Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pomarańczowa amnezja

Radosław Chmiel

W powietrzu było coś dziwnego. Nie rozumiałem tego zupełnie. A może to nie powietrze? Coś jednak było nie tak.

Wpatrywałem się w to pomarańczowe niebo jak zahipnotyzowany. Niby barwa zwykłego zachodu słońca, jednak było w niej coś tajemniczego. Przecież to ciągle było moje miasto, to ciągle był mój Rzeszów, ale coś było nie w porządku.

To niebo.

To dziwne powietrze.

- Niewiarygodne – pomyślałem, spacerując przez główny deptak w centrum miasta – wszak wczoraj, dosłownie 24 godziny temu wszystko było jak najbardziej w porządku. Co się dzieje?

Nie trzeba było być geniuszem, żeby zobaczyć, że coś jest nie tak. Wczoraj to miasto żyło, niebo było czyste tak, jak na letnią porę roku przystało.

Ludzie spacerowali po ulicach, jedni weseli, inni pogrążeni we własnych myślach, jednak wszystko było barwne, jak na pierwsze tygodnie wiosny przystało.

Kwitły kwiaty, drzewa zieleniły się, a na ich gałęziach ptaki ochoczo ogłaszały zmianę pory roku.

Ale to minęło.

Teraz nastała pustka…

Co się, do kurwy nędzy, dzieje?

Na to pytanie nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Jeszcze nie teraz, choć moje myśli krążyły po głowie z prędkością światła.

Przechodziłem obok najsłynniejszego rzeszowskiego pomnika tracąc zupełnie poczucie czasu. Ile już chodziłem? Godzinę? Pięć? A może cały dzień? Nie wiem, straciłem zupełnie rachubę. Czułem się jakby ktoś wykasował część danych z mojego mózgu bezpowrotnie je usuwając.

W głowie pojawiały się kolejne pytania, a ja wciąż nie mogłem znaleźć odpowiedzi, dlaczego to cholerne niebo jest tak wściekle pomarańczowe. I dlaczego moje miasto jest takie opustoszałe?

Atak zombie? Przecież takie rzeczy nie dzieją w rzeczywistości, to nie jest przecież wymysł Hollywood, tylko prawdziwe życie.

Moje życie.

Coś było nie tak. Nie wiedziałem tylko, co.

*****

Musiałem wziąć się w garść. Pomimo uczucia osamotnienia i narastającej paniki po prostu musiałem to zrobić. Czas znaleźć odpowiedzi na moje wątpliwości jak najszybciej. Skierowałem swoje kroki w stronę dworca. Może w końcu tam uda się spotkać jakąś żyjącą istotę, kogoś, kto wytłumaczy mi, co do cholery stało się tutaj, a może przy okazji uda mi się dojść do momentu, w którym straciłem pamięć.

Niepokoiło mnie to, że nic mnie nie bolało. Z reguły przy utracie pamięci ludzie narzekają na okropne bóle głowy, migreny, a w moim przypadku nic takiego nie zaszło. Żadnego bólu, żadnej oznaki uszkodzenia głowy, żadnego zadraśnięcia.

Dziwne.

Tak jak to niebo. Ciągle wyzywająco pomarańczowe.

Ulica prowadząca do dworca była jasno oświetlona. Wydawało mi się, że nadszedł już wieczór, a ta jaskrawa łuna z nieba oświetlała to miejsce niczym za dnia.

Ale wciąż zastanawiał brak jakichkolwiek istot żywych. Nawet lokalne żule zniknęły z zasięgu oczu. Czy ktoś może wytłumaczyć mi, co tu się stało?

Jednego byłem pewien. Zapowiadały się ciężkie chwile i wcale nie napawało mnie to optymizmem.

*****

Przycupnęła na dachu budynku należącego do prywatnej służby zdrowia. Poprawiła kruczoczarne włosy, które zmierzwił jej wiatr i skupiła się na tym, co wokoło. Pomarańczowa łuna doskonale oświetlała okolicę dworca.

Po prawej stronie miała niedokończone centrum handlowe – kolejny wymysł obrzydliwie bogatego miejskiego inwestora, któremu pieniędzy nigdy za wiele – oraz jedne z pierwszych wieżowców postawionych w Rzeszowie, teraz już opuszczone.

Obserwowała go już od dłuższego czasu, odkąd ocknął się w szpitalu. Oczywiście nie ukazała mu się od razu. Czekała na jego pierwsze kroki, bezszelestnie posuwając się zaraz za nim, śledząc go niczym duch.

Była Przeklętym Aniołem, upadłą duszą tego miasta.

Patrzyła na niego. Widziała dokładnie jego strach, zdziwienie, przerażenie całą tą sytuacją. Napawała się jego obawami, chłonęła je niczym spragniona osoba wodę w czasie gorącego dnia.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Uśmiech spowodowany makabryczną myślą, która zrodziła się w jej szatańskim umyśle.

*****

Nie potrafiłem się odnaleźć. Moje własne miasto rodzinne w kilka chwil spowodowało, że zacząłem panikować. Gdziekolwiek się nie odwróciłem, napotykałem przerażającą ciszę. Cała radość życia wyparowała w jednej chwili. Jakby szlag trafił elektrownię atomową. To jednak wykluczałem. Rzeszów nie był zaopatrzony w taki sprzęt, a nawet gdyby, to przecież bym o tym wiedział. Ja, dziennikarz, opanowany, zawsze o wszystkim poinformowany.

Kiedy jeszcze pracowałem na portalu, zawsze miałem zespół gotowych do pracy ludzi, na których mogłem polegać. Był specjalista od zdjęć, technik od przygotowania sprzętu nagrywającego, korektor poprawiający teksty czy piegowaty informatyk, który czuwał nad serwerami. Zgrana ekipa.

Teraz musiałem radzić sobie sam. Po raz pierwszy od dawna.

Futrzasty stworek zwany o przesłodkim imieniu Panika coraz natarczywiej próbował przejąć kontrolę nad moim systemem działania w krytycznych sytuacjach, a ja już resztkami sił starałem się przed nim obronić.

Wolno przemieszczałem się główną ulicą prowadzącą do dworca, zaglądając ostrożnie w każdy zaułek. Mimo tej okropnej ciszy resztki zdrowego rozsądku podpowiadały, że gdzieś może czaić się niebezpieczeństwo.

Na wszelki wypadek uzbroiłem się w leżącą nieopodal rurkę. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać, a metalowa pozostałość po jakieś instalacji dodawała mi pewności siebie.

Zbliżałem się powoli do dworca autobusowego. Miałem do pokonania jeszcze kawałek, by sprawdzić, czy chociaż jeżdżą jakieś pociągi, gdyż po autobusach nie było żadnego śladu. Cały transport wyparował: ani śladu komunikacji miejskiej, podmiejskiej, zamiejskiej – dosłownie nic, łącznie z prywatnymi samochodami.

Coraz bardziej zaczynałem panikować, a moja głowa przypominała pole bitwy. Miliardy myśli wybuchały co po chwila, dręcząc mnie swoją obecnością.

Pomarańczowe niebo nie ustępowało, mimo że - według moich prymitywnych obliczeń - już dawno powinien zapaść wieczór.

*****

Skuliła się w rogu dachu przychodni i czekała na odpowiedni moment, by przedostać się na dworzec. Musiała dotrzeć tam przed nim, pamiętając o tym, by pozostać niezauważoną. Jej czarna szminka odciśnie swój ślad na nim po raz kolejny.

Patrzyła dalej, jak bezlitosny strach oplątywał go z każdą kolejną minutą. Mimo wszystko dalej brnął przed siebie. Próbował znaleźć odpowiedzi.

Nadaremno.

Minął skrzyżowanie dróg i skierował się w stronę dworca kolejowego. Nawet nie pomyślał, by przejść przez parking dla autobusów. Plus dla niej. Miała więcej możliwości na ukrycie się.

Bezszelestnie zeskoczyła z dachu i poprawiła gotycki gorset, który idealnie podkreślał jej szczupłą figurę i uwydatniał pełny biust. Szybko pobiegła w stronę pierwszych przystanków, starając się nie wychylać i jednocześnie mieć go cały czas na oku. Na razie się udawało, nie zorientował się ani przez chwilę o jej obecności. Panika i strach mu na to nie pozwalały.

Miała do pokonania niecałe 500 metrów, by wyjść mu na spotkanie i zakończyć to wszystko raz na zawsze.

Spojrzała raz jeszcze na niego, jak przybliżał się do dworca, do spotkania z Przeznaczeniem. Sprawdziła dla pewności cały ekwipunek i cicho ruszyła biegiem, by się z nim spotkać.

*****

Podświadomie czułem czyjąś obecność, ale to było niemożliwe. Przecież przeszedłem pół miasta i nie stwierdziłem obecności żywej duszy. Moja podświadomość musiała już świrować z tego napięcia. Bałem się coraz bardziej. Po raz pierwszy od dawna przeszywał mnie lodowaty strach. A co, jeśli zostałem tu uwięziony?

A co, jeśli tu zginę?

Strach z każdą sekundą paraliżował moje możliwości racjonalnego myślenia. Zmierzałem w stronę siedziby rzeszowskiego oddziału PKP, lecz nie wiedziałem tak naprawdę, czy jest sens. Spójrzmy prawdzie w oczy: nie spotkałem żadnej żywej ani nawet nieżywej osoby, wszelkie formy transportu wyparowały, więc dlaczego łudziłem się tym, że dworzec kolejowy da mi odpowiedź na to, co tu się dzieje.

Stawiałem pewne, w miarę szybkie kroki ku nicości. W czasie normalności tego miasta okolice dworcowe nie były zbyt bezpieczne, szczególnie wieczorami, ale przynajmniej coś się działo. Teraz niebezpieczeństwem była ta pustka i cisza. Cisza, która powodowała narastającą paranoję w mojej głowie.

Mocniej zacisnąłem dłoń na rurce, jakbym wyczekiwał tego, że mogę zostać zaatakowany. Ale przez kogo? W jaki sposób? To nie miało sensu. Miałem ochotę sam zakończyć te męki i roztrzaskać sobie łeb.

Zdecydowałem inaczej i ta myśl dodała mi otuchy. Sprawdzę, co dzieje się na dworcu i spróbuję poszukać sposobu na wydostanie się z miasta. Może przy odrobinie szczęścia uda się znaleźć choćby drezynę, rower, cokolwiek, co pomoże wydostać mi się z tego miasta-widmo. Miasta, które niegdyś tętniło życiem i które wciąż kochałem.

Tak jak się spodziewałem, na dworcu nie spotkałem żywej duszy. Zegar mieszczący się na odnowionym budynku dworcowym nie pokazywał żadnej godziny, a w środku tablice pokazujące czasy odjazdów i przyjazdów pociągów były puste. Podobnie jak i kasy biletowe. Starałem dostać się do pomieszczeń biurowych, by skorzystać z telefonu, ale nie mogłem otworzyć drzwi. Były zamknięte na cztery spusty.

Wyszedłem z budynku i ruszyłem na perony. Moim oczom ukazał się widok opuszczonych pociągów. Pootwierane drzwi wagonów starały się przekazać mi wiadomość, że pasażerowie opuszczali je w panice, ale nie potrafiłem odczytać nic więcej.

Wsiadłem do opuszczonego pociągu relacji Przemyśl – Szczecin. Przeszukałem wszystkie wagony, jednak nie znalazłem nic, co naprowadziłoby mnie na choćby minimalny ślad do rozwiązania tej mrocznej zagadki. I dlaczego ta cholerna lokomotywa była zamknięta?! Choć z poziomem mojej wiedzy na temat uruchamiania elektrowozów i tak bym jej nie uruchomił…

Wszystko wskazywało na porażkę.

Panika dawała o sobie coraz bardziej znać. Pociłem się ze zdenerwowania, z mojej koszulki można było wycisnąć wiadro śmierdzącej wydzieliny ludzkiego ciała. Dłonie były śliskie, ledwo mogłem utrzymać rurkę, mimo to ściskałem ją z całych sił przygotowany na ewentualny atak.

Opuściłem pociąg i skierowałem się w stronę kładki dla pieszych wiodących nad torami. Popatrzyłem na nią. Kontrast przerdzewiałej i w niektórych miejscach przegniłej konstrukcji na tle wciąż pomarańczowego nieba był przerażający.

Wspiąłem się po schodach i ruszyłem w kierunku magazynów, gdzie spodziewałem się znaleźć ręczną drezynę. Wtem moją uwagę przykuła sylwetka stojąca w oddali kładki, niedaleko zejścia do budynków kolei.

Nareszcie ktoś żywy. Przyśpieszyłem kroku jednocześnie pokrzykując w stronę postaci. Z każdym kolejno pokonywanym metrem widziałem więcej szczegółów.

To była kobieta. Nie widziałem jej twarzy, była odwrócona tyłem. Widziałem jej nienaganną szczupłą figurę, na której leżał idealnie gorset w kolorach czerni i czerwieni. Miała na sobie falującą spódniczkę mini, a na nogach seksowne czarne pończochy. Wyglądała pociągająco i gdyby nie cała ta dziwna sytuacja, z pewnością zaprosiłbym ją na drinka lub dwa.

Odwróciła się do mnie, kiedy byłem niecałe trzy metry od niej.

*****

- Co… Co ty tu robisz? – z niedowierzaniem wyartykułował z siebie nareszcie te słowa.

Gdyby jego oczy mogły wyskoczyć z oczodołów, z pewnością znalazłby się w pobliskiej miejscowości. Z jego twarzy można było wyczytać szok i niedowierzanie. Przecież mieli się już więcej nie spotkać.

Nie po tym, jak ją potraktował. Odrzucił ją bez skrupułów, kiedy powiedziała mu o chorobie. To nie było nic pewnego, wstępne przypuszczenia lekarzy, które się na szczęście nie potwierdziły, jednak on wolał odejść. Zranił ją doszczętnie, a takie, jak ona, nie wybaczają. Nie tym razem.

Uśmiechała się, zanim mu odpowiedziała swoim zmęczonym głosem.

- Przyszłam cię uratować – mówiąc to zbliżyła się do niego tak, że mógł wyczuć zapach jej perfum. Jak zwykle aromatyczny, przesycony erotyzmem i perwersją piżmowy zapach z dodatkiem wanilii.

- Nie bój się, szybko stąd uciekniemy, nawet się nie zorientujesz. Tylko o nic nie pytaj, nie ma czasu na wyjaśnienia.

- Ale co tu się stało? Dlaczego jesteśmy tylko my? I czemu to cholerne niebo wciąż jest pomarańczowe? Wytłumacz mi to!

- Nie ma na to czasu. Zaraz będzie po wszystkim, zaufaj mi.

Widziała, że chłopak bije się z myślami. Był sparaliżowany, jego ciało drżało. Obudziła w nim dawne uczucia, sprawiła, że jakaś cząstka w nim zaczyna jej ufać.

O to jej chodziło.

Podeszła bliżej. On również zrobił krok do przodu. Pragnął jej, chciał ją przytulić, schronić się bezpiecznie i uciec razem z nią.

Ostrze błysnęło tak szybko, że nie miał chwili, by zorientować się, co się dzieje. Nie zdążył nawet krzyknąć, gdy jego gardło zalało się krwią.

Cięcie było wyjątkowo precyzyjne, wzdłuż mostka.

Jego serce jeszcze biło, kiedy trzymała je w dłoni, wciąż się uśmiechając.

*****


- Budzi się. Wygląda na to, że nic mu nie będzie – stwierdził lekarz.

- Jak to się stało?

- Uderzył głową o słupek bramki podczas gry w piłkę i zemdlał. Nie mogliśmy go ocucić – stwierdził niewysoki brunet, który ciągle czuwał przy swoim przyjacielu od momentu, kiedy ten wpadł z impetem w bramkę, ratując swój zespół od utraty gola.

To tylko wypadek.

Podczas piłki.

Wszystko wróciło do normy.

Tylko ten cholerny ból w mostku…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -