Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pomrok, odc. 2

Dariusz Kick

Robert siedział w pustym tramwaju ciesząc się ciszą, brakiem pasażerów i swoim ukochanym tramwajem. Pętla przy ulicy wrocławskiej pokryła się białym całunem śniegu, który prószył od dłuższego czasu. Udami ściskał stary wysłużony termos, który zachował od lat osiemdziesiątych. Kiczowate kraciaste wzorki były już mocno starte a sam termos nosił w kilku miejscach ślady użytkowania. Świat wokół niego ciemniał. Niebo pokryło się szafirową barwą i z każdą minutą ciemniało coraz bardziej. Robert kochał swoją pracę. Uwielbiał również ciszę i spokój. Pasażerowie byli złem koniecznym. Byłby najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi gdyby pozwolono mu jeździć samemu.
Zerknął na zegarek. Wskazówki niemal zlewały się z tarczą w gęstniejącej ciemności. Dopił gorącą herbatę i ostrożnie zakręcił kubek na termosie odkładając go do specjalnie w tym celu skonstruowanego przez siebie uchwytu. Uruchomił rozrusznik. Rozległ się charakterystyczny szum, kiedy pod podłogą popłynął prąd. Mdłe, żółtawe światło rozlało się po wagonie. Chociaż trzynastka była starym i mocno wysłużonym modelem Robert czuł do niej sporo sentymentu. Uważał, że, skoro przeżyła komunę, to i jego przeżyje. Nawet teraz po trzydziestu pięciu latach, rozruch wciąż wywoływał w, nim dreszcz podniecenia. Niektórzy uważali, że nigdy nie związał się z żadną kobietą, bo tak naprawdę jest zakochany w tym nieszczęsnym, ich zdaniem, tramwaju. Ustawił nastawnik w pozycji T, po chwili tramwaj potoczył się po szynach.
Kochał ruch. Miarowy stukot kół pędzących po szynach był dla niego najpiękniejszą muzyką. Uwielbiał połykać kolejne kilometry torów, zmieniający się za oknem krajobraz, poczucie pędu. To było jego życie. To było TO. Kiedyś jakiś mądrala przy piwie zarzucił mu, że w ten sposób kompensuje sobie stagnację w życiu prywatnym. Znalazł się filozof. Co oni w ogóle mogą o tym wiedzieć? Robert wiedział, że uchodzi za mruka i być może dziwaka. Ale kij, im wszystkim w oko. Jego życie to jego świadomy wybór. Cholerny świat. Obserwował jak wokół panoszy się coraz więcej gejów, nawet w jego zajezdni był taki jeden. I nikomu to nie przeszkadzało. A przynajmniej bali się głośno krytykować. Tymczasem jego samotność i uwielbienie do swojej pracy, to dziwactwo. Uznał to za szczyt skurwysyństwa.
Co do kobiet... Robert od zawsze był niski i miał tendencję do tycia. Jako korpulentny facet z twarzą podobną zupełnie do nikogo nigdy nie miał powodzenia. Ale to tylko część prawdy. Tak między Bogiem a prawdą to żadna kobieta nie spodobała mu się na tyle, żeby, choćby próbował się wysilić. Chociaż nie. Kiedyś była taka jedna. Wieki temu, kiedy był jeszcze dzieckiem. Ona miała w sobie to coś. Ten błysk w oku, który sprawiał, że jego ciało płonęło z pożądania. Później już nigdy tego nie poczuł.
Nie, żeby był ascetą i żył w celibacie. Czasami, kiedy chuć uderzała mu do głowy i musiał jakoś dać jej ujście zamykał się w toalecie i po sprawie. Nie lubił tego. Minuta zabawy a później to wstrętne poczucie winy, które wracało jak natrętna mucha. Poczucie wstydu. Czuł, że kiedy miał piętnaście lat było to o wiele bardziej normalne niż teraz. Po prostu czuł, że to nie przystoi facetowi w jego wieku. Na szczęście na parterze jego kamienicy mieszkała starzejąca się prostytutka. Tak naprawdę to już dawno się zestarzała, ale wolał o niej myśleć właśnie w tych kategoriach. Pomagał jej w niektórych pracach domowych. Czasem przyniósł węgla. Nic wielkiego. W zamian za te drobne usługi sąsiadka oddawała swoje wątpliwe walory w jego posiadanie. W takich chwilach kochali się byle gdzie, i, byle jak. Czasami nawet na stojąco. Jakby na chybcika. Nie raz kobiecinę ponosiło i chciała go zaskoczyć swoim kunsztem i doświadczeniem. Niestety, zawsze przeceniała swoje leciwe stawy i wątpliwe doświadczenie. Cały problem z sąsiadką był taki, że nie wylewała za kołnierz. Kiedy wpadała w pijacki cug potrafiła zwyzywać go na korytarzu. Krzyczała raz, że jej cipka to nie tramwaj, którym może jeździć na gapę. Wcisnął jej, wtedy dziesięć złotych na kilka piw. Później trzeźwiała, nie pamiętała swoich ekscesów i wszystko wracało do normy.
Pierwszy przystanek był niemal pusty. Nie było w tym nic dziwnego. Pogoda pod psem. Ciemno, zimno i śnieg zacinający w oczy. Zwrócił uwagę na parę z kilkuletnim dzieckiem. Sami jeszcze wyglądali na szczeniaków. Chłopak miał na sobie dres z kapturem i puszystą watowaną kurtkę. Uosabiał sobą wszystko to czym Robert gardził. Znał takich typków jak ten tam. Agresywne gnojki gotowe poderżnąć ci gardło za pięć złotych. Ale dziewczyna wzbudziła w, nim jeszcze większą irytację. Nie mógł zrozumieć jakim cudem ta grubaska wbiła się w tak ciasne spodnie. Chyba muszą je teraz robić z gumy. Ostatnimi czasy coraz częściej widywał takie dziwolągi. Cholernie niesmaczny widok. Uważał, że to powinno być karalne. Przyglądając się jej we wstecznym lusterku nie mógł się nadziwić co ta dziewczyna ma w głowie? Jak można wystawiać na widok publiczny tak spasiony zad, który po lekkim klapsie faluje jak wzburzony Bałtyk?
Skrzywił się do własnych myśli. Do tego ten dzieciak. Rozwydrzony, głośny i wszędobylski. Nie daleko pada jabłko od jabłoni. W sumie to uznał, że ma szczęście. Gdyby było ciepło z pewnością odsłoniłaby swój sfałdowany brzuch, który pewnie zawisnąłby złowrogo jak zastygła lawa nad jej kroczem. Cholerne oblechy, podrapał się po brzuchu, czekaj no. Już ja ci wytrzęsę ten spasiony zad. Tramwaj na wybiegu nie był zasilany prądem. Ot ekonomia. Rozpędził maszynę celowo. Zaczęło nimi kołysać. Można było odnieść wrażenie jakby podskakiwali na nierównościach. Udało mu się. Pantograf uderzył w trakcję. Posypały się iskry. Dziewczyna z dzieciakiem stracili równowagę. Robert uśmiechnął się pod nosem. Zastanawiał się czy zakapturzony gnojek będzie się awanturował.

Już dawno zauważył, że ludzie stają się coraz bardziej pyskaci. Miał taką teorię, że im później od upadku komuny się rodzili, tym bardziej pyskowali. Jakby ich ktoś spuścił z łańcucha. Gęby mieli pełne pretensji i jadu. Robert nie odpuszczał nikomu. Nikt nie będzie mu wchodził na głowę. Kierownik już nieraz próbował go wyedukować. Robert, tłumaczył poirytowany po kolejnej skardze, nie ludzie tylko pasażerowie, to raz. Poza tym, nie są pyskaci tylko czasami bywają roszczeniowi. Wbij to sobie do tego zakutego łba. Przytakiwał, co miał robić? Ale swoje i tak wiedział, i żaden gnojek w marynarce z poliestru nie będzie się wymądrzał i mącił mu w głowie. Miał swoją teorię. Jak, komu za dobrze to prędzej czy później w dupie się przewróci. Wyskrobie taki chujek jeden z drugim parę złotych na bilet i wygód, im się zachciewa. Za gorąco, za zimno, za bardzo trzęsie. Aż się od tego gotował. Jeszcze trochę i każą mu latać z kawą do tych gołodupców.
Na następnym przystanku wsiadło tylko dwóch pasażerów. Jego uwagę zwrócił starszy mężczyzna z rozbieganym wzrokiem i jedną ręką wbitą głęboko w kieszeń czarnego płaszcza. Ten człowiek wzbudził w, nim niepokój. To było dziwne i zaskakujące. Jakby szósty zmysł, którym przecież nie był obdarzony, podpowiadał mu... no właśnie, niby co? Uczucie, którego doznał było zbyt ulotne, więc odsunął od siebie ponure myśli. Robert twardo stąpał po ziemi i zawsze śmieszyły go wszystkie historie z wróżkami i całym tym gównem.
*
Adama wybudziły wrzaski, pełne jadu i pretensji. Nie do końca wybudziły. Początkowo irytujące dźwięki docierały do niego jak przez gęstą mgłę, ledwie rejestrowane przez zaspane zmysły. Znajdował się gdzieś na pograniczu snu i jawy. Miał wrażenie, że płynie w gęstej jak smoła wodzie. Galaretowata gęsta konsystencja krępowała jego ruchy. Im bliżej był powierzchni tym donioślejsze i drażniące były krzyki. Kiedy w końcu się ocknął gęsta woda okazała się prześcieradłem w, które się zaplątał a głos należał do jego rozwścieczonej matki. Najchętniej nakryłby głowę poduszką i odpłynął w odmęty błogiej nieświadomości, gdyby nie kac. Był naprawdę paskudny. Jakby ktoś nasypał mu do gardła piasku. Miał dwadzieścia siedem lat, ale czuł się jakby przez noc przybyło mu co najmniej drugie tyle. Usiadł z trudem na wersalce sapiąc i klnąc pod nosem
Był ubrany jedynie w bokserki, ale dopiero po chwili poczuł, że w pokoju nie jest najcieplej. Znowu musiał się skończyć węgiel. Podrapał się po łysej głowie i uznał, że później postara się coś wykombinować. Pokój nie był zbyt duży. Pod jedną ze ścian stała część starej poobijanej meblościanki. Cała nie zmieściłaby się. Na stole pod oknem walało się pełno zupełnie niepotrzebnych rzeczy a ubranie znalazł porozrzucane na podłodze. Krzyki matki nawet przez zamknięte drzwi pokoju sprawiały mu niemal fizyczny ból. Pewnie ojciec znowu się urżnął. Stary upijał się coraz częściej. Adam wzruszył ramionami. Przypomniał sobie, jak kiedyś ojciec załatwił mu pracę na kopalni. Zwolnili go po sześciu miesiącach. Później jeszcze próbował jako pielęgniarz, ale w szpitalu nie zagrzał miejsca nawet pół roku. Stare dzieje, kiedy ojciec mniej pił i gonił go z matką do pracy.
Wszystkie etaty okazały się dla frajerów. Na mieście za dużo się działo. Nie zamierzał być pajacem, który to wszystko przegapi, żeby podcierać zadki staruchom albo ryjąc w ziemi jak pieprzony kret. Gdyby Bóg chciał, żeby ludzie siedzieli pod ziemią to... a zresztą. Machnął ręką i podniósł się ciężko jak na zwolnionych obrotach. W przedpokoju zaatakowała go matka. Stała w tym swoim poplamionym fartuchem z wałkami we włosach grożąc palcem siedzącemu bez życia mężowi. Nie mylił się. Stary opój znowu się urżnął.
- No i proszę, kto to się obudził. - Parsknęła w jego stronę. - Jaśnie pan raczył wstać na obiad? – Jej głos był niski, wibrujący jakby celowo chciała się wwiercić w jego obolały mózg i rozłupać go, zetrzeć w pył.
Skrzywił się a spojrzenie, którym ją poczęstował mówiło, odpierdol się. Machnął na nią ręką i ruszył do kuchni. Przez te wszystkie lata zdążył się przyzwyczaić do jej wrzasków. Miała sześćdziesiąt lat, ale wyglądała na osiemdziesiąt. Pewnie od tego wydzierania się. Tylko ona pracowała i przynosiła do domu pieniądze. Gdyby jeszcze potrafiła się przymknąć. Przez całe lata nic tylko gderała i skrzeczała, jakby to coś miało zmienić. Od tych krzyków robota go nie znajdzie. Miał wrażenie, że jego gardło zrosło się. Musiał się napić. Lodówka była niemal pusta. Stała w niej tylko woda mineralna i zeschnięty pomidor.
- Jeden leń stary, śmierdzący, - usłyszał za plecami. - A drugi nic lepszy. Gnije cały dzień, królewicz zasrany a lodówka pusta.
Adam podszedł do niej i pomachał jej butelką wody przed nosem, po czym wziął łyk zimnego płynu. Co za rozkosz dla podniebienia. Przełknął zimną wodę i przetarł usta wierzchem dłoni.
- No jak pusta? Woda jest.
- Ja ci dam wodę, ty gnojku. - Zamachnęła się żeby wyrwać mu butelkę, ale mimo kaca był szybszy. - Nie pyskuj mi tu obesrańcu bezrobotny.
- Rany matka, coś tak rozpuściła gumiora z samego rana? Łeb mi pęka a ty napierdalasz jak w ruskim czołgu.
- Jakiego rana gnido nieużyta? - Zamierzała coś jeszcze wykrzyczeć, ale Adam przyłożył butelkę do ust i zaczął pić odchylając głowę do tyłu, to ją nieco zbiło z tropu. - Mogłam cię wyskrobać jak była okazja. - Słyszał to już wiele razy.
Zamierzał się odgryźć, powiedzieć coś zjadliwego i wyprowadzić ją z równowagi. Szukał w pamięci jakiejś ciętej riposty, ale nic z tego. Tylko pustka, ból głowy i ta uporczywa suchość w gardle. Wziął kolejny łyk zirytowany brakiem weny.
- Spadam stąd. – Oznajmił.
- Weź ty lepiej popatrz na swojego tatuśka.
„Tatusiek” dobijał sześćdziesiątki. Miał na sobie tylko białą koszulkę na ramiączkach i majtki. Siedział nieruchomo w fotelu z głową zwieszoną na piersiach. Trudno było ocenić, śpi czy tylko udaje? Adam zauważył na jego poplamionej sosem koszulce kilka czerwonych kropel. Czyżby stary się zranił? Może próbował się golić po pijaku? Cholera go wie.
- Zamiast do pośredniaka, polazł do szpitala. - Zaskrzeczała kobieta, po czym zwróciła się do męża. - Po co żeś tam lazł? Co? Po jaką cholerę żeś tam polazł ty byku, ty! Kutasie!
- Ej ojciec, jak jest? - Adam połknął końcówkę wymawiając „jak jes”
Wzrok rozwścieczonej kobiety przenosił się z męża na syna i tak w kółko.
- Polazł pewnie do tego pijaka do kotłowni i chlał wódeczkę od samego rana. Idiota. Słyszysz? - Zwróciła się do męża. - Ty barani łbie. Ja ci wybiję wszystkie głupoty z tej pustej łepetyny. Czekaj tylko coś wezmę i jak ci przypierdolę to zaraz zmądrzejesz ty... ty...
No proszę, jej też zabrakło ciętej riposty, zauważył Adam z satysfakcją. Widząc, że matka skupia się wyłącznie na ojcu wykorzystał sytuację i bez słowa oddalił się do swojego pokoju. Tak już miała. Jak na kimś zagięła parol, zapominała o bożym świecie. Plus dla niego. Jednak ledwie zasznurował buty, kiedy usłyszał jej wrzask. Znieruchomiał. Było w tym krzyku coś takiego co sprawiło, że poczuł niepokój. Może stary nie wytrzymał i w końcu zdzielił ją w twarz? Nie raz poszarpali się, ale nie było to nic poważnego. Podniósł się z ociąganiem i wrócił do przedpokoju. Niemal natychmiast zatrzymał się i znieruchomiał. Jego matka leżała na podłodze a z jej rozszarpanej rany na szyi płynęła krew. Wcześniej musiała wręcz tryskać. Ściana po jej prawej stronie była nią poplamiona. Jego ojciec siedział na swojej żonie i trzymając ją za wałki wplecione w włosy uderzał z furią jej głową o podłogę. Nawet nie zwrócił na syna uwagi.
Adam nie był w stanie zrozumieć tego, na co patrzył. Nieruchome ciało matki, mnóstwo krwi dokoła a z ust jego ojca zwisało coś jakby... nie mógł w to uwierzyć. Jego ojciec miał w ustach wyrwany kawałek ciała z szyi swojej ofiary. Adam przyglądał mu się z rosnącym przerażeniem. Ten agresywny, zdziczały typ w ogóle nie przypominał jego ojca. Jego twarz była zupełnie odmieniona. Jakby mięśnie jego twarzy uległy degradacji zmieniając dotychczasowe rysy twarzy mężczyzny w kuriozalną karykaturę. Kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały Adam poczuł lodowate ukłucie w żołądku. Ojciec stracił zainteresowanie żoną i podniósł się niezdarnie nie spuszczając syna z kaprawych, przekrwionych oczu.
- Stój gdzie stoisz... - Zagroził Adama czując jak napinają się wszystkie jego mięśnie.
Mężczyzna w ogóle nie zwrócił uwagi na to, co mówił Adam. Gdyby nie to, co wydarzyło się przed chwilą wyglądałby żałośnie w tej swojej zapaskudzonej koszulce zawieszonej na chudych starczych ramionach i majtkach, z których sterczały chude pałąkowate nogi. Jednak w tych okolicznościach był przerażający. Jego widok sprawił, że krew w żyłach Adama zamieniła się w lód. Widząc, że słowami go nie powstrzyma postanowił uprzedzić to, co zdawało się nieuniknione. Doskoczył do ojca i wyrżnął go pięścią w twarz. Głowa starego odskoczyła. Adam czuł przypływ adrenaliny. Poprawił tym razem nogą dodając sobie animuszu krzykiem. Ciało starego wyniszczone alkoholem poszybowało jak szmaciana kukła prosto na drzwi toalety, które wypadły z zawiasów i razem z nimi wpadł do środka. Upadł z takim impetem, że w drzwiach powstała dziura w miejscu, w którym zderzyły się ze starą pożółkłą muszlą klozetową. W tym samym miejscu znajdowała się jego głowa. Adam wpatrywał się w krew na drzwiach i muszli. Ciało ojca osunęło się bezwładnie.
W mieszkaniu zapanowała cisza. Słyszał tylko oszalałe bicie własnego serca. W głowie miał potworny mętlik. Już sam nie był pewny czy zrobił to w obronie własnej? Nagle drzwi do mieszkania otwarły się a do środka wszedł Sebastian żując w ustach zapałkę. Wpół drogi zatrzymał się z rozdziawionymi ustami. Spojrzał na leżącą kobietę później na ojca Adama. Wszędzie było pełno krwi. Na koniec przeniósł wzrok na Adama, który sprawiał wrażenie jakby nie miał pojęcia co się wokół niego dzieje.
- Kurwa ziom, co tu się stało?
Adam spojrzał mętnym wzrokiem na przyjaciela, po czym przyjrzał się upiornej scenie rodem z jakiegoś kryminalnego programu. Jego matka leżała z głową nienaturalnie skręconą w bok jakby zastygła wpatrzona w plamę krwi na ścianie. Wokół jej głowy zebrała się czerwona kałuża, której nawet dywan nie potrafił wchłonąć. Przyglądał się chwilę, po czym przeniósł wzrok na Sebastiana.
- Stary wrócił urżnięty... matka wrzeszczała... później on rzucił się na nią. – Jego własny głos wydał mu się obcy i dziwnie spokojny. – A później on... on.. – wskazał palcem ciało ojca. – On chciał się rzucić na mnie...
Stali chwilę w milczeniu przyglądając się to sobie to nieruchomym ciałom. Na twarzy Sebastiana malowała się mieszanina strachu, szoku i niedowierzania. Gdzieś w głębi pojawiła się nuta podejrzliwości. Co jeśli to Adam wpadł w szał i pozabijał rodziców? A on wpakował się w to gówno zupełnie nieświadomie. Musi być ostrożny, mimo wieloletniej przyjaźni.
- Eeeeeej... - Zapałka wypadła z ust Sebastiana, który wskazywał palcem w stronę toalety.
Adam odwrócił się w tamtą stronę i zobaczył jak jego ojciec mimo potwornej rany z tyłu głowy drgnął. Ruchy były coraz bardziej widoczne aż w końcu mężczyzna niezdarnie spróbował się podnieść. Obydwaj wpatrywali się w całą scenę z niedowierzaniem aż w końcu mężczyzna stanął niepewnie o własnych siłach. Nagle matka Adama również zaczęła poruszać się. Najpierw były nerwowe, krótkie ruchy nóg. Później poruszało się całe jej ciało. Chciała się podnieść, ale poślizgnęła się w kałuży własnej krwi. Wreszcie stanęła tuż obok swojego męża. Wyglądali jak ludzkie karykatury. Do tego kobieta miała skręcony kark i stała do nich tak, że było widać jej plecy, choć twarz miała skierowaną w ich stronę. Z ich gardeł wydobyły się pomruki i gardłowe warknięcia przyprawiające o gęsią skórę.
*
Krystian już nie pamiętał jak długo biegł ani przed czym ucieka. Zapętlił się w szpitalnych korytarzach aż natknął się na łazienkę. Pomieszczenie było obskurne i nieprzyjemne. Metalowa emaliowana umywalka była poobijana i zszarzała. Pochylił się nad nią i odkręcił kurek z zimną wodą. Przemył twarz i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Właśnie sobie przypomniał o Thanatosie i trupach z kostnicy. Teraz to wszystko wydało mu się śmieszne. Przecież wokół toczyło się normalne życie. Jakiś pacjent w szpitalnej pidżamie wszedł do środka i dziwnie mu się przyglądał, zanim zniknął w jednej z kabin. Wciąż miał stępiony marihuaną umysł. Na szczęście wracał już do siebie. Wyszedł na korytarz, na którym panował normalny zgiełk. Ludzie mijali go obojętnie. Wtedy przypomniał sobie o nikonie. Musiał go odzyskać. Kosztował go cztery tysiące, których zresztą nie miał. W dodatku miał tam zdjęcia tajemniczych zwłok z kopalni Rozbark. Musiał po niego wrócić. Zrobił kilka kroków, kiedy nagle na korytarzu rozległ się okrzyk.
- Chryste Panie! – Wszyscy obecni w pobliżu zatrzymali się odwracając się i zadzierając głowy żeby dojrzeć kto się tak wydziera. - Trupy wyszły z kostnicy, Boże ratuj.
Dwie młode pielęgniarki stojące tuż obok Krystiana wymieniły zmieszane spojrzenia jakby nie były pewne czy śmiać się, czy jednak sprawdzić co się dzieje. Nieco dalej trzydziestoletnia kobieta zerkała na swoją córkę zastanawiając się czy łapać ją na ręce i uciekać, gdzie pieprz rośnie, ale powstrzymywała ją obawa, że się ośmieszy. Złapała ją za ramię i przysunęła do siebie. Ktoś inny zaśmiał się głośno jak z dobrego żartu. Krystian miał wrażenie jakby chłodny wąż owinął się wokół jego kręgosłupa. Teraz trudno było sobie wytłumaczyć zajście w kostnicy hajem. Ludzie na korytarzu zastygli w bezruchu jakby oczekując dalszego ciągu. Niektórzy mieli uśmiechy na twarzach sądząc, że biorą udział w jakimś zwariowanym happeningu. Na twarzach pozostałych malowała się konsternacja i brak pewności co robić. Chociaż Krystian doskonale wiedział co się dzieje nie potrafił rzucić się do ucieczki jako jedyny.

Okazało się, że nie musiał gorączkowo rozważać ucieczki. W ciszy, która zapanowała na korytarzu usłyszeli tupot kilkudziesięciu stóp. Odgłosy zbliżały się do nich coraz szybciej i szybciej. Ciało Krystiana napięło się, jak struna. Rozejrzał się jeszcze raz po wszystkich. Na twarzach ludzi malowała się coraz większa konsternacja. W głębi szerokiego korytarza pojawiła się grupa biegnących ludzi. Zaczęli wrzeszczeć coś niezrozumiale. Wszystko to zlało się w jedną niepokojącą kakofonię dźwięków. Ludzie stojący wokół niego zerwali się bez namysłu do ucieczki dołączając do tych, którzy nadbiegli. Krystian dostrzegł wśród nich zarówno pacjentów, personel i ludzi, którzy przyszli w odwiedziny do szpitala. Panika tych wszystkich przestraszonych ludzi udzieliła mu się i rzucił się wraz z nimi do ucieczki.
*
Wybiegli z mieszkania omal na siebie nie wpadając w progu. Adam zdążył ściągnąć kurtkę z wieszaka. Zbiegali schodami w dół na złamanie karku robiąc przy tym potworny hałas. Zniszczone drewniane schody zdawały się krzyczeć pod ich ciężkimi susami. Ktoś wyszedł z mieszkania posyłając pod ich adresem niewybredną wiązankę. Sebastian dopadł drzwi jako pierwszy. Adam wpadł na jego plecy. Chwilę się szamotali przy wyjściu z klatki schodowej. W końcu wypadli na zewnątrz jak oparzeni, niemal tracąc równowagę na śniegu. Rozejrzeli się dookoła ze zdziwieniem. Sami nie wiedzieli czego tak naprawdę się spodziewali. Pandemii żywych trupów? Uciekających ludzi i odgłosów paniki? W każdym razie dookoła toczyło się normalne życie. Ludzie przemykali chodnikami jednak ich szybki krok był powodowany zaledwie, siarczystym mrozem i zbliżającym się zmierzchem. Wymienili zagubione spojrzenia między sobą ciężko przy tym dysząc.
- Idziemy to zgłosić? – Sebastian sapał ciężko przez co mówił ledwo zrozumiale.
- No raczej. – Adam podparł się dłońmi o uda i próbował wyrównać oddech.
Usłyszeli dźwięk tłuczonego szkła. Było to tak zaskakujące, że początkowo nie potrafili zlokalizować źródła dźwięku. Nagle setki odłamków posypały się wprost na ich głowy. Adam, zanim zasłonił twarz chroniąc ją przed ostrymi odłamkami szkła dostrzegł ciemny kształt lecący prosto na nich. Coś lub ktoś najwidoczniej wypadło przez okno w okolicy drugiego piętra. Nagle ciemna plama spadła z głuchym rumorem wprost na Sebastiana, który zdążył tylko krzyknąć. Adam upadł na plecy. Z otwartymi ustami przyglądał się, jak ciało, które wypadło z okna teraz przyciskało jego przyjaciela do ziemi i próbowało dorwać się do jego gardła. Sebastian musiał mocno ucierpieć, ponieważ nie był w stanie nawet zasłonić się przed natarczywym atakiem. Krzyknął tylko do Adama wyciągając w jego stronę dłoń. Tymczasem Adam patrzył na niego bez słowa. Nie zdolny do żadnego ruchu. Był zbyt przerażony i zaskoczony. Po chwili Sebastian krzyczał, ile miał tchu w płucach, kiedy czyjeś zęby wgryzły się w jego tętnicę. Jakaś para przechodząca niedaleko zapiszczała zszokowana, po czym obydwoje uciekli.
Śnieg, na którym leżał Sebastian z tym kimś na sobie zabarwił się czerwienią. Intruz, który z dziką furią rozszarpywał ciało nieszczęśnika nie zwrócił w ogóle uwagi na niemego obserwatora w, którego zamienił się Adam. Adam patrzył bezwolnie jak dłoń kolegi znieruchomiała i opadła bez życia. Chłopak był w szoku. Nie potrafił zdobyć się zarówno na pomoc jak ucieczkę. Mógł tylko siedzieć wpatrzony w makabryczną scenę i wsłuchiwać się w obrzydliwe odgłosy jakie wydawał z siebie napastnik. Nagle usłyszał kolejne rozbijane okna. Już nie jedno, ale kilka w, zaledwie kilku sekundowych odstępach czasu. Jedno po drugim. Powietrze tuż przed nim, wypełniło się tysiącami odłamkami. Część spadła na niego. Zasłonił się odruchowo, więc nie widział ciał, które szybowały chwilę tylko po to, żeby zaraz głuchym tępym uderzeniem zderzyć się ze zmarzniętą ziemią. Kiedy podniósł głowę w jego stronę pełzły ciała wyraźnie odcinające się swoją szarością na tle białego śniegu. Przez chwilę myślał, że straci przytomność.
Obserwował całe zajście jakby śnił. Jakby był świadkiem przerażającego spektaklu. W dodatku zaczął padać śnieg nadając całej scenie surrealizmu. To był obłęd. Pośród pełznących ciał rozpoznał panią Krysię spod dziesiątki. Za nią charczał tocząc pianę z ust grubas z piątego piętra. Adam kiedyś opróżnił jego kieszenie, kiedy tamten zasnął pijany na schodach tuż pod drzwiami swojego mieszkania. To nie mogło się dziać naprawdę. Wśród pełzaczy zauważył własną matkę, która wciąż miała wałki we włosach i szczerzyła w jego stronę swoje zepsute zęby. Odgłosy, które do niego docierały zlewały się w jedną rozstrajającą nerwy kakofonię dźwięków. Otrzeźwił go dopiero pisk przechodzącej nieopodal dziewczyny, która puściła się biegiem. Byle dalej stąd.
*

Krystian biegł wśród innych, obcych sobie ludzi. Jedyne co ich łączyło to strach. Panika, która zdawała się być jedynym motorem napędzającym to ludzkie stado. Ta niezwykła atmosfera stłoczonych pędzących ciał nasunęła Krystianowi na myśl, że w pewnym sensie stanowią jeden organizm. Wystarczyło, że ktoś z przodu skręcił w dowolną stronę, natychmiast pozostali biegli za, nim. Słyszał tylko odgłosy stóp uderzających o szpitalną posadzkę, przyspieszone oddechy, płacz a czasem krzyki i piski. Trupy co rusz pojawiały się w kolejnych odnogach korytarza. W najmniej oczekiwanych miejscach wywołując kolejny zwrot biegnącego tłumu i wrzaski przerażenia. Ten szalony organizm nie miał litości dla każdego, kto wypadł w ten czy inny sposób z jego rytmu. Jeśli ktoś nie wyrobił na zakręcie, poślizgnął się czy potknął i upadł niemal natychmiast był tratowany przez pozostałych biegnących z tyłu.
Nagle jakaś kobieta poślizgnęła się, skręciła kostkę i z krzykiem upadła. Natychmiast potknął się o nią mężczyzna z dzieckiem na ręku. Po chwili zrobił się w tym miejscu zator z ludzkich ciał. Ludzie wrzeszczeli, wzywali pomocy i klęli. Jakiś pielęgniarz leżący na podłodze próbował w zupełnie bezsensownym odruchu złapać kolejną osobę, pociągnąć za sobą. Ktoś inny pchnął biegnącą kobietę prosto w stronę tej abstrakcyjnej tamy. Ludzie zaczynali zachowywać się coraz bardziej agresywnie wobec siebie. Krystian zrozumiał, że jeśli chce przeżyć musi odłączyć się od tłumu. W końcu albo sami się pozabijają albo zapędzą do ślepego zaułka.
Odskoczył w bok pod samą ścianę. Kilka osób trąciło go, ale zdołał utrzymać równowagę. Kiedy dostrzegł w ścianie stalowe drzwi, rzucił się w tamtą stronę. Chwilę się z nimi mocował. Nie mógł nic zobaczyć przez zbrojoną szybę w lewym skrzydle, ale w końcu udało i zniknął po drugiej stronie. Rozejrzał się gorączkowo po wnętrzu. Na ścianach łuszczyła się farba a przed, nim znajdowały się schody prowadzące w dół. Zrozumiał, że droga prowadziła do piwnicy.
- Kurwa!!
Krystian był wściekły. Sam zapędził się w ślepy zaułek. Jednak nie miał wyjścia. Nie zamierzał wracać na korytarz, z którego wciąż docierały krzyki uciekających ludzi. Ruszył schodami w dół. Szedł powoli, ostrożnie nasłuchując, z duszą na ramieniu. Wokół panowała cisza. Odgłosy z góry docierały mocno stłumione. Korytarz, w którym się znalazł miał jakieś trzy metry szerokości, choć nisko zawieszony sufit sprawiał klaustrofobiczne wrażenie. Tuż pod sufitem ciągnęły się rury i całe kłębowisko kabli. Stamtąd też rozlegał się monotonny szum. Schody, którymi dotarł na korytarz nie był ani początkiem ani jego końcem. Miał zatem do wyboru pójść w lewo lub w prawo. Oświetlenie było słabe, mdłe jakby przytłumione przez zabrudzone klosze. Korytarz po jego lewej stronie w oddali tonął w mroku. Właśnie dlatego zdecydował się pójść w prawo.
Ruszył korytarzem oglądając się cały czas za siebie. Kiedy z drugiego, ciemnego końca usłyszał złowrogi pomruk przyspieszył kroku. Trucht szybko zamienił się w bieg. Poczuł przypływ paniki. Wiedział już, że za jego plecami czai się śmierć, natomiast nie miał pojęcia dokąd prowadzi korytarz. Nagle to miejsce skojarzyło mu się z kopalnianym chodnikiem. Przypomniał sobie teścia, kopalnię Rozbark i te pieprzone trupy. Nagle dopadła go absurdalna myśl, że może górnicy dokopali się do samego piekła. Roześmiał się histerycznie. A jego teść? Jaka była jego rola w tym wszystkim? Może wysłał go tam z nadzieją, że Krystian sczeźnie? Przecież za, nim nie przepadał. Nigdy tego nie krył. Nie to bez sensu. Jest gburem i chamem, ale przecież nie jest mordercą. Szuranie stóp docierało do niego wyraźnie. Żałował, że cała ta kopalnia nie zapadła się w cholerę.
Biegł przed siebie, kiedy kątem oka dostrzegł metalowe drzwi. Zatrzymał się tak gwałtownie, że stracił równowagę i przewrócił się. Szybko podniósł się na nogi przeklinając i podszedł do miejsca, w którym jak sądził znajdowały się drzwi. Faktycznie były tam. Farba bezlitośnie nakładana warstwa po warstwie przez dziesięciolecia pękała i łuszczyła się, miejscami odchodząc całymi płatami. Pośrodku drzwi niemal na wysokości oczu Krystiana znajdowała się tabliczka ze startym i słabo już czytelnym napisem KOTŁOWNIA. Uderzył kilka razy pięścią. W odpowiedzi zamiast szczęku zamka usłyszał w oddali warknięcia zniekształcone przez echo. Jego serce zabiło mocniej, ręce zaczęły się trząść a nieskładna modlitwa ugrzęzła mu w gardle. Rzucił się na drzwi bijąc w nie pięściami, kopiąc w nie i wrzeszcząc. Drzwi pozostały niewzruszone, za to na korytarzu pojawili się Oni. Dzieliło ich, zaledwie dwadzieścia metrów. Szli niewprawnie i wolno jakby ostentacyjnie dając mu do zrozumienia, że nie ma od nich ucieczki. Zrozumiał, że nie ma przed nimi ucieczki. Ledwo dyszał a oni najwyraźniej nie męczyli się w ogóle. Iście piekielny pochód zbliżał się nieuchronnie. Niektórzy z nich byli nieludzko wręcz okaleczeni, ciągnąc za sobą smugę krwi. Nagle stalowe drzwi zazgrzytały z metalicznym dźwiękiem. Krystian poczuł przypływ nadziei, kiedy drzwi uchyliły się a pomiędzy nimi a framugą pojawiła się głowa starszego mężczyzny o pobrużdżonej twarzy z kilkudniowym zarostem i petem w ustach. Od swojego wybawcy poczuł zapach alkoholu.
- Co jest kurna, - Zmierzył Krystiana mętnym wzrokiem. - Pali się czy jak?
Krystian nie odpowiedział tylko szarpnął drzwi i wpadł do środka przepychając się obok swojego wybawcy, który straciłby równowagę, gdyby nie ściana o którą się oparł.
- Niech pan zamknie drzwi, błagam!
Mężczyzna nie zareagował zerkając zdezorientowany to na drzwi to na intruza, który wtargnął do jego kotłowni niemal go przewracając. Krystian widząc, że tamten nie zamierza wykonać jego prośby sam rzucił się do drzwi i je zaryglował. Robotnik obserwował go nie spuszczając z niego wzroku. Nie podobało mu się, że intruz jest cały zlany potem, ma świszczący oddech i jest dziwnie pobudzony. Może to wariat? Rozejrzał się odruchowo w poszukiwaniu czegoś do obrony. Z takimi nigdy nie wiadomo. Co prawda nie wyglądał na gościa zaprawionego w bójkach, ale wolał nie ryzykować. Tuż koło ogromnego kotła znalazł duży francuski klucz. Zważył go w ręce i poczuł się pewniej. To powinno wystarczyć. Krystian to zauważył.
- Nie rozumie pan. – Mówienie wciąż przychodziło mu z trudem.
- Synek, mie się wydaje, że ty nic nie rozumiesz. Wpadłeś tu jak do siebie a nawet nie wiem coś za jeden. To moja kotłownia, jestem tu palaczem.
- Krystian, dziennikarz. – Wycharczał, płuca paliły go żywym ogniem.
Napięte mięśnie na twarzy palacza nieco się rozluźniły, ale nie odłożył klucza. W końcu co drugi świrus będzie się przedstawiał jako Napoleon czy sam Chrystus. Dlaczego, więc nie miałby sobie wymyślić, że jest dziennikarzem? Powiedzieć można wszystko. Co prawda wyglądał na mądralę, ale, kto wie czy, kiedy straci czujność ten mądrala nie rzuci mu się na plecy i nie poderżnie gardła? Z tych rozważań wyrwały go odgłosy z korytarza. Zerknął zaskoczony w stronę drzwi. No proszę oto i pościg za świrem. Więc jednak. Podszedł w stronę drzwi.
- Niech pan tego nie robi. - W głosie Krystiana pobrzmiewała błagalna nutka. - Tam są trupy.
- Synek, przeca to szpital. Jak jest szpital to muszą być i trupy, nie?
- Nie takie. Żywe trupy. Zjadają ludzi. W całym szpitalu jest ich pełno.
Robotnik poczuł jak atmosfera wokół niego zagęszcza się. Serce zabiło mu żywiej. Gość okazał się większym świrem, niż początkowo to zakładał. Jego palce odruchowo zacisnęły się na kluczu. Był zdecydowany użyć go, jeśli zajdzie taka potrzeba. Tak, nie zawaha się ani chwili. Żałował, że nie ma dwudziestu lat mniej. W każdym razie nie zależało mu na niepotrzebnym zamieszaniu. Miał tutaj schowanych kilka butelek wódki i parę magazynów pornograficznych. Ci z biura jeszcze zrobią z niego pijaka i erotomana, którym przecież nie był.
- Trupy, co?
Nie spuszczając z oczu swojego gościa podszedł do drzwi. Krystian przez chwilę rozważał możliwość ataku na starego durnia. Jednak wielki francuski klucz zniechęcił go. Stary nie wyglądał okazale, ale on od zawsze unikał bojek i konfrontacji, a co, jeśli ten dziad okaże się jeszcze dość krzepkim skurwysynem? Podczas gdy palacz szarpał się z ryglem postanowił sam rozejrzeć się za czymś co posłuży mu do samoobrony. Wiedział wystarczająco dużo. Na przykład to, że ugryzienie kończy się przemianą. Znalazł dużą szeroką łopatę do nakładania węgla.
Tymczasem palacz uchylił ostrożnie drzwi. Coś go tchnęło, ponieważ w ostatniej chwili przystawił stopę blokując je na wszelki wypadek. Oczywiście w żadne biegające trupy nie wierzył, ale cholera wie, kto mógł szukać tego dziwoląga. Okazało się to najmądrzejszą decyzją w jego życiu. Na drzwi coś napierało z dużą siłą a w szparze pomiędzy nimi a framugą pojawiły się dłonie. Blade, sine i okaleczone. Niektóre z nienaturalnie powykręcanymi palcami i zerwanymi paznokciami. Poczuł też smród.
- Przenajświętsza Panienko! – Wrzasnął przerażony robotnik.
Zaparł się z całej siły, ale otwór miał już kilka centymetrów a napór był ogromny. Na zewnątrz słyszał charczenie i niezrozumiały bełkot, który zmroził mu krew w żyłach. Jego twarz szybko nabiegła krwią. Zrobiła się purpurowa z wysiłku. Na skroniach pojawiły się pęczniejące żyły. Zakrztusił się smrodem sączącym się z korytarza. Żałował, że rano opróżnił butelkę czystej z kolegą. Krystian patrzył na zmagania palacza i odrzucił łopatę. Wiedział, że to kwestia czasu jak trupy wtargną do środka. Rzucił się w stronę drzwi i uderzył w nie barkiem. Poczuł ból, niemal pojaśniało mu w oczach. Jednak drzwi z trzaskiem domknęły się. Palacz błyskawicznie zaryglował je. Osunęli się przywierając plecami do drzwi. Siedzieli chwilę w milczeniu. Wciąż słychać było odgłosy atakujących z korytarza. Nagle palacz zauważył coś pełznącego po podłodze. Jedna z dłoni została odcięta, kiedy domknęli drzwi. Jednak dłoń wciąż się poruszała zmierzając w stronę jego nogi.
- Co to kurwa jest?! – Robotnik zerwał się na nogi i wytrząsnął dłoń z nogawki.
- Mówiłem, żeby nie otwierać drzwi? - Wyjęczał Krystian również wstając. - Jak ktoś ci mówi NIE OTWIERAJ, to po prostu kurwa nie otwieraj, rozumiesz?
- Myślałem, że... że jesteś jakimś zbiegłym czubkiem... – Mężczyzna nie odrywał wzroku od martwej dłoni, która wyglądała jak wielki osobliwy pająk.
- Przecież to nie dom wariatów. Zresztą nieważne. Musimy się pozbyć tego... – Zabrakło mu słów. – Tego czegoś.
Dłoń próbowała przemieszczać się za pomocą palców. Krew wciąż jeszcze sączyła się z nadgarstka. Krystian poszedł po łopatę, którą porzucił chwilę temu a robotnik z niedowierzaniem przyglądał się zmaganiom martwej dłoni. Krystian przyłożył łopatę tuż przed nią zerkając na robotnika. Ten z niechęcią szturchnął butem intruza, który wpadł na łopatę. Poczuł dreszcz obrzydzenia.
Będzie musiał golnąć, bo to nie jest tak, że można nie pić jak się takie cuda dzieją. W końcu szturchnął butem dłoń. Wrzucili ją do pieca.
- To nie na moje nerwy. – Robotnik splunął na ziemię ze wstrętem.
Poszedł za piec, gdzie trzymał wódkę. Musiał się napić, bo to nie jest tak, że można nie pić jak się takie cuda dzieją. Po chwili wrócił i przysiadł obok Krystiana. Odkręcił butelkę czystej wyborowej i podsunął pod nos gościowi. Krystian odmówił, więc sam się poczęstował. Poczuł przyjemny piekący płyn rozlewający się w jego wnętrzu.
- Toż to koniec świata. - Przetarł usta wierzchem dłoni. - A ludzie mówili, że to wódka mnie wykończy. - Kręcił głową z niedowierzaniem.
Siedzieli bezczynnie dłuższy czas. Krystian myślami był przy swojej żonie. Grażyna powinna być w domu, kiedy to wszystko się zaczęło. Miał taką nadzieję. W końcu zdecydował, że musi jak najprędzej dostać się do swojego mieszkania. Spojrzał na palacza, który co rusz przykładał butelkę do ust.
- Jest stąd jakieś inne wyjście? – zapytał rozglądając się po kotłowni.
- Okno, wychodzi na tyły. A, bo co?
- W takim razie ja spadam. Idziesz?
- A po co? Tu jest bezpiecznie. Nigdzie się nie ruszam.
*
Robert nie potrafił pozbyć się nieprzyjemnego uczucia niepokoju. Był jak gąbka, która systematycznie nasączała się tym denerwującym irracjonalnym uczuciem. Czuł dławienie w dołku i delikatne drżenie rąk. Jakby złapała go jakaś choroba. Wiercił się w fotelu niespokojnie i mógłby przysiąc, że w powietrzu unosi się jakiś specyficzny zapach. Przyjemność z jazdy tramwajem znikła a jedynej otuchy dodawał mu stalowy pręt, którym dotychczas przestawiał zwrotnice.
Po swojej lewej stronie miał park, natomiast po prawej ulicę oddaloną, zaledwie o kilka metrów. Nagle od strony ulicy dał się słyszeć ogromny huk zderzających się samochodów. Pasażerowie natychmiast rzucili się do okien. Karambol miał miejsce nieco sprzed nimi, ale, kiedy mijali to miejsce Robert miał tylko możliwość zauważyć kilka rozbitych samochodów i ludzi wymachujących rękami. Tramwaj pomknął przed siebie a on nie miał zamiaru zwalniać. Dotychczasowy niepokój przeobrażał się w najprawdziwszy lęk. Miał wrażenie jakby czyjaś lodowata dłoń ścisnęła jego serce. W parku po lewej również miał miejsce jakiś incydent. Doszły do niego krzyki przerażenia i widział rozbiegających się we wszystkie strony ludzi. Zimny pot spłynął mu po plecach. Szaleństwo zawitało do miasta. Czuł to. To był jakiś obłęd a on zbliżał się do centrum.
*
Adam biegł nie oglądając się za siebie. Czuł na sobie spojrzenia zaciekawionych przechodniów, ale miał to gdzieś. W takim stanie w jakim się znajdował, nie miało dla niego znaczenia czy zrobi z siebie pośmiewisko czy nie. W tej części miasta sytuacja wyglądała zupełnie normalnie. Samochody jeździły wolno po zaśnieżonych ulicach a ludzie wciąż krążyli z zakupami, wracali z pracy do domu lub zwyczajnie kręcili się tu i tam. Jednak on wiedział jak szybko może się to zmienić w koszmar. Mijał takie miejsca. Nogi niosły go same. Płuca piekły boleśnie i omal nie skręcił sobie nogi w kostce. Niebo pociemniało i przestał padać śnieg. Kiedy dostrzegł tramwaj zbliżający się do przystanku, postanowił do niego wskoczyć. Do środka wpadł zdyszany, całkowicie wyczerpany. Od razu zwrócił na siebie uwagę.
- Co się stało? - Zapytał ktoś, nie zauważył, kto. Głowę miał zwieszoną w dół a wzrok wbity w podłogę. Oddałby wszystko, żeby pozbyć się tego uczucia jakby w płucach miał rozżarzone węgle.
- Sta... stało... stało się, - sapał bezładnie, choć jego serce zaczynało już spowalniać swój szalony rytm. – Dzwońcie.. policja. – Nie dał rady wyrzucić z siebie pełnego zdania.
Stojący w pobliżu mężczyzna w czarnym płaszczu z aktówką w ręce sięgnął do kieszeni po swojego iphona.
- Nie ma zasięgu. – Oznajmił z rozczarowaniem w głosie.
Dziewczyna z wielkim tyłkiem, ta sama, która wzbudziła niesmak motorniczego grzebała w torebce, po czym wyjęła telefon i nerwowo przyciskała klawiaturę.
- Ja też nie mam. – Rozejrzała się po pozostałych jakby szukając u nich wyjaśnień.
Wśród pasażerów rozległ się szmer zaskoczenia. Wszyscy sięgali nerwowo po swoje telefony, ale każdy był martwy. Wymieniali zaskoczone spojrzenia. Zaczęli się zastanawiać na głos, co się stało. Adam dochodził powoli do siebie.
- Pewnie jakaś awaria. - Odezwał się ktoś z tyłu.
- W Czarnobylu też... pewnie... – Jednak nie był jeszcze w formie. – Pewnie tak mówili. Awa... awaria. A kutasy same, im poodpadały. – W końcu udało mu się powiedzieć zdanie bez brania kilku oddechów.
- Hej, człowieku. - Zwrócił mu uwagę mężczyzna w czarnym płaszczu. - Po co od razu takie teksty? Komórki nie działają, wielkie mi rzeczy. Pamiętam czasy, kiedy ich w ogóle nie było.
- Taa... – Adam był poirytowany. - Komórek nie było a po rynku... – zrobił pauzę na wyregulowanie oddechu, - spacerowały dinozaury. Kurwa ludzie, tu wcale nie chodzi o komórki. Nie tylko o nie. - Musiał zrobić przerwę na kilka wdechów. - Ludzie na mieście rzucają się na siebie. Zjadają się. Skaczą z okien. To jakieś pierdolone szaleństwo.
Słowa Adama wprowadziły wśród pasażerów konsternację. Ludzie przestępowali z nogi na nogę. Krystian uważnie obserwował dyszącego chłopaka. Od razu mu się nie spodobał. Znał takich jak on. Wystających po bramach i gotowych poderżnąć gardło za parę złotych. Ale, z drugiej strony czuł, że taki gnojek nie wystraszy się, byle czego. Tymczasem chłopak w kapturze pokłócił się ze swoją partnerką, która szarpiąc dzieciaka za rękę wyszła z tramwaju. Chłopak chwilę stał przeklinając pod nosem aż zdecydował się pójść za nimi. Mężczyzna, ten sam od iphona, zauważył zbliżającą się taksówkę. Wyskoczył z tramwaju informując na odchodne pozostałych, że skorzysta z taryfy.
Robert czuł się coraz bardziej odrealniony. Strach narastał w, nim i nagle pojawiła się chęć zamknięcia tramwaju i odizolowania się od tego całego szaleństwa. Coś pchało go dalej. Ten stary nieco poobijany i przyrdzewiały wagon będzie jego twierdzą. Musi jechać dalej. Ponieważ nikt nie odważył się wysiąść zamknął drzwi. W środku pozostało ich, zaledwie kilkoro. Był przekonany, że tak długo, jak będą się znajdowali w ruchu, nic im nie grozi.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -