Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Mimesis

Kornel Mikołajczyk

W nocy Wojtek znów dorwał się do jej komputera. Czytadełko dla dzieci o przygodach sympatycznej kapibary kończyło się teraz podwójnym morderstwem i liczyło sobie sto pięćdziesiąt stron długości w dużej, przyjaznej czcionce. Ironicznie, wciąż podpisane było jej nazwiskiem.
Z pozdrowieniami dla najmłodszych czytelników, Sylwia Świetlicka. Miłego spaczenia umysłu.
Niewyspany oprawca książek dziecięcych wynurzył się właśnie z kuchni i zobaczył ją przed biurkiem, zgrzytającą zębami nad „poprawionym” manuskryptem. Z dobitnym stuknięciem kasowała każde jego zdanie, w którym pojawiały się krew, wnętrzności, noże kuchenne, siekiery, czy nawet piły mechaniczne. Miał, baran jeden, smykałkę do chorych wizji. Szkoda, że zżynał tylko z horrorów klasy B, a spójnej fabuły nie wypociłby nawet pod groźbą śmierci.
- Mlekołaki się skończyły – oznajmił zawiedzionym głosem, usadawiając się na kanapie z kubkiem porannej kawy i paczką marlboro w dłoni. – Kupię jakieś po drodze z pracy, co? Lubisz cynamonowe?
Sylwia nie dała się nabrać na jego uniki.
- Napisałeś „żołądek” przez „on”, geniuszu – odburknęła znad klawiatury. – Nie tykaj się jak nie umiesz, dobra?
- Liczyłem na autokorektę. – Beztrosko siorbnął swej zwyczajowej, czarnej lury, po czym z namaszczeniem przypalił do niej papierosa. Wydmuchnął w jej kierunku gryzący opar, po czym zapytał: – Ale podobało ci się czy nie?
Sylwia spojrzała na niego spode łba przez szarą mgiełkę.
- Nie czytałam tego, buraku. To miała być „Kapibara Barbara”, książka dla dzieci, a nie „Masakra gryzoni piłą mechaniczną”. Co cię znowu napadło, co? Mówiłam ci, żebyś przestał poprawiać mi teksty po nocach!
- Próbuję cię tylko zainspirować – bronił się Wojtek. – To chyba dobrze, że dbam o twoją wenę. Zresztą, spójrz tylko na to.
Odłożył do popielniczki ćmiącego się papierosa i sięgnął po książki, ustawione dotąd w piramidkę na oparciu kanapy. Sylwia westchnęła. Oczywiście miał już dla niej przygotowaną całą przemowę – jak zawsze, gdy bardzo czegoś chciał. Ot, przyzwyczajenia z pracy w reklamie, silne zwłaszcza teraz, gdy był na urlopie i podświadomie tęsknił za czymś do zrobienia.
- To twoja debiutancka powieść – oznajmił, unosząc ku górze znajomą, ociekającą krwią okładkę – „Patrz na mnie, gdy cię zabijam”. Kryminał, bestseller, pozytywne recenzje, genialna, mordercza bohaterka Diana Mroczek, którą wszyscy kochają. Nie wspominając już o tym, że poznaliśmy się właśnie dzięki tej książce!
- I co z tego? – odparła, męcząc „backspace” na przemian z „delete”. – Chcesz jeszcze jeden autograf?
Zawiesiła dłoń nad klawiszem. Scena rozczłonkowania Ślepej Myszy przez maniakalno-depresyjną Kapibarę Barbarę wydawała się całkiem wciągająca. Szkoda, że nie nadawała się dla dzieci poniżej szóstego roku życia – czy nawet dla tych poniżej osiemnastego, jeśli już o to chodzi.
Usuń. Usuń. Usuń.
- A to twoje drugie… ekhm, dzieło – ciągnął Wojtek zniesmaczonym głosem, podnosząc w dwóch palcach chudy tomik – „Kaczorek Śmaborek”. Cukierkowa historia kaczora, który trafia na biegun południowy i spotyka tam trio przyjaznych pingwinów. Sprzedaż prawie żadna. Recenzje: cztery grzechotki od „Poczytaj mi mamo”. Widzisz już, do czego zmierzam?
- Jak na moje oko: do przeprowadzki – warknęła Sylwia.
Zapisała okrojony z horrorów plik i zatrzasnęła dobitnie laptopa. Wojtek patrzył na nią z wyzwaniem w oczach. W popielniczce dopalał się jego papieros.
Sylwia poprawiła okulary, po czym spojrzała na chłopaka tak poważnie, jak tylko potrafiła. Wojtek zawsze napierał, aż dostał to, czego chciał. Taką już miał naturę: jak taran. To właśnie w ten sposób udało mu się wtedy, po spotkaniu autorskim, wyciągnąć ją na kawę. Naciskał tak długo, aż wreszcie skapitulowała.
Nie nauczył się jeszcze, że nie każdy mur da się przebić głową.
- Tłumaczyłam ci to już setki razy, skarbie. To była jednorazowa rzecz dawno temu, jeszcze na studiach! Naoglądałam się „Dextera”, natchnęło mnie i napisałam krwawy kryminał. Cieszę się, że spodobał się czytelnikom, ale to tyle. Koniec, kropka. Od zawsze chciałam pisać właśnie dla dzieci.
- Ale to?! – Wojtek chwycił garść jej książeczek. – „Tarantula Ula”? „Wrona Ilona”? „Kapibara Barbara”? – Teraz już krzyczał; w głosie miał desperacką nutę. – Ludzie czekają na sequel Diany Mroczek, a nie na te dziecinady o zwierzątkach! Ja czekam na sequel!
Echo jego głosu odbiło się od ścian, zawibrowało w jej bębenkach, zmąciło cały spokój, który zebrała w sobie z takim wysiłkiem. Wewnątrz Sylwii coś pękło. Złożona na biurku dłoń zaczęła jej drżeć.
Rzuciła się po stojący na biurku kaktus jak po koło ratunkowe. Musi popatrzeć na zielone. Zielone uspokaja, zielone koi nerwy, zielone, zielone…
Nie mogła się przecież znowu pogrążyć w tej gniewnej, gęstej czerwieni.
Wojtek poznał po jej ciężkim oddechu, że powiedział zbyt wiele. Chwycił swój kubek i resztkę papierosa, wstał, po czym strategicznie wycofał się w kierunku kuchni.
Przystanął jeszcze w progu.
- Mógłbym ci pomóc, wiesz? – powiedział cicho, nie odwracając się. – Po to mnie masz, Sylwia. Dla inspiracji.
Jego kapcie zaklekotały na kuchennych płytkach. Sylwia rozluźniła uchwyt na doniczce z kaktusem, wolno wypuściła z płuc powietrze. Czerwone kleksy zniknęły sprzed jej oczu jak wywabione jakimś cudownym odplamiaczem rzeczywistości.
Na końcu wskazującego palca pojawiła się jednak kropelka krwi – maleńka, wiśniowa kropeczka od nieumyślnego ukłucia kaktusowym kolcem.
Sylwia uniosła dłoń do światła i roztarła ciepłą krew między palcami.
- Nie masz nawet pojęcia, o co prosisz, kochanie – szepnęła.

*
W pastelowym kąciku księgarni, na miękkich pufach zbierała się już rozwrzeszczana dzieciarnia, ściągnięta tu jakimś pierwotnym instynktem stadnym. Sylwia obserwowała uczynnych inaczej rodziców, którzy posadziwszy swe pociechy na miejscach, zagłębiali się beztrosko między regały; zupełnie jakby fakt, że prowadziła czytanie bajek robił z niej darmową niańkę.
Miała ochotę się na nich wydrzeć. Ochrzanić ich za niedbalstwo. Zaciągnąć ich za kudły z powrotem do ich pociech!
Wiedziała jednak, że to nie na nich tak naprawdę jest zła. To nie oni bezkarnie mieszali się w jej twórczość.
- Może powinnaś im poczytać „Patrz na mnie, gdy cię zabijam”? – podsunęła z uśmiechem Inga, widząc jej nastroszone brwi. – Dostaliby nauczkę, żeby nie zostawiać dzieci samych z nieznajomymi autorkami.
Sylwia odwzajemniła jej uśmiech. Inga zawsze wiedziała, co powiedzieć, żeby poprawić jej humor.
Gdyby mieszkały w Ameryce, Inga byłaby pewnie jej suto opłacaną „agentką literacką”. Tutaj jednak załatwiała po prostu spotkania z czytelnikami i zarządzała wydarzeniami na terenie kraju; po przyjacielsku, za szansę pracy z rozpoznawalną autorką. Zawsze też ubierała się odpowiednio profesjonalnie. Dziś miała na sobie grafitową, biznesową spódniczkę, nieskazitelnie białą jedwabną koszulę oraz wspaniale dopasowany żakiet.
W porównaniu z nią, Sylwia wyglądała dokładnie na to, kim była: na lekko szurniętą pisarkę, która pod postacią wykluczonych ze stada skrzekliwych wron i nadpobudliwych kapibar przemyca do dziecięcych głów swe życiowe idee.
- Może by im się spodobało, co? – mruknęła, poprawiając gryzący sweter. – Niektórzy, zdaje się, o wiele bardziej wolą krew i flaki od mojej „dziecinady o zwierzątkach”.
Przyjaciółka ściągnęła usta.
- Kłopoty w raju, co? A ciocia Inga ostrzegała, żeby nie umawiać się z czytelnikiem.
- To nie to. Nie mówię, że Wojtek nie ma… hm, innych zalet…
- Kontynuuj, proszę – zainteresowała się Inga.
- Po prostu chciałabym, żeby przestał tak na mnie naciskać. To delikatna sprawa. Pamiętasz? Mówiłam ci przecież, w jakich okolicznościach napisałam „Patrz na mnie”.
Sylwia dostrzegła w jej oczach, że nie pamięta. Nic dziwnego. Wszystko, co dotyczyło powieści, a nie miało wartości marketingowej, Inga przechowywała w specjalnym folderze myślowym pod nazwą „Kosz”.
Mimo to uśmiechnęła się pokrzepiająco i poklepała Sylwię po łopatce.
- Oczywiście – skłamała bez mrugnięcia okiem – straszna tragedia. Ale może nie powinnaś go tak surowo oceniać. Może druga część Diany Mroczek to właśnie to, czego ci teraz potrzeba! Chyba nie powiesz mi, że nie zastanawiałaś się nad tym chociaż raz, co?
Ależ tak, zastanawiała się. Ostatnio w snach widywała krew w całym wachlarzu barw: od tej ciemnej, zastarzałej i skrzepniętej aż do jasnej, świeżej i tętniczej. Podświadomość wyświetlała jej pokazy slajdów, prezentując najprzeróżniejsze motywy dla nowej powieści: zdzieranie skóry w stylu língchí, duszenie garotą, wyrywanie zębów, powolne zrywanie paznokci… Diana Mroczek musiała przecież zmienić modus operandi, żeby nie wzbudzać podejrzeń policji. Wszyscy śledczy myśleli, że już dawno ją schwytali. Wystawiła im w końcu idealną podejrzaną w postaci tej…
- Sylwia – syknęła nagle Inga. – Sylwia, zaczynamy!
Zamrugała, pozbywając się sprzed oczu czerwonych plamek. Dzieci obserwowały ją ze swych puf i poduszek: trzydzieści par jasnych, niewinnych ocząt. Chłopczyk w trzecim rzędzie dłubał sobie w nosie, wpatrzony w nią jak w obrazek. Z zaczesanymi na bok włoskami trochę przypominał jej Wojtka.
Odchrząknęła i przywitała się z małymi słuchaczami, po czym prędko sięgnęła po przygotowaną wcześniej książkę. Zaczęła czytać, całkiem bez uczucia, jakoś nie mając ochoty na wydawanie z siebie dodatkowych dźwięków czy śmiesznych głosów:
- W głębi starego lasu, między dwoma spróchniałymi drzewami, na pajęczynie mieszkała Tarantula Ula. Pewnego dnia w lepką sieć Uli zaplątała się bardzo, ale to bardzo głośna mucha…
Ciągnęła opowieść, rozdzialik za rozdzialikiem, przez całą gamę owadów, jakie łapały się w pajęczynę Uli. Okrąglutkie jak słonka twarze dzieci uspokajały ją nieco – przypominały jej, dlaczego zdecydowała się porzucić te brutalne kryminały.
Gdzieś w połowie książki rozluźniła się wreszcie i zaangażowała bardziej w to, co czytała. Nim nadeszło końcowe zdanie, dzieci chichotały już i biły jej brawo pulchnymi rączkami. Spodobało im się chyba, jak udawała ostatnią ofiarę tarantuli: wiecznie naburmuszonego Pana Komara.
- To była Sylwia Świetlicka, dzieciaki. – Inga wspięła się na niewielkie podwyższenie, balansując na wysokich obcasach. – Jeśli macie pytania do pani Sylwii, nie wstydźcie się i podnieście rękę. Niedługo wychodzi jej nowa książeczka, „Kapibara Barbara”! Kto chce wiedzieć, o czym będzie tym razem, co? No kto?
Sylwia napiła się wody dla zwilżenia gardła i zlustrowała wzrokiem widownię. Po długiej chwili ciszy uśmiechnęła się do nich zachęcająco.
Chłopczyk z trzeciego rzędu wstał z miękkiej poduchy, splótł dłonie za plecami i wypalił:
- A wujek to mi powiedział, żebym się zapytał, kiedy pani napisze o Dianie.
Sylwia miała co do tego bardzo złe przeczucia, ale niezrażona zapytała słodkim głosem:
- O Dianie Iguanie, robaczku?
Wyrostek pokręcił głową z poważną miną.
- Nie, proszę pani. O takiej niedobrej Dianie, co robi innym kuku. Wujek mi opowiadał.
Sylwia zacisnęła pięści i uniosła wzrok ku pobliskim regałom.
- Och! – Jedna ze stojących w tyle matek sapnęła z podniecenia. – To pani szykuje kolejną powieść o Dianie Mroczek? Czy wiadomo już coś o fabule? Jaki będzie tytuł?
- Spokojnie, to niepotwierdzone informacje – uspokajała Inga, notując coś zawzięcie na podkładce. – Na razie szykuje się dla państwa dzieci nowa, fantastyczna opowieść o przyjaźni, z sympatyczną kapibarą w roli…
Ale Sylwia nie słuchała wywodu Ingi. Znalazła go wzrokiem, wychylającego się zza regału w dziale kryminałów i sensacji.
Wojtek. Pomachał do niej, wyszczerzony od ucha do ucha, jak gdyby właśnie znalazł pod choinką stos prezentów. Nie rozpoznała jego siostrzeńca tylko dlatego, że widziała go raz i to w przelocie. Ale używać tak swojej rodziny, żeby wywrzeć na niej presję?
Tego już było za wiele.
Zeskoczyła z podium i przemaszerowała między regałami. Z gniewu ledwie widziała na oczy, zupełnie jakby spoglądała przez lewe szkło okularów 3D. Cały jej świat oblekł się w czerwień.
Stanęła naprzeciwko chłopaka, zasapana. Wojtek opierał się nonszalancko o półkę, na której leżało kilka egzemplarzy „Patrz na mnie, gdy cię zabijam” w taniej, paperbackowej oprawie. Uderzył ją w nozdrza zapach tytoniu – tego przeklętego tytoniu, którym potrafił czasem zasmrodził całe mieszkanie. Tylko ją to dodatkowo rozsierdziło.
- Bardzo ładna bajka – skomentował, niewzruszony jej gniewem. – Trochę sadystyczna, nie uważasz? Zupełnie jakbyś podświadomie chciała…
- Mam nadzieję, że naprawiłeś ogrzewanie w dużym pokoju – przerwała mu, powstrzymując się od chęci rzucenia mu w twarz własną książką. – Bo od dzisiaj, buraku, śpisz na kanapie.

*
Podążała za nim wyczekując, aż zadziałają środki nasenne, które rozpuściła w butelce wody. Widziała, jak pociągnął z niej wielki haust gdy tylko wyszedł z siłowni. Zostało już tylko dziesięć, góra dwanaście minut, zanim zaczną mu się plątać nogi, przyjdą nudności, a potem obezwładniająca senność. Dziesięć minut – wystarczająco dużo czasu, żeby dotarł na opustoszały dworzec autobusowy, skąd miała go zaciągnąć do siebie.
A potem będzie już tylko krew. Krew, gdy ponacina mu dłonie, którymi nie chciał jej już dotykać. Krew, gdy rozżarzoną łyżką wydłubie mu gałki oczne, którymi nie chciał już na nią patrzeć. Krew, gdy puści go z rozciętym brzuchem na ulice miasta – lepka, czerwona maź znacząca jego powolną wędrówkę na tamten świat.
Krew, krew, krew…
Sylwia wyrwała się ze snu, z czerwieni w smolistą czerń sypialni. Przysłonięte żaluzje zamykały pokój w kojącym mroku, odcinały go od wszelkiego światła – dokładnie tak, jak lubiła. Resztki snu orbitowały w ciemnościach przed jej oczami: kolejne brutalne wizje, których nadal nie potrafiła wyrugować z głębin umysłu.
Przekręciła się na plecy ze stęknięciem. Zdrętwiałą dłonią wyczuła, że druga połowa łóżka jest zimna jak lód. Wojtek musiał dotrzymać jej warunków i spał na kanapie. Bez niego było jej jakoś samotnie.
Ciekawe, czy chciałby…
- Diana podniosła nad głowę największy nóż, jaki znalazła w kuchni…
Głosy. Sylwia uniosła głowę i zobaczyła przed sobą jasny obrys drzwi. W dużym pokoju paliło się światło. Wyraźny, kobiecy głos powoli artykułował znajome zdania. Jej zdania, wystukane jej dłońmi na jej klawiaturze.
„Patrz na mnie, gdy cię zabijam”.
Porwała okulary z szafki nocnej, wskoczyła w kapcie i szarpnęła za klamkę.
Wojtek siedział na kanapie w szlafroku i z papierosem między zębami. Na szklanym stoliku przed nim leżały kryształowa popielniczka, rozprawiczona paczka cynamonowych Mlekołaków oraz puste opakowanie po audiobooku jej powieści. Z magnetofonu sączył się profesjonalny głos lektorki:
- Wiercił się, przywiązany do kuchennego blatu. Przyłożyła nóż do jego oka i zaczęła wycinać cieniutki płat powieki. Gdy ciepła posoka spłynęła mu po policzku zamarł, bojąc się, że straci oko, jeśli się teraz poruszy… Głupiec, nie wiedział, że to tylko kwestia czasu. Na kuchence właśnie zagotowała się woda, w której Diana odparzała łyżkę.
Sylwia pamiętała. Nie patrzył już na nią tak, jak kiedyś. Dopiero gdy go uśpiła i związała zaczął ją znów zauważać. Cały jego wielki świat zredukował się do jej morderczych oczu…
Ale przecież to była Diana. Diana Mroczek, postać z książki! Nie ona!
- Cześć, kochanie – przywitał ją Wojtek bez śladu zażenowania. – Nie mogłem spać, więc pomyślałem, że posłucham sobie mojej ulubionej książki. – Pochylił się, by zagasić papierosa w przepełnionej po brzegi popielniczce. – Chcesz trochę płatków? Zgłodniałem, więc je otworzyłem.
Drżały jej ręce, palec za palcem w neurotycznych spazmach. Straciła nad nimi kontrolę. Przed jej oczami rozlały się plamki – jak czerwony atrament rozpuszczający się w wodzie.
- To wszystko przez ciebie – wycedziła. – Od jak dawna puszczasz to, kiedy śpię? Myślisz, że zadziała na mnie podprogowo, tak? Hipnopedia? Chcesz, żebym śniła tę makabrę noc po nocy?!
Westchnął, przeczesując palcami kasztanowe włosy.
- Sylwia, przecież to tylko fikcja. Oczywiście, że chciałem, żeby coś w ciebie… sam nie wiem, wsiąknęło. Ale zrozum, ja naprawdę lubię tę książkę! Wszyscy ją lubią! I wszyscy mówią, że marnujesz się, pisząc te bzdety dla dzieci. Czy to aż tak wielka zbrodnia?
Sylwia drgnęła.
Zbrodnia… Dlaczego po prostu nie mogła od niej uciec w krainę cukierkowych zwierzątek? Niewinnych, dwuwymiarowych postaci, które w jakiś niezrozumiały dla niej sposób sprawiały radość tym najmłodszym? Dlaczego ta przeklęta, pogodna tęcza załamywała się w jej głowie w jeden i ten sam kolor?
Wojtek. To wszystko przez niego. Popychał ją i popychał w kierunku przepaści, o której nie miał nawet pojęcia, że istniała.
A teraz, gdy już nie kolebała się na krawędzi jak wańka-wstańka – gdy spadała na łeb na szyję w tą przelaną czerwienią kadź – całe napięcie zniknęło z jej twarzy.
Przykleiła na usta lekki uśmiech.
- Dobrze. Wygrałeś – oznajmiła mu, udając zrezygnowany ton. – Prawda jest taka, że myślałam nad tym już od jakiegoś czasu.
Wojtek zatrzymał grającego w tle audiobooka tak gwałtownie, że z obudowy magnetofonu wyskoczył obluzowany przycisk STOP.
- Naprawdę? – zapytał, rozpromieniony jak nigdy przedtem. – Mówisz… mówisz poważnie, Sylwia?
Podeszła do niego i pogładziła go czule po policzku.
- Tak. Mam jednak mnóstwo pomysłów, które muszę z tobą przedyskutować. Usiądź, usiądź! – Zaśmiała się, kiedy próbował zerwać się na nogi. – Zaparzę nam kawy i wszystko ci opowiem. Dobrze?
Szurając kapciami zniknęła w kuchni. Nastawiła czajnik.
- Wszystko, kochanie? – upewnił się z pokoju Wojtek.
- Tak – obiecała, otwierając szafkę z lekami. – Absolutnie wszystko.

*
Obudził się dwie godziny później, przywiązany do kuchennego blatu.
Tak jak poprzednim razem, poprowadziła więzy przez otwartą szafkę i z drugiej strony przez dziurę w sklejce, tak że szarpnięciom ofiary opierała się cała masa solidnego mebla. Nawet gdyby zdołał obluzować blat z zaczopowanych kołków, wciąż byłby do niego przywiązany jak do ortopedycznych noszy.
Widziała, jak podrywa się jego głowa, a ciało wije się niczym zaskroniec. Zobaczył ją, odkażającą igłę chirurgiczną nad płomieniem kuchenki i otworzył usta do krzyku. Wydobyło się z nich jednak tylko rzężenie.
- Obudziłeś się, śpiochu? – spytała, zagaszając palnik. Podeszła do niego wolno, ze szczerym uśmiechem witając wyraz absolutnego przerażenia na jego chudej, niedogolonej twarzy. – Urlop urlopem, ale nie wolno spać tak długo. Mógłbyś się nigdy nie obudzić.
- Syl… Sylwia? – Znowu poruszył niepewnie ustami; ryba wyjęta z wody tuż przed wypatroszeniem. – Co… co ty robisz? Żartujesz sobie, tak? To taki żart… prawda?
Przysunęła ku sobie wysoki stolik barowy, na którym rozłożyła uprzednio narzędzia. Ostrożnie odłożyła igłę chirurgiczną na miejsce i ujęła rękojeść noża.
- Sam chciałeś mi pomóc, skarbie. Chciałeś dbać o moją wenę, pamiętasz? – Spojrzała wzdłuż głowni, oceniając ostrość. – Cóż, to jest mój proces twórczy. Tak właśnie napisałam ten twój ukochany, krwawy kryminał sprzed lat. W przypływie chwili. Można by nawet powiedzieć, że w afekcie.
Wojtek pokręcił wolno głową. Nie rozumiał. Nadal nie rozumiał, choć zdawało się, że wie tak wiele. Że wręcz tego właśnie chce; że do tego przez cały ten czas dążył!
- Miałam kiedyś chłopaka – zaczęła, wygładzając kwiecisty, kuchenny fartuch, który włożyła, żeby nie zaplamić piżamy. – Jeszcze na studiach. Możesz go znać jako Karola, ukochanego Diany Mroczek, choć nazywał się… Ale to nieważne. Powinno się o nim zapomnieć. – Ścisnęła mocniej nóż. – Zdradzał mnie. Oszukiwał! Wykorzystywał moją miłość, mimo że sam nigdy mnie nie kochał. Więc kiedy przestał już na mnie patrzeć tak, jak dawniej, wyrwałam mu te kaprawe ślepia.
- Wyrwałaś? – Głos mu zadrżał. – Ale przecież ktoś… policja…
- Podstawiłam im idealną podejrzaną. Tę ździrę, którą posuwał na boku. To było o wiele trudniejsze niż rozbebeszenie sukinsyna, ale się opłaciło. Wszyscy myśleli, że przeżyłam wielką stratę – że powinnam to jakoś z siebie wyrzucić. Więc wyrzuciłam w formie fikcji. Zmieniłam to i owo, zatarłam ślady, przeprowadziłam się z pipidówka do wielkiego miasta i wydałam powieść. Sylwia Świetlicka stała się Dianą Mroczek.
Zamrugała. Czerwień przed jej oczami osiągnęła idealne stężenie – teraz, gdy wszystko już sobie przypomniała; gdy odżyły jej dawne, od lat tłumione pragnienia.
Nadszedł czas. Sięgnęła po wygrzebane z szuflady szczypce do mięsa. Turystyczny grill od miesiąca rdzewiał im na balkonie, więc nie mieli jeszcze okazji ich użyć.
Wojtek szarpnął się po raz kolejny, bardziej gniewny niż przestraszony.
- Ale co to ma wspólnego ze mną? Nie zdradziłem cię! Nigdy! Kocham cię, Sylwia! Tylko ciebie, na zawsze, jedyna moja…
- Wiem – odparła ze spokojem, wtykając mu szczypce w półotwarte usta. – Twój problem jest inny.
Zamamrotał coś z chłodnym żelastwem na języku. Pochyliła się nad nim, wprost w niewidoczną aurę zmieszanych ze sobą woni tytoniu i potu.
- Nie potrafisz się zamknąć. Naciskałeś i naciskałeś, aż dopiąłeś swego. Obudziłeś Dianę. – Wyciągnęła mu język na zewnątrz tak daleko, jak się dało. – I teraz przyjdzie ci za to zapłacić.
Podniosła nóż i sprawnym cięciem usunęła drgający, różowy kawał mięsa.
Podobało jej się, jak cięcie noża ucięło też jego krzyk. Ciepła krew bryzgnęła urodzajnie, pompowana przez bijące z przerażeniem serce. Wojtek zakaszlał i zaczął się dławić tą cudowną, jaskrawą fontanną czerwieni.
Nie pozwoliła mu jej wypluć. Sięgnęła po igłę i nić chirurgiczną i zaczęła zszywać mu usta skośnym ściegiem. Dusił się i charczał, gdy z otwartej rany po języku wypływało mu do gardła coraz więcej krwi. Jego krtań wibrowała od jęków jak podbrzusze kota.
- Ćśśś…
Odchyliła mu głowę, by zadławił się szybciej i gładziła po czole tak długo, aż jego stopy poderwały się wreszcie do ostatniego dżigu i opadły ze stuknięciem na blat. Umarł nawet wcześniej, niż się spodziewała.
Jaka szkoda.
Odsunęła się od niego i wytarła dłonie w fartuch. Teraz będzie musiała pozbyć się ciała – wszystkich jego najmniejszych cząstek – i wynaleźć sobie wiarygodne alibi. Najlepsze będzie to najprostsze: z tego, co wiedziała Wojtek był na urlopie i nie widziała go przez cały ten czas. Podejrzewała romans na boku.
Ale wszystko w swoim czasie. Na razie bowiem miała w mieszkaniu swoje dwie ulubione rzeczy: świeżego trupa i błogą ciszę.
Idealne warunki do napisania czegoś na poważnie.

*
Tym razem spotkanie autorskie Sylwii odbywało się w samym centrum księgarni. Specjalnie dla niej oczyszczono to miejsce z przysadzistych regałów „Top 10” i „Polecane”, a w głębi pomieszczenia ustawiono jeszcze więcej krzeseł. Pełna sala czytelników i czytelniczek od ponad dwóch godzin słuchała tego, co miała do powiedzenia. Nic dziwnego. W przeciągu niespełna tygodnia jej druga powieść o Dianie Mroczek – „Zamknij się, gdy cię morduję” – stała się ogólnopolskim bestsellerem.
Skończyła odpowiadać na ostatnie pytanie: o autorytety psychologiczne, na których się wzorowała w kreacji bohaterów. Rozległy się gromkie oklaski. Z przodu podwyższenia znikąd pojawiła się Inga z nieodłączną podkładką do notowania i gestem uciszyła zebranych.
- Dobrze, proszę państwa, obawiam się, że to wszystko, na co mamy dziś czas. – Kątem oka popatrywała na grafik spotkań. – Jeśli, rzecz jasna, chcecie zdążyć z autografami. – Puściła oko do tłumu jako takiego. Ludzie poderwali się z krzeseł jak na zawołanie. – Hola, hola, spokojnie, proszę się ustawić w kolejkę! – przekrzykiwała ich Inga. – Każdy będzie miał szansę podejść do pani Sylwii…
Długi, ścieśniający się wężyk przybyłych wypluł przed siebie pierwszego z czytelników. Sylwia przypatrzyła się mu z zadowoleniem. Oczy miał brązowe jak czekolada, a włosy układały mu się w rozkoszne fale.
- Dla Wiktora.
Podsunął jej swoją kopię książki, strzelając na boki nieco zawstydzonym spojrzeniem. Za wszelką cenę starał się nie spojrzeć jej w dekolt, ale niezbyt mu to wychodziło. Sylwia pomyślała, że wygląda bardzo słodko.
Odchrząknął nerwowo.
- Czy mógłbym się zapytać… może to za wcześnie, ale… Czy planuje pani napisać trzecią część?
Sylwia uśmiechnęła się zalotnie, ściągając na siebie jego spojrzenie.
- W rzeczy samej, Wiktorze – szepnęła konfidencjonalnym szeptem, tak że musiał się ku niej nachylić. Pachniał bardzo ładnie, po męsku; ani śladu papierosowego zaduchu. – Planuję skończyć tę trylogię. I to już całkiem niebawem. A potem… – Rozciągnęła usta. – Kto wie, może i najdzie mnie ochota na kolejną?
Wiktor pokiwał głową, zadowolony. Sylwia podpisała książkę swym drobnym, pajęczym pismem. A potem zapisała pod spodem numer telefonu.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -