Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wypatrując wszechświata

Katarzyna Rożek

Do środka wbiegłem w ostatniej chwili. Tuż przed tym, gdy z małych, beżowych głośników zawieszonych pod sufitem wagonu rozległ się nieprzyjemny, świdrujący dźwięk obwieszczający zamknięcie drzwi. Wziąłem głęboki wdech, strzepałem z rękawów kurtki srebrzyste drobinki śniegu i powiodłem wzrokiem po otoczeniu. Przedział, w którym się znalazłem był prawie pusty. Na lewo od wejścia, oparty o białą ścianę, spał jasnowłosy chłopak ze słuchawkami na uszach. Kilka miejsc od niego siedzieli trzej roześmiani faceci w średnim wieku o policzkach i nosach tak czerwonych, że oczywistym było, iż przyczyną ich wesołości jest nic innego jak spożycie sporej ilości alkoholu. Jeden z nich nieustanie zezował w stronę wytwornej kobiety z uroczą, wesołą dziewczynką na kolanach. Jego oczy, zamglone i szkliste, łypały to na dziecko, to na jego opiekunkę, a czerwony, nieco przydługawy język, prawie bez przerwy jeździł po spierzchniętych wargach. Było w tym zachowaniu coś ohydnego i oślizgłego, niczym szlam pokrywający głazy obmywane przez mętne, jeziorne wody. Odwróciłem się i powędrowałem w prawo, w stronę miejsca obok kobiety z dziewczynką. Było w tej dwójce coś, co budziło we mnie pozytywne skojarzenia i topiło lód, który od kilku dni rozrastał się w mym sercu. Poczułem jak kąciki moich ust mimowolnie się podnoszą. Rozpiąłem kurtkę i usiadłem obok nich. Gdy tylko wyjąłem z kieszeni spodni komórkę i rzuciłem okiem na zapatrzoną w ekran kobietę, dziewczynka złapała moje spojrzenie i wyszczerzyła zęby w szerokim, acz szczerbatym uśmiechu. Po chwili jednak wszelka figlarność zniknęła, zastąpiona dziecięcym wyrazem skupienia i zadumy. Duże, brązowe oczy zwęziły się, małe usteczka wydęły się, a pucołowate policzki nakrapiane piegami lekko się zaróżowiły. Mała machnęła w powietrzu krótkimi, szczupłymi nóżkami w bordowych rajstopkach i wskazała paluszkiem na moje usta.
- Co to?
Nie do końca pewien o co jej chodzi, dotknąłem warg opuszkami palców. Chłodny metal natychmiast mnie otrzeźwił i przypomniał o nieustannie odkładanej na niedookreśloną przyszłość wizycie u dentysty.
- Kolczyk - rzuciłem a kiedy oczy małej powiększyły się do wielkości spodków do filiżanek, pochyliłem się nad nią. – Jednak nie taki jak masz ty, czy miliony innych dziewczynek, ale taki specjalny, dla twardych, niebojących się bólu osób - dodałem tajemniczym, konspiracyjnym głosem.
Mała fiknęła nóżkami, skrzyżowała ręce na piersi, po czym powiedziała coś, co prawdopodobnie miało brzmieć jak poważne: „Też jestem twarda!”, a co z powodu braku kilku mlecznych zębów, zabrzmiało jak zabawne: „Tesjestefarda!”
Już miałem odpowiedzieć, gdy kobieta, z którą jechała mała, oderwała wzrok od reklamy wyświetlanej na monitorze i spojrzała w naszą stronę.
- Kochanie, nie męcz pana – powiedziała spokojnym głosem i pogłaskała dziecko po głowie. Jeszcze kilka stacji i wysiadamy. Kupię ci ten batonik, który chciałaś. Co ty na to? Hmm? I może tę lalkę, którą widziałyśmy w kiosku? Ładna była, prawda? – Kiedy mała wyszczerzyła ząbki i kiwnęła główką, mówiąc: „Prawda, mamo!”, kobieta uśmiechnęła się do mnie przepraszająco. – Bardzo pana przepraszam. Melanie bywa naprawdę absorbująca. Ja nauczyłam się to ignorować w krytycznych momentach machnęła głową w stronę ekranu – ale zapominam, że nie wszyscy muszą mieć opanowaną tę technikę.
Technikę? Technikę olewania dziecka i kupowania go dobrami materialnymi? Poczułem niesmak, który szybko zamaskowałem pełnym zrozumienia uśmiechem.
- Proszę się nie przejmować. Mała wcale mnie nie męczy. Wręcz przeciwnie.
Kobieta kiwnęła głową na znak, że rozumie, jeszcze raz się uśmiechnęła, po czym powróciła do swojej „techniki” – wpatrywania się w ekran z reklamami.
Oparłem głowę o ścianę i zamknąłem oczy. Z głośników dobył się krótki sygnał obwieszczający, że zajechaliśmy na stację Prince Street. Usłyszałem dźwięk rozsuwanych drzwi a następnie tupot kilku par butów i głośny śmiech jakiejś dziewczyny.
Melanie musiała zacząć się wiercić, bo co kilka sekund dostawałem w biodro dość mocnego jak na tak małą dziewczynkę kuksańca. Nie otwierając oczu, przesunąłem się trochę w prawo i policzyłem liczbę stacji, która została mi do pokonania. Trzynaście. Pechowa liczba. Nie zrozumcie mnie źle – nie należę do ludzi zabobonnych, czy też do nigdy niewidzących światła pesymistów – nic z tych rzeczy. Metro jest po prostu miejscem, które negatywnie mnie nastraja. Nie lubię go i mam ku temu wszelkie powody.
Jedenaście lat temu, gdy byłem zaledwie ośmioletnim smarkaczem, miałem wypadek. Spadłem na tory w metrze. Dzięki szybkiej reakcji jednego z mężczyzn, który natychmiast rzucił się na ratunek, nie stało mi się nic poza skręceniem nadgarstka. Lekarz, który mnie później badał, oznajmił, że miałem naprawdę dużo szczęścia. Jak mówił, spotkał się w swej pracy z wieloma pacjentami, dla których los nie był tak wspaniałomyślny jak dla mnie. Doktor Sears nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, co kilka dni po jego badaniu stwierdził prowadzący ze mną wywiad psycholog – moje zdrowie psychiczne było w strzępach. Koszmary, które zaczęły mnie dręczyć zaraz po wypadku, sprawiały, że noc w noc budziłem się zlany potem, z krzykiem na ustach. W każdym z moich okrutnych snów pojawiał się jeden stały motyw – przerażająca, niewidzialna siła, która okrężnymi ruchami ciągnie mnie ku falującym torom w metrze. Mojego samopoczucia nie poprawiali rodzice, którzy choć starali się ze wszystkich sił mnie wspierać, co i raz niechcący poruszali dotkliwy temat. Dopiero terapia, na którą zacząłem regularnie uczęszczać, pomogła mi ujarzmić dręczący mnie strach i pozwoliła na powrót do normalnego życia - w tym jazdy metrem. Dzięki niej spokój zyskałem zresztą nie tylko ja, ale również moi rodzice, którzy w końcu zawarli „zmowę milczenia” i tym samym nauczyli się nie wywoływać demonów przeszłości.
Skrzyżowałem dłonie na brzuchu, wciągnąłem w płuca powietrze i zakasłałem, bo właśnie w tamtym momencie to poczułem – słodkawy, metaliczny zapach krwi wymieszany z czymś, czego nie potrafiłem rozpoznać. Gęste od smrodu powietrze, które nagle wypełniło moje pęcherzyki płucne, dotarło również do nosa, powodując nagłą falę mdłości. Otworzyłem oczy i rozejrzałem się naokoło, szukając dowodu na to, że nie zwariowałem, że nie tylko ja czuję mdlącą, nieprzyjemną woń jakże podobną do zapachu krwi. Niestety nikt – Melanie, jej mama, czy też inni pasażerowie – w żadnym stopniu nie wyglądał na poruszonego bądź zniesmaczonego. Nigdzie również nie dostrzegłem nic, co mogłoby być źródłem tak okropnego zapachu.
Atak paniki, który spadł na mnie niczym grom z jasnego nieba, wbił mnie w twarde siedzenie. Oblizałem wargi i natychmiast się skrzywiłem, bo słodkawy, metaliczny zapach przywarł do nich niczym kurz do mokrej powierzchni. Mdłości wróciły. Do gardła podeszła mi piekąca, nieprzyjemna gula, prawdopodobnie mój ostatni posiłek, sałatka, którą zjadłem w biegu między dwoma wykładami, i poczułem nagłą, palącą potrzebę pozbycia się jej. Przełknąłem ślinę, usiłując poskromić nieposłuszną treść żołądkową i zepchnąć ją tam, gdzie jej miejsce. Udało się – po kilku głośnych burknięciach żołądek się uspokoił i spasował.
Odchyliłem do tyłu głowę i wziąłem kilka płytkich wdechów, starając się napełnić płuca ilością powietrza na tyle dużą, by wystarczyła do funkcjonowania i spowolnienia pędzącego serca, ale na tyle małą, aby nie zwymiotować od okropnej woni.
Uśmiechnąłem się krzywo do Melanie, która od kilku sekund z dziecięcą ciekawością przyglądała się mojej zapewne bladej teraz twarzy i zamarłem, gdy w mojej głowie znienacka rozległy się dochodzące jakby z oddali, przytłumione dźwięki. Brzmiały one jak mieszanina różnych głosów – głosów pełnych złorzeczeń, przekleństw i bólu, ale także głosów radosnych i przepełnionych śmiechem. Wszystkie słowa wirujące w mojej głowie układały się w dziwne, całkowicie irracjonalne zdania poprzetykane odgłosami łkania i dziecięcego kwilenia.
Moje serce ponownie zerwało się do galopu. Przyłapałem się na tym, że zamglonym wzrokiem wpatruję się w szybę pociągu i szeroko otwartymi ustami usiłuję złapać powietrze przepełnione metalicznym zapachem. Kakofonia dźwięków zaczęła narastać, coraz bardziej zbliżając się swą intensywnością do progu bólu. Gdy wszystkie głosy w końcu zlały się w jeden dźwięk, moje uszy wypełnił przeciągły pisk, który po kilkunastu sekundach bombardowania mojej błony bębenkowej, raptem zniknął.
Zamrugałem i trzęsącą się dłonią dotknąłem najpierw lewego a potem prawego ucha. Co się ze mną, do cholery, dzieje? Muszę się stąd wydostać! Wstałem i natychmiast usiadłem, bo to co się wydarzyło, gdy tylko się podniosłem, sprawiło, że moja wiara we własne zdrowie psychiczne runęła. Drzwi jadącego pociągu rozsunęły się, wydając przy tym dziwny głośny dźwięk przypominający szczękanie łańcuchów, i ukazały nieprzenikniony mrok, który nie miał nic wspólnego z widzianą zazwyczaj przez szyby mknącego metra ciemnością. Zacisnąłem ręce na krawędzi siedzenia i szybko omiotłem wzrokiem cały wagon. Nic – żadnej reakcji, żadnego zdziwienia.
Zamknąłem powieki, modląc się w duchu, by koszmar minął i kiedy je otworzyłem, serce podeszło mi do gardła. Ze znajdującego się naprzeciwko mnie siedzenia, które jeszcze przed chwilą było puste, patrzyła na mnie niemająca w sobie nic ludzkiego twarz. Biała jak alabaster, podłużna, o delikatnych, ale lekko wyostrzonych, szlachetnych rysach i sinych, wąskich ustach. Jednak to nie odcień cery czy siność warg nadawały jej całkowicie nieludzkiego wyglądu, lecz wielkie, zamglone oczy otoczone firaną długich, czarnych rzęs kontrastujących z bladością skóry. Były jak oczy lalki – nie spoglądały na nic konkretnego, lecz widziały wszystko. Tęczówki - u normalnego człowieka okrągłe i jednokolorowe – u siedzącej naprzeciw mnie postaci – podłużne, zajmujące całą powierzchnię gałki ocznej i nieposiadające konkretnej barwy. Przypominały pulsującą, kłębiącą się mieszaninę ciemnych chmur pozszywaną błyskami zachodzącego słońca. Zupełnie jakbym patrzył w tajemne oczy wszechświata odbijające przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Piękne, lecz przerażające.
Istota przekrzywiła głowę. Czarne, proste włosy sięgające pasa poruszyły się i dopiero wtedy spostrzegłem, że ma na sobie ciemną szatę o szerokich, postrzępionych rękawach. Była tak długa, że układała się fałdami na podłodze. W miejscu, w którym spoczywała, utworzyła się spora, bordowa plama o smolistej konsystencji. Krew? Gdy uniosłem wzrok, na ustach istoty zobaczyłem lekki, prawie niedostrzegalny uśmiech, który nadawał jej twarzy niemal ludzkiego wyglądu. Zadrżałem. To niemożliwe! Po prostu niemożliwe! Przecież to, co się właśnie dzieje na moich oczach, nie ma żadnego realnego wytłumaczenia!
Istota uniosła dłoń. Czarne paznokcie zadrapały gładką, białą powierzchnię klatki piersiowej, która wystawała z dużego rozcięcia w szacie. Dopiero teraz do mej świadomości dotarło, że postać, która mnie obserwuje, jest mężczyzną.
- K-kim…? – zacząłem szeptem pytanie, ale głos uwiązł mi w gardle.
Szyja mężczyzny wygięła się, nie wydając przy tym żadnego chrupnięcia, i jego głowa utworzyła nienaturalny kąt z resztą ciała.
Moje serce wierzgnęło i przez ułamek sekundy zrobiło mi się ciemno przed oczami. Zaczął mnie zalewać zimny pot. Niemal czułem jego słonawy zapach wymieszany z metaliczną wonią krwi nadal wiszącą w powietrzu. Spanikowany, rozejrzałem się wokoło.
- Wszystko w porządku? Blado pan wygląda. – Mama Melanie oderwała wzrok od ekranu i spojrzała na mnie z niepokojem.
Przełknąłem ślinę i skinąłem głową. Co miałem powiedzieć? Że słyszę, czuję i widzę rzeczy, których zdrowy na rozumie człowiek nie powinien doświadczać swoimi zmysłami?
- Oni nie wiedzą. Są ślepi. – Głos, który nagle rozległ się w mojej głowie, był niski i wydawał się pochodzić z głębin mojej świadomości.
Powoli odwróciłem się w stronę zmory siedzącej naprzeciwko mnie.
- Ty też czasem patrzysz, ale nie widzisz. - Choć mężczyzna nie poruszał ustami, dałbym sobie odciąć rękę, że to właśnie jego słowa wibrowały w moim umyśle.
Pokręciłem głową, chcąc zaprzeczyć wszystkiemu, co się działo, odpędzić wszystko, co złe i nienormalne.
- Uważaj, bo będziesz zgubiony. – Głęboki głos rezonował w mojej czaszce.
Oczy wszechświata wpatrywały się we mnie, przyprawiając mnie o zawroty głowy. Niech to się wreszcie skończy! Niestety – najgorsze miało dopiero nastąpić.
Wargi mężczyzny wygięły się w lekkim uśmiechu, który stopniowo zaczął się poszerzać, by w końcu, ku memu przerażeniu, urosnąć do nienaturalnych rozmiarów grymasu. Wciągnąłem w płuca powietrze, gdy jasna skóra tuż przy kącikach ust zmory zaczęła pękać. Po bladej brodzie spłynęły dwie strugi ciemnej krwi. Z przerażeniem obserwowałem jak staczają się po gładkiej skórze i nikną w rozcięciu szaty.
Nagle, tuż przy moim lewym uchu, rozległ się głośny trzask przypominający odgłos pękającego materiału. Podniosłem wzrok. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się policzki mężczyzny, ziały dwie, szerokie rany odsłaniające dziąsła i zakrwawione zęby.
Zachłysnąłem się powietrzem, zerwałem się na równe nogi i nie zważając na zdziwione spojrzenia innych pasażerów, rzuciłem się do rozsuwanych drzwi. Gdy kilka sekund później pociąg się zatrzymał, wybiegłem na stację i ani razu nie oglądając się za siebie, popędziłem ku wyjściu z metra.
To, czego doświadczyłem tamtego dnia, miało na zawsze wryć się w moją pamięć.
***
Ciepłe promienie słońca przebijające się przez szarą pokrywę chmur zwiastowały rychłą poprawę pogody. Śnieg, który jeszcze niedawno zalegał na trawnikach, roztopił się i odsłonił niewielkie, podłużne pasma stwardniałego lodu nietkniętego jeszcze przez stosunkowo niską temperaturę.
Rześkie, wilgotne powietrze zdążyło postawić mnie na nogi. Przeczesałem dłonią niesforne włosy i wsadziłem ręce w kieszenie kurtki. Ruszyłem przed siebie i zanim się zorientowałem, moje nogi poniosły mnie w kierunku 72 Ulicy. Zatrzymałem się na rogu i wbiłem wzrok w stare wejście do metra. Moje serce odruchowo zaczęło szybciej bić. Westchnąłem i pokręciłem głową. Wiedziałem, że minie jeszcze sporo czasu, nim ponownie przezwyciężę swoje lęki i odważę się przejechać podziemną koleją. Cóż, tak przynajmniej mówił mój terapeuta.
Uśmiechnąłem się do rozradowanej pary, która właśnie mnie minęła i zacząłem iść w stronę skrzyżowania. Życie toczy się dalej. Z lękami, czy bez, trzeba przeć do przodu.
Spojrzałem w lewo a potem w prawo i wszedłem na przejście dla pieszych. Przeczucie, że za chwilę wydarzy się coś złego pojawiło się w momencie, gdy dotarłem do połowy pasów. Moja głowa, kierowana chyba jakąś niewidzialną siłą, w ułamku sekundy obróciła się w prawo. Przed oczami błysnęła mi biała maska samochodu i po chwili usłyszałem głośny pisk zdzieranych hamulców. Moje ciało automatycznie, bez udziału jakiejkolwiek myśli, odskoczyło do tyłu i upadłem na ziemię. Tuż przed nosem mignęły mi lśniące srebrem felgi i niebieski napis naklejony na drzwiach auta: „Z nami bezpiecznie dojedziesz do celu”. Najwyraźniej los postanowił śmiać mi się w twarz.
Siedząc na ziemi, uświadomiłem sobie, że cały ruch na skrzyżowaniu się zatrzymał. Kierowcy powychodzili z samochodów i z wyrazem szoku wymalowanym na twarzach spoglądali to na mnie, to na białą furgonetkę, która stała teraz w poprzek ulicy. W końcu część z nich podbiegła do vana, a część do mnie.
- Nic panu nie jest? – spytał niski mężczyzna o krótko przystrzyżonych włosach. Gdy pokręciłem głową, nie mogąc wydobyć z siebie żadnych słów, wyciągnął do mnie dłoń. Skorzystałem z pomocy i podniosłem się z ziemi. – Wyleciał zza zakrętu jak szalony! Co za idiota! – prychnął. – W pierwszym momencie nawet go nie zauważyłem! Jakim cudem tak szybko pan uskoczył?
- Nie wiem – powiedziałem cichym głosem. Suszyło mnie w gardle. – Odruch.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko i spojrzał na stojącą obok niego kobietę, która patrzyła na mnie zaniepokojonym wzrokiem.
- Cóż, jedno jest pewne – ma pan refleks, którego pozazdrościłby sam Superman – zaśmiał się, lecz po chwili ucichł, najwyraźniej przypominając sobie o powadze sytuacji, w której się znalazł.
- Na to wychodzi – odpowiedziałem. Myślami byłem już gdzie indziej.
Spojrzałem na białą furgonetkę i grupkę kłębiących się wokół niej ludzi, po czym powiodłem wzrokiem po chodniku po drugiej stronie ulicy. Na prawo od wejścia do metra stała wysoka postać. Jej długa szata i czarne włosy powiewały na wietrze. Nadchodziła wiosna.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -