Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pomrok, odc. 4

Dariusz Kick

W tramwaju chłód był nieco lżejszy. Wnętrze, do którego wpadało odrobinę światła z ulicznych latarń, było obskurne i zaniedbane. Jednak stalowa konstrukcja dawała poczucie bezpieczeństwa. Sabina utykając na jedną nogę podbiegła do niego i przytuliła pomagając mu jednocześnie usiąść. Tymczasem ścigająca ich grupa zdążyła już dojść do tramwaju. Kłębili się na zewnątrz bębniąc dłońmi w stalową konstrukcję. Na sam dźwięk Benek poczuł, że przechodzą go ciarki. Oprócz bólu żeber doszedł jeszcze ból pleców, na które upadł walcząc z tamtym sukinsynem. Mimo, że czuł się fatalnie fakt, że byli bezpieczni przynajmniej na razie, pozwolił mu odetchnąć z ulgą.
Kiedy w końcu jego oddech się wyrównał i poczuł, że siły, częściowo wracają rozejrzał się po wagonie. Chciał zobaczyć, z kim się tutaj znaleźli. Lepsze to niż bezczynne siedzenie. Korpulentny mężczyzna w tureckim sweterku, ten sam, który uratował mu życie, okazał się być motorniczym. Benek przez chwilę zastanawiał się, jak tamten się przedstawił? Robert, dokładnie tak. Robert. Benek przedstawił się zachęcając do tego samego pozostałych. Najbliżej siedziała czterdziestoletnia kobieta, która zignorowała go i odwróciła się do szyby obserwując beznamiętnym wzrokiem to, co działo się na zewnątrz. Nieco dalej siedziała para nastolatków. Nataniel, szczupły blondyn o jasnych oczach i włosach. Dziewczyna miała na imię Natalia. Miała włosy w kolorze pszenicy i filigranową figurę. Dalej był na oko dwudziestopięcioletni szatyn Krystian i mniej więcej w tym samym wieku, ale ubrany na sportowo Adam, który właśnie znalazł w kieszeni kurtki czapkę bejsbolówkę z napisem Polonia Bytom. Nałożył ją na głowę. Kiedy Benek zwrócił uwagę na ostatniego pasażera, starszego mężczyznę na samym końcu tamten krzyknął.
- Koniec świata. To armagedon. Zmarli powstają z grobu. Brat zabija brata!
- Zamknij się dziadek, już jest wystarczająco nerwowo. - Warknął Adam.
Benek widział, że staruszek już otwierał usta, więc odezwał się bez zastanowienia, nie chcąc dopuścić do awantury. Jak słusznie zauważył Adam i bez tego było wystarczająco nerwowo.
- Nie czas na wrzaski i awantury. Jakbyście nie zauważyli na zewnątrz giną ludzie. A my? Ile według was wytrzymamy w tym tramwaju? Temperatura spada jak cholera. Tylko patrzeć jak tutaj pozamarzamy.
- W takim razie, - odezwał się Nataniel nieśmiało. - Może powinniśmy spróbować odpalić tramwaj i pojechać gdzieś?
- Chyba nie mamy wielkiego wyboru? Wiesz, przód, tył... - Zauważył ironicznie Adam. - To pieprzony tramwaj a nie autobus.
- Do przodu nie za bardzo. - Zauważyła Sabina. - Mieliśmy wypadek. Na torach stoją rozbite samochody.
- Ani do przodu ani do tyłu. - Rzucił krótko Robert. - Tramwaj nie działa.
- Jeszcze jakieś propozycje? - Odezwał się Adam z przekąsem.
- Biada nam, oj biada... - Odezwał się staruszek z końca tramwaju. - To wszystko wasza wina. O nic wam w życiu nie chodzi tylko, żeby się nażreć.
- Z takimi tekstami to nie do mnie. Nawet nie zjadłem śniadania. - Odciął się Adam, który właśnie sobie uświadomił, że burczy mu w brzuchu. - Jeszcze będzie mi tu przypominał o jedzeniu skurwysyn.
- Przeklęta niech będzie ziemia, która rodzi takie dzieci.
- Uspokój się pan do ciężkiej cholery. - Stracił cierpliwość motorniczy. - Wszyscy są wystarczająco podkurwieni i bez takiego bełkotu.
- Trafił nam się wieszcz, w mordę kopany. - Dorzucił Adam.
Staruszek opadł zrezygnowany na fotel po czym się rozkasłał. W tramwaju zapanowała cisza. Obserwowali w milczeniu dantejskie sceny rozgrywające się na ulicy. Jakiś mężczyzna pchnął swoją partnerkę w grupę trupów zyskując w ten sposób czas na ucieczkę. Nieco dalej jakaś kobieta oganiała się od hordy trupów torebką ale po chwili leżała martwa i zakrwawiona.
- Ale się porobiło. - Robert rzucił to raczej sam do siebie.
- Może włączysz pan ogrzewanie? - Zaczepił go Adam.
- Kurwa, ludzie, co z wami. Chyba powiedziałem, że nie ma prądu. Może jeszcze kawę ci przynieść?
- Tylko z cukrem i śmietaną. I najlepiej jakbyś dorzucił jakiegoś pączka do tego. Umieram z głodu.
- Ciesz się gówniarzu, że nie sprawdzam biletów.
- A sprawdzaj sobie ile chcesz, - Adam silił się na obojętność choć nie wiedzieć dlaczego poczuł się trochę głupio jako gapowicz choć wcześniej mu to nie przeszkadzało. - Utknęliśmy tu jak w pieprzonej stalowej arce, tylko bez ogrzewania, a ten mnie tu będzie biletami straszył.
Zapanowała cisza. Robert wypuścił głośno powietrze obserwując Adama spode łba. Chętnie by go wyrżnął w zęby, ale obawiał się, że nie da mu rady. Część z nich po prostu wbiła wzrok w podłogę. Inni z przerażeniem wpatrywali się w rzeź za oknem. Staruszek szeptał coś do siebie, co rusz wybuchając śmiechem jakby cała sytuacja go bawiła.
- Myślicie, że ten stary ma rację? Że niby to są żywe trupy? - Odezwała się kobieta, która nie chciała się przedstawić.
- Tak naprawdę to nic nie wiemy. - Benek skrzywił się z bólu, żebra wciąż o sobie przypominały. - Nie wyciągajmy pochopnych wniosków.
- Boże, patrzcie na to. - Krzyknął Krystian wskazując scenę za oknem.
Ciało kobiety, która jeszcze jakiś czas temu próbowała się oganiać od trupów torebką, drgnęło w kałuży krwi. Po kilku niezdarnych próbach udało jej się usiąść. Rozejrzała się zdezorientowana i wściekła. Jej wnętrzności walały się na chodniku. Złapała ochłap mięsa, które jeszcze niedawno było częścią jej samej. Żuła je nerwowo rozglądając się dookoła. Trwało to kilka minut aż w końcu podniosła się niezdarnie i ruszyła przed siebie.
- No to zagadka chyba rozwiązana? - Rzucił zadziornie Adam choć czuł jak żołądek podchodzi mu do gardła.
- Żywe trupy... - Odezwała się kobieta. - Niesamowite.
Benek spojrzał na nią. Było w niej coś niepokojącego. Dopiero teraz to dostrzegł. Być może była w szoku, ale sposób w jaki obserwowała sceny rozgrywające się na ulicy, nie podobał mu się. Nie chciał wyciągać pochopnych wniosków, ale odnosił wrażenie, że dostrzegał w jej wzroku jakieś chore podniecenie. Tymczasem w tramwaju po raz kolejny zapanowała cisza. Wszyscy byli zmęczeni. Ciągły strach, napięcie i chłód dawały się we znaki. Benek czuł ciarki na plecach na samą myśl, że od tamtego szaleństwa dzieli ich tylko stalowa ściana wagonu.
Chaos przybierał na sile. Miasto pogrążało się we krwi i szaleństwie. Po ulicach biegały tłumy przerażonych i zdezorientowanych ludzi a trupów ciągle przybywało. Alarmowe syreny były coraz rzadsze. Ciągle słychać było wpadające na siebie samochody, odgłosy tłuczonego szkła i krzyki przerażonych ofiar. Wybuchały pożary. Było jasne, że nikt i nic nie jest w stanie nad tym zapanować.
W tramwaju zapadła cisza. Wszyscy siedzieli zatopieni we własnych myślach. Byli zmęczeni. Zmęczeni strachem, przerażającymi odgłosami z zewnątrz i chłodem, który dawał się coraz bardziej we znaki. Benek miał mieszane uczucia co do tego tramwaju. Z jednej strony byli w nim bezpieczni. Tamci nie byli na tyle sprawni i prawdopodobnie inteligentni żeby wybić szyby i dostać się do środka. Jednak mróz prędzej czy później ich wykończy. Był tego pewien. Sabina poprawiła się w fotelu i oparła głowę o jego ramię. Zaczął się zastanawiać jak to jest umrzeć z wychłodzenia. Czytał kiedyś, że to całkiem przyjemna śmierć. Człowiek obojętnieje, przestaje czuć. Powieki zaczęły mu ciążyć. Ktoś zakasłał. Dźwięki docierały do niego coraz słabsze. Pomyślał, że jednak krótka drzemka nie jest złym pomysłem.
*
Benek ocknął się gwałtownie. Śnił mu się jakiś koszmar ale nie pamiętał niczego. Uderzyła go cisza panująca w nie tylko w tramwaju ale też na zewnątrz. Rozejrzał się po wagonie. Wszyscy spali. Sabina z głową opartą o szybę wyciągnęła nogi kładąc je na jego nogach. Zerknął na zegarek. Spał cztery godziny. Szturchnął żonę, która z trudem się wybudziła. Benek podniósł się. Miał zdrętwiałe ciało a w lewej nodze niemal stracił czucie. Na szczęście bolesne ukłucia przestały mu doskwierać z taką intensywnością jak wcześniej.
- Wstawać, nie śpijcie. - Rzucił.
- Co się dzieje? – Sabina wyjrzała przez okno zaniepokojona.
- Nic, po prostu nie możemy spać. Jest za zimno.
Pozostali wybudzali się powoli. Zaczęli masować zdrętwiałe członki. Krystian zerknął w okno i ze zdziwieniem stwierdził, że ulica wyludniła się. Tylko chwilami ktoś przemknął chyłkiem starając się nie rzucać w oczy. Dokoła walały się śmieci, kawałki mebli, a nawet ubrania. Zupełnie jakby przez ulicę przeszedł tajfun. Wszędzie pełno było ciemnych plam. Każdy wiedział, że to krew.
- Ej, nie dziwi was, że te zwłoki tam wciąż leżą? - Krystian poprawił się w fotelu.
- Co masz na myśli? - Benek podszedł do niego, nie czując swoich stóp.
- Słuchaj. - Krystian mówił wolno jakby zdrętwiała mu szczęka. - Przez cały czas jak tu siedzimy na naszych oczach zginęło mnóstwo ludzi.
- No i?
- I jakoś każde z nich w końcu podnosiło się i szło dalej. A ten tam wciąż leży.
- Faktycznie. - Benek był zaskoczony, że sam nie zwrócił na to uwagi. - Dziwne.
- Dziwne, nie dziwne, ale może ktoś ma pomysł, co dalej? - Włączył się Adam.
- Może zamiast zadawać głupie pytania sam coś wymyślisz cwaniaku? - Zaczepił go Robert.
- Ludzie, co jest z wami. Dość tego. - Benek podniósł głos.
- Tak się zastanawiam. – Rzuciła Natalia, która wcześniej nie odezwała się słowem. – Może ktoś z was mieszka w okolicy?
Cisza trwała zaledwie kilkanaście sekund.
- Ja, całkiem blisko. Będzie kilkaset metrów. – Odezwała się kobieta, ta sama która się nie przedstawiła.
- Pięknie, czekałaś aż padniemy z zimna? – Adam próbował rozmasować zdrętwiałą nogę.
- Nikt nie pytał.– Odcięła się. – Zresztą tam wszędzie są te one...
- Żywe trupy. – Podpowiedział nastolatek.
- Umrzyki. – Poprawił go Robert jakby nazwanie ich miało jakiekolwiek znaczenie.
- No właśnie. – Dokończyła. - Żywe trupy.
Naradzali się krótko. Wszyscy zgadzali się, co do jednego. Potrzebowali miejsca, w którym będą mogli się ogrzać, zjeść i przespać. Później się zastanowią, co dalej. Najwyżej każdy pójdzie w swoją stronę. Coraz rzadziej słychać było syreny policyjne i karetek pogotowia. Krzyki dochodziły z oddali jakby epicentrum przeniosło się w inną część miasta. Zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli każdy ugryziony człowiek zamieniał się w umrzyka, musiało być ich coraz więcej. Coraz mniej żywych. Coraz więcej martwych.
Przez kolejne minuty starali się przywrócić krążenie w swoich przemarzniętych ciałach. Musieli być przygotowani zarówno do ewentualnej walki jak i ucieczki. Wreszcie gotowi do wyjścia ustawili się przy drzwiach. Sabina zauważyła, że staruszek z końca wagonu nie poruszył się. Odwróciła się w jego stronę.
- Chyba pan tutaj nie zostanie?
Nie odpowiedział. Zrobiła krok w jego stronę, ale Benek ją powstrzymał. Uznał, że lepiej będzie jak sam to sprawdzi. Co prawda nie miał pojęcia co się dzieje wokół nich i skąd taka nagła plaga żywych trupów. Ale jednego był pewien. Ostrożności nigdy za wiele. Sabina miała wielkie serce i nigdy nie potrafiła zrozumieć, że za każdy dobry uczynek trzeba będzie prędzej czy później zapłacić. Ruszył na koniec wagonu zatrzymując się jakieś dwa kroki przed siedzącym mężczyzną.
- Wszystko w porządku?
Końcowa część wagonu była nieco bardziej skąpana w mroku niż pozostała część. Staruszek wyglądał jakby spał. Nie zareagował na dźwięk jego słów. Przez chwilę pomyślał, że może biedak odszedł we śnie. W sumie tak byłoby dla niego najlepiej. Po chwili dostrzegł, że na podłogę tuż obok fotela w którym tamten siedział coś kapało.
- Chyba jest ranny. – Chciał go dotknąć i w tym momencie poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu.
- Ostrożnie. Ten stary od początku był jakiś podejrzany. - To był motorniczy.
Niespodziewanie staruszek rozkasłał się plując krwią. Obydwaj odskoczyli od niego przestraszeni. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze tak mocne, że spadł z fotela na podłogę. Wpatrywali się w niego bezradnie. W milczeniu. Tymczasem z ust leżącego wypłynęła piana zmieszana z krwią. Mężczyzna zaczął bełkotać coś niezrozumiale aż w końcu usiadł i spojrzał na nich wzrokiem, który zmroził, im krew. To już nie był ten sam człowiek co jeszcze przed kilkoma godzinami.
- óóózzz! - Wychrypiał z nienawiścią.
- Wal się. – Nawet nie zauważyli kiedy stanął obok nich Adam i kopnął siedzącego w głowę. – Nic tu po nas.

*

Na zewnątrz uderzył w nich zimny, zapierający dech w piersiach wiatr. Trochę ich to oszołomiło, ale kobieta szybko skierowała się w górę ulicy. Ruszyli za nią. Szli blisko ścian kamienic. Tam, gdzie było najciemniej. Rozglądali się przerażeni dookoła. Wciąż dochodziły do nich odgłosy jak z najgorszych koszmarów. Kobieta nie kłamała i szybko doszli do celu. Po chwili zniknęła w bramie. Ruszyli za nią.
W ciemnej bramie skręciła w lewo i, kiedy przeszli kolejne drzwi. Znaleźli się w słabo oświetlonej klatce schodowej. Wewnątrz panował zaduch. W powietrzu unosił się zapach pleśni i stęchlizny. Jakby dawno tutaj nikt nie wietrzył. Ruszyli po zdezelowanych wytartych drewnianych schodach, które skrzypiały pod nimi zdradziecko. Nagle na półpiętrze tuż przed nimi zamajaczyła czyjaś sylwetka.
- Umrzyk! - Krzyknął Robert i czując przypływ adrenaliny wyprzedził wszystkich, szarpnął przeciwnika i zrzucił go ze schodów.
Ciało bezwładnie potoczyło się z głuchym łoskotem w dół. Robert rzucił się za, nim zaskakując samego siebie swoją szybkością i zwinnością. Adam i Benek dołączyli do niego w pośpiechu. Kiedy mężczyzna wylądował na twardej posadzce posypały się na niego kopniaki. Robert wspomagał się stalowym prętem do przestawiania zwrotnic. A wszystko to przy akompaniamencie przekleństw i świszczących oddechów. Kiedy skończyli sami, ledwo stali na nogach.
Leżący mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale na jego ustach wykwitła krwawa bańka. Zresztą cała jego twarz była jedną wielką krwawiącą raną. Stracił kilka zębów. Trudno było doszukać się nawet jego oczu. Zapanowała pełna napięcia i wyczekiwania chwila. Wreszcie usłyszeli niewyraźny szept.
- Zzza soo?
Mężczyźni spojrzeli po sobie.
- To nie żaden umrzyk tylko zwykły menel, ty ciulu. - Rzucił wściekle Adam patrząc na Roberta.
Robert nie odpowiedział na tą zaczepkę. Wpatrywał się w leżącą postać przecierając pot z czoła. Drżały mu ręce. Oddychał ciężko. Benek czuł, że zaschło mu w gardle. Cała trójka spoglądała na siebie bez słowa w oczekiwaniu, że ktoś powie coś mądrego. Cokolwiek co pozwoliłoby, im zrzucić z siebie poczucie winy. I nagle stało się coś niespodziewanego. Kobieta, która ich prowadziła zjawiła się niemal bezszelestnie. Wyjęła z zaciśniętej i drżącej dłoni Roberta stalowy pręt i podeszła do leżącego. Obserwowali ją nie rozumiejąc co się dzieje. Leżący mężczyzna wyciągnął w jej kierunku rękę, próbował coś powiedzieć, ale, wtedy kobieta uniosła pręt wysoko ponad swoją głową i opuściła go z potwornym impetem. Wyglądało to tak, jakby przygwoździła go do podłogi wbijając stal prosto w jego twarz.
Czas jakby stanął w miejscu. Wszyscy obserwowali zajście bez słowa spoglądając to na zwłoki to na stojącą nad ciałem kobietę. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Beznamiętnym wzrokiem przyglądała się ciału leżącemu przy jej nogach. Po chwili uniosła wzrok i skierowała go na stojących tuż obok mężczyzn.
- To mój stary. - Rzuciła kobieta obojętnie. - Gorszy skurwiel niż te trupy na zewnątrz.
Kałuża krwi zbierająca się wokół głowy denata powiększała się przywodząc na myśl szkarłatną aureolę. Wciąż nikt nie odezwał się słowem. Adam spojrzał na swoją kurtkę splamiona krwią i zwymiotował. Kobieta wyjęła narzędzie zbrodni i wsunęła je w rękę zszokowanego Roberta. Ruszyła w stronę schodów, gdzie pozostali odruchowo zrobili jej miejsce odsuwając się pod samą ścianę.
- Co tak stoicie? – Zatrzymała się na schodach patrząc na nich zaskoczona. – Zapraszam.
Nikt się nie poruszył. Wciąż nie mogli uwierzyć w to czego byli świadkami. Sabina ze zgrozą obserwowała kobietę idącą schodami w górę. Zachowywała się jakby nic się nie stało. Usłyszeli skrzypnięcie otwieranych drzwi. Z letargu wyrwały ich niepokojące odgłosy z ulicy. Adam podszedł na sztywnych nogach do drzwi wyjściowych. Nagle krzyknął.
- Boże, tam jest cały tłum trupów.
- Słuchajcie, - Benek próbował zebrać myśli. - Nie wiem, co jest gorsze. - Zerknął do góry gdzie właśnie zniknęła za drzwiami ich gospodyni. - Ale ona jest jedna a tamtych są już pewnie tysiące.
Powoli, jakby jeszcze nie był pewien czy podjął właściwą decyzję, wszedł na schody i złapał Sabinę za rękę. Adam zerknął na Roberta, który ruszył za Benkiem. Po chwili Adam z parą nastolatków poszli w ich ślady. Benek miał mieszane uczucia wchodząc do mieszkania.

*

W przedpokoju Benek spojrzał w wiszące na ścianie lustro. Miał wrażenie, że patrzy na niego ktoś zupełnie mu obcy. Szara napięta twarz i wzrok, w którym czaił się strach. Widząc swoje odbicie dopiero zdał sobie sprawę w jak kiepskim jest stanie. Mieszkanie wyglądało biednie jak cała kamienica. Powietrze było tu ciężkie. Zapachy unoszące się w powietrzu było trudno rozpoznać jakby nie wietrzono od tygodni. Farba na ścianach w dużym pokoju zdążyła dawno wyblaknąć razem z bezsensownym i niemodnym już wzorkiem nakładanym za pomocą wałka malarskiego. Benek zerknął na meblościankę na wysokim połysku i stary wysłużony telewizor kineskopowy. Na stole leżała gazeta wyborcza i kryształowa popielnica, w której leżało kilka niedopałków. Na samą myśl, że należą do tego nieszczęśnika, Benka przeszył dreszcz.
- O, jest piec kaflowy. - Zauważył Robert, który skierował się od razu w tamtą stronę.
- Kawy, może herbaty? - Zapytała gospodyni a kiedy cisza przeciągała się, sama podjęła decyzję. - Zaparzę kawę.
Benek rzucił Sabinie wymowne spojrzenie. Odgadła jego niemą prośbę i, choć skrzywiła się na samą myśl, ruszyła w ślad za gospodynią do kuchni. Ta kobieta przerażała ją bardziej niż umrzyki na zewnątrz. Po tamtych przynajmniej wiedziała, czego może się spodziewać. Kobieta nie zwróciła na nią uwagi. Krzątała się po kuchni, trzaskając drzwiczkami kredensu.
- Jakoś nie było okazji... - Sabina odezwała się słabym głosem, musiała odchrząknąć. - Jestem Sabina.
- Teresa. - Padła lakoniczna odpowiedź. Kobieta nawet na nią nie spojrzała.
Sabina przyglądała się jej czujnie gotowa uciec kiedy zajdzie taka potrzeba. Nie było mowy żeby mogła się odprężyć choćby na sekundę. Nie przy tej kobiecie. Tymczasem Teresa postawiła czajnik na gazie. Ogień zasyczał. Ustawiła na stole filiżanki do których nasypała kawy. Zapach arabiki rozszedł się po kuchni tłumiąc inne mniej przyjemne zapachy. Z chlebaka wyjęła bochenek chleba i sięgnęła po duży kuchenny nóż. Sabina czuła jak jej mięśnie mimowolnie napinają się. Czyjaś lodowata dłoń ścisnęła ją za gardło. Z trudem przełknęła ślinę. Musiała się wziąć w garść.
- Tam na dole, to naprawdę był twój mąż? – Tylko ona wiedziała ile ją kosztowało zmusić swoje własne struny głosowe do pracy.
Teresa znieruchomiała z nożem zatopionym w chlebie. Spojrzała w okno w którym odbijała się jej twarz. Po chwili milczenia odezwała się.
- Był... – Wzrok miała mętny jakby zamyślony. - Tak, to był mój mąż. – Sabina dopiero teraz dostrzegła jej odbicie w szybie. Blada twarz majacząca w oknie wykrzywiła się w krzywym uśmiechu. Uśmiechu, który był całkowicie pozbawiony wesołości. Sabina poczuła się jakby obserwowała nie do końca realnego upiora.
Nagle ich spojrzenia w oknie spotkały się. Sabina drgnęła czując jak jej serce zaczyna bić w szalonym tempie. Teresa odwróciła się do niej. Sabina czuła, że włosy stają jej dęba, kolana uginają się pod nią a w usta ma pełne piachu. W spojrzeniu Teresy, w jej twarzy nie było niczego ludzkiego. Jej wzrok zdawał się ją przenikać na wskroś sprawiając niemal fizyczny ból. Odniosła wrażenie, że od tej kobiety bije niesamowity wręcz chłód. Jakby była pozbawiona empatii, czy jakichkolwiek ludzkich cech. Dłoń Teresy zacisnęła się na rękojeści noża. Cisza trwała długo. Zbyt długo.
- Słuchaj... – Język Sabiny zachowywał się jakby był z drewna. - Nie boisz się, że on... No wiesz. Że może teraz wrócić?
Źrenice Teresy zwęziły się.
- Że niby jako umrzyk?
Sabina przytaknęła. Nie potrafiła już wydać z siebie żadnego dźwięku. Bała się, że jeśli otworzy usta wydobędzie się z nich przeraźliwy krzyk pełen strachu i rozpaczy.
- Już raz rozwaliłam mu ten łeb. Mogę to zrobić jeszcze raz. I jeszcze raz... i... - Nagle zamilkła i powędrowała za wzrokiem Sabiny. Obydwie kobiety patrzyły na chleb, który nadawał się już tylko do karmienia gołębi.
- Ups. Przepraszam. - W jej głosie w ogóle nie było słychać żalu. - Zresztą, co ty możesz o tym wiedzieć? - Oczy Sabiny zrobiły się wielkie jak pięciozłotówki. - Po ciuchach widzę, że jesteś wypindrzona, nadziana i masz pełną dupę. Twój kochany mężuś wychodzi rano ale wieczorem przynosi ci do domu kasę i rżnie cię przy kominku. Więc co ty kurwa wiesz o życiu? Co ty wiesz o tym jak żyje się w takiej norze z mężem pijakiem, któremu nie staje od osiemdziesiątego czwartego a jedyne co potrafi to urżnąć się do nieprzytomności?
Sabina nie odpowiedziała. Przełknęła ślinę, choć mogłaby przysiąc, że połknęła kamień. Jej kolana znowu zrobiły się miękkie. Zupełnie tak samo, jak w sennych majakach, kiedy nie mogła uciekać, choć nawet nie wiedziała przed kim lub przed czym. Przez koszmarnie długą chwilę mierzyły się wzrokiem aż w końcu zagwizdał czajnik. Sabina niemal podskoczyła przerażona. Teresa nawet nie drgnęła.
*
Sabina jeszcze nigdy nie była tak roztrzęsiona, jak w tej chwili. Filiżanki, które niosła na plastikowej tacy drżały. Kiedy weszła do pokoju Benek od razu rozpoznał w jakim jest stanie. Podszedł do niej i zabrał tacę odstawiając ją na stół.
- Co się stało? - Zapytał szeptem zerkając w stronę kuchni.
- O co konkretnie pytasz? - Zauważył, że nerwowo zatrzepotała rzęsami. - O żywe trupy, które spacerują po mieście i zjadają ludzi, którzy później zmieniają się w żywe trupy i zjadają innych ludzi i tak w kółko? Czy może o psychopatkę, która zabiła na naszych oczach swojego męża i pewnie z nami zrobi to samo zanim wstanie słońce?
Benek nie odezwał się zerkając ukradkiem na pozostałych. Wyczuł, w jakim jest stanie. Była na krawędzi. Każde jego słowo mogło spowodować jej wybuch. Nie potrzebowali tego. Inni chyba też to zauważyli. Natalia podeszła do niej i podała jej rękę. Drobny gest, który pozwolił rozładować napięcie. Po policzkach Sabiny spłynęły pojedyncze krople łez.
- Uciekajmy stąd. Ta kobieta jest chora. To potwór.
Benek przytulił ją akurat w chwili, w której do pokoju weszła Teresa niosąc na talerzu kilka kanapek. Zobaczyła płaczącą Sabinę a jej spojrzenie zdawało się mówić „biedaczka, cała ta sytuacja ją przytłacza”. Zrobiła kilka kroków w ich stronę, ale Benek powstrzymał ją gestem dłoni dając jej do zrozumienia, że da sobie radę. Po chwili usiedli do stołu. Wpatrywali się w filiżanki z kawą i talerz z kanapkami, które nie wyglądały zbyt apetycznie. Starali się ignorować dogłosy dochodzące z ulicy.
Robert wziął ostrożnie łyk gorącej kawy. Benek zapalił papierosa częstując resztę. Skorzystał tylko Adam. Robert zerknął na Teresę.
- Masz więcej węgla? Rozpaliłem w piecu, ale węglarka jest już pusta.
- Jest w piwnicy.
- Dobra, daj mi klucze. Przyniosę węgiel.
- Świetnie, zaprowadzę cię. Sam nigdy tam nie trafisz. - Teresa podniosła się z fotela.
Benek zauważył, że motorniczy pobladł na twarzy. Bał się jej jak każdy. Robert chciał coś powiedzieć. Benek domyślał się, że chciał się od tego wykręcić, ale nie miał pomysłu. Tymczasem Teresa zniknęła gdzieś i po chwili wróciła z pękiem kluczy i lampą naftową. Robert spojrzał na nią. Pieprzyć to, pomyślał, w końcu to tylko kobieta. Mimo wszystko poczuł nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Bał się jej choć pamiętał, że wtedy w tramwaju poczuł jakby coś ich łączyło. Trwało to ułamek sekundy ale wciąż miał to w pamięci.
Podszedł do pieca gdzie leżała węglarka. Przy okazji sięgnął po stalowy pogrzebacz z miedzianą rękojeścią. Złapał go i zważył w dłoni.
- To, tak na wszelki wypadek. – Wyjaśnił nie wiadomo po co. Poczuł się trochę głupio ponieważ sam nie był pewny czy będzie musiał tego użyć przeciwko umrzykom czy może tej psychopatce.
- Zaraz wracamy, rozgośćcie się. - Odezwała się gospodyni z uśmiechem na ustach.
Czekali w milczeniu aż usłyszeli trzask zamykanych drzwi.
- To wariatka, musimy stąd uciekać. - Sabina nie uspokoiła się nawet o jotę.
- Mnie nie musisz mówić dwa razy. – Poparł ją Adam. - Ta dziwka przyprawia mnie o dreszcze.
- Słuchajcie. Po pierwsze nigdzie nie uciekamy, bo jest z nią jeden z nas. Po drugie, nie możemy teraz wyjść. Przypominam wam, że na zewnątrz aż roi się od trupów, które są kurewsko żwawe jak na nieboszczyków.
- Boję się jej, Benek. - Zwróciła się do męża. - Nie chcę tutaj być.
- Tylko ta noc, skarbie.
- Było nie było, nas jest więcej, nie? – Nataniel próbował dodać wszystkim odwagi.

*
Na klatce schodowej odgłosy z miasta były wyraźniejsze. Jednak nikogo nie zauważyli. W pewnym sensie zdążyli się już oswoić z krzykami i innymi dźwiękami, które towarzyszyły, im już od dobrych kilku godzin. Szli ostrożnie schodami w dół starając się nie narobić niepotrzebnie hałasu. Teresa szła pierwsza. Robert obserwował ją. W ciemnej spódnicy i wełnianym blejzerku wydała mu się chuda, wręcz koścista. Wejścia do piwnicy strzegły poobijane drzwi pokryte nieudolnym graffitti. Teresa sięgnęła po pęk kluczy i chwilę gmerała przy zamku. Kiedy drzwi wreszcie stanęły otworem dostrzegł, zaledwie kilka pierwszych stopni prowadzących w dół. Reszta pochłonięta była w gęstym mroku. Uderzył w nich nieprzyjemny chłodny podmuch powietrza. Mieszanka stęchlizny i moczu. Teresa zapaliła lampę naftową i ruszyła przodem.
Robert miał wrażenie, że schody nie mają końca. Od razu odezwała się jego klaustrofobia. Przecież zwykła piwnica nie może być aż tak głęboko. Wreszcie schody się skończyły. Uspokajał się w myślach, że to tylko jego wyobraźnia. Strach ma wielkie oczy. Oddychał coraz szybciej. Korytarz był taki wąski a sufit, miał wrażenie, że sufit jest tuż nad jego głową. Dyskretne światło lampy naftowej rozpraszało ciemności, zaledwie na jakieś półtorej metra. Miał wrażenie, że mógłby się udławić tą ciemnością. Taka była gęsta i nieprzenikniona. Na ścianach widział wulgarne napisy a powietrze stawało się coraz bardziej kwaśne. Szli w milczeniu dłuższy czas aż w końcu kobieta zatrzymała się bez uprzedzenia. Omal na nią nie wpadł.
- To tutaj. - Zatrzymała się przy drewnianych drzwiach zamkniętych na pordzewiałą kłódkę.
Podała mu lampę naftową, żeby móc ją otworzyć. W rozedrganym płomieniu wydała mu się jeszcze bardziej niesamowita i nierealna. Płochliwe światło sprawiało, że cienie tańczyły na niej sprawiając, że rysy jej twarzy przybierały fantastyczne formy. Nie byłby zaskoczony, gdyby z jej ust wysunęły się kły. Zerknął nerwowo w lewo i prawo. Korytarz w obydwie strony zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Przysunął się do niej mimowolnie. Właśnie otwarła drzwi. Zawiasy zaprotestowały krótkim skrzypnięciem. Odwróciła się do niego na moment. Miała w oczach coś takiego...
Nie potrafił tego nazwać. Było w tym coś znajomego. Znaleźli się bardzo blisko siebie. Na tyle, blisko, że poczuł jej zapach. Mieszanina potu i tanich perfum. I ten mętny wzrok. Była w, nim taka znajoma mgła. Przypomniały mu się wakacje na wsi. Błękitne niebo bez jednej chmury. To było upalne lato. Zresztą wszystkie wakacje z dzieciństwa wydawały mu się upalne.
Kręcił się w towarzystwie trochę starszych chłopaków. Sam miał może jedenaście lat. Już nie pamiętał. Któregoś dnia pokazali mu dziewczynę. Była może rok starsza od niego, ale miała piersi jak dorosła kobieta. W ogóle była nieco przy sobie. Renata była niedorozwinięta a oni wykorzystywali to, że za słodycze i świecidełka pozwalała zajrzeć pod sukienkę. Czasami godziła się, żeby ją TAM dotknąć. Czasami nawet ustami. Chłopaki opowiadali mu, że jest słona w TYM miejscu.
Opowieści starszych kolegów rozpaliły jego wyobraźnię i rozbudziły w nim nieznane wcześniej emocje. Zabrali go któregoś późnego popołudnia za stodołę, gdzie czekała na nich Renata. Jeden z chłopców, piegowaty chudy rudzielec, nie pamiętał już jego imienia, dał jej prince polo i breloczek kupiony na odpuście. Renata oceniła wzrokiem fanty po czym złapała chłopaka za rękę i odciągnęła kilka kroków głębiej za stodołę. Obserwowali jak się oddalają a później jak ona odwróciła się do nich plecami i zsunęła białe majtki, które opadły jej do kostek. Robert czuł zapach soczystej trawy i dotyk nagrzanego od słońca powietrza na skórze. Rudzielec zniknął im z oczu klęcząc przed Renatą, która z kolei stała zadzierając swoją plisowaną sukienkę. Wokół nich narastała atmosfera fascynacji i podniecenia. To była magiczna chwila. Nie miał pojęcia ile to trwało. W końcu dziewczyna podciągnęła majtki na miejsce i odwróciła się z promiennym uśmiechem. Wystawiła breloczek do słońca po czym pobiegła na łąkę w stronę rzeki. Rudzielec wrócił szczerząc swoje niepełne uzębienie. Rozpierała go duma. Tamta chwila wstrząsnęła jego światem.
Przez następne dni uganiał się za chłopakami prosząc żeby i jemu dali szansę. Zgodzili się choć ponieważ nie był miejscowym postawili jeden warunek. Mieli poddać go próbie. Nocą udali się na cmentarz. Zaprowadzili go do grobowca w którym spoczywał zmarły kilka lat wcześniej proboszcz. Przez większą część dnia karmili go opowieściami z dreszczykiem związanym z tym grobowcem. Zerknął zaniepokojony. Miał spędzić co najmniej dziesięć minut w grobowcu. Sam. Do środka nie zaglądał nawet księżyc czy gwiazdy, które rozświetlały cmentarz.
Czuł strach, ale wspomnienie Renaty i tego co, wtedy poczuł stłumiło lęk. Kiedy wchodził do środka wydawało mu się, że kamienny anioł na pobliskim grobie patrzy na niego z pogardą. Mógłby przysiąc, że figurka poruszyła się. W oddali usłyszał puszczyka. Wzdrygnął się, ale wszedł do środka.
Przypomniał sobie przerażenie, które nim, wtedy zawładnęło. Każdy szmer wydawał mu się podejrzany. Coś przemknęło w ciemności a on był przekonany, że to proboszcz wstaje z grobu, żeby go ukarać. Przez pierwsze minuty starał się trzymać fason. Nie chciał wyjść na mięczaka. Ale kiedy minęło dziesięć minut, był tego pewien, nikt po niego nie wrócił. Wpadł w panikę. Spędził niemal godzinę w ciemności w obecności nieżyjącego proboszcza. Usiadł pod ścianą i podwinął kolana pod brodę. Gdzieś przebiegł szczur a on omal nie krzyknął przerażony. Zdecydował się skupić wyłącznie na dziewczynie.
Kiedy go wypuścili wyszedł z dumnie podniesioną głową. Zmusił się, żeby nie płakać i widział ich spojrzenia pełne szacunku. Zrozumiał, że jeszcze nikt nie zdobył się na taki wyczyn. Ale on myślami był już przy Renacie, choć od tamtego czasu źle znosił ciasne i ciemne pomieszczenia. Dokładnie takie jak piwnica, w której się znalazł z Teresą. Cienie pełzały po suficie jakby stanowiły niezależne byty. Weszli do środka. Teresa zatrzymała się i odwróciła do niego. Była bardzo blisko. Spojrzał na nią i wtedy dostrzegł w jej oczach tę samą mgłę jaką pamiętał u Renaty. To nie mogła być prawda. Lampa błyskowa odstawiona na półkę oświetlała ją niezbyt mocno ale ten błysk w jej oczach...
- Spociłeś się. – Zastanawiał się czy to tylko jego wyobraźnia czy jej głos stał się bardziej miękki, kobiecy.
- To nic, źle znoszę ciasne pomieszczenia.
- Masz klaustrofobię? – Dlaczego się nie odsunęła? Stała prowokacyjnie tak blisko. Tak cholernie blisko. Poczuł erekcję.
- Coś w tym rodzaju. – Dawno już nie był tak blisko kobiety żeby czuć jej oddech na swojej twarzy.
- W sumie to ci się nie dziwię. Te ściany są takie krzywe jakby ledwo się trzymały kupy. Cholernie głupio byłoby tak zginąć pod tonami gruzu.
Mimowolnie rzucił okiem na ściany. Stare cegły wyglądały jakby były ułożone nierówno. Wypływająca spomiędzy nich zaprawa zastygła ponad sto lat temu. Jak długo jeszcze wytrzymają? Wyobraźnia była bezlitosna. Zaczął źle widzieć. Zupełnie jakby patrzył każdym okiem niezależnie i obrazy nakładały się na siebie. Z trudem nabierał powietrze w płuca.
- Aż się czuje ciężar całej kamienicy, co? – Prowokowała przyglądając mu się jednocześnie.
- Przestań. – Miał wrażenie jakby coś przygniotło mu piersi. - Zamknij się! – Krzyknął wyprowadzony z równowagi i zdzielił ją w twarz.
Przez kilka sekund żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Teresa trzymała dłoń przyłożoną do policzka i rozcierała piekącą skórę. Patrzyła na niego takim spojrzeniem, które mogło zarówno mówić zapłacisz mi za to, ale równie dobrze mogło to być coś w stylu weź mnie tu i teraz. Jej oczy lśniły nienaturalnie w świetle lampy naftowej. Widział jak jej piersi unoszą się w ciężkim oddechu. Był rozbity. Po raz pierwszy uderzył kobietę i spodobało mu się to. To tylko spotęgowało jego erekcję.
- Spokojnie tygrysie, tylko się z tobą droczę. - Puściła do niego oko. - Jeszcze ci nie podziękowałam za to, no wiesz na klatce schodowej. Że pomogłeś mi z moim starym.
- Co? W niczym ci nie pomogłem. O czym ty gadasz? - Z wrażenia aż przysiadł na drewnianej przegrodzie, za którą piętrzyła się góra węgla.
- Umrzyk, umrzyk! - Przedrzeźniała jego zachowanie, kiedy rzucił się na półpiętrze na pijanego mężczyznę biorąc go za trupa. - Ułatwiłeś mi podjęcie decyzji wiesz?
- Po prostu weźmy trochę węgla i chodźmy stąd. – Targały nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony miał ochotę strzelić ją jeszcze raz w twarz za to co ta szalona dziwka wygadywała a z drugiej mógłby ją przecież wziąć siłą. Pragnął tego. Sam poczuł się zaskoczony tym jak bardzo tego pragnął.
- Mówisz, że nie znosisz ciasnych pomieszczeń a co powiesz na to? - Teresa zadarła spódnicę kręcąc przy tym biodrami odsłoniła szczupłe uda. Nerwowym ruchem zsunęła majtki. - Jestem trochę ciasna, ale chyba nie boisz się cipki? - Przeczesała palcami włosy łonowe.
Tego było dla niego za dużo. Pchnął ją i przygwoździł lędźwiami do ściany. Niezdarnym nerwowym z podniecenia ruchem dłoni rozpiął rozporek. Teresa nie pozostawała bierna. Podciągnęła swoją tandetną spódnicę napierając na niego miednicą. Robert czuł, że traci nad sobą kontrolę. Wypieki, które miał dotychczas na twarzy rozlały się po całym jego ciele. Miał wrażenie, że płonie. Wszedł w nią mocno. Wbił się w nią agresywnie. Jęknęła z wrażenia ale szybko na jej twarzy pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu.
- Chcesz mnie pieprzyć? To pokaż na co cię stać, kogucie.
Nie słuchał jej. Była tak mokra, że jej soki spływały po jego jądrach. To go podnieciło jeszcze bardziej. Nagle splunęła mu w twarz. Nawet nie starł śliny z policzka i ust. Uderzył ją otwartą dłonią w twarz nie przestając wbijać się w nią. Złapał ją za usta i zacisnął dłoń. Ugryzła go boleśnie. Jęknął i odsunął palce na jej szyję. Ponownie na niego napluła. Zacisnął dłoń na jej szyi.
- Jak chcesz mnie porządnie zerżnąć, to musisz się postarać, kogucie. - Wycharczała.
Dało się słyszeć głośne plaśnięcie kiedy ponownie uderzył ją tym razem w drugi policzek. Jej oczy zalśniły. Podniecenie zmieniło wyraz jej twarzy. Wydała mu się jeszcze bardziej wulgarna i szalona ale to tylko go dodatkowo podnieciło. Czuł, że trawi go ogień. Tylko ona mogła go ugasić. Przyspieszył ruch bioder. Doszedł błyskawicznie i był to pierwszy taki orgazm w jego życiu. Niemal momentalnie opadł z sił.
Usiadł na deskach, które oddzielały kawałek piwnicy od sterty węgla. Lekko zakręciło mu się w głowie. Oddychał ciężko. Nogi mu się trzęsły. Był jednocześnie zszokowany i zachwycony tym co przed chwilą przeżył. I to z kim? Z tą paskudną wariatką, z którą wstydziłby się pokazać na dzielnicy? Jednak dała mu rozkosz o jakiej mu się nie śniło. Zrozumiał dlaczego nigdy nie udało mu się związać z żadną kobietą.
Nagle drewniana przegroda, na której przysiadł poddała się. Pod ciężarem jego ciała złamała się jedna z desek a pozostałe runęły jak puzle. Upadł w tył na plecy. Węgiel rozsypał się na podłogę a osuwająca się sterta czarnych brył odsłoniła twarz nieboszczyka. Była tuż obok niego. Robert próbował się zerwać, ale nie mógł się na niczym podeprzeć, więc tylko odsunął się nieznacznie od zwłok. Motorniczy był w szoku.
Spojrzał na Teresę pytającym wzrokiem. Kobieta stała opierając się o ścianę. Podwiniętą spódnicą podcierała się nie zwracając uwagi na odsłonięte ciało mężczyzny. Wzrok Roberta powędrował w stronę siekiery, która leżała dokładnie pomiędzy nimi. Problem polegał na tym, że on musiał się najpierw wygrzebać z węgla. Zauważyła jego spojrzenie. Powoli powiodła wzrokiem w to samo miejsce a na jej twarzy pojawił się grymas, który można nazwać uśmiechem. Przez krótką, upiorną chwilę mierzyli się wzrokiem.
Obserwowali się nawzajem w ogromnym skupieniu. Robert w rozpaczliwym geście zerwał się tracąc ją na chwilę z oczu. Niestety, węgiel pod, nim rozsypywał się, osuwał i zapadał. Nagle poczuł coś ciężkiego na piersiach. W pierwszej chwili myślał, że to Teresa skoczyła na niego. Nie mógł oddychać. Poczuł jak w piersiach rozlewa się fala gorąca. Spojrzał i ze zdziwieniam dostrzegł ją stojącą tuż przed, nim. Miała rozczochrane włosy i szaleństwo w oczach. Powiódł wzrokiem w stronę własnej klatki piersiowej, z której sterczała pordzewiała siekiera.
Łapał powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Otwierał usta ale to niczego nie zmieniało. Pod kątem pod którym patrzył na Teresę wyglądała na jeszcze bardziej diaboliczną niż wcześniej. Jednak jego wzrok zaczął się rozmywać a po chwili nastąpił błysk. Coś oślepiło go a po chwili światło zgasło, skrurczyło się do rozmiarów małej białej kropki gdzieś w oddali.
Ciało Roberta znieruchomiało. Teresa podeszła i pochyliła się nad nim. Złapała za siekierę szarpnęła nią ale ta ani drgnęła. Złoliwy skurwysyn, pomyślała. Nawet po śmierci robił jej na złość a przecież potrzebowała tej siekiery. Jeszcze z nim nie skończyła. Męczyła się chwilę aż w końcu jej sie udało. Przez następne kilka minut ciemnymi korytarzami piwnicy niosły się stłumione miarowe uderzenia. Musiała się spieszyć nie mogła zaniedbywać gości, którzy na nią czekali w mieszkaniu.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -