy, ten, kto tu leży.
- Naprawdę? A jeśli taki bym miała plan, to co? W takich butach byś daleko nie uciekła.
- No tak. Ale wtedy jakoś o tym nie pomyślałam. Zresztą, na wszelki wypadek, mam jeszcze to.
Wskazała na leżący na ziemi przedmiot. Trochę przypominał przerośnięty telefon z niebieskiem przyciskiem u spodu i dwiema srebrnymi czułkami na wierzchu.
- Co to jest?
- Paralizator. Odłożyłam, bo nie chciałam cię straszyć. Pomyślałem, że gdy już się ockniesz, to nie bardzo będziesz chciała widzieć takie coś przed oczami. Choć nie przeczę, że gdy się długo nie budziłaś to chciałam na tobie wypróbować małe bzzy bzzy.
Rebece zrobiło się momentalnie ciepło. Idea rażenia nieprzytomnych ludzi prądem nie była specjalnie krzepiąca, ale frywolne o tym opowiadanie było jeszcze gorsze. Zaczęła się zastanawiać czy wspólna podróż będzie dobrym pomysłem.
- Oczywiście bym ustawiła najmniejszą moc - dodała tamta, dostrzegając jej minę - I bym cię dziubnęła najwyżej raz. Tak tylko żeby obudzić.
- Pięknie. A gdybym tak miała wmontowany rozrusznik serca? Mogłabyś mnie zabić tym bzzy, bzzy.
- Jakbyś się nie zbudziła, to i tak byś umarła. Zresztą, nie strzępmy języków. Jedziesz ze mną czy nie?
Dobra jest - pomyślała Rebeca - Gra psychiczną, ale tak naprawdę jest przebiegła. Albo jeszcze lepiej. Jest przebiegłą wariatką.
- Oczywiście, że z tobą jadę - powiedziała
- Pytam, bo minę masz taką, jakbym cię miała zaraz gdzieś poćwiartować i spakować w częściach do bagażnika.
- A co? Też ci to przeszło przez głowę?
Mówiąc to wcale nie siliła się na żartobliwy ton, jednak tamta tak to właśnie odebrała.
- Taaa. Ale niestety mam komplet. Moja laleczka jest za ciasna dla trzech ciał. Jedziemy do tego szpitala czy chcesz obejrzeć mój dowód?
W odpowiedzi Rebeca ruszyła w kierunku auta, dziwiąc się, że kuleje na prawą nogę. Laleczka wolno szła obok.
- A ty jak masz na imię - rzuciła, by przerwać ciszę.
- A uwierzysz, gdy powiem, że jestem twą imienniczką, moja droga?
Czuła, że to kolejna z tych dziwnych gierek więc starała się nie pokazać, że ją to rusza.
- Naprawdę?
- Nie.
- Więc jak ?
- Naprawdę nazywam się śmierć.
Rebeca się zatrzymała.
- Przez ś czy przez ź?
- He-he. Dobre.
- Mówiłam, że jestem zmęczona.
- Słusznie - rzekła lalunia - Mówiłaś.
- Więc jak się nazywasz? - ponowiła pytanie, nie dziwiąc się, że samochodem okazała się być wściekle czerwona Corvetta. Taki model niemal przepowiedziała.
- Veronica - usłyszała cichy głos - Nazywam się Veronica Rebeca Śmierć.
- Ładnie – rzekła otwierając drzwi - Choć jeśli mam być szczera, to nazwisko trochę psuje cały efekt. Ale reszta jak najbardziej ok. Zwłaszcza ta Veronica. Zawsze chciałam takie imię mieć.
Odpowiedział jej uśmiech, który nawet nie próbował udawać, że jest szczery. Odpowiedziała takim samym uśmiechem. Następnie obie wsiadły do samochodu.

-O-

Rebeca Śmierć pasów nie zapinała i nie wymagała tego od towarzyszki. Prowadziła szybko, jak gdyby prawo jazdy miała od wielu lat. Ale to niemożliwe, bo wyglądała na góra dwadzieścia dwa. Rebeca od spalonego auta odezwała się dopiero po dłuższej chwili.
- Z tej strony jechaliśmy - powiedziała - Przez najbliższe czterdzieści minut nic tu nie będzie. Później dopiero jest stacja.
- Czym jechaliście?
- Toyotą Auris.
- Czym?
- Toyotą Auris. Powinnaś ją widzieć, jeśli widziałaś wypadek.
- Widziałam tylko kupę pogiętej stali. Białej zmieszanej z czarną.
- No tak. To nasza była ta biała.
- Aha. Europejczyk?
- Co?
- Wóz. Czy to Europejczyk?
- Nie, no co ty?
Lalka wyciągnęła papierosa. Długiego i szczupłego jak ona sama. Odpaliła go tandetną jednorazówką i mocno się zaciągnęła.
- Amerykanin to raczej też nie jest, nie?
- Naprawdę nie wiesz, skąd pochodzi Toyota?
Rebeca Śmierć pokręciła przecząco swą pustą główką.
- Dla mnie wszystko co się nie rozpędza do setki poniżej ośmiu to grobowóz. Relikwia.
- Relikwia?
- Taa. Taka staroć.
- A nie chodzi ci przypadkiem o relikt?
Zawistne oczy zjechały ją od czubka głowy po noski w jej starych butach.
- Ty to chyba jesteś jakaś nauczycielka, co?
- Nie. Jestem bileterką w kinie Sodoma.
- Pytam, bo gadasz jak kujonka. Ciągle o wszystko się czepiasz. Cały czas coś ci nie pasuje.
- Po prostu relikwia to coś zupełnie innego.
- A co to za różnica?
- Zasadnicza.
- E tam. Wiadomo o co chodzi. To staroć i to.
- Relikwia to termin religijny. Może nią być na przykład część krzyża Świętego. A relikt to...
- Przestań, dobra!
- Słucham?
- Po prostu przestań się mądrzyć i robić ze mnie debilkę. Już wystarczy, że mi się wykrwawiasz na siedzenie. Cały cholerny fotel pójdzie w piach. Zresztą, nie jesteś chyba znowu taka ranna, skoro tak się wykłócasz o duperele.
Najpierw sądziła, że laska tylko żartuje i zaraz wszystko spuentuje jakimś uśmiechem, ale ona wcale nie żartowała. Patrzyła tylko przed siebie zaciskając dłonie na kierownicy z mentolowym szlugiem tkwiącym w kąciku ust. Niezręczna cisza zalała calutki wóz.
- Przepraszam - powiedziała Rebeca od spalonego chłopaka - Ale to się dzieje gdzieś poza mną. Tak...bezwiednie. Możesz mnie tu wysadzić, jeśli chcesz.
Tamta na nią zerknęła zaskoczona.
- Zwariowałaś. Przecież na tym odludziu, to prawie tak, jakbym cię własnoręcznie uśmierciła. Humanitarnej już by było cię udusić. Po prostu...bo ja wiem... Okaż odrobinę wdzięczności, a nie mnie strofuj.
Na dźwięk słowa "udusić" ogarnęło ją podobne uczucie lęku, co wcześniej przy słowie "dobić."
- Przepraszam - powtórzyła cichutko.
- Luzik - odparła tamta, wyrzucając niedopałek za okno - Więc skąd ta Toyota jest w końcu?
- Z Japonii - rzekła Rebeca, czując coraz większe przemęczenie i ogarniającą ją przemożną senność. - Tam powstała. Ale to wielki koncern i produkują ją oczywiście na całym świecie.
Rebeca Śmierć ponownie sięgnęła po paczkę ze szlugami.
- Czyli, jak mówiłam, w Europie - rzekła do samej siebie. Rebeca powypadkowa odwróciła twarz w kierunku szyby.
- Możesz mnie poczęstować papierosem? - zapytała lub tylko jej się to wydawało, bo tamta nic nie odrzekła. Zaraz potem zjawił się po nią sen.

-O-

- Ile spałam? - zapytała, odklejając głowę od bocznej szyby. Odpowiedziała jej uśmiechnięta twarz.
- Co? Aż tak długo? Czy krzyczałam przez sen? Nie pamiętam dokładnie co mi się śniło, ale to nie było raczej nic dobrego. Więc jeśli wygłupiłam się przez jakiś koszmar to trudno. Nic na to nie poradzę.
W odpowiedzi na ten wywód uśmiech się jeszcze poszerzył.
- Ani to, ani to.
- Ale jednak coś. Widzę to w wyrazie twoich oczu.
- Czyżby?
- Tak. Na sto procent.
Kierująca odwróciła od niej wzrok i powróciła do obserwacji drogi. Wyglądało na to, że uważa rozmowę za zakończoną.
- Więc jak? - zapytała ją powypadkowa - Powiesz mi?
- Nie robiłaś nic takiego – odparła tamta - Nie darłaś się ani nic. Zresztą, nawet gdybyś i się wydzierała byłoby to zupełnie naturalne. To całe otarcie się o mnie musiało cię kosztować sporo stresu.
- To co takiego robiłam?
- Nic. Budziłaś się trzy czy cztery razy w pięciominutowych odstępach, pytając czy długo spałaś. Ze dwa razy poprosiłaś o fajkę.
- I co?
- No nic. Po prostu zasypiałaś, nim udawało mi się coś odpowiedzieć. Słodko i niewinnie jak dziecina.
- I to cię tak rozbawiło?
Veronica Śmierć ponownie na nią zerknęła.
- Tak mój kochany głuptasie. Tylko to. Mówiłam przecież, że jestem bardzo pogodna.
Powypadkowa westchnęła pocierając skronie. Malutki odłamek szkła odpadł jej z czoła na bluzkę i tam pozostał. W bocznym lusterku dostrzegła cztery podobne wciąż wbite w twarz.
- Nie pamiętam, ale pewnie mówiłaś - rzekła, usiłując jeden z nich wyciągnąć. Ból był jednak zbyt duży i odpuściła. W gardle ją piekło. A z prawej strony głowy słyszała szum. Jak to się zwykło mawiać? W lewym na zdrowie, a w prawym to na pieniądze?
Nagle poczuła przeogromny żal. Zacisnęła zęby ze wszystkich sił próbując mu się nie poddać. Nie rozkleić przy obcej. Okazywał się jednak coraz silniejszy. Zbyt silny, by z nim zwyciężyć. Pierwsza tłuściutka kropla pokryła twarz. Zacisnęła więc zęby jeszcze mocniej.
- Mówiłam, mówiłam - powiedziała Veronica Śmierć. - Ej. Spokojnie, no. Chcesz tego papierosa?
Skinęła głową. I tamta jej natychmiast odpaliła. Pół roku bez nikotyny poszło w diabły, ale Rebeca niczego nie żałowała. Dym w płucach był po prostu zajebisty. Pomagał. Veronica się do niej uśmiechała, na taki smutno-psi sposób. Potem uderzyła się w czoło otwartą dłonią.
- W schowku powinny być prochy - powiedziała - Takie na wszystko. Pomogą ci na ból głowy. I wiesz co. Do twarzy ci z papierosem.
- Przestań.
- Powaga. Tak...dostojniej. Kojarzysz mi się z dziewczyną Bonda albo jakiegoś detektywa z kryminału. Tak arystokratycznie się zaciągasz. Brakuje jeszcze tylko tego byś miała płaszcz na guziki, a twój kochanek detektyw kapelusz z rondem. No i obowiązkowo za oknem ma padać deszcz.
- Mój kto?
- Twój kochanek. Ten co pracuje nad sprawą twojego męża. Próbuje rozgryźć, kto go zamordował i zaczynacie się do siebie przybliżać. Znaczy, nie od razu. Na początku wydaje ci się chamski, ale potem ta jego gburowatość ci imponuje. Zaczynasz o nim myśleć coraz częściej, aż w końcu nie możesz przestać.
Rebeca pokręciła głową i ponownie się głęboko zaciągnęła - Skąd ty to wszystko bierzesz? - zapytała.
Veronica popukała się w głowę.
I nagle bez widocznego powodu coś jej przestało pasować. Nie wiedziała nawet sama co. Po prostu, coś.
- I jak? Znalazłaś prochy? - wyrwała ją z zamyślenia pani Śmierć - Znalazłaś je?
- Nie szukałam - odparła - Zresztą, nie jest tak źle.
Tamta jednak nie dawała za wygraną.
- Sprawdź w skrytce. Takie niebieskie pudełeczko powinno być. Na etykiecie piszą, żeby brać dwie, ale w twoim stanie to nawet sześć nie zaszkodzi. Sama brałam to wiem.
- Dzięki. Fajka wystarczy.
- Sprawdź!
Rebeca zerknęła ukradkiem, starając się coś wyczytać z twarzy swej towarzyszki. Najchętniej odnaleźć żart. Nic z tego. Rebeca Veronica Śmierć była poważna.
Otworzyła schowek i wśród różnych papierów, zapasowej paczki fajek, przeciwsłonecznych okularów Fischera i (...a to ci niespodzianka...) telefonu, znalazła wspomniane pudełko. Jej wcześniejsze lęki dostały imię. Serce zabiło mocniej. Zesztywniał kark. Wyciągnęła lekarstwo jak najwolniej się da, starając się zyskać na czasie. Nie było łatwo. Pani Śmierć ją pilnie obserwowała.

-O-

Jeśli rodzic nalega żebyś połknęła lekarstwo, a ty nie masz na to najmniejszej ochoty, weź je pod język. Następnie poproś o wodę. A podczas samego popijania głośno gulgocz. Jeśli ojciec lub matka są mocno zajechani po dwóch zmianach w fabryce lub też traktują swoje rodzicielskie obowiązki na odpierdziel taki wymyk ma naprawdę spore szanse Podobnie w domu wariatów, gdzie źle opłacany personel ma wszystko w dupie. I póki oddziela was druciana siatka sra na to czy zażyłaś swoją porcję spokoju na daną noc. Jednak jeśli ktoś siedzi obok, świdrując cię przenikliwym wzrokiem w taki sposób się na pewno nie wywiniesz. I lepiej przestań robić z siebie głupią cipę i udawać. W pewne gry się po prostu nie da grać na okrętkę. Czasem trzeba się wyrażać bez metafor.
- O co chodzi? - zapytała Rebeca - Tak naprawdę? Po co jest to wszystko?
- Takie pytania się stawia Bogu Wszechmogącemu.
- A ja się pytam ciebie. O co w tym chodzi?
Veronice tytułującej siebie mianem Śmierci twarz przeciął wredny uśmieszek. A po nim...kurde. Może to tylko gra świateł chylącego się ku zachodowi słońca czy refleks świetlny wysłany z rozbitej butelki gdzieś przy drodze, ale przez setną sekundy jej prawy profil nie wyglądał już na taki idealny. Przeciwnie. Skóra wydała się szara i pokryta kraterami bruzd. Zupełnie jak w jakimś filmie z rodzaju tych, co to stoją zawsze wysoko na półkach wypożyczalni, aby dzieci przypadkiem po nie nie sięgały. Nie. Nie tych gdzie epatujące wyuzdaną nagością panie wsadzają sobie różne rzeczy do pupy. Tych innych. Tych z krwią, flakami na wierzchu oraz wyciem leśnego wilka w bardzo gwiaździstą noc. Tych z prawdziwego horroru.
Trwało to jednak ledwie ułamek sekundy. Potem minęło. Twarz Śmierci znów była niczym z okładki.
Rozmowa na chwilę ugrzęzła w martwym punkcie i przez jakiś czas obie taksowały się wzrokiem. Rebeca wiedziała, że wszystko się właśnie waży. I albo w jakiś sztuczny, nieszczery sposób zażegnają nieporozumienie nie podejmując rękawic, albo zedrą maski i powiedzą sobie, co i jak. Ona była zdecydowana na to drugie. Ruch jednak był po stronie Pani Śmierć.
- Gdy spałaś znowu przelatywały samoloty. Nie jeden czy dwa, a dwadzieścia. No może nie dwadzieścia, a osiem. Muszą tu gdzieś blisko mieć lotnisko. I to wojskowe.
- Możesz przestać pierdolić?
Śmierć spojrzała spode łba. I znów przez ułamek sekundy inna twarz. Czerń oczu i długie zęby. Pogięta stal i płomienie. Wszystko to poprzedził jeden błysk. Błysk ponowny i wszystko na swoim miejscu.
O pomyłce tym razem nie było mowy. Albo zwariowała, czy po prostu umarła i leży gdzieś tam na drodze, albo właśnie podróżuje z czymś niepojętym. Z czymś, co nieudolnie usiłuje podrabiać słodko-głupawą pannę, a tak naprawdę jest dużo bardziej mądrzejsze. I najprawdopodobniej do szpiku kości złe.
- Nie pierdolę. Naprawdę tyle ich było. A co do ciskania klątw, to też ci z tym jest do twarzy. Choć może nie aż tak bardzo jak z petem.
- W schowku masz telefon. I tak się składa, że do tego nabity aż po ostatnią kreseczkę. Powiedz mi co się dzieje albo wysiadam.
Istota za kółkiem westchnęła.
- Corvetta to cichy samochód. Zwłaszcza na dobrze utrzymanej międzystanowej drodze. Takiej jak ta, po której właśnie suniemy. Nie dość, że rozpędza się dosyć żwawo, to zupełnie nie odczuwa się prędkości. Może ci się wydawać, że się wleczemy, ale my zasuwamy ponad setkę. Gdyby naokoło rosły drzewa, prędkość by była widoczna aż za nadto. A na takim pustkowiu, to cóż... Sama widzisz. Ale naprawdę lecimy niezwykle szybko. Uwierz mi. Jak wysiądziesz podczas takiej prędkości to się zabijesz. Drugiego cudu nie będzie.
- Nawet nie jestem pewna czy jeszcze żyję. Może wszystko już się dawno rozegrało.
Odpowiedzią ponownie był pełny uśmiech. Jednak tym razem bez żadnych wizualnych anomalii. Otworzyła drzwi samochodu i uśmiech zgasł. Na twarzy Śmierci wyraźnie pojawiła się nerwowość.
- Nie pleć – powiedziała zwalniając – Jesteś w cholernym szoku. Chyba nie po to przeszłaś przez tamto piekło, by to wszystko tak bez sensu zaprzepaścić? Zamknij drzwi, dobra?
- Przymknę je, ale ty trzymaj nogę na gazie. Nieważne zakręty. Nie schodź poniżej setki, bo wyskoczę. A coś mi mówi, że nie za bardzo by ci z tym było po drodze. Mylę się?
Samochód ponownie przyspieszył, więc tytułem zawartej ustnej umowy przymknęła drzwi. Przez chwilę się obie badały. Ona bezceremonialnie, a tamta tylko spode łba. Chwilowo uzyskana przewaga w tej chorej grze wlała nieco ożywczego balsamu w jej serce. Robiło się doprawdy coraz dziwniej.
- Dobra – rzekła, pozwalając sobie na ostry ton desperatki, żeby było widoczne iż jest gotowa na wszystko - Powiedz prawdę. Jakakolwiek by nie była wyjaw mi ją. O nic więcej nie proszę.
Śmierć zwiesiła głowę, udając, że koncentruje się na drodze. Rebeca nie dała się zwieść.
- Tytułujesz się śmiercią, a boisz się, że wyskoczę i się zabiję. To mnie ciekawi. To i także wiele innych rzeczy.
- Czyli co? - odparła tamta zrezygnowanym tonem – Co dokładnie chcesz wiedzieć?
- Na początek kim jesteś?
- Mówiłam już.
Rebeca westchnęła. Czuła, że to może się potoczyć w złym kierunku. Teraz jednak było już za późno, by się wycofać. Zresztą, po co? Chowanie głowy w piasek nie okazuje się dobre nawet dla strusi, a co dopiero dla ludzi. A gorzka prawda, to i tak zawsze prawda. Im szybciej poznasz, tym łatwiej będzie z nią żyć.
- Więc nie kłamałaś?
Veronica Rebeca Śmierć machnęła głową.
- Nie. Nigdy tego nie robię. Nie wolno mi. Znaczy...nam.
- Wam?
- Tak. Nam.
- Zawsze mi się wydawało, że Śmierć jest jedna. Że to taki, bo ja wiem....przepotężny byt.
Tym razem uśmiech był aż do bólu szczery.
- Nie wygłupiaj się. Miliony osób umierają codziennie na setki różnych sposobów. Jak można sądzić, że po wszystkie przychodzi jedna kostucha. To naiwne, jak wiara w mikołaja albo wróżkę zębatkę.
- Wybacz – odparła Rebeca, starajac się by jej ton zabrzmiał jak najbardziej ironicznie – ale aż do dzisiaj na takich rzeczach się nie musiałam przesadnie skupiać. Zresztą, nie jesteś wcale dużo mądrzejsza. Zwłaszcza sądząc, że Japonia jest w Europie.
Chciała jak najbardziej śmierci dogryźć. Rozproszyć ją i sprowokować do błędu. Zamiast tego dostała kolejny uśmiech.
- Działam na przestrzeni trzech stanów I tylko wiedza o nich jest mi do szczęścia potrzebna. Zresztą, jeśli komuś już muszę się tłumaczyć, to na pewno nie tobie, moja droga.
- Śmierć się musi tłumaczyć? Ma swego Pana?
- Dziwi cię to?
Samochód chwilowo zwolnił, wchodząc w dość ostry zakręt. Rebeca chwyciła za klamkę. Auto znów przyspieszyło.
- Pewnie, że dziwi – podjęła wcześniejszą myśl – Myślałam, że Śmierć jest na końcu. Jest samym końcem. Czy, jak kto tam woli, jest kropką wieńczącą zdanie. Ostatecznym rozwiązaniem.
- No więc cóż – odparła Pani Kostucha – Nie do końca jest to prawda, moja droga.
Ciągle jeszcze nie dowierzała, że to wszystko dzieje się naprawdę. Niby zmysły działały jak należy, ale jednak. Tyle się przecież słyszy o różnych snach idealnie imitujących rzeczywistość. Może to właśnie jeden z takich i to wszystko jest jedynie jej wymysłem? Może umarła, lub w ogóle się z auta nie wydostała? Może się spaliła razem z nim? Ze swoim Johnem? Może to tak się odbywa wędrówka dusz?
Znowu jej się wydało, że jadą wolniej. Bez namysłu złapała za klamkę, otwierając drzwi jak najszerzej się da. Wychyliła się przy tym niebezpiecznie i przez chwilę wydawało się jej, że wypadnie. Udało jej się jednak opanować.
- Bez numerów, bo wyskoczę. Mówiłam ci. Nie próbuj ze mną pogrywać.
Na twarzy kierującej dostrzegła najprawdziwsze przerażenie.
To dobrze – pomyślała.- Nie wiem czemu, ale ona się naprawdę tego boi. Ale przynajmniej jedną kartę mam na ręku.
Samochód ostro przyspieszył wgniatając ją w tylny fotel. Opór wiatru był na tyle duży, że z trudem przyciągnęła klamkę z powrotem. Jakoś się jednak udało. Trzasnęły drzwi.
- I co? Myślisz, że będziemy tak sobie jeździć w nieskończoność? Nie ma szans. Benzyna się przecież skończy.
- To powiedz mi wszystko uczciwie, a się jakoś na pewno dogadamy. Nie mam do ciebie pretensji, jeśli nie żyję. Po prostu nie znoszę fałszu i zakłamania. Powiedz mi co i jak.
Śmierć zrobiła zrezygnowaną minę.
- Ok. Pytaj. Tylko szybko, bo przy tej prędkości mamy góra dziesięć minut zanim wyskoczymy z mojego trzeciego stanu. A tam moja jurysdykcja się kończy, a zaczyna obszar Czarnego Trzmiela. Jak tam wiedziemy, to będzie po ptakach. I to zarówno dla ciebie co i dla mnie.
- Pierwsze. Czemu chciałaś mnie naszprycować lekami?
- Żebyś usnęła.
- Dlaczego?
- Z dwóch różnorakich powodów.
- Wyjaw je! I jeśli ci zależy tak na czasie, mów od siebie. Bo tak wszystko potrwa jeszcze dłużej.
Tamta ją obadała wzrokiem prowadzonej do rzeźni krowy. Zrezygnowanie i pustka w ogromnych oczach. Czarnych, a nie zielonych.
- Po pierwsze. Mam dość już noszenia tych głupich masek. Pochłaniają bardzo dużo energii. A póki jesteś przytomna nie mogę ci się objawić, bo oszalejesz. Jakbyś była naćpana to co innego. Wszystko byś mogła powziąć za haluny.
Ta odważniejsza jej część kusiła, by kazać tamtej zdjąć maskę. Kostucha by zapewne oponowała, ale małe uchylenie drzwiczek mogłoby zdziałać cuda w tej materii. Uznała jednak, że na zbytkowanie nie ma czasu.
- A drugi powód? - spytała
Śmierć odpowiedziała natychmiast. Jak gdyby wszystko miała wcześniej przygotowane.
- Nieprzytomną łatwiej przewieźć. Nieprzytomna nie zadaje żadnych pytań.
Zadrżała, bo na kolejne pytanie sama już znała odpowiedź. Smutny wzrok śmierci tylko ją w tym utwierdził.
- Z powrotem do auta, tak? Jak jakąś kiełbaskę, która wypadła komuś z rąk podczas grilla. I za nadto się od ognia odturlała? Podnieść, otrzepać z brudu i zanieść z powrotem, tak?
Jej rozmówczyni podniosła ręce w wiadomym geście sugerującym niewinność. Rebeca, na pięknych dotychczas dłoniach Pani Śmierć, dostrzegła plamy. Każdą z nich pokrywała drobna szczecina srebrzysto-miedzianego koloru.
- Nie ja zatwierdzam zgony – rzekła jej rozmówczyni – Od tego są inni. Ja tylko zbieram. Przychodzę. Wszystko ustalam. Czekam. I w końcu zbieram. Dokładnie w tej kolejności. Ale nie podpisuje żadnych papierów. Nie decyduje o tym, kto odejdzie. Od tego, jak mówię, są inni. Co by nie powiedzieć, firma jest duża. Siedem miliardów potencjalnych klientów. Sama wiesz.
Ostatnie dwa zdania miały być prawdopodobnie żartobliwe, ale Rebece nie po drodze było teraz z kawałami. Choć gwoli ścisłości, od płaczu ją dzieliła również daleka droga. Przyjmowała wszystko do wiadomości obojętnie.
- Kto? - zadała pytanie, którego tamta z początku nie zrozumiała - Kto to wszystko ustala?
Pani Śmierć wydawał się mieć opory przed odpowiedzią.
- Kto?!
Ponownie cisza.
- Pytam ostatni raz i wyskakuję. Kto!?
Tym razem odpowiedzią był szept
- Inni. Ci..więksi.. Poważniejsi. Nie mogę o tym rozmawiać.
- Tacy, jak Bóg?
- Powiedzmy. Naprawdę o takich rzeczach nie mogę mówić. I nie zdołasz mnie do tego nijak zmusić. Masz na mnie haka, nie przeczę, ale o pewnych rzeczach ci nie powiem.
- Naprawdę?
- Tak. Wyskoczysz, to mnie zwolnią. A jak ci opowiem za dużo, to mnie zabiją. Proste?
- Zabiją Śmierć?
Z naprzeciwka zaczął się zbliżać samochód. Wojskowy jeep. Nad nimi z głośnym hukiem znów coś przecięło niebo.
- Tak, bo bycie Śmiercią to takie... - zatrzymała się w pół zdania, żeby poszukać właściwych słów. Jeep śmignął obok. Znalazła.
- To takie, jak dobra fucha, rozumiesz. Jak u was praca dla rządu, albo dla prywatnej korporacji. Tylko, że u nas się Posłańcami nie gardzi, jak u was politykami. To splendor i uwielbienie. Coś jak u was bycie piosenkarzem lub aktorem. Albo...O wiem... Piekarzem.
- Piekarzem?
- Tak. Sportowcem, piekarzem.
- Chyba piłkarzem, jeśli już.
Śmierć na nią popatrzyła zaskoczona.
- Jesteś pewna? - spytała
Rebeca skinęła.
Pani Śmierć podrapała się w głowę. Plamy na rękach zdawały się teraz być większe. Włoski dłuższe. Do tego wszystkiego cuchnęło. Z czego Rebeca zdała sobie sprawę dopiero teraz.
- Jeśli masz rację, to ktoś się tu chyba ze mną bardzo brzydko obchodzi. Najpierw ta sprawa z Toyotą, teraz to. Trzeba będzie to później wyprostować i pokazać memu drogiemu przyjacielowi, kto tak naprawdę tu rządzi. Zobaczymy czy jak mu wymrą wszystkie dzieci w piętnaście minut, to dalej mu się tak będzie chciało zabawiać w spiski. A jeśli dobrze pamiętam ma ich całą gromadkę. Siódemkę albo ósemkę. Pieprzony mormon.
Z oddali znów się zaczął do nich zbliżać jakiś wóz. Tym razem dużo większy. Jak transporter.
- Nie rozumiem co chcesz powiedzieć – rzekła Rebeca, zastanawiając się czy może nie zacząć wymachiwać rękami kiedy pojazd będzie już dostatecznie blisko. Porzuciła jednak ten pomysł.
- Po prostu głośno myślę – syknęła kostucha – Nie zdarzyło ci się nigdy nic takiego?
Pojazd okazał się zaledwie pierwszym z całej kawalkady mu podobnych. Czternaście albo piętnaście ciężarówek wypełnionych żołnierzami i ciężkim sprzętem. Z nieba ponownie doleciał warkot odrzutowych silników. Raz za razem. Sześć sztuk.
- Sugerujesz, że ktoś cię robi w konia, tam.... u ciebie.?
Śmierć na nią popatrzyła. Tym razem przez dobrą sekundę jej oczy zionęły bezdenną czernią, a twarz wykrzywiał pokraczny, nie dający się nijak opisać wyraz. Spod wywiniętej górnej wargi na światło dzienne wyjrzały pożółkłe zęby. Każdy jeden inny i inaczej od kolejnego wykręcony. Zupełnie jak młode drzewa po huraganie.
- Teraz, zbierając wszystkie fakty, to jestem tego pewna, moja droga. Ktoś mi tam zamiata koło pióra. I wiem kto.
Tym razem głos był chrapliwy I bulgoczący. Rebeca spojrzała w małe wsteczne lusterko gdzie ostatnia z ciężarówek przekroczyła właśnie linię horyzontu. Pani Śmierć się ewidentnie zagotowała, nie zważając na to, że kiedy się denerwuje trudno jej utrzymać w ukryciu te wszystkie podskórne potworności. Twarz mutowała w najlepsze. Głos także. Corvetta się wypełniła trupim smrodem.
- Bo u nas tak właśnie jest. Dokładnie. Wszędzie tylko przekręty i układziki. Jak na studia dwadzieścia trzy lata chodzić, to nie ma komu. Ale po znajomości to proszę bardzo. Byleby kogoś wygryźć lub zrobić na złość. Zaczynam uważać, że także ta sprawa z tobą, to nie do końca moje niedopatrzenie.
Rebeca odważyła się spojrzeć, ale zaraz tej decyzji pożałowała. Twarz Śmierci była bowiem prawie do góry nogami. Oczy niżej od nosa. Szpiczaste uszy. I przynajmniej cztery otwory gębowe porozsiewane od czoła aż do szyi. Dosłownie pomieszanie z popieprzeniem i poplątaniem.
- Powiedz mi proszę, ile brało udziału aut w tym karambolu? Czy jesteś pewna, że dwa?
Rebeca skinęła głową.
- No to pięknie. Wtedy myślałam, że jesteś po prostu w szoku, ale teraz. Ślicznie. A to skurwiesyny.
- Zaraz dojdzie do tego, że tak w sumie to my w ogóle nie powinniśmy tam zginąć. Że płacimy za jakieś wasze wewnętrzne rozgrywki i brudne gierki.
Pani Śmierć się nieco uspokoiła. Chrapliwy głos się wygładził. A usta znów były jedne. I co ważniejsze, ponownie znajdywały się pod nosem.
- Powinnaś – odparła – Tyle, że nieco inaczej. Miejsce się zgadza, ale ta cała reszta? Cholera. Do tego skończyły mi się fajki. Po prostu cudnie.
- W schowku masz jeszcze paczkę – rzekła Rebeca – Podać?
Kostucha ją staksowała wdzięcznym wzrokiem swych wielkich oczu. Uśmiechnęła się do tego dobrotliwie.
- Dziecino droga, ratujesz mi życie. No...może niezupełnie, ale naprawdę pomagasz. Aż szkoda, że się poznaliśmy w takich okolicznościach. Myślę, że w innych...
Rebeca rzuciła jej paczkę, a potem zupełnie instynktownie wyciągnęła telefon. A następnie udając, że się wierci wsunęła go do tylnej kieszeni swoich zniszczonych rybaczek. A jako, że był to jeden z topowych modeli ultracienkiego smartphona, jakoś poszło. Rebeca Veronica Śmierć nic nie dostrzegła.
- To wszystko przez tą cholerną wojnę – rzekła po chwili, wypuszczając małą czaszeczkę z dymu.- Tyle pieprzonej roboty teraz jest. Zamiast sześćdziesięciu zleceń na tydzień, osiem tysięcy. I weź człowieku bądź mądry i się w tym połap. A to i tak dopiero przecież początek, bo skurwiele się na razie ganiają z karabinami. Ciekawe jak to będzie w przyszły wtorek, jak się do rozgrywki włączą bomby. Albo... Przepraszam – zreflektowała się – Nie powinnam przy tobie tyle mówić. W sensie, wyprzedzać wydarzeń. Jeszcze zwątpisz w wolną wolę czy coś.
- Na to już raczej za późno. O jaką wojnę ci chodzi?
Kostucha zmarkotniała.
- A może ja się do tej roboty najzwyczajniej w świecie nie nadaję. Ciągle za dużo gadam, albo coś chrzanię. Dyplom to jedno, ale praktyka to coś zupełnie innego. Oj zupełnie.
- Więc o jaką wojnę? - ponowiła pytanie - Dobrze nam się rozmawia, nie? Złapałyśmy nic porozumienia i nie marnujmy tego teraz kłótniami.
Nagle Śmierć zesztywniała.
- Wszystko ci powiem, ale zaraz muszę się zatrzymać.
- Nie ma szans.
- Muszę. Posłuchaj mnie. Faktycznie się miło rozmawia. Tak miło, że nie sądziłam iż ze śmiertelnikiem tak się da. Wkręciłyśmy się obie w tę gawędę, ale teraz... Jeśli się nie zatrzymam, za około trzydzieści sekund wiedziemy na terytorium Czarnego Trzmiela. A uwierz mi, obie tego nie chcemy. Opowiem ci wszystko co chcesz, tylko mi uwierz.
Rebeca się zawahała.
- Mamy piętnaście sekund – dodała śmierć.
To mógł być cholerny blef. I pewnie był.
- Dwanaście. Dziesięć.
Pewnie chce wywrzeć na mnie presję.
- Osiem sekund Rebeco! Sześć!
Albo i nie. Wydaje się być autentycznie przerażona.
- Pięć!
Albo udaje.
- Cztery sekundy. Muszę się zatrzymać, bo będzie po nas.
- Dobra – powiedziała Rebeca – Zatrzymaj wóz.
Kostucha momentalnie naparła na hamulec i obie poleciały do przodu. Śmierć uderzyła głową w przednią szybę tworząc w niej siatkę pęknięć. Następnie straciła przytomność. To moja szansa – pomyślała Rebeca.- Teraz albo nigdy.
Chwyciła za klamkę i już miała wyskoczyć, kiedy.... Chryste w niebiosach. Co to? Pająk?
Momentalnie odwróciła wzrok od tej czerni zmieszanej z krwistoczerwonymi odnóżami poczwary, wiedząc, że taka doza okropieństw na jeden raz na pewno odbierze jej rozum. Skuliła się tylko, przyciskając do uszu swe drobne dłonie. Jednak to obłąkańcze bzyczenie wdzierało się do jej głowy mimo wszystko. Poczuła, że zbiera jej się na wymioty. A z kąciku oczu i nosa pociekła krew. Wtedy usłyszała w głowie niedający się z niczym porównać bełkot.
Ciebie nie chcę. Uciekaj.
I wtedy, zupełnie nie mając pojęcia czemu tak naprawdę to robi, przepchnęła się na przód wozu, a następnie wrzuciła wsteczny bieg. Coś załomotało w boczną szybę. A przez wnętrze auta przetoczył się zimny wiatr, który, była tego absolutnie pewna, chciał ją wyciągnąć z samochodu albo zamrozić. W głowie usłyszała wściekły skrzek. I to bzyczenie. Do tego przepotworny smród czegoś, co musiało być zgniłe miliony lat. Tak straszny, że wcześniejsze nieprzyjemne zapachy, wydały się być najznakomitszymi perfumami. Mimo wszystko naparła stopą na pedał i wycofała. Cienie się oddaliły. Jednak wizja pajęczego potwora nie pozwoliła jej się zatrzymać przez długi czas.
Śmierć się ocknęła. Jednak widząc w jakim Rebeca jest stanie nie odezwała się ani jednym słowem. Pozwoliła jej dalej prowadzić. A także poczęstowała papierosem.
I tak jechały na wstecznym, jak w cofającym się filmie. Jak gdyby tylko w ten sposób mogły odwrócić niefortunny bieg zdarzeń. A kiedy w końcu zabrakło w aucie paliwa Veronica pomogła Rebece się pozbierać. Otarła jej z twarzy krew i przytuliła.
I tak siedziały nic do siebie nie mówiąc, a tylko paląc. Wypaliły tak w milczeniu cała paczkę.
Następnie Rebeca spytała czy Śmierć może jej opowiedzieć coś o wojnie. Czy ma chęć. Bez żadnych szantaży czy gróźb. Tak po prostu.
- Pewnie - powiedziała Kostucha - Opowiem ci wszystko, co wiem.

-O-

Wojnę zapoczątkowała Ukraina. Ale nastroje od dawna były napięte i wiele krajów tylko czekało na okazję, by spuścić z pary. Wiadomo, że mały konflikt bardzo ożywczo wpływa na gospodarkę. A ta była ostatnio w stagnacji.
W konflikt od razu zaangażował się nadworny żandarm planety, czyli Stany. A także butna Rosja. I oczywiście pojebana Japonia. Także kilka mniejszych państw Europy.
Śmierć wyjawiła, że wojna nie będzie określana mianem “Światowej,” ale wiele jej do tego nie zabraknie. Zbierze ogromne żniwa. A ludzi ubędzie tak bardzo, że gdy się skończy, to nawet w takiej Polsce, Salwadorze czy na Węgrzech bez problemu będzie można znaleźć dobrą pracę. Do tego jednak czasu świat zaleje najprawdziwsza pożoga.
Czas trwania wojny, to około trzy lata. To akurat informacja ściśle tajna, ale Śmierć wywnioskowała ją z tego, że na taki właśnie okres wstrzymali wszystkim urlopy.
- Jedźcie do Ameryki Środkowej lub do Afryki – dodała na samym końcu – Wiem, jak to brzmi, ale to właśnie tam będzie spokojnie.
Rebece się wydawało, że nie zrozumiała tych dwóch ostatnich zdań.
- Jak to?
- A tak. Tylko tam będzie teraz bezpiecznie. Angola. Congo. Somalia.
- Nie o to chodzi – rzekła jej pasażerka – Chcesz powiedzieć, że co? Że mnie wypuszczasz?
Tamta skinęła.
- Nie ciebie tylko was, moja droga.
- Jak to?
- Normalnie. Wiem jak dziwacznie brzmi uratowanie życia śmierci, ale to prawda. A ja nie lubię niedokończonych spraw.
- Nie będziesz miała kłopotów? - zapytała. Co tamta skwitowała uśmiechem.
- Dziewczyno, trwa teraz wojna. Niejedna kula minie kogoś o włos. I nie jeden rykoszet kogoś zabije. Myślisz, że to wszystko planowane. Nie takie liczby się w archiwach nie zgadzały. A z tego co mi wiadomo, to najbliższy remanent będzie najwcześniej za trzy lata, tak więc luz. Do tego czasu kogoś tam za was wcisnę. I już chyba nawet wiem kto to będzie.
Rebece powypadkowej oczy zalśniły łzami. Objęła Śmierć.
- Tylko bez takich – burknęła Kostucha, nieudolnie udając zagniewaną – Po prostu uciekaj! Idź!
Rebeca otworzyła drzwi gotowa wysiąść, ale Kostucha złapała ją za ramię.
- A tu bonusik od firmy – powiedziała – I jak to się u was mawia. Krzyżyk na szosę, czy coś.
- Krzyżyk na drogę – poprawiła Rebeca. Następnie spojrzała na kartkę – Co to jest?
- Po tej stronie masz wyniki loterii powerballa. Dziesięć sztuk. Same najlepsze kumulacje razem z datami. Skorzystaj jeśli ci zabraknie na kosmetyki.
- A te dziwne słowa po drugiej strony?
- To Aramejski – odpowiedziała Kostucha – W Innym języku się tego nie da sporządzić.
- Co oznaczają?
- To pradawne inkanty przywołujące. W bibliotece kongresu powinnaś znaleźć do nich tłumaczenie.
- A do czego mi to?
Tamta wzruszyła ramieniem.
- Może i do niczego. Ale jak ktoś cię kiedyś mocno wkurwi, to to odczytaj. A ja, albo ktoś ode mnie, załatwi sprawę. A teraz idź, bo robi się coraz zimniej.
Chwilę na siebie popatrzyły w milczeniu. A następnie Rebeca jeszcze raz objęła swą przyjaciółkę. Sekundę potem rozległ się straszny huk. Nawet gołym okiem było widać kłęby dymu strzeliście wznoszące się w niebo.
- Chyba się samolot rozpierniczył – skwitowała Śmierć, dyskretnie wyswobadzając się z objęć.
- Chyba tak.
- I to jeszcze na moim kurde terenie. Jakbym mało roboty miała wokół. No nic, moja maleńka. Służba nie drużba. Czas iść.
- Więc idź – rzekła Rebeca, ocierając oczy – Pędź do tego swojego miga albo myśliwca.
Śmierć odjechała z piskiem opon, zostawiając dwie równoległe linie spalonej gumy. Rebeca jeszcze chwilę patrzyła w dal. Potem poszła przed siebie.

-O-

Obudziła się, słysząc dobrze jej znany męski głos. Głos, do którego w ogóle nie pasowały przekleństwa. Amerykańscy Bogowie spadli jej z kolan na ziemię.
- Widziałaś? - rzucił John – Widziałaś, co ten skurwiel odpierdala. Omal nas cholerny gnój nie staranował. Mówię ci Reb. Dosłownie w ostatniej chwili dałem radę. O mały włos.
Uśmiechnęła się, mówiąc, jakim to doskonałym jest kierowcą. I jak to tylko z nim, tak naprawdę czuje się bezpiecznie. Tak bezpiecznie, że nie bacząc na nic i kiedy tylko zechce może sobie pozwolić na małą drzemkę. Następnie nachyliła się po książkę i ją podniosła. Karteczka od mrocznej Pani tkwiła w środku, niczym najprawdziwsza zakładka.
- Powinniśmy mieć radio – skwitował John – Wiem, że podczas drogi należy zaciskać więzi. I że za wcześnie byśmy się czuli znudzeni, ale... Mimo wszystko uważam, że powinniśmy.
- Przepraszam – odparła, całując go mocno w policzek – Postaram się więcej nie spać.
Pokręcił przecząco głową.
- Skarbie, nie o to chodzi. Samoloty nad nami śmigają jak te wściekłe. Normalnie jeden za drugim. Same wojskowe. Jakby ćwiczenia jakieś mieli, albo co. Chyba coś będzie na rzeczy.
- Tak – odparła Rebeca, starając się nie unosić głosu powyżej szeptu – Najwyraźniej masz rację.
A wtedy on się rozdarł i ją przestraszył.
- Aaaa. Słuchaj. Dziwna historia miała miejsce jak spałaś. No normalnie, nie wiem jak to określić.
- Może po prostu spróbuj.
Obrzucił ją przenikliwym spojrzeniem i chwilę badał.
- Ale obiecaj, że nie będziesz zazdrosna.
Normalnie by powiedziała, że nie może obiecać nie znając przecież historii, a następnie i tak by wymusiła na nim opowieść. Teraz jednak była zbytnio zmęczona. Kiwnęła więc tylko głową. Wystarczyło.
- Więc tak – zaczął – Jak usnęłaś. Znaczy, tak ze dwadzieścia minut po tym, mijaliśmy autostopowiczkę. Kobietę. Ładną, ale bez przesady. Na zewnątrz dobre trzydzieści pięć stopni więc się oczywiście zatrzymałem. Nawet jej drzwi otworzyłem, pytając dokąd. Choć jak się nad tym teraz zastanawiam, to pytanie chyba nie było najmądrzejsze, bo gdziekolwiek by się nie wybierała, to i tak by miała z nami po drodze.
Na chwilę wstrzymał opowieść patrząc na narzeczoną. Jakby tą krótką pauzą miał zamiar spotęgować napięcie. Czy też upewnić się, że rozumie, o co mu chodzi. Ponownie skinęła głową.
- Więc pytam się laski, dokąd? A ona nic. Tylko się patrzy tak dziwnie. Jak psychopatka. Myślę, pewnie ześwirowała od słońca. I już mam zamiar cię budzić, bo wiadomo, takie rzeczy trzeba ustalać razem. A wtedy ona kręci przecząco głową i mówi: Nie
- Tylko, nie?
- Poczekaj! Mówi nie, na początku. I zaraz potem dodaje: Nie budź jej. Nie na was czekam.
By podtrzymać tempo tej historyjki, mogłaby go zapytać na odczepne, jak autostopowiczka wyglądała. Albo, jeszcze lepiej, sama mu ją opisać. Zamiast tego skinęła głową trzeci raz, dając znak, że rozumie. I że ogólnie ją to interesuje. Wznowił opowieść.
- Tak powiedziała. Dokładnie. “Nie budź jej. Nie na was czekam.” Potem tylko poprosiła o butelkę z wodą.
Rebeca nie umiała udawać przejęcia, więc kiedy zapytała Johna czy to już wszystko, wyszło w jej głosie zmęczenie.
- Nie – odparł jej narzeczony – Nie do końca. Z tym, że reszty nie jestem, tak jakby, pewien. Znaczy, prawie jestem, ale...
- Po prostu powiedz.
- No cóż. Wydaje mi się, że usłyszałem pewne słowa. Mogłem się oczywiście przesłyszeć, ale nie sądzę.
- Powiesz mi jakie? - zapytała, układając się wygodniej na fotelu. Wtedy poczuła, że coś ją uwiera w tyłek. Znieruchomiała.
- Usłyszałem, że mam pozdrowić narzeczoną jak się obudzi. Znaczy, ciebie.
- Nie mamy obrączek – rzekła Rebeca wyjmując ze swych rybaczek ultracieniutki przedmiot – Mogła wydedukować.
- Tak. Tylko ona cię nazwała po imieniu – odparł John, wkładając w finał tej opowieści całego siebie. A widząc, że gówno to dało, dodał:
– Powiedziała: Pozdrów Rebecę, jak wstanie.
Ona jednak już go wcale nie słuchała, spoglądając na to co trzyma w dłoniach.

-O-

Był naładowany na dziesięć kresek z dwunastu. Nowy, nieznany jej model. W spisie połączeń odnalazła jedno, oznaczone jako Główny Boss. Odruchowo nacisnęła ikonkę wybierz.
Dłuższą chwilę leciała skoczna melodia. I brakowało tylko bezosobowego przerywnika, mówiącego, że aktualnie wszyscy konsultanci są zajęci. Potem jednak usłyszała donośne HALO.
- Czy rozmawiam z głównym Bossem? - zapytała.
- JAM STWÓRCĄ WSZYSTKIEGO CO ŻYWE – odparł głos – JAM ALFĄ I JAM OMEGĄ
- Tak czy nie? - poprawiła ostrzejszym tonem. Po tamtej stronie linii zaległa głęboka cisza.
- Przy telefonie – dodał ktoś dużo ciszej, najwyraźniej mocno zbity z pantałyku. - W czym mogę pomóc?
- W niczym – odparła Rebeca – Po prostu weźcie się tam trochę ogarnijcie, bo straszny burdel się dzieje. Weźcie się jakoś za to. Wielu niewinnych cierpi, przez waszą zapyziałą biurokrację I tą przecholerną obojętność. To tyle wielki wodzu. Bez odbioru.
Następnie nie czekając na odpowiedź wyrzuciła telefon przez okno i popatrzyła na zaskoczoną twarz przyszłego męża. Ten nic nie powiedział.

-O-

Mormon zaś liczył pieniądze kiedy ósemka jego dzieci słodko spała. I mimo, że to były same największe nominały, był pewny, że na rachowaniu upłynie mu zgoła pół dnia. Nic to. Najzupełniej mu to nie przeszkadzało. A więc je liczył i liczył. Wciąż i wciąż. Nawet wtedy kiedy dzieci się zbudziły.
Liczył je także wtedy, kiedy się ubrały i wyszły na dwór.
Wciąż liczył. Ciągle dodając kolejne sumy do siebie.
Za to nabędzie dom. A za to...? Kurde. Za to kupi po prostu drugi dom. A za to być może jacht.
Szczęśliwie spełniony. Bezgranicznie oddany rachunkom. I pochłonięty.
Wciąż i ciągle od nowa.
Nie przestał nawet na chwilę.
Chociażby po to, by wrzucić coś na ząb. Czy choćby opróżnić pęcherz.
Albo żeby sprawdzić czemu jego trzoda umiera w mękach. A dzieci skaczą do studni.
Nie. Nic z tych rzeczy. Może to zdanie potworek, ale dla niego się liczyło jedynie same liczenie. Jedynie w dodawaniu do siebie kolejnych sum widział sens.
Więc liczył.
A jego pierwsza żona kroiła się na kawałki kuchennym nożem.
Liczył.
A jego druga żona weszła do maszyny mielącej żyto.
Liczył dalej.
A na sznurze do prania wisiały spodnie, skarpetki, pocerowane gatki oraz brat Adam. Brat, co bardzo, ale to bardzo się szamotał. Tak bardzo, że aż większość ciuchów pospadała.
A on liczył.
A jego matka, pomimo swoich przeszło osiemdziesięciu czterech lat jakoś się wdrapała po drabinie na dach i obserwowała teraz stamtąd podwórze, zastanawiając się, w którą stronę najlepiej będzie pofrunąć.
On dodał kolejną sumę.
Ona wybrała płot o stalowych żerdziach. I skoczyła.
Nic to. Najważniejsze ciągle było liczenie.
Więc liczył.
Liczył, a cienie gęstniały.

-O-

Na pobliskiej drodze z piskiem opon ruszył sportowy samochód.
Niewiele o nim wiadomo.
Ani kto go prowadził. Ani jaka była marka auta.
Zdołano ustalić tylko jedno.
...
Był czerwony.



Pietrzyk Rafał
13-10-2013r.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -