Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pomrok, odc. 3

Dariusz Kick

To był kurs jedyny w swoim rodzaju. Tramwaj jechał przez miasto mijając miejsca, w których ginęli ludzie a śmierć zataczała coraz szersze kręgi, żeby za chwilę znaleźć się kilka przecznic dalej, gdzie ludzie wciąż byli zagonieni swoimi sprawami, nieświadomi dramatu rozgrywającego się nieopodal. Jednak rzeź stawała się coraz częstsza. Samochody wpadały na siebie. Srebrny opel vectra uderzył nawet w nich, nie czyniąc jednak większych strat. Wszyscy w tramwaju byli coraz bardziej poruszeni, podnieceni i przerażeni. Słychać było pierwsze syreny policyjne, pogotowia i straży pożarnej. Z perspektywy pędzącego tramwaju było to ze wszech miar szczególne, obserwować w ten sposób jak miasto pogrąża się w chaosie i grozie. Ludzie z zaciśniętymi zębami z twarzami przyklejonymi do szyb patrzyli bez słowa zatopieni każdy w swoich myślach. Robert czuł, że dotychczasowy niepokój został wyparty przez adrenalinę, która pojawiła się w jego żyłach.
To był obłęd. Chwilami dawał się ponieść tej szalonej chwili. Zdawało mu się, że jest kapitanem statku prującym bezlitośnie wzburzone fale. Prowadził swój tramwaj brawurowo jakby czuł, że urodził się dla tej jednej chwili. Gdyby tylko mógł zjechałby z torów i pomknął ulicami i chodnikami. Zanurzyłby się pomiędzy kamienice, które jedna z drugą i kolejną tworzyły swoistą arterię tego pieprzonego miasta. Wbiłby się jak, w mrowisko, ale to on byłby królem. Królem w stalowym pancerzu. Na drodze tuż na przeciwko nich zarzuciło białym smartem. Samochód zgasł najwidoczniej, ale jego część pozostała na torach. Robert krzyknął do pozostałych, żeby się trzymali. Nie zamierzał zwalniać. Nic z tego. Po chwili uderzyli w samochód, który z hukiem odskoczył, odbił się od żelaznego pancerza i pozostał nieruchomy. Zdewastowany. Robert zawył. Czysty obłęd. Wydawało mu się, zerkając w lusterko, że u pozostałych dostrzegł to samo. Dziką fascynację, chęć pędu. Rozbicia wszystkiego co stanie, im na drodze. Byle dalej, dalej przed siebie.
Na twarzy samotnej kobiety pod czterdziestkę siedzącej niedaleko niego dostrzegł w oczach zachwyt. Prawdziwe urzeczenie tą niezwykłą sytuacją. Szarpnęło nimi na zakręcie zwolnił na chwilkę, ale tylko po to, żeby od razu przyspieszyć. On też to miał. Czuł, że, kiedy staną to będzie ich koniec. Liczył się tylko ruch. Z jednej z bocznych uliczek wysypała się na tory liczna grupa trupów. Światła tramwaju złowiły ich w swoją sieć. Martwi podążyli mętnym wzrokiem za reflektorem. Robert niemal uniósł się z fotela. Uderzył prosto w nich. Wszyscy usłyszeli głuchy łomot martwych ciał odbijających się od wagonu. Część z nich została poszatkowana pod stalowymi kołami. Głowa jednego z niczego nie spodziewających się ofiar rozbiła się na szybie tuż przed twarzą Roberta. Nic to, włączył wycieraczki rozmazując ciemną breję. Obudziła się w, nim jakaś uśpiona dotychczas bestia. Drżał niemal na całym ciele. Demon ruchu, tym właśnie był. Tym się stał.
Wjechali na jagiellońską. Jedna z kamienic płonęła. Trupów było jeszcze więcej. ludzie biegali w każdą stronę szukając ratunku w ciągłym ruchu. Rozumiał ich. Trzeba tylko biec, przemieszczać się wystarczająco szybko. Do przodu, do przodu i przed siebie. Gdzie oczy poniosą. Pantograf trzaskał o trakcję krzesząc iskry. Serce waliło mu potwornie. Miał wrażenie, że dotychczas spał. Przespał większą część swojego marnego żywota. Emocje, które tłumił lata całe wylały się w, nim tworząc niesamowitą mieszankę. Nagle dostrzegł jak z okna jednej z kamienic ktoś wyrzuca sporą część płonącej meblościanki. Ocenił sytuację i w lot pojął, że to koniec. Mebel leciał prosto na trakcję tuż przed nimi. Ryknął do pozostałych, ostrzegł ich i włączył rozpaczliwie hamulce.
Stalowe koła ocierały się o stalowe szyny. Potworny pisk, tysiące iskier rozświetlające mrok, który ogarnął miasto i swąd palonego żelaza. Ktoś zaklął szpetnie, ktoś inny poturlał się po podłodze nie przygotowany. Trakcja została zerwana i jak wąż wijący się w powietrzu opadła po chwili bez życia. Zgasło światło, tramwajem szarpnęło, kiedy uderzył w kupę drewna przed nimi. Robert zamknął oczy. Ujechali jeszcze kilkanaście metrów zostawiając ognisko za sobą. Nagle w wagonie nastąpiła cisza. Stali w miejscu. Staruszek na końcu tramwaju zakaszlał. Motorniczy podniósł powieki. To koniec trasy. Nagle wszystko z niego uszło. Wszystko co czuł dotychczas wyparowało z niego w chwili, kiedy się zatrzymali. Czuł się zmęczony jakby przebiegł tą trasę, a nie siedział w swojej maszynie. Mimo wszystko jeszcze nie mógł dojść do siebie. Wciąż miał rozpalone czoło jakby trawiąca gorączka jeszcze nie ustąpiła.
*
Od chwili, kiedy Krystian wydostał się z kotłowni przez okno, nie zatrzymał się ani razu. Zaskoczyło go ciemne niebo, kiedy szedł do Thanatosa było jeszcze widno. Biegł zastanawiając się, czy żona jest bezpieczna w domu. Może z rodzicami. Aparat, zdjęcia i cała historia ciał z kopalni Rozbark przestała mieć dla niego znaczenie. Widząc co się dzieje dookoła, nie miałaby znaczenia dla nikogo. Nie mógł już znieść tych wszystkich wrzasków i krzyków umierających ludzi. Syreny bodaj wszystkich służb zagłuszały się wzajemnie. A on mknął starając się nie rzucać w oczy nikomu. Nie łatwo było stwierdzić, kto jest zainfekowany a, kto nie. Nagle dostrzegł ogień na jagiellońskiej, a za, nim stojący tramwaj. Ruszył w tamtą stronę. Po drodze minął też kilka płonących samochodów. Nie miał pojęcia skąd się bierze ogień. Uderzył w drzwi, ale te w przeciwieństwie do tych w kotłowni rozsunęły się przed nim niemal natychmiast.
Robert zamknął szybko drzwi kiedy przerażony mężczyzna wskoczył do środka. Musiał długo biec, ponieważ usiadł na schodkach i dyszał ciężko. Robert w jakimś sensie czuł się za nich odpowiedzialny. Było mu również głupio, że dał się ponieść tamtej chwili. Nie miał pojęcia co go opętało. Chciał zabrać głos. Powiedzieć coś, cokolwiek co... no właśnie. Co niby miał, im powiedzieć? Przepraszamy za utrudnienia? Po zwrot za bilety proszę udać się do kasy? Nie, to niedorzeczne. Zerknął na staruszka, który zdążył już wrócić na swoje miejsce. Najchętniej wypchnąłby go z tramwaju. Może wtedy, pozbyłby się tego dziwnego uczucia. Rozejrzał się po pozostałych. Ten łysy, który wskoczył, zanim wjechali do centrum siedział wpatrzony w okno. Młoda dziewczyna płakała a jej równie młody chłopak szeptał jej coś do ucha, jakby to miało ją uspokoić. Zerknął na kobietę, która zdawała się czuć dokładnie to samo co on, wtedy. Spojrzała na niego i przeniosła wzrok na okno. Ten ostatni siedział i jeszcze nie odzyskał normalnego tętna. Pieprzyć to, pomyślał. Nikt nie sprawiał wrażenia, że chce wysiąść. Jeśli ktoś będzie chciał odejść pewnie mu powie i tyle. Nie będzie odgrywał żadnego ważniaka.
*
Mróz gryzł jak wygłodniały szczur. Śnieg skrzypiał pod stopami. Dwóch strażników miejskich szło wolnym krokiem ciemnym korytarzem prowadzącym pod dworcem kolejowym. Młodszy, Radek pracował w straży, zaledwie od miesiąca. Matka po kilku miesiącach biegania, przekupywania i odświeżania starych znajomości załatwiła mu wreszcie etat. Chłopak po skończonej zawodówce nie mógł niczego znaleźć a rodzice nie zamierzali go utrzymywać w nieskończoność. Nie był zachwycony tą pracą, znajomi się z niego śmiali. Ale jeszcze bardziej nie przepadał za Marianem, który zaciągnął go pod ten cholerny dworzec. Ten facet miał w głowie jakąś misję i zdecydowanie za bardzo się wczuwał.
Betonowe ściany i sufit tunelu sprawiały przytłaczające wrażenie. Szczególnie nocą. Radek nie przepadał za tym miejscem, zresztą nie przepadał za dworcami kolejowymi w ogóle. Były brudne, zaniedbane i śmierdzące. Od kiedy pamiętał wpływały na niego przytłaczająco. Szczególnie teraz, na godzinę przed końcem zmiany, nie miał pojęcia po jaką cholerę pchają się w najciemniejsze zakątki miasta. Mrok był potwornie gęsty a ich latarki żałośnie słabe. Jedynym drogowskazem była jasna plama majacząca na drugim końcu tunelu. Gdyby nie latarnia stojąca tuż przy wyjściu byliby jak dzieci we mgle.
Radek czuł się coraz bardziej nieswojo. Poza samą atmosferą brudnego, zaplutego dworca kolejowego dochodził najzwyczajniejszy w świecie lęk. Miał wrażenie, że otaczająca ich czerń jest tak skondensowana, że tylko rozstępuje się przed nimi na ten ułamek sekundy, żeby mogli wejść głębiej zamykając się jednocześnie tuż za nimi. Taka pieprzona mroczna pułapka. Im bardziej zaczynał się bać, choć może to jeszcze za mocne określenie, tym bardziej był wściekły na swojego pożal się panie Boże, partnera. Chcąc odsunąć od siebie ponure myśli zaczął się zastanawiać co też może się dziać w głowie Mariana. Pewnie wydaje mu się, że jest jakimś cholernym strażnikiem teksasu albo coś w tym stylu. Pomyśleć, że gość jest uzbrojony jedynie w paralizator a wydaje mu się, że przemierza ulice Kabulu. Żenada. Co rusz musiał się odwrócić, cholera nie potrafił nad tym zapanować. Jakby ten zgred się zorientował, nie dałby mu żyć.
Zbliżali się do jasnej plamy światła majaczącej przy wyjściu. Radek zastanawiał się po cholerę tam idą. Przecież poza kilkoma kamieniczkami, kościołem i cmentarzem nic tam nie ma. Nagle dostrzegli tuż przy wyjściu czyjąś skuloną postać pod ścianą. Słabe smugi światła ich latarek ledwie rozpraszały ciemność. Pod ścianą leżał ktoś. Najprawdopodobniej bezdomny mężczyzna. Ubrany był w długi brezentowy płaszcz na dłoniach miał wełniane rękawiczki bez palców, a na oczy wciśniętą kolorową czapkę z pomponem, która gryzła się z szarością reszty jego garderoby.
- Wstawaj kolego. - Marian trącił nogą śpiącego mężczyznę. – Tu nie wolno spać.
Nie było żadnej reakcji i przez myśl przemknęło im, że bezdomny może być martwy a to bardzo komplikowałoby ich sytuację. Marian zadumał się próbując wetknąć kciuki za służbowy pas. Nie było to łatwe zadanie ze względu na okrągły brzuch. Radek na samą myśl, że być może stoją przy martwym człowieku poczuł ciarki na plecach. Marian dostrzegł lęk w oczach młodego. Gnojek, zaraz narobi w portki. Pomyślał z pogardą.
- Myślisz, że on... – Cisza była zbyt przytłaczająca, Radek musiał się odezwać. – No wiesz... zamarzł?
- Oby nie. - Marian oświetlił nadgarstek zerkając na zegarek. - Nie na czterdzieści minut przed końcem zmiany.
No proszę, pomyślał złośliwie Sebastian, Rambo odmroził dupsko i już się tak nie garnie do patrolu.
W tunelu panowała cisza, tylko mróz szczypał niemiłosiernie.
- Ej, koleś! - Krzyknął Marian. - Wstawaj, straż miejska.
Głos strażnika poszybował wzmocniony echem wzdłuż tunelu, ale sylwetka pozostała nieruchoma. W tym samym momencie poczuli podmuch mroźnego wiatru. Gdyby to zależało od Radka, udałby, że nic nie widzi i poszedł swoją drogą. W końcu kogo obchodzi jakiś menel? Po jaką cholerę kładł się w takim miejscu? Przez chwilę chodziło mu po głowie, żeby zaproponować to koledze, ale nie odważył się. Jeszcze skurwiel na niego doniesie? Matka urwałaby mu głowę, gdyby stracił tą robotę. Nagle ciało poruszyło się. Z początku nieznacznie drgnęło. Można było uznać, że to przywidzenie. Ale po chwili mężczyzna bardzo niezdarnie i powoli uniósł się na tyle, żeby oprzeć plecy o betonową ścianę. Czapkę miał głęboko zaciągniętą na oczy.
- No i było się tu kłaść? O mały włos a dupa by ci przymarzła do betonu. – W głosie starszego strażnika mimo irytacji dało się wyczuć ulgę.
Chcieli mu się przyjrzeć za pomocą latarek. Wełniana czapka była zbyt duża i mocno pobrudzona. Zasłaniała mu większość twarzy, więc widzieli tylko gęstą, skołtunioną rudą brodę. Reszta ciała znikała pod brezentowym płaszczem w kolorze zgniłej zieleni. Przynajmniej kiedyś musiał być tego koloru.
- Wstajemy, wstajemy. – Marian ponaglił bezdomnego, ale w tym samym momencie jego uwagę zwrócił drobny szczegół. - Co on tam ma? – Kierując światło latarki na brodę mężczyzny zerknął na Radka, który zachowawczo stał dwa kroki dalej.
- Pewnie całą tablicę Mendelejewa. – Zauważył Radek. – Skurwiel dawno nie widział mydła.
- Taka broda może kryć więcej tajemnic niż Rospuda. – Marian zbliżył latarkę do bezdomnego. – Ty, weź sprawdź.
- Co? Dlaczego ja?
- Bo jesteś żółtodziobem? – Odpowiedział pytaniem na pytanie próbując jednocześnie przedrzeźniać głos chłopaka.
Krótką chwilę mierzyli się wzrokiem. Radkowi cisnęły się na usta słowa na które nie mógł sobie pozwolić. Ale jednego był pewny. To nie pieprzona armia a on nie jest jakimś kotem, żeby sobie nim wycierał gębę byle nawiedzony tłuścioch. Miał świadomość, że jeśli mu raz ulegnie, ten dupek będzie się nim wysługiwał do emerytury.
- Za nic nie tknę tego parcha. – Wybrał najbardziej dyplomatyczną odpowiedź jak przyszła mu do głowy, choć najchętniej powiedziałby mu prosto w twarz co o nim myśli. O nim o tej robocie.
- Spokojnie młody, to nie Bejrut. Przecież nie schował tam granatu. – Strażnik pokręcił głową z dezaprobatą. Gnojek. Najchętniej przesiedziałby całą zmianę w ratuszu pierdząc w stołek.
Po kilku kolejnych sekundach Marian westchnął ciężko i wymownie, po czym sięgnął po długopis i zaczął gmerać w gęstej sztywnej brodzie bezdomnego. Tamten był jak pod narkozą. Wyglądało na to, że nic nie robi sobie z tego faktu. Strażnik próbował podważyć blady kształt majaczący z gęstwiny i w końcu udało mu się to. Coś wypadło na ziemię i potoczyło się bezgłośnie pod nogi Radka, który niemal podskoczył przestraszony. Cipa, skwitował to w myślach Marian.
- Co to jest? – Chłopak próbował odszukać to coś za pomocą latarki.
- Poświeć tutaj, tchórzu. Nie mam rentgena w oczach.
Radek poczuł, że rośnie mu ciśnienie jednak skierował latarkę we wskazane miejsce. Słaby krąg światła pełzał po podłodze aż w końcu wyłowił to co wypadło z pomiędzy rudych włosów. Obydwaj podskoczyli z krzykiem.
- Co to było?! – Krzyknął Radek czując, że coś ścisnęło go za gardło z obrzydzenia.
- Pierdolony palec! - Marian wpatrywał się w blady kawałek zakończony paznokciem. Mógłby przysiąc, że na drugim końcu widział ślad zębów.
- Palec? Skąd on się tam wziął?
- Jak to skąd? Z brody tego popaprańca. - Marian patrzył na Sebastiana jak na skończonego idiotę.
- Wiem, kurwa! Chodziło mi o to, skąd TAM się wziął. - Chłopak wskazał latarką brodę bezdomnego.
- Oto jest pytanie.
Nagle bezdomny zakołysał się i powolnym, niezdarnym ruchem zgrabiałych od mrozu dłoni podciągnął czapkę. Na strażników spojrzała para oczu, która w niczym nie przypominała ludzkich. Źrenice miały paskudne, zdeformowane kształty, sączyła się z nich gęsta ciemna maź, wszystko to było przesłonięte nieznaczną mgiełką a nienawiść jaką można było wyczytać z tych oczu sprawiła, że ugięły się pod nimi kolana. Bezdomny zacharczał coś niewyraźnie.
- Co on powiedział? Muuu? Wydaje mu się, że jest krową? – Marian nie był pewny co usłyszał.
- Chyba powiedział „mózg”.
- Pierdolony łasuch, - Marian złapał mężczyznę za poły płaszcza i potrząsnął nim energicznie. – Komu odgryzłeś palce! Gadaj padalcu!
Bezdomny skierował wzrok na Mariana ale z jego ust wciąż wydobywał się niezrozumiały bełkot. Strażnik dostrzegł krew na jego zepsutych zębach a chwilę po tym poczuł potworny smród. Nie myśląc wiele złapał latarkę i uderzył bezdomnego w głowę.
- Jeszcze chcesz mózg, jebańcu?
Bezdomny wybełkotał coś charcząc niezrozumiale, co od biedy można by uznać za „mózg”.
- Kurwa, Spadajmy stąd. – Radek zapomniał, że kolega może złożyć na niego raport. Szczerze powiedziawszy miał to gdzieś.
Marian spojrzał wściekły na kolegę nie puszczając z rąk bezdomnego.
- Jakiś łach, żre ludziom palce a tych chcesz brać nogi za pas? - Splunął pod nogi Radka, po czym odwrócił się do bezdomnego i potrząsnął nim energiczniej.
- Nie jesteś na stołówce, gnoju!
Marian nie mógł znieść wzroku bezdomnego. Jego oczy wyglądały koszmarnie i zdawały się przenikać go na wskroś. Dziękował Bogu za mróz, który zdławił, choć nieznacznie, odór leżącego typa. Sięgnął po paralizator i sprawdził go. Po chwili przyłożył go do szyi leżącego i wcisnął przycisk. Niebieski błysk prądu z charakterystycznym dźwiękiem sprawił, że ciałem bezdomnego wstrząsnęły dreszcze.
- Nie będzie wyżerki. Nie na mojej zmianie!.
Radek przypatrywał się całej scenie zdumiony i trochę zszokowany. Sytuacja zdawała się wymykać spod kontroli z każdą sekundą. A przecież wystarczyło, żeby go posłuchał i już, by ich tutaj nie było. Zresztą w ogóle nie musieli tutaj być. Najchętniej uciekłby zostawiając tego pajaca z tym dziwolągiem. Bezdomny szybkim i zdecydowanym ruchem szarpnął niczego nie spodziewającego się Mariana za ręce i przysunął jego twarz do swojej, po czym zwymiotował prosto w otwarte ze zdziwienia usta. Ciemna, gęsta maź zalała twarz strażnika. Marian zaskoczony i przerażony wyrwał się z uścisku. Omal się nie potknął. Każdym porem skóry czuł na sobie gęstą, cuchnącą maź. Ale nie to było najgorsze. Musiał połknąć jakieś twarde grudki, resztki tego co bezdomny nie zdołał przetrawić, chociaż jego gardło buntowało się zaciskając boleśnie. Omal się nie udusił. Żołądek skręcił mu się i podszedł do gardła.
Zszokowany Radek wpatrywał się bezradnie w umazana ciemną parującą breją twarz kolegi, który rzęził teraz coś równie niezrozumiale jak wcześniej bezdomny. Smród jaki towarzyszył wymiocinom przyprawił Sebastiana o mdłości. Tymczasem oślepiony Marian próbował przetrzeć bezskutecznie twarz, odzyskać wzrok i złapać dech. To nie było łatwe zadanie. W końcu poruszył ustami a chłopak mógł go zrozumieć.
- Kurwa! - Zaklął głośno i wyraźnie. - Rzygnął mi do gęby. - Powiedział jakby to nie było oczywiste.
Marian nie potrafił uspokoić żołądka, który chciał mu wyjść gardłem. W końcu zwymiotował pod nogi kolegi, który nie zdążył odskoczyć w porę. Radek momentalnie zwrócił roladę i kapustę, której jeszcze dobrze nie strawił. Jęczeli, klęli i sapali próbując opróżnić swoje wnętrzności. Tymczasem bezdomny przypatrywał się wszystkiemu w spokoju wodząc kaprawym wzrokiem z jednego mężczyzny na drugiego. Nagle do ich uszu dobiegł dziwny dźwięk. Bełkotliwy nic nie znaczący bełkot wzmocniony wieloma gardłami. Strażnicy uspokoili się nasłuchując. Bezdomny podchwycił owo niewyraźne wołanie, sam złożył usta i w końcu wymruczał coś, co brzmiało jak „mózg”.
- Zamknij mordę kutasie. - Radek wycelował w niego palec ale nie odważył się zbliżyć do bezdomnego, który łypnął na niego nienawistnym spojrzeniem.
Z drugiego końca tunelu, tego samego skąd przyszli dobiegało szuranie stóp.
- Ja pierdolę, nic nie widzę, gadaj, co widzisz? – Marian był coraz bardziej przerażony i bezradny. Wciąż nie odzyskał wzroku.
Radek wytrzeszczał wzrok aż oczy zaczęły mu łzawić. Tunel wydał mu się nie mieć końca jak w sennym koszmarze. Dźwięki, które do nich docierały, jeszcze nieznacznie zniekształcone przez echo, przyprawiły go o dreszcze. Latarka trzęsła się w drżącej dłoni. Strażnik bał się poświecić dalej. Bał się zobaczyć co nadchodzi z ciemności. Odwrócił się i spojrzał na Mariana, który kręcił zdezorientowany głową. Wciąż niczego nie widział. Dobrze ci tak sukinsynu, pomyślał z dziką satysfakcją, to przez ciebie to wszystko, ty kupo gówna. Nienawiść do partnera pomagała mu zapanować nad strachem.
Marian wydał mu się jeszcze bardziej groteskowy i żałosny, kiedy tak jęczał, kręcił się wystawiając ręce przed siebie z tym całym gównem na twarzy. Wstrętny grubas. Kawałek biegającego łajna. Tym właśnie był. Nie był już taki zarozumiały i pewny siebie. Zgrywający starszego partnera jakby byli na pieprzonej misji w Iraku. Był przerażony. Łatwo to było dostrzec. Te nerwowe ruchy, niekontrolowane gesty. W tym momencie Radek podjął decyzję.
- Co widzisz, do chuja!? – Ryknął Marian. – Jest tam ktoś?
Plama mdłego światła z latarki pełzła po ziemi wyłaniając z ciemności śmieci popychane przez wiatr. Skierował ją dalej choć im głębiej penetrował tunel tym słabsze stawało się światło. Wreszcie wyłowił to czego się tak obawiał. Pierwsze w kręgu światła pojawiły się nogi a później cała reszta. Było ich wielu. Stanowczo zbyt wielu żeby mogli się im przeciwstawić. Szli nieporadnie. Jakby byli pijani lub stawiali swoje pierwsze kroki w życiu. Jednak dopiero ich wygląd wstrząsnął Radkiem do głębi. Mieli rozszarpane ubrania. Niektórzy z nich mieli otwarte rany ziejące czerwienią przechodzącą niemal w czerń. Jeden z nich niósł ludzką stopę z której wciąż jeszcze kapała krew. Patrzył jak urzeczony tym pochodem żywej śmierci.
- Ej, co jest? Co się dzieje? Jesteś tu? - Próbował zlokalizować kolegę za pomocą dłoni. - Słyszę czyjeś kroki.
Głos mężczyzny otrzeźwił nieco Radka, który spojrzał na niego odruchowo. Trupy, żywe trupy idą do nas bo ty chciałeś odgrywać służbistę, ty pierdolony bałwanie.
- Spokojnie, to tylko pijani kolejarze. - Postanowił trzymać się swojego planu.
Radek zerknął w stronę zabrzańskiej. Tunel kończył się niemal na wyciągnięcie ręki. Tylko kilka kroków. Ostrożnie zrobił krok w tył. Tamci zbliżyli się niebezpiecznie. Zerknął na Mariana i wycofał się jeszcze kilka kroków w tył.
- Całe szczęście. - Odezwał się Marian. - Jeszcze by brakowało żeby zleciało się więcej takich dziwolągów jak ten nasz. - Próbował się przy tym uśmiechnąć, ale niezbyt mu to wyszło.
Spróbował przetrzeć oczy, które piekły go coraz bardziej. Nic to nie pomogło, poczuł się jeszcze gorzej. Zaczął się gorączkowo zastanawiać czy może od tego świństwa stracić wzrok. Odgłosy zbliżających się ludzi stawały się coraz wyraźniejsze. Pomyślał, że musieli być mocno napruci. Strasznie bełkotali. Przysłuchiwał się z coraz większą uwagą. Coś go tknęło. Coś było nie tak. Żadnych śmiechów, rozmów. Nic. Tylko szuranie stóp, jęki i pochrząkiwania. Poczuł jak niepokój ściska go za żołądek. Kiedy ostatni raz słyszał Radka? I nagle olśniła go straszna myśl. Skurwiel go zostawił.
- Ej, młody... to na pewno są kolejarze? Dziwnie się zachowują. - Podjął ostatnią próbę, musiał się upewnić.
Prawda miała cierpki smak. Rozczarowanie ścisnęło go szorstką dłonią za serce. Miał świadomość, że jest otoczony. Otoczony smrodem i złowrogimi warknięciami. Łzy cisnęły mu się do oczu. Wypełniła go gorycz, która była silniejsza niż strach i chęć ucieczki. Stał bezradnie naprzeciwko swojemu przeznaczeniu i postanowił, że nie będzie uciekać. Sięgnął po paralizator. Ślepy czy nie, pokaże co jest wart.
- Straż miejska, nie ruszać się!
Najbardziej wstrząsnął nim smród. Kim oni byli? Ktoś go dotknął. Wzdrygnął się ze wstrętem i szarpnął z obrzydzeniem. Użył paralizator. Nagle wokół niego zakotłowało się. Celował paralizatorem, gdzie popadło wciskając przycisk aż rozbolał go palec. Nagle poczuł ugryzienie w nadgarstku. Wrzasnął z bólu. Narzędzie upadło na ziemię. Próbował walczyć gołymi rękami. Szarpać przeciwników. Odpychać jak najdalej od siebie. Ale było ich zbyt wielu. Nie sposób było się, im przeciwstawić. Później nastąpiło kolejne ugryzienie. Gdyby tylko widział, mógł rozejrzeć się i ocenić sytuację. Marian ostatkiem sił rzucił się do walki z krzykiem na ustach jednak szybko stracił równowagę i upadł. Został przygwożdżony do twardej i zimnej podłogi.
*

Zielony ford fiesta sunął zaśnieżoną ulicą z nadmierną prędkością. Kierowca, szczupły blondyn, zaciskał nerwowo palce na kierownicy wpatrując się przed siebie w napięciu. Co rusz zerkał nerwowo w lusterko jakby chciał się upewnić czy nikt ich nie ściga. Chłopak siedzący obok drapał się nerwowo tuż nad uchem i odwracał głowę, nie mogąc zapanować nad tym odruchem. Nie rozmawiali ze sobą zatopieni we własnych myślach. Wciąż mieli adrenalinę we krwi. Jeszcze przed chwilą bawili się na dyskotece, dopóki ta nie zamieniła się w koszmar. Ledwo uszli z życiem.
Nagle fiesta wpadła w poślizg. Samochodem zarzuciło. Uderzyli tylnym nadkolem o metalową barierkę stojącą przy przejściu dla pieszych. Chaotyczne szarpnięcia kierownicą spowodowały, że tyłem rzucało to w lewo to w prawo, ale w końcu udało się wyjść z poślizgu. Jednak kierowca nawet nie zdążył odetchnąć przerażony, kiedy na drogę ktoś wbiegł. Prosto pod koła. Chłopak wcisnął hamulec. Koła straciły przyczepność i poszybowali przed siebie. Paradoksalnie można było odnieść wrażenie, że zamiast zwolnić, przyspieszyli. Nastąpiło silne uderzenie. Bezwładne ciało wpadło na maskę. Głowa nieszczęśnika uderzyła gwałtownie w szybę zostawiając w tym miejscu pajęczynę pęknięć z plamą krwi pośrodku. Bezwładne ciało przeturlało się z łoskotem po dachu i upadło na ziemię. Fiesta zatrzymała się tuż przed sygnalizacją świetlną jakieś dwadzieścia metrów dalej.
- Boże!, zabiłem go? - Chłopak wpatrywał się w kierownicę nie mając odwagi się odwrócić ani spojrzeć w lusterko.
- Nie mam pojęcia. To był gliniarz?
- Chyba strażnik miejski.
Rudzielec siedzący na miejscu pasażera zerknął z lękiem w boczne lusterko. Dostrzegł ciało leżące bez ruchu na środku ulicy. Czuł napływ adrenaliny i paniki, kiedy usłyszał kolegę siedzącego za kierownicą.
- Chyba powinniśmy pójść tam... zobaczyć co z nim. - Kierowca nie potrafił zebrać myśli. W uszach mu huczało.
- Zwariowałeś? Spieprzamy stąd i to już.
Ich spojrzenia skrzyżowały się. Silnik wciąż pracował na wolnych obrotach. W samochodzie panował półmrok rozpraszany światłem ulicznych latarni. Obydwaj mieli, zaledwie po dziewiętnaście lat. Blondyn siedzący za kierownicą wziął samochód od ojca bez jego wiedzy i zgody. Był przerażony. Starał się gorączkowo pozbierać myśli. W oczach swojego kolegi widział niemą prośbę. Uciekajmy. Łatwo było mu podjąć tę decyzję. Nie jego samochód. Nie on prowadził. Był roztrzęsiony. Emocje nie pozwalały racjonalnie myśleć.
- Nie zachowuj się jak pizda, - odezwał się w końcu rudzielec, - twój stary wraca za dwa dni, zdążymy coś wymyślić. Nikt nas tu nie widział. Dawaj.
Uczepił się tej myśli. Coś się wymyśli. Właśnie. Miał do wyboru albo wezwać karetkę i zostać zatrzymanym, spędzić noc w areszcie i ponieść konsekwencje albo uciec, zyskać trochę dodatkowego czasu. Przemyśleć to przez noc. Kto wie, może faktycznie coś się wymyśli.
- To najbardziej popierdolona noc w moim życiu. - Rzucił blondyn po czym wcisnął gaz.
Silnik fiesty zawył. Z rury wydechowej wystrzelił kłąb dymu. Samochód ruszył. Żaden z nich nie zwrócił uwagi, że światło na skrzyżowaniu zmieniło się na czerwone. Wjechali prosto pod oślepiające światła nadjeżdżającego mercedesa. Ułamek sekundy przed zderzeniem dostrzegli potężnego suva. Ciszę nocy rozerwał huk, zgrzyt giętego metalu. Później nastąpiła cisza.

*

Radek nie poruszył się nawet o centymetr. Wciąż leżał dokładnie tam, gdzie upadł, kiedy przekoziołkował przez samochód. Nie czuł bólu ani siarczystego mrozu. Zupełnie jakby dostał końską dawkę znieczulenia. Miał coś w ustach. Niezdarnie z wielkim trudem splunął. Na śniegu w krwistej ślinie dostrzegł kilka własnych zębów. Łzy napłynęły mu do oczu. Był w szoku, ale domyślał się, że jest w kiepskim stanie. Wiedział również, że jest bezbronny i nie może już nawet uciekać. Z niepokojem zerknął w ciemną plamę znaczącą wejście do przejścia podziemnego, w którym zostawił kolegę. Chciał spojrzeć w stronę skrzyżowania skąd dobiegł odgłos kraksy, ale nie potrafił. Zupełnie jakby nie był już panem własnego ciała. Nie miał nad, nim żadnej kontroli.
Cisza brzmiała złowrogo. Nagle przed oczami przewinęli mu się jego rodzice. Widział matkę jak pochyla się nad haftowanym obrusem. Pieniądze może i nieduże, ale pewne. Robota państwowa jest... Mówiła. I nie narobisz się, dodawał ojciec zerkając znad dziennika zachodniego. Wtedy nikomu nie przyszłoby do głowy, że banda zdziczałych ludożerców będzie chciała go zjeść. Wszystko wydało mu się tak absurdalne, że się roześmiał.
Czas dłużył się w nieskończoność. Przez chwilę z nadzieją nasłuchiwał czy nie nadjeżdża jakiś samochód. Jednak w końcu stracił wiarę w jakikolwiek ratunek. Wiedział, że prędzej czy później z tunelu wyjdą ci przed którymi uciekał. Tak też się stało. Zbiegło się to w czasie z dobiegającym go wyciem syren i stłumionymi krzykami gdzieś z centrum. Miał to gdzieś. Właśnie miał spotkanie z własnym przeznaczeniem. Nadchodzili grupą. Wyglądali jeszcze gorzej zbroczeni świeżą krwią jego niedawnego partnera. On też był wśród nich. Nic nie czuł, pomyślał, że to palec boży. Jakby ich oszukał. Mogli mu naskoczyć, przecież nic nie poczuje.

*
Kierowca suva ocknął się. Odzyskanie przytomności miało swoją cenę. Poczuł ból. Potrząsnął głową i rozejrzał się dookoła nie rozumiejąc w pierwszej chwili, gdzie jest i co się stało. Mercedes był w opłakanym stanie. Przednia szyba niemal wypadła na maskę. Wszędzie zwisały białe płótna. To poduszki powietrzne. Coś zaczęło mu świtać. Nagle przypomniał sobie samochód, który wyjechał mu niemal prosto pod nos. Nawet nie miał czasu wcisnąć hamulca. Choć było zimno poczuł jak zalewa się potem. To było traumatyczne przeżycie. Westchnął i natychmiast złapał się za żebra. Bolało, kuło niemiłosiernie przy każdym oddechu. Wtedy przypomniał sobie o żonie. Sabina siedziała nieruchomo w swoim fotelu. Jej długie blond włosy były rozrzucone na wszystkie strony świata. Na jej czole dostrzegł odrobinę krwi. Rana nie wyglądała na poważną i głęboką. Jej piersi unosiły się, ledwo widocznie. Odetchnął z ulgą. Znowu poczuł ukłucie. Przynajmniej wiedział, że żyje.

Musiał zebrać myśli co nie było łatwe. Widok zdezelowanego mercedesa przyprawiał go o gęsią skórę. Niewiele mógł dostrzec przez przednią szybę, która pokryła się tysiącami pęknięć, ale to co zauważył wystarczyło mu. Samochód, z którym się zderzył nie przypominał niczego. Był już tylko kupą złomu, poskręcanej stali, zwykłym wrakiem. Był jak w letargu. Ręce wciąż mu drżały. Potrzebował chwili, żeby oswoić się z rzeczywistością. Przypomniał sobie w jaką się w dał z Sabiną, kiedy nosił się z zamiarem kupna tego samochodu. Na cholerę nam taki wielki samochód? Pytała go retorycznie z ogniem w oczach. Za takie pieniądze to chyba dom można postawić, a już co najmniej pół domu, by było. Szukała racjonalnych argumentów. Ale on wiedział jak ją wyprowadzić z równowagi. Na co komu połowa domu? Wystarczyło powiedzieć to z idiotycznym niby niewinnym uśmiechem, żeby ją przytkało. Obydwoje wiemy, że tutaj chodzi wyłącznie o przedłużenie twojego fiuta. Odcięła się i to go rzeczywiście ubodło. Niczego nie muszę przedłużać, kto jak, kto, ale ty o tym wiesz najlepiej. Uśmiechem maskował irytację nie wiedząc, że właśnie dał się złapać w własne sidła. No to udowodnij, to.
Kolejne bolesne ukłucie przywróciło go do rzeczywistości. Był pewny, że, gdyby jej, wtedy posłuchał i kupił coś mniejszego już byłoby po nich. Może i wyszedł na kretyna, ale żyli. Tymczasem temperatura stawała się nieprzyjemnie niska. Przeszyły go dreszcze. Sięgnął do ramienia żony i potrząsnął nią delikatnie.
- Sabina? Ocknij się.
W tej samej chwili coś zwróciło jego uwagę. Zerknął ponad jej głową przez boczną szybę. Jakieś dwadzieścia metrów przed nimi dostrzegł zbiegowisko ludzi. Kłębili się na środku ulicy. Dziwnie się zachowywali. Jakby wyszarpywali sobie coś z rąk? Co do... nie dokończył, ponieważ właśnie zdał sobie sprawę, że śnieg w miejscu, w którym tłoczyli się na kolanach ci dziwni ludzie był zabarwiony na czerwono. Czy to krew? Poczuł pulsowanie w skroniach. Adrenalina zaczęła krążyć w jego żyłach. Nagle ze zgrozą zrozumiał, że na jego oczach kogoś mordują. Poczuł jak lodowaty pot oblewa jego ciało. Zesztywniał w fotelu. Przez ułamek sekundy pomyślał, że jeśli zamknie oczy to, skoro on nie będzie ich widział, oni nie będą widzieć ich. Napływ paniki utrudniał mu oddychanie. Szarpnął żonę znacznie mocniej.
- Sabina, Sabina, Sabina. - Powtarzał jakby to była jakaś ochronna mantra. - Sabina, kurwa wstawaj na litość boską. Ocknij się. - Z trudem się powstrzymywał żeby nie krzyknąć.
Nagle kobieta zakaszlała i ostrożnie otwarła oczy. Ze zdziwieniem rozejrzała się po wnętrzu mercedesa, które nie wyglądało już tak samo. Dał jej kilka sekund, żeby mogła, choć odrobinę dojść do siebie zerkając cały czas ponad jej głową. Na szczęście tamci nie zwracali na nich uwagi, miał nadzieję, że po prostu wzięli ich za martwych. Sabina w końcu zdała sobie sprawę z tego co się wydarzyło. Odpięła nerwowo pasy zgięła się wpół i zwymiotowała.
- Boże, Benek. Co się stało? - Wystękała nieskładnie. W jej oczach dostrzegł przerażenie, choć kobieta nie była świadoma sytuacji w jakiej się znaleźli.
- Spokojnie skarbie. Mieliśmy wypadek, ale teraz musimy stąd uciekać.
- Uciekać? Co ty opowiadasz? Benek, chcesz uciec z miejsca wypadku?
- Sabina, do kurwy nędzy. - Cedził słowa starając się zachowywać jak najciszej ale tracił zimną krew. - To nie ja spowodowałem wypadek, to raz. Tamci już nie żyją, to dwa.
- Trzeba wezwać karetkę. - Wpadła mu w słowo.
- Nie będzie pieprzonej karetki a tam, - wskazał palcem na ulicę. - Właśnie kogoś mordują, to trzy.
Zamiast podążyć wzrokiem za jego palcem wskazującym spojrzała na niego z dziwnym grymasem na twarzy jakby chciała powiedzieć Nie strasz mnie, proszę. Wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać. Jednak w końcu odwróciła się i spojrzała tam, gdzie jej wskazał. Z tej odległości nie widziała zbyt dobrze. Jakaś grupa ludzi klęczała przy czymś, przy kimś? Coś sobie wyrywali z rąk. Przez chwilę jej mózg szukał jakiegoś racjonalnego wyjaśnienia. Za wszelką cenę chciała odsunąć od siebie to co powiedział jej mąż. Ale właśnie wtedy, jak gdyby na potwierdzenie jego słów z pomiędzy nóg jednego z tamtych coś się potoczyło. Coś turlało się po śniegu znacząc za sobą krwawy ślad. Boże, przecież to... to głowa. Jej wzrok rozmył się. Straciła ostrość widzenia. To łzy napływające do jej oczu. Czuła się tak jakby wrosła w fotel. Przerażenie ścisnęło ją za gardło.
- Boże... - Jęknęła.
- A teraz mnie posłuchaj, musimy stąd spieprzać dopóki jeszcze nie zwrócili na nas uwagi. Słyszysz te odgłosy? - Chwilę nasłuchiwali wycia syren dobiegającego z miasta. - Coś się dzieje w mieście.
Sabina nie wiedziała co się dzieje. W mieście wrzało. Syreny wyły ludzie krzyczeli. Nagle naszła ją przerażająca myśl, że być może, to jest wojna. Czy to możliwe? Tyle razy oglądała w telewizji migawki z przeróżnych konfliktów zbrojnych, siedząc bezpiecznie w fotelu. A teraz? Coś gniotło ją boleśnie w okolicy mostka. Jej umysł ogarnęła jedna myśl. Uciekać. Benek miał rację. Musieli stąd uciekać. I to, jak najszybciej. Niewiele się zastanawiając złapała za klamkę. Drzwi stawiły opór, więc naparła na nie barkiem. Zanim Benek zdążył zaprotestować rozległ się potworny metaliczny zgrzyt.
Drzwi uchyliły się tylko nieznacznie. Benek czuł jak żołądek podchodzi mu do gardła. Zaklął szpetnie. Sabina zaczęła się szarpać z uszkodzonymi drzwiami. To nie była ona. Ta opanowana kobieta, która zawsze ma w zanadrzu ciętą ripostę dla niego. Teraz miotała się, jak oszalała. Nie docierały do niej żadne słowa. Miał ochotę ją uderzyć, ale szarpnął ją wciskając w oparcie fotela. Sam wysunął nogę ponad jej kolanami i z całej siły kopnął drzwi. Widział, że tamci już zwrócili na nich uwagę. Kopnął jeszcze raz. Grupa dzwiwolągów już szła w ich stronę. Benek rozpaczliwie zaczął kopać i pchać drzwi aż te ustąpiły. Wypchnął żonę i wygramolił się za nią. Takiej adrenaliny jeszcze w życiu nie doświadczył.
- Idą po nas! - Sabina krzyczała. - Boże, oni tu idą.
Benek nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa. Bolesne ukłucia w okolicy żeber odbierały mu zdolność mówienia. A może to strach? Nie z pewnością ból. Szarpnął ją za rękę i pociągnął za sobą w stronę wiaduktu, gdzie otoczyła ich ciemność. Benek omal nie potknął się o tory tramwajowe. Chwilę po tym Sabina jęknęła. Jej obcas utknął gdzieś pomiędzy szynami. Zerknął w stronę skąd nadchodzili ich prześladowcy. Jedyną pociechą był fakt, że byli bardzo powolni. Benek szarpnął jej stopą łamiąc obcas. Nie dbał o to czy coś jej się stanie. Mógł tylko myśleć o ucieczce. Kiedy w końcu znaleźli się po drugiej stronie wiaduktu ich oczom ukazał się chaos. Zupełnie jakby miasto pogrążyło się w totalnym szaleństwie. Ludzie wrzeszczeli, biegali we wszystkie strony. Syreny wyły wzbudzając jeszcze większy strach i zamęt. O mały włos przejechałby ich fiat uno.
Benek odwrócił się i zauważył, że ich pościg właśnie zniknął pod wiaduktem. Nie mieli czasu do stracenia. Przerażone oczy Sabiny zdawały się pytać, gdzie teraz? Nie miał pojęcia. Nie potrafił zebrać myśli. Nie było na to czasu. Zupełnie jakby się obudził w samym środku koszmaru. W końcu szarpnął ją i ruszyli w stronę jagiellońskiej. Starali się biec jednak ona utykała ze względu na złamany obcas, on czuł coraz dotkliwsze kłucie w płucach. Siły opuszczały go błyskawicznie. Nagle dostrzegli stojący tramwaj. Ktoś do nich machał. Wewnątrz nie paliło się światło, ale dostrzegł tam ludzi.
- Biegnij! - Wycharczał. - Będę tuż za tobą.
Musiał się zatrzymać. Złapać oddech. Sabina zrobiła kilka niepewnych kroków ale w końcu ona również się zatrzymała i spojrzała niepewnie na męża.
- Uciekaj! - Krzyknął.
Sabina stała wpatrując się w niego z przerażeniem. Najwyraźniej prowadziła wewnętrzną walkę. Zostać z mężem czy ratować życie. Benek machał na nią nerwowo. Krzyczał do niej, ale żadne słowa nie docierały. Słyszała tylko bicie własnego serca, którego nie zagłuszał nawet ogólny hałas panujący w mieście. Miała wrażenie jakby połowa jej ciała przyrosła do ziemi a druga połowa wyrywała się w stronę tramwaju. Tam, gdzie bezpiecznie. Tam, gdzie nie dopadną jej ci... nie potrafiła ich nazwać. Nagle spostrzegła wychodzącą grupę spod wiaduktu. To był impuls. Ruszyła biegiem w stronę tramwaju.
Benek czuł, że płuca płoną mu żywym ogniem. Z każdym wdechem czuł jakby mu ktoś wbijał sztylet między żebra. Zewsząd docierały wrzaski, piski i odgłosy syren. Ruszył za Sabiną. Był wolny, ledwo powłóczył nogami. Nagle z bramy kamienicy, którą miał po prawej stronie wyszła jakaś postać. Jej krok był chwiejny, niepewny. Usłyszał bełkotliwe odgłosy i od razu zrozumiał, że to jeden z nich. Kimkolwiek byli. Postać odcięła mu drogę do tramwaju. Po chwili byli tuż obok siebie.

Rozejrzał się dookoła. Nie mógł uciekać, był niemal tak samo powolny, jak jego napastnik. Wreszcie podjął decyzję. Rzucił się na swojego przeciwnika jednak ten okazał się nad wyraz krzepki pomimo swojej pozornej nieporadności i kiepskiej koordynacji. To go zaskoczyło. Poczuł się mniej pewny siebie. Szarpali się w milczeniu jakby każdy liczył na to, że to ten drugi się przewróci. W pewnym momencie Benek uwolnił prawą rękę i wyrżnął go w twarz. Chociaż miał metr osiemdziesiąt wzrostu i niemal sto kilogramów wagi cios nie zrobił na przeciwniku większego wrażenia. Powtórzył to jeszcze dwa razy, ale z takim samym skutkiem. Czuł jak siły opuszczają go z każdą kolejną sekundą. Nagle przeciwnik naparł na niego szarpiąc za kurtkę i kłapiąc zębiskami jakby chciał go ugryźć. Benek odruchowo starał się zachować dystans, ale musiał się cofnąć pod niespodziewanym naporem, i wtedy się potknął. Upadł boleśnie na plecy i natychmiast został przygwożdżony. Poczuł na twarzy chłodny, wilgotny śnieg. Nie potrafił już atakować. Mógł tylko utrzymywać zęby tamtego jak najdalej od siebie. Wykręcił na chwilę głowę i dostrzegł zbliżających się do nich ludzi. Wiedział, że to ci sami, którzy ich ścigali. Zdał sobie sprawę, że jego koniec jest już bliski.
Przeciwnik napierał na Benka coraz mocniej. A może to jego opór był coraz słabszy? Dotychczas udawało mu się utrzymywać wyprostowane ręce w łokciach utrzymując w ten sposób bezpieczny dystans. Słyszał jak tamten charczy i rzęzi coś niezrozumiale. Z jego ust spływała ślina, jakiś śluz a być może toczył pianę jak wściekły pies. Ich głowy były coraz bliżej siebie. Benek poczuł potworny smród, z którego wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Gdzieś ponad nimi przemknął jakiś cień. Ogarnęła go panika. W akcie rozpaczy złapał przeciwnika za szyję. Nagle z głowy tamtego wystrzeliło coś. Stalowy pręt zatrzymał się tuż przed jego nosem. Na końcu zwisała galaretowata substancja ociekająca krwią. Ciało leżące na, nim zwiotczało i po chwili znieruchomiało. Zrzucił z siebie ten śmierdzący zewłok. Jakiś mężczyzna w tureckim sweterku pomógł mu się podnieść. Podziękował nieskładnie, miał problemy z oddychaniem. Tymczasem motorniczy wyjął pręt zapierając się stopą o głowę leżącego.
- Robert. - Przedstawił się ale nie było czasu na uprzejmości. Ruszyli do tramwaju.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -