Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pomrok, odc. 1

Dariusz Kick

WSTĘP

Bytom ledwie zamajaczył w szarym zimowym brzasku, kiedy potężne tąpnięcie zatrzęsło posadami kamienic. Ziemia drżała złowrogo kilkadziesiąt sekund, wprowadzając miasto w niepokojące wibracje. Później zawyły syreny z kopalni Rozbark, rozdzierając ciszę brzasku swoim żałosnym zawodzeniem wieszczącym katastrofę. Chwilę po tym rozdzwoniły się telefony. Postawiono na nogi wszystkich z łańcucha decyzyjnego. Służby ratownicze rozpoczęły gorączkowe przygotowania akcji ratunkowej.
Pierwsze informacje o tąpnięciu podano w lokalnych serwisach informacyjnych. Podczas gry ratownicy próbowali wydrzeć ziemi drogę do zasypanych górników, wiadomości powoli przenikały do dzienników ogólnopolskich. Kiedy tylko uświadomiono sobie możliwy rozmiar katastrofy, powstawały naprędce przygotowane studia, do których spraszano gości związanych z branżą. Po jednej stronie rozpoczęła się walka z czasem, a po drugiej toczyła się bitwa o oglądalność.
W telewizji pojawili się eksperci, politycy i atrakcyjne dla oka symulacje komputerowe. Swoje pięć minut dostali ludzie z samorządu, lokalni politycy i wszelkiej maści oszołomy, które miały wystarczające parcie na szkło. Pewien profesor z uniwersytetu śląskiego przypomniał widzom tragedię, która miała miejsce w tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim roku. W tej samej kopalni z tą różnicą, że, wtedy nazywała się ona nie Rozbark a Heinizgrube. W skutek wybuchu pyłu węglowego zginęło, wtedy stu czterdziestu pięciu górników a rannych liczono w setkach.
Historia lubi się powtarzać.
W prasie pojawiły się nagłówki, w których starano się zawrzeć jak największą dawkę emocjonalną, mające przykuć uwagę, rzucić czytelnika na kolana. Nakłonić do kupna. W internecie bardziej folgowano wyobraźni. Jeden z lokalnych serwisów umieścił nagłówek w stylu „krwiożercza kopalnia upomniała się o daninę z krwi”. Gdzieś w tym wszystkim wkradł się chaos. W jednych z pierwszych niusów podawano informację o osiemdziesięciu górnikach zasypanych ponad sześćset metrów pod ziemią. Pojawiły się publiczne oskarżenia. Jedni czuli się zdradzeni inni wykorzystywani. Związkowcy, politycy, eksperci i pracownicy kopalni. Wszyscy mieli swoje racje. Publiczne debaty zamieniały się niepostrzeżenie w pyskówki.
A szanse na przeżycie zasypanych górników drastycznie malały.
Minęły dwa dni, media wyczuwając znużenie widzów, a raczej dostrzegając to w malejącej oglądalności i wejściach do internetu skupiły się na rodzinach potencjalnych ofiar. Z ekranów zniknęły anonimowe twarze domniemanych ekspertów. Na pierwszy plan wysunięto rodziny odciętych od świata górników. Dla telewidzów zawsze bardziej atrakcyjny jest zwykły człowiek po, którym widać, że jest nienawykły do występowania przed kamerami. Taki, co to i zaklnie jak trzeba i łez nie będzie unikał. Trzeci dzień utrzymał oglądalność na satysfakcjonującym poziomie. Wreszcie podano do wiadomości faktyczną ilość górników, którzy nie wyjechali tamtego feralnego poranka na powierzchnię. Było ich czterdziestu dwóch.
To nie to samo co stu czterdziestu pięciu.
Ratownicy wreszcie dotarli do pechowców. Trzydziestu z nich przeżyło z powierzchownymi ranami lub bez szwanku. Może kilkoro było trochę bardziej poturbowanych. Dwunastu z nich miało mniej szczęścia. Według zeznań naocznych świadków część z nich zginęła na miejscu. Nie mieli czasu nawet porządnie zakląć. Reszta miała mniej szczęścia. Umierała powoli z pełną świadomością, że już nigdy nie zobaczą nieba, słońca ani swoich bliskich. Paskudna śmierć w głębi ziemi. W ciemności. Karetki wyjeżdżały z kopalni nachalnie odprowadzane obiektywami kamer w błyskach fleszy. Dziennikarze z wypiekami na twarzach przekazywali informacje o ofiarach. Wpatrzeni w kamery jak w świętego Grala, podnieceni myślą, że oto oczy całego – daj Boże – kraju, zwrócone są właśnie na nich. Podniecająca wizja.
Kiedy czarne worki wypełnione ciałami ofiar katastrofy pojawiły się na powierzchni, ponownie zawyły zakładowe syreny. Właściwie to zawyły wszystkie syreny w mieście, uruchomione w centrum alarmowym mieszczącym się w budynku komendy miejskiej państwowej straży pożarnej w Bytomiu przy ulicy, a jakże, strażackiej. Żałosna uwertura skierowana raczej do żywych. Martwym jest wszystko jedno. Mroźny wiatr chłostał załzawione twarze zebranych na placu ludzi, którzy zdejmowali w pośpiechu czapki z głów. Jakby przebudzili się niespodziewanie w kościele z niestosownym nakryciem głowy. Nikomu nie przyszło nawet przez myśl, że tąpnięcie to, zaledwie początek a Rozbark to puszka pandory, z której wypełznie śmierć.
Andrzej Gawryś, niewyspany i męczony od kilku godzin zgagą koordynator akcji ratunkowej już za chwilę przeprowadzi najdziwniejszą rozmowę w swoim życiu. To już tylko kwestia czasu jak skontaktuje się z nim członek jednej z drużyn ratunkowych pozostających wciąż pod ziemią.



*
Andrzej Gawryś dobijał już do emerytury, którą w myślach traktował jak spokojną przystań. Kiedy to nastąpi będzie mógł pokazać wszystkim na odchodne środkowy palec. Pies wam mordy lizał, wyobrażał sobie wiele scenariuszy pożegnania. Póki co miał za nic wszelkie zakazy jak te o niepaleniu. Teraz to mnie mogą w dupę pocałować, pieprzone dziwactwa z zachodu. Siedział właśnie w pomieszczeniu, w którym zbierali się od czasu do czasu związkowcy kopalni Rozbark i zaciągnął się vice royem. Był zmęczony, ostatnie dni nie należały do łatwych. Akcja ratunkowa ciągnęła się w nieskończoność a on nie dosypiał. Pokój, w którym rozłożyli swój sprzęt i skąd koordynował akcją ratunkową znajdował się w nieładzie. Wszędzie pełno było pudełek po pizzy, jednorazowych kubków a na podłodze kłębiły się zwoje kabli. Ale pierdolnik, ocenił i podszedł do przybrudzonego okna.
Obserwował chwilę ludzi biegających na zewnątrz. Skrzywił się na widok dziennikarzy i kamer rozstawionych, gdzie popadnie. Popiół z papierosa trzymanego w ustach spadł na podłogę. Nie zdziwiłby się, jeśli to starte do granic możliwości linoleum leżało tu od stanu wojennego. Kiedy za pośrednictwem UŁR wywołał go dowódca jednej z grup ratunkowych, podszedł do urządzenia i usiadł ciężko na taborecie sapiąc przy tym i postękując. Miał wrażenie, że brzuch ciąży mu coraz bardziej.
- Co wy tam jeszcze robicie, do kurwy nędzy? – Rzucił nie wyjmując papierosa z ust.
- Mamy problem.
Gawryś westchnął zmęczony i poirytowany. Miał już wystarczająco dużo problemów, które ostatnimi czasy trzymały się go jak muchy gówna. Lekarz, który oświadczył mu jakiś czas temu, że ma chorobę wieńcową też, zdaje się użył tego określenia. Mamy problem panie Gawryś.
- Wpadliście na Skarbka czy jak? – Pamiętał, że, wtedy nie mógł myśleć o niczym innym jak tylko o tym skąd do cholery wzięła się taka nazwa. Kojarzyła mu się z wieńcem a ten z kolei z grobem. Może to taki grobowy humor lekarzy?
Zniekształcony metaliczny głos wyrwał go z tych rozmyślań. W ciągu kolejnej minuty dowiedział się o tym jak jeden z ratowników wpadł do czegoś w rodzaju niecki i tylko cudem nie spadł na dół. Średnica otworu była na tyle ciasna, że zdołał się wesprzeć rękami. Postanowili to sprawdzić i zaraz po tym jeden z nich został spuszczony kilka metrów w dół asekurowany przez kolegów za pomocą liny. W miarę jak mężczyzna do niego mówił, Gawryś oczami wyobraźni przeniósł się na dół, jakby to on miał eksplorować tajemniczą studnię.
Czuł jak obija się o skamieliny w ciasnym tunelu aż w końcu jego nogi czują twarde podłoże. Niemal odczuwał klaustrofobiczny klimat. Z relacji ratownika wynikało, że niecka była stosunkowo niska. Jakieś półtorej metra. Wyobraził sobie, jak rozgląda się w ciemności klęcząc i oddychając ciężko za pomocą pochłaniacza. Widział jak snop światła rozjaśnia gęsty, czarny mrok i wirujący pył, który osiada na jego kombinezonie niczym szarańcza. I wtedy wyławia leżące nieopodal zwłoki. Poczuł ciarki na plecach.
Gawryś krzyknął, kiedy dopalający się pet sparzył mu usta. Zaklął szpetnie i wdeptał go w linoleum. Poczuł się, jak stary dureń. Dał się ponieść wyobraźni i najzwyczajniej w świecie się wystraszył. Szybko złożył to na brak snu. Przecież normalnie nie wystraszyłby się kilku trupów. Za stary jest na takie historie. Mimo wszystko poczuł ulgę, że o wszystkim dowiaduje się siedząc bezpiecznie w salce związkowców.
- Przy zwłokach znaleźliśmy karbidki i marki z wybitym napisem Heinizgrube.
- To ma być jakiś żart? – Sapnął. – Bo jeśli tak, to... – Odruchowo zacisnął pięść i zęby.
- Nie jestem w nastroju do żartów. – Usłyszał zmęczony głos z dołu.
- Przecież policzyliśmy wszystkich. Wszystko się zgadza. Każdy, żywy czy martwy jest już na powierzchni. Każdy, Kurwa! – Zdawał sobie sprawę, że jeśli popełnili jakiś błąd ci z góry nie dadzą mu żyć.
- Nie sądzę żeby to był którykolwiek z naszych górników. - Głos po drugiej stronie zaakcentował słowo naszych.
- Że co?
- Na pewno nie jest to żaden z pracowników kopalni a przynajmniej nikt, kto zjeżdżał w ciągu ostatnich tygodni.
- Co ty pieprzysz? – Gawryś nieświadomie sięgnął po kolejnego papierosa i zapalił go.
- Mamy tutaj siedem trupów i... każdy...
Gawryś czekał w napięciu. Był przekonany, że cała ta rozmowa nie służy jego chorobie wieńcowej. Pod pachami poczuł pot. Chciał wziąć to za jeden wielki i bezdennie głupi żart. Taka psota na odejście z kopalni. Jednak czuł, że to tylko pobożne życzenia. Jeśli cokolwiek miało pójść nie tak to musiało się to przytrafić właśnie jemu. Cholera w sali zrobiło się strasznie duszno. Powiedziałby, że gorąco jak w piekle. Czekał aż padną słowa z głośnika na które czekał w napięciu jak na falę tsunami, która zmiecie jego karierę z powierzchni ziemi.
- Oni są w stanie rozkładu. – Nie od razu zrozumiał sens tych słów.
*

Biuro nie różniło się niczym szczególnym. Regały uginały się pod grubo wypchanymi segregatorami i tomiskami fachowej literatury. Przy oknie ustawiono nieduży stolik z dwoma fotelami najwyraźniej dla gości, a po przeciwległej stronie stało duże ciemne drewniane biurko za, którym siedział szczupły mężczyzna pod pięćdziesiątkę w czarnym garniturze. Rozmawiał przez zestaw głośnomówiący telefonu stacjonarnego postawionego w prawym rogu biurka. Mężczyzna starał się ukryć ekscytację przed swoim rozmówcą po drugiej stronie. Jego wypielęgnowana dłoń co rusz sięgała do jedwabnego krawata, który wygładzał w nieskończoność.
- Gawryś, słuchajcie mnie. – Rzucił zerkając z błyskiem w oku w stronę stojącego kilka kroków dalej mężczyzny. – Zrobiliście kawał dobrej roboty. Resztą ja się zajmę. Jedźcie do domu, wyśpijcie się i zapomnijcie o tym. - Zaakcentował ostatnią sugestię na wypadek gdyby jego rozmówca miał jakieś wątpliwości.
Nie dając żadnej szansy Gawrysiowi podniósł się nieznacznie z fotela i nachylając nad blatem rozłączył się. Usiadł w obrotowym fotelu ze skóry i spojrzał wymownie na stojącego mężczyznę. Blondyn wydał mu się spasionym obleśnym typem, który nigdy nie wyrośnie z flaneli i dżinsów. Starał się ukryć narastającą pogardę do tego człowieka. Już niedługo nie będzie mu do niczego potrzebny. Musiał się go pozbyć jak najszybciej. Chciał napawać się tą chwilą tryumfu w samotności a nie w towarzystwie robotnika, którego obecność zdawała się kalać jego aurę.
- Sam słyszałeś, - mężczyzna w garniturze wskazał podbródkiem na telefon, - zorganizuj transport naszych zwłok do szpitala. - Nie potrafił opanować podniecenia mówiąc n a s z y c h.
- Się wie... A co do Gawrysia... - stojący mężczyzna zawiesił głos zerkając niepewnie w stronę biurka jakby obawiając się powiedzieć na głos to co miał na myśli.
Przez chwilę w pokoju zapanowała cisza aż w końcu odezwał się ten siedzący.
- Norbert, przede wszystkim zajmij się transportem a w drugiej kolejności Gawrysiem. Tylko nie spieprz tego. Każdy kto wie o nadprogramowych zwłokach musi zniknąć. Nie będziemy ryzykować a potem czekać następne sto a może więcej lat.
- Się wie, znaczy... - Norbert dostrzegł nieprzyjemny błysk irytacji w oczach swojego rozmówcy i chociaż znali się długie lata, zawsze czuł się niewyraźnie pod tym chłodnym spojrzeniem. - Zorganizuję ludzi do transportu a Gawrysiem zajmę się sam. To będzie dla mnie taki... no ten, bonus taki będzie.
- Finis coronat opus. – Mężczyzna za biurkiem uśmiechnął się nieprzyjemnie.
Norbert chwilę wahał się nie rozumiejąc jego słów, ale ostatecznie wyszedł zamykając za sobą drzwi. Mężczyzna podniósł się z fotela i podszedł do okna. Biedny skurwysyn, pomyślał o Norbercie. Dobrze się przysłużył sprawie, ale czas się z, nim pożegnać. Uśmiechnął się przy wypowiedzianym w myślach słowie pożegnać. Norbert irytował go równie mocno jak ten typek Gawryś, z którym przed chwilą rozmawiał. Starzejące się prostaczki, potrafiące tylko żłopać piwsko i narzekać na cały świat. Na szczęście wkrótce to się skończy. Nie będzie musiał się otaczać mętnymi typami. Będzie miał znacznie bardziej doborowe towarzystwo. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, z której wyjął srebrny sygnet z wygrawerowanym pentagramem. Poczuł dreszcz podniecenia, kiedy wsunął go na palec. Wreszcie będzie mógł go nosić z dumą. Zerknął przez okno na ulicę. Wyobraził sobie tych wszystkich ludzi martwych. Ogarnęło go coś w rodzaju euforii. Już tylko kilka godzin i wszystko zmieni się nie do poznania. Zadzwonił telefon komórkowy, sięgnął do kieszeni.
- Andrzej Wawrzyn, słucham.

*

Andrzej Gawryś odłożył słuchawkę i podniósł się z westchnieniem. Trudno powiedzieć, czy to wskutek rozmowy z Wawrzynem, czy przygniatał go ciężar własnego ciała. A może jedno i drugie? Tak czy inaczej nie miał tutaj już nic do roboty. Rozejrzał się po salce i zebrał swoje papiery upychając je w starej wysłużonej aktówce, która miała już mocno starte narożniki. Skurwiele zamiotą wszystko pod dywan. Trzasnął za sobą drzwiami. Wawrzyn dał mu wyraźnie do zrozumienia, że ma trzymać gębę na kłódkę. No i gitara, pomyślał. Był zbyt zmęczony tym wszystkim.
Idąc do samochodu starał się omijać dziennikarzy i resztę kręcących się po zakładzie ludzi. Szedł przyspieszonym krokiem poganiany nieprzyjemnym wiatrem. Zatrzymał się przy seledynowym matizie. Nigdy się nie przyzwyczaił do tego koloru. Nie raz już zastanawiał się co jest nie tak z tymi babami? Kto do ciężkiej cholery chciałby jeździć seledynowym samochodem? Żałował, że nie postawił się żonie. A tak w ogóle dla kogo oni robią takie gówniane mydelniczki? Przebiegło mu przez myśl, kiedy z trudem usadowił się na miejscu kierowcy. Rozparł się w fotelu, który zaskrzypiał ostrzegawczo i sięgnął do schowka, gdzie miał schowaną puszkę piwa.
Dotyk zimnego harnasia wywołał uśmiech na jego twarzy. Rozejrzał się po parkingu bardziej z przyzwoitości niż ze strachu. Puszka syknęła tym swoim charakterystycznym rozkosznym dźwiękiem, kiedy ją otworzył a jego usta same ułożyły się gotowe do wyssania tej odrobiny piany, która się pojawiła. Wziął solidny łyk czując jak wraz ze złocistym płynem wraca dobre samopoczucie. Był czas, że popijał ze strachem, ale teraz mogą mu naskoczyć. Kilka lat wcześniej przez picie o mały włos straciłby pracę. Ale to nie ryzyko utraty etatu sprawiło, że się opamiętał.
Przypomniał sobie, jak Lucyna zagroziła mu, że odejdzie a on zostanie sam jak palec. Niemal zaśmiał jej się w twarz. Wiedział, że nie ma tyle odwagi. Jednak nie docenił jej. Kiedy poinformowała go z lodowatym spokojem, że zejdzie się Norbertem, mało go szlag nie trafił. Stara cipa wiedziała jak go podejść. To chyba był ten moment, w którym dorobił się wieńcówki. Był tego pewny. Nienawidził Norberta każdym porem swojej skóry. Ona o tym wiedziała. Z kolei on wiedział, że ten skurwysyn poszedłby na to, choćby tylko po to, żeby mu dopiec. Pieprzony komuch, pomyślał i szybko przepłukał usta kolejnym łykiem zimnego piwa. To byłoby ostateczne poniżenie. Mógłby mu powiedzieć coś w stylu zabrałem ci awans a teraz pieprzę twoją żonę i co ty na to? Poczuł ból w piersiach.
Andrzej był pewny, że to właśnie Norbert donosił dyrekcji o jego problemach z alkoholem. Zresztą, zaraz tam problemach. Człowiek golnie czasem i już próbują zrobić z ciebie alkoholika. Na samą myśl, że ta nędzna kreatura mogłaby posuwać jego Lucynkę niemal go zemdliło. Powstrzymał się tylko dlatego, że nie lubił marnować piwa. A do harnasia miał szczególną słabość. Ani się obejrzał jak puszka została wysuszona. Zgniótł ją trzymając przy ustach jakby chciał wycisnąć każdą kroplę. Musiał tylko pamiętać, żeby ją wyrzucić. Tego, by jeszcze brakowało, żeby Lucyna dorwała go z dowodem, że wciąż popija.
Przetarł wilgotne usta wierzchem dłoni i zapalił silnik. Wyjechał powoli z kopalni. Droga do domu dłużyła się. Drogi były zakorkowane. Spadł śnieg i kilku cwaniaków na letnich oponach paraliżowało ruch. Gawryś uznał, że powinni takim sukinsynom zabierać prawo jazdy. Niepotrzebnie rozdrapał wspomnienia o Norbercie i swojej żonie. Przez to jechał podminowany. Sam się nakręcił, jak zawsze. Czasami tak miał, że potrafił rozdrapywać stare rany a chwilami nawet drobnostki, które męczyły go później przez resztę dnia. Zaczął rozmyślać o tych wszystkich trupach z kopalni. Skąd oni mogli się wziąć? Miał się tym więcej nie zajmować. Spróbował pomyśleć o czymś przyjemnym jednak jego myśli krążyły jak sępy nad padliną wokół tych anonimowych zwłok. Próbował przypomnieć sobie słowa Wawrzyna. Jak on to powiedział? Wywieziemy zwłoki do kostnicy a później się zobaczy. Skrzywił się, później się zobaczy, powtórzył bezgłośnie. Na jego nagrobku powinni wyryć mu ten tekst, który ciągnął się za, nim całe życie. Całe lata świetlne temu, kiedy próbował zaciągnąć Lucynę do łóżka, kiedy była jeszcze zgrabną siedemnastolatką, usłyszał coś podobnego. Najpierw to ty znajdź robotę a później się zobaczy. Podkręcił ogrzewanie, cholerny ziąb. Po latach pracy na Rozbarku też usłyszał od swojego szefa; Na razie jeszcze musisz pofedrować a później się zobaczy.
Cholerny świat.
Zastanowił się, jak to do cholery jest, że człowiek żyje jakby nigdy nie miał się zestarzeć. Ta złudna nadzieja, że na wszystko jeszcze będzie czas. Później przyszło dziecko, roztył się, rozpił i gówno zobaczył. Był ze dwa razy nad morzem. Jeszcze na parę lat, zanim padła komuna miał wyjechać na wczasy do Bułgarii, ale, wtedy pojawił się Norbert, pies mu mordę lizał. Ten to musiał być mocno podwieszony. I znowu Norbert. Choć z całej siły starał się odsunąć te myśli od siebie, znów zobaczył tego skurczybyka ze swoją Lucynką. Zacisnął palce na kierownicy.
Jakiś staruszek wszedł na pasy nie oglądając się na nikogo i na nic. Gawryś wcisnął pedał hamulca. Matiz popłynął na śniegu. Zaklął. Dobrze, że jechał pięćdziesiąt na godzinę. Pieprzone zgredy. Chodzą jak lunatycy. I nagle przypomniał sobie o zięciu. Nigdy nie mógł zrozumieć jak to się stało, że jego kochana córeczka wyszła za takiego nieudacznika i darmozjada. Bez grosza przy dupie, żadnego etatu i perspektyw. I jeszcze się skurwiel bawi w dziennikarza. Traci czas i pewnie pieniądze. Zastanawiał się, gdzie popełnił błąd. Chuchał i dmuchał na córkę, pilnował żeby, się wykształciła a ona przyprowadza do domu taką gnidę. To zupełnie jakby mu napluła w twarz. Za te wszystkie lata. Szlag by to. Na samą myśl, że ten nieudacznik kładzie się koło jego Grażynki aż go przeszły ciarki.
Wjechał na swoje osiedle. Tutaj śniegu było trochę więcej. Gawryś pomyślał, że za chwilę bez pługa to ani rusz. Jego ulubione miejsce na parkingu było wolne. Gdyby przyjechał po szesnastej pewnie nie byłoby o czym marzyć. Upatrzył sobie to miejsce wieki temu. Mógł tutaj obserwować samochód nawet z okna w kuchni. Czy przypadkiem jakiś łach nie rysuje mu lakieru. Kiedyś ludzie byli inni. Każdy miał swoje upatrzone miejsce i nikt nikomu nie wchodził w drogę. A teraz? Teraz to ciągle ktoś się wyprowadza i wprowadza. Ludzie wynajmują, sprzedają i cholera wie co jeszcze. Nie znał już nawet dwudziestu procent ludzi w swoim własnym bloku. Nikt już dzisiaj nie usiedzi na dupie.
Kiedy zgasił silnik coś mu przyszło do głowy. A gdyby tak zadzwonił do tego dupka swojego zięcia i opowiedział mu o tych trupach? Może w końcu zrobi coś za co dostanie prawdziwe pieniądze? Z drugiej strony Wawrzyn dość wyraźnie dał do zrozumienia, że ma siedzieć cicho. Sięgnął po miętówkę i zastanawiał się chwilę. Pieprzyć Wawrzyna, tego wymuskanego gogusia o rybim spojrzeniu. Andrzej zawsze uważał, że ten typek jest jakiś taki... podejrzany. Sięgnął po telefon komórkowy. Powie mu. Niech skurwiel coś zarobi i przyniesie do domu. Może przestanie przychodzić co niedziela na wyżerkę i udawać cholernego zięcia roku. Oczy to on mógł zamydlić Lucynie, ale nie jemu. Nie raz się o to pokłócili. Ostatnio niemal jej wykrzyczał przecież on się tutaj przychodzi tylko nawpierdalać za darmo i tyle.
Kiedy się rozłączył złapał puszkę po piwie i swoją aktówkę. Po drugiej stronie ulicy stał kosz na śmieci. Miał nadzieję, że Lucyna nie szpieguje akurat w oknie. W kieszeni znalazł drugą miętówkę, którą zaczął rzuć w pośpiechu. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Nagle usłyszał ryk silnika i wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Biały peugeot boxer pędził prosto na niego. Stanął w rozkroku jakby nie potrafił podjąć decyzji w którą stronę uciekać. Zanim zdążył pomyśleć poczuł uderzenie. Przez krótką upiorną chwilę miał wrażenie, że jego ciało nie podlega prawom grawitacji. Zupełnie jakby był szmacianą kukłą. Świat wokół niego skurczył się. Zgasł. Kiedy otwarł oczy był w takim szoku, że nawet nie czuł bólu. Czuł tylko chłód. Leżał na śniegu. Zanim zdążył ruszyć ręką dostrzegł światła wsteczne peugeota. Zanim samochód na niego najechał Gawryś pomyślał, że jeśli Lucyna znajdzie przy nim piwo to się wkurzy. Zderzak był już tuż tuż. Poszukał w ustach miętówki. Gdzie się podziała ta pieprzona miętówka?

*

Szpital, do którego przewieziono nadprogramowe zwłoki, został przeniesiony z Chorzowa do Bytomia jeszcze w tysiąc dwieście dziewięćdziesiątym dziewiątym roku. Początkowo był prowadzony przez trzynastowiecznych Bożogrobców pod nazwą Hospitale Spiritus Sancti. Właściciele jak i samo przeznaczenie budynku zmieniało się na przestrzeni wieków aż ostatecznie powstał szpital specjalistyczny numer cztery.
Kiedyś ludzie mieli więcej finezji w nadawaniu nazw.
Wokół szpitala kręciło się kilku dziennikarzy, którzy mieli informację, że część z rannych górników zostanie tutaj przewiezionych. Tymczasem od tyłu podjechał porysowany vito. Samochód był oklejony reklamą hurtowni spożywczej. Kierowcą był szczupły na oko dwudziestoparoletni chłopak z długimi włosami spiętymi gumką recepturką. Czekał już na niego pracownik szpitala ubrany w zielony fartuch. Znajomi nazywali go Thanatos.
- Pan zamawiał siedmiu sztywnych? – Szepnął konfidencjonalnie zadowolony ze swojego żartu.
Thanatos zmierzył go krytycznym wzrokiem.
- Pomyśl o tym w ten sposób. Prędzej czy później, ty też skończysz w mojej piwnicy, a wtedy... – Wyjął z kieszeni fartucha piłę oscylacyjną używaną do cięcia kości naśladując dźwięk silniczka elektrycznego.
Chłopak wyraźnie zmieszany bąknął przeprosiny i wbił wzrok w podłogę. Wtedy Thanatos ryknął śmiechem, zwracając uwagę stojących nieopodal pielęgniarek.
- Kurwa gościu, jaja sobie z ciebie robię. – Klepnął chłopaka w ramię. – Ale cię wkręciłem... – Wciąż nie mógł się nacieszyć swoim dowcipem. – Ja tu tylko sprzątam stary. Ale jazda. Chodź pomożesz mi z tymi trupkami. Szkoda, że nie widziałeś swojej miny...
Kiedy ciała znalazły się w prosektorium kierowca pożegnał się czym prędzej unikając wzroku Thanatosa. Na parkingu zauważył czekającego na niego kuzyna, Włodka. Chłopak stał przy czarnej lśniącej insigni i machał na niego ręką.
- Dawaj szybciej, stary chce cię widzieć. Wskakuj. - Kuzyn otwarł tylne drzwi samochodu.
- No dobra, a co z dostawczakiem?
- Zaraz ktoś po niego przyjedzie, szkoda czasu. - Włodek zerknął nerwowo na zegarek.
- Wow, co to za wypaśny sygnet?
- Później, stary mi łeb ukręci jak się spóźnimy. Pokażę ci w aucie. – Włodek był wyraźnie spięty.
Kierowca vito zbliżył się do samochodu i pochylił głowę chcąc wsiąść z tyłu tam, gdzie wskazał mu kuzyn. Wtedy zauważył siedzącego tam mężczyznę na oko trzydziestoletniego. Facet był dobrze zbudowany a w jego spojrzeniu dostrzegł coś takiego, że się zawahał. Chciał się szarpnąć w tył, ale kuzyn zablokował mu drogę. Chłopak zdezorientowany próbował się odwrócić zapytać kuzyna, o co chodzi, ale ten pchnął go mocno. Wpadł na tylne siedzenie podpierając się rękami, żeby nie stracić równowagi. Nie zdążył nawet krzyknąć. Dobrze zbudowany pasażer wyjął reklamówkę, zwykłą jednorazówkę i zarzucił mu na głowę. Insignia ruszyła a chłopak poczuł jak końcówka reklamówki zaciska się na jego szyi.
Chłopak był zdezorientowany. Przez ułamek sekundy przemknęło mu przez myśl, że to jakiś kiepski żart, ale kiedy poczuł jak kuzyn wyłamuje mu ręce niemal wyrywając je ze stawów, zrozumiał, że się myli. Przez gęstą folię widział jedynie zarysy, niewyraźne plamy o rozmytych konturach jakby patrzył przez rozregulowany obiektyw. Zaczął się szarpać. Czuł, że brakuje mu tlenu. Poczuł przypływ paniki. Im bardziej dyszał tym szybciej pozbawiał się powietrza a każdy wdech powodował, że reklamówka przyklejała mu się do ust. Jednak nie potrafił opanować tego odruchu. Płuca zaczęły go piec boleśnie. Strach zawładnął, nim całkowicie. Próbował się szarpać i kopać, ale to wszystko było na nic. Myśl, że za chwilę umrze, paraliżowała go całkowicie.
Thanatos czuł, że zraził swoim żartem długowłosego dowcipnisia, ale miał to gdzieś. Poszedł do swojej kanciapy, gdzie nastawił wodę na kawę. Puścił całusa w stronę plakatu, na którym seksowna modelka w wyjątkowo skąpym stroju puszczała do niego obiecująco oko. Westchnął rozmarzony. Żałował, że takie „towary” może widywać jedynie na kartach kalendarzy. Miał świadomość, że nie jest typem przystojniaka. Był zbyt chudy i wysoki a w dodatku miał dość pokaźny haczykowaty nos. W radio nadawali wiadomości, ale jemu służyło ono wyłącznie do tego, żeby wprowadzić namiastkę życia w tym ponurym miejscu.
...że dosłownie przed dwudziestoma minutami autokar wiozący ratowników górniczych z kopalni Rozbark stanął w płomieniach, akcja ratunkowa jeszcze trwa, ale jak przyznają strażacy, nie należy się spodziewać, że ktoś przeżył...
Wsypał dwie łyżki tchibo i od razu dorzucił cukier. Odczekał chwilę aż elektryczny czajnik wyłączył się. Zalał kubek i wyjął papierosa. Dzisiaj był sam bez tego starego zrzędy. Uznał, że może sobie na to pozwolić.
Naoczni świadkowie zarzekają się, że tuż przed tym jak autokar stanął w płomieniach słyszeli dwa wybuchy. Policja nie komentuje tych doniesień. Na chwilę obecną wiemy tylko, że wewnątrz znajdowało się dwunastu ratowników górniczych. Była to ostatnia ekipa, która opuściła kopalnię Rozbark...
Zadzwoniła jego komórka, więc ściszył radio i odebrał.
- Siema Thanatos. – Ten głos był dla niego sporym zaskoczeniem. Kiedyś byli przyjaciółmi, balowali na studiach aż ich kontakt urwał się całkowicie po tym jak Krystian się ożenił.
- No proszę, proszę. Kogo to ja słyszę? Kopę lat... – Przysiadł na rogu biurka, za wszelką cenę chciał, żeby jego głos brzmiał obojętnie.
- Kawał czasu, ale wiesz jak jest. – W głosie po drugiej stronie wyczuł wyrzuty sumienia. I bardzo dobrze, pomyślał Thanatos.
- Ej stary, tak na wszelki wypadek. Nie dzwonisz do mnie, bo ktoś ci umarł?
- Nie coś ty, wszystko gra.
- Kamień z serca, wiesz jak jest... – Westchnął Thanatos. – No to, z czym dzwonisz przyjacielu? – Ostatnie słowo wymsknęło mu się nieopatrznie. Kiedyś byli przyjaciółmi, ale nie teraz. Nie powinien był tak do niego mówić.
- Wiesz, jest taka sprawa... – Zaczął niepewnie głos po drugiej stronie. – Słyszałem o pewnych zwłokach znalezionych w kopalni... Wiem, że wywieziono je do którejś z kostnic i tak, kręcę się po mieście... szukam... – W głosie wyczuwało się niezręczność.
- Stary, skąd o tym wiesz? – Thanatos niemal krzyknął, ale natychmiast ściszył głos. – To poufna sprawa stary. Jakaś grubsza afera.
- O popatrz. – Thanatos wyczuł zaskoczenie kolegi i zaklął w myślach, że tak łatwo się wygadał. Mógł się przecież z nim podroczyć. – Więc są u ciebie?
- Zasadniczo to nie bardzo mogę o tym rozmawiać. – Próbował przybrać formalny ton.
- OK, ok. – Podchwycił głos po drugiej stronie. – Zasadniczo odpada a tak bardziej zakulisowo?
- Nie no, co ty. Ja tu tylko sprzątam. Nie znam się, zarobiony jestem... – Wiedział, że mu nie odmówi, ale postanowił, że nie zrobi tego tak od ręki.
- Nie ukrywam, że kurewsko mi zależy. Człowieku mam nóż na gardle. Rozumiesz? Wiesz jak to jest mieć nóż na gardle?
Thanatos kiwnął głową ze zrozumieniem. Tyle razy miał nóż na gardle, że był zaskoczony tym, że w ogóle jeszcze ma gardło.
- Stary zrozum mnie. Jeśli się dowiedzą, że wpuściłem tutaj fotoreportera czy kim ty tam teraz jesteś, no to kurwa gościu. Zjedzą mnie żywcem.
- Wiem, domyślam się. Ale posłuchaj. Dogadajmy się jakoś. Przecież nie ma sytuacji bez wyjścia, co nie? Pamiętasz jak to było na studiach...
- No, pamiętam. – Thanatos uśmiechnął się do wspomnień, ale po chwili się zmitygował. – Ej stary, nie bierz mnie tu na jakieś pieprzone sentymenty. Urwałeś się i nie dzwoniłeś tyle czasu a teraz wyjeżdżasz mi tu ze studiami.
- Przepraszam. – Rozpoznał autentyczną szczerość w głosie swojego rozmówcy. – Samo życie, wiesz? Nie nam pierwszym tak się drogi rozeszły i nie ostatnim.
- Pewnie tak. – Przyznał Thanatos.
- To jak dogadamy się? Słuchaj, mam trochę zioła i powiedzmy może znajdę ze dwie stówy w portfelu. – Masz mały portfel brachu, pomyślał Thanatos, ale na głos powiedział.
- Kurwa, - zaakcentował dobitnie „r”. – Za kogo ty mnie masz człowieku? Myślisz, że rzucisz mi trochę zioła, dwie stówki i mnie kupisz? I ty się uważasz za mojego kumpla?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
- Cholera, nie tak to miało zabrzmieć...
- Kurwa! Człowieku jaja sobie z ciebie robię. – Ryknął Thanatos do słuchawki. – Ale cię wkręciłem. Szkoda, że nie widzę twojej miny. – Potrzebował chwili, żeby się uspokoić. – Stary za dwa tygodnie wybywam stąd do Holandii. Adios skurwysyny. Przynoś zioło i poszukaj głębiej w portfelu, przytulę trzy stówki.
- Będę za jakieś pół godziny.
Thanatos rozłączył się i pogłośnił radio. Akurat puszczali Bałkanicę, próbował podrygiwać do rytmu.

*

Krystian idąc szpitalnym korytarzem czuł rosnące podniecenie. Przede wszystkim był zaskoczony, kiedy zadzwonił jego teść. Dotychczas odczuwał z jego strony raczej niechęć. Ale stary gbur okazał się być w porządku. Podrzucił mu gorący temat. Jeśli to wszystko okaże się prawdą będzie mógł nieźle zarobić. Uśmiechnął się pod nosem. Przy dobrych wiatrach wyciągnie kilka tysiaków. Stwierdził, że jak będzie trzeba to pójdzie z tym do konkurencji. Był coraz bardziej podekscytowany. Ci wszyscy ludzie, których minął. Te zapachy. Jest tutaj, ponieważ podąża za tropem. Prowadzi dziennikarskie śledztwo. To było to. Czuł, że jest właściwym człowiekiem do tej roboty.
Jednak, gdyby coś poszło nie tak, stary nie da mu żyć. Nie może nawalić. Musi mu udowodnić, ile jest wart. Zatrzymał się przy drzwiach do prosektorium i rozejrzał dookoła odruchowo. Zapukał cichutko. Po chwili drzwi rozchyliły się bezgłośnie a pomiędzy nimi pojawiła się głowa Thanatosa. On również rzucił okiem we wszystkie strony, a kiedy upewnił się, że nie ma nikogo poza nimi bez słowa wciągnął Krystiana do środka zamykając za nim drzwi.
- Masz coś dla mnie? – Jeszcze raz sprawdził drzwi.
- A ta... Jasne. - Krystian sięgnął do kieszeni i wyjął z niej woreczek z marihuaną i dwa zwinięte banknoty stuzłotowe. - Jedną stówę będę ci wisiał. Krucho u nas z kasą ostatnio.
- Taaa... - Thanatos spojrzał z rezerwą na pieniądze, ale zabrał je razem z woreczkiem. - Coś mi się wydaje, że te całe dziennikarstwo to gówniane zajęcie, stary.
- Bo ja wiem? - Krystian starał się ze wszystkich sił nie zaczerwienić. - Jestem początkujący, wiesz jak jest.
- Jak wolisz. Pstrykaj sobie a ja skoczę przetestować twój towar. - Zatrzymał się i pomachał woreczkiem pod nosem Krystiana. - Wróć, pójdę przetestować swój towar. - Parsknął śmiechem i zniknął w kanciapie. - Niczego tam nie ruszaj. - Rzucił zza zamkniętych drzwi.
Krystian został sam skąpany trupio bladym światłem lamp jarzeniowych, które odbijało się od kafelków na podłodze i ścianach, przez co można było odnieść wrażenie, że światła jest więcej niż było w rzeczywistości. W powietrzu wyczuł intensywny, nieco drażniący zapach. To pewnie detergenty, pomyślał, na pewno jakieś detergenty. Prosektorium przytłoczyło go. Obecność zmarłych, choć nie dostrzegł żadnego ciała, ale wyczuwało się ją tutaj. Wszystko było takie potwornie smutne i ostateczne.
Zerknął na stojące niedaleko chłodnie i przeszyły go ciarki. Czy były tam zwłoki? Nagle pomyślał, że nawet, jeśli tam są, to jest to już tylko mięso. Martwe mięso podobnie jak w jego lodówce. Dreszcze po raz kolejny przeszły po jego kręgosłupie. Jeszcze minuta w tym miejscu i zrozumiem wegetarian. Pomyślał. Dopiero po chwili jego uwagę zwróciły czarne worki ułożone pod ścianę, trochę głębiej. Serce zabiło mu mocniej. Od razu wyczuł, że to właśnie te ciała, dla których tutaj jest. Zbliżył się czując jakby jego nogi były z ołowiu. Sięgnął po nikona i pstryknął kilka zdjęć. Dźwięk zwalnianej migawki niósł się nieprzyzwoitym echem po prosektorium. Krystian wiedział, że nie przyszedł tutaj dla tych paru zdjęć zwykłych worków na zwłoki. Jednak odwlekał ten moment jak tylko mógł.
Kiedy się zbliżył poczuł nieprzyjemny trochę mdły zapach. Przykucnął i wyciągnął dłoń jednak szybko ją cofnął. Przeżegnał się chcąc okazać jakiś szacunek zmarłym. Przetarł spoconą dłoń o spodnie i złapał za zamek błyskawiczny. Rozsunął trochę i, wtedy uderzył w niego smród, który omal nie zwalił go z nóg. Intensywny, obrzydliwy odór ścisnął go za gardło. Miał wrażenie, że ktoś wyrwał mu krtań i owinął nią jego szyję. Odskoczył w tył zszokowany. O mały włosy zwymiotowałby na starannie wyszorowaną podłogę.
Krztusił się i kaszlał. Smród wycisnął z jego oczu łzy. Żołądek podskakiwał, kurczył się i skręcał. Ostatnim rozpaczliwym aktem woli zmusił się do opanowania. Potrzebował chwili. Jednego był pewien. Nie pochyli się tak mocno nad workiem. Nie da rady. Bez względu na kasę czy teścia. Rozejrzał się po pomieszczeniu i dostrzegł metalowy stół, na którym znajdowały się lśniące stalowe narzędzia. Sięgnął po bardzo długie szczypce.
Stracił jakieś dwie minuty próbując niezdarnie za pomocą szczypiec rozsunąć zamek. Drugą ręką starał się zasłaniać usta. Później wciąż używając szczypiec rozchylił worek na boki. Wstrzymywał oddech, odwracał wzrok. Robił co mógł, żeby nie rzucić wszystkiego w cholerę i nie uciec z tego parszywego miejsca. W końcu dostrzegł rozkładające się ciało. Widok wstrząsnął nim, do tego stopnia, że znieruchomiał.
Nigdy nawet w najgorszych koszmarach nie wyobrażał sobie, że ludzkie ciało może przybrać tak paskudną, obrzydliwą formę. Błyskawicznie sięgnął po nikona przysuwając go do twarzy. Chciał się w ten sposób odgrodzić od tej makabry. Od koszmaru, który sam wyciągnął na wierzch. Nieprzyjemne dreszcze pląsały po jego ciele a on starał się wmówić sobie, że przez obiektyw wszystko wygląda mniej realnie.
To nic, to tylko gnijące mięso. Weź się w garść, przekonywał sam siebie. Nagle usłyszał nienaturalnie głośny dźwięk wykonanego zdjęcia. Niemal podskoczył zaskoczony. Jakby sam nie był pewny czy zrobił to świadomie, czy też palec sam zacisnął się na spuście i zwolnił migawkę. Musiał się uspokoić. Zrobił jeszcze kilka zdjęć i na samą myśl, że potrzebuje wszystkie zwłoki, zrobiło mu się słabo. A co, jeśli stary sobie z niego zakpił i wysłał tutaj, żeby dać mu lekcję?
Krystian nie miał pojęcia, ile czasu zajęło mu otwarcie pozostałych worków i wykonanie wszystkich zdjęć. Czas stracił swoje znaczenie. Czuł się sponiewierany psychicznie. Miał za złe koledze, że ten nie wyszedł ani na chwilę do niego. Z pewnością byłoby mu łatwiej oswoić to wszystko w obecności drugiego człowieka. Kogokolwiek żywego. Ruszył na sztywnych nogach w stronę kanciapy.
W środku kłęby dymu unosiły się pod sufitem. Specyficzny zapach wypełnił całe pomieszczenie, które nie miało nawet okna.
- Ej stary, - zagadnął Krystiana. - Ale ty chyba nie przyszedłeś tutaj po to, żeby się zabawić z moimi kumplami, co? - Ryknął śmiechem nie zważając na posągową twarz kolegi. - Masz tam w ogóle film w tym aparacie, czy tylko chciałeś pofiglować? - Kolejna salwa śmiechu Thanatosa wypełniła kanciapę.
Krystian bez słowa wziął od niego skręta i zaciągnął się łapczywie. Siedzieli paląc kilka minut. Zaczął się uspokajać dopiero, kiedy marihuana zaczęła działać.
- Ty, coś ty taki blady? - Krystian machnął ręką, nie chciało mu się odpowiadać. - Wyglądasz jakbyś się tam natknął na Elvisa. - Kolejna salwa śmiechu pokazywała dobitnie, że Thanatos nie potrzebował w ogóle partnera do rozmowy, żeby się dobrze bawić.
- Powiem ci coś. – Krystian zrobił pauzę, żeby zaciągnąć się kolejny raz. - Za nic w świecie nie pracowałbym w takim miejscu.
- No pewnie, lepiej....
Nie dokończył, ponieważ za drzwiami usłyszeli jakiś dźwięk. Jakby ktoś zrzucił na podłogę instrumenty chirurgiczne. Zastygli oboje w bezruchu. Thanatos uniósł palec do ust dając Krystianowi do zrozumienia, że ma być cicho. Chwilę nasłuchiwali ale odgłos nie powtórzył się. Thanatos zaciągnął się łapczywie i podszedł do puszki, w której gasił papierosy jednak, zanim zgniótł tam skręta zaciągnął się jeszcze raz jakby nie mógł się pogodzić z takim marnotrawstwem. Jak tylko zgasił skręta zaczął machać rękoma rozpaczliwie próbując rozgonić dym, który przyczaił się pod sufitem drwiąc sobie z niego. Krystian zauważył, że to idiotyczne w pomieszczeniu bez okien.
Obserwował kolegę, który na migi wyjaśnił mu, że pójdzie sprawdzić co się stało a on ma siedzieć i nie odzywać się. Dopiero, kiedy został sam poczuł rozkoszny szum w głowie i ciężkość swojego ciała, która była jednocześnie przyjemna i zniewalająca. Popadał w letarg, zobojętniał na wszystko i najchętniej położyłby się, odpoczął. Może, by się napił czegoś? Rozejrzał się po kanciapie w poszukiwaniu czegoś do wypicia, ale nie znalazł. Do jego mózgu próbowała się przebić jakaś myśl, ale była tak ulotna, że zmęczyło go skupianie się na tym, choć czuł, że to coś ważnego. Zajrzał do szuflady w nadziei, że jego dawny kompan chowa tam jakąś puszkę piwa albo, chociaż coca coli, ale znalazł kilka długopisów, zszywacz i jakieś stare pożółkłe papiery. Zasuwał ostrożnie szufladę, kiedy nagle myśl, która nie mogła przebić się do jego świadomości nagle uderzyła ze zdwojoną siłą. Worki, kurwa nie zamknąłem worków.
Zagryzł dolną wargę przerażony. A co, jeśli ktoś tam wszedł i zobaczy otwarte worki? Thanatos będzie miał kłopoty? Czy może to normalna rzecz w kostnicy... czuł się, jak totalny amator. Ale zaraz, zaraz. To przecież nie kostnica tylko prosektorium. Chyba jest jakaś różnica pomiędzy jednym a drugim? Miał wrażenie, że stoi u progu odkrycia istotnej informacji. Dopiero po dłuższej chwili zapomniał nad czym tak ciężko myślał. W głowie mu szumiało jakby jego ciało nuciło kołysankę. A gdzie jest Thanatos? Kutas znowu gdzieś polazł? Nawet nie pamiętał, kiedy wyszedł. Może szykuje mu jakiś durny dowcip? Jak na studiach? Krystian starał się skupić, choć nie było to łatwe. Nagle uderzyła go myśl, jasna i przerażająca. Kurwa, nie zamknąłem worków. Wtedy z prosektorium dobiegł go krzyk Thanatosa. Krystian znieruchomiał.
Minęła dłuższa chwila, zanim Krystian otrząsnął się. Niepewnie ruszył w stronę drzwi, ale jego ciało było jak odlane w brązie. Ociężałe, niezgrabne, nieskoordynowane. Był taki powolny. Pchnął drzwi słyszać bicie własnego serca. Być może gnojek robił sobie żarty, ale było w tym krzyku coś takiego... Nie, to nie możliwe. To nie był tak dobry aktor. Zrobił kilka niepewnych kroków i zobaczył scenę tak absurdalną, że przez moment nie był pewny, na co patrzy. Jego stary przyjaciel leżał na posadzce podrygując w śmiertelnej agonii. Z jego rozszarpanej szyi wypływała krew, przez chwilę wręcz sikała z niego tworząc ogromną purpurową kałużę. Wokół niego klęczało siedem trupów, które przed chwilą fotografował. Zamrugał zszokowany. Nie był pewny czy widzi zwłoki siedmiu denatów pochylających się nad szwedzkim stołem, a za przekąskę robił Thanatos?
Zaśmiał się krótkim nerwowym śmiechem. Jeden z trupów pochylił się nad martwym ciałem i wyrwał kawałek szyi. Skóra rozdarła się, jak kartka papieru. Krew kapała z ochłapu, który nieboszczyk zaczął żuć zapamiętale. Reszta poszła w jego ślady. Nagle aparat zsunął się z ramienia Krystiana i uderzył na posadzkę. Nawet nie był świadomy, że cały czas miał go na ramieniu. Trupy zastygły w bezruchu spoglądając w jego stronę. Widząc na sobie mętny wzrok martwych oczu zaschło mu w gardle. Zanim pierwszy z nich podniósł się Krystian zerwał się do ucieczki. Wybiegł z prosektorium i nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby zamknąć za sobą drzwi.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -