Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pod ciężarem grzechu

Sandra Gatt Osińska

Zachód słońca był jak każdy inny. Mozolny, codzienny – zwykły. Nawet Burek, pies Nowaków, nie miał siły odpędzać od siebie komarów. Ulica Brzozowa wprost wymarła, wieśniacy kładli się spać razem z kurami. Pani Kalinowska zdążyła już zapewne wysprzątać plebanię i przygotować wieczerzę. Nie lubiła, gdy ktoś jej przeszkadzał w porządkach, dlatego w każdą sobotę wybierałem się na samotny spacer po okolicy. Poświęcałem ten czas na przemyślenia, podsumowanie minionego tygodnia. Rozpierała mnie duma z kazania, jakie przygotowałem na następny dzień. Cisza, panująca podczas moich wędrówek, napawała mnie spokojem i natchnieniem, lecz zawsze budziła podstawowy lęk – a co z Bogiem?
Przystanąłem naprzeciw miejscowej kapliczki i zamknąłem oczy. Wziąłem głęboki wdech, próbując zmysłami sięgnąć tego, co nienamacalne. Wciąż czułem pustkę. Spojrzałem na postać Maryi Dziewicy, lecz jej oczy również przepełnione były nicością. Co ze mnie za ksiądz, który sam nie wierzy w Boga?
Ogromny ciężar samotności, niczym ponury kruk przysiadł na moich barkach, szepcząc mi do ucha słowa rozpaczy. Dopiero po miesiącu odczułem tęsknotę za dawną parafią. Tam był mój dom oraz ludzie, których ukochałem. Tutaj zaś jedynie pani Kalinowska kręciła się po plebanii w ciągu dnia, nie próbując nawet rozpocząć ze mną rozmowy. Nikt nie przychodził na zwykłą pogawędkę przy kawie. Wszyscy traktowali księdza, jak relikt, a nie istotę ludzką. Pragnąłem wrócić do dawnego domu, móc spotkać się z podopiecznymi domu dziecka, z którymi spędzałem całe dnie. Zapraszałem ich na sobotnie obiady. Nie lubiłem jadać sam, a tym dzieciom brakło domowego ciepła.
Uśmiechnąłem się smutno, spuszczając wzrok. Czy to naprawdę było takie złe? Co ja uczyniłem? Czy dlatego jestem teraz całkowicie sam, w obcym miejscu? Czy to jest moja pokuta?
Z konsternacji wyrwało mnie nagłe szarpnięcie rękawa mojej bluzy. Zwróciłem wzrok w jego kierunku i ujrzałem ogromną parę oczu, patrzących z ciekawością. Serce zabiło mocniej na widok niewielkiej postaci, lustrującej mnie od góry do dołu.
- Kim jest ta pani? – spytało dziecko, wskazując na posąg Maryi.
- To Matka Boża. – odparłem lekko skonsternowany.
- Kto to Bóg?
- Stwórca, Nasz Pan. Kreator wszelkiego życia.
- A kim pan jest?
Spojrzałem z niedowierzaniem na chłopca. Miał może siedem, osiem lat. Dziwiło mnie, że w tak religijnym, małym miasteczku to dziecko nie miało pojęcia o Bogu.
- A ty? Jak się nazywasz i gdzie mieszkasz? – odparłem.
- Tam. – chłopiec wskazał na dom przypominający ruderę. – Mieszkam z mamą, ale ona jest ostatnio bardzo zajęta. Znowu przyszedł do niej pan Bogdan, więc mnie wypędziła z domu. Nawet nie dała mi kolacji. – mówił kopiąc kamyk.
- Może chciałbyś zjeść dziś ze mną? – zacząłem mówić, zanim to przemyślałem. – Mógłbym opowiedzieć Ci więcej o Panu Bogu.
- Chętnie! – odparł chłopak, uśmiechając się radośnie.
Szliśmy w całkowitym milczeniu, okryci ostatnimi promieniami słońca. Nagle chłopiec wsunął mi w rękę dłoń i chwycił mocno. Przez chwilę miałem wrażenie, że jego twarz zmieniła kształt, lecz rozmyło się to wraz z mrugnięciem oka. Uśmiechnął się niewinnie i rzekł:
- Tak w ogóle jestem Franek.
*
Z początku pani Kalinowska sprawiała wrażenie podejrzliwej. Ustawiając talerz z pieczenią na stole, spojrzała badawczo na Franka. Wystarczył jeden czarujący uśmiech z jego strony, aby kobieta złagodniała. Nalałem sobie wina do szklanki i podziękowałem pani Kalinowskiej za dzisiejszy dzień. Po chwili kobieta wyszła z pokoju i rozległ się trzask zamykanych drzwi frontowych.
Chłopiec łapczywie pochłaniał jedzenie, jakby jego żołądek nie miał dna. Obserwowałem go z nieukrywaną fascynacją, nalewając soku do szklanki. Podałem mu ją. Anielska twarz, oblana światłem świec, potęgowała we mnie dawno nieznane uczucie. Nie miał umiaru w jedzeniu i piciu, a ja jedynie uśmiechałem się pod nosem. Pociągnąłem łyk wina, gdy Frankiem targnęły konwulsje. Zwymiotował prosto na talerz i osunął się z krzesła. Wytarłem twarz serwetką i wstałem od stołu. Z elegancją stawiałem kroki, aż stanąłem obok chłopca. Leżał blady i zwinięty w kulkę, patrząc na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Krztusił się śliną pomieszaną z wymiocinami.
Uklęknąłem obok niego i położyłem dłoń na gładkim czole.
- W porządku? Jesteś rozpalony. – stwierdziłem z troską w głosie.
- Po prostu za dużo zjadłem. – szepnął, wycierając twarz o rękaw.
Pogładziłem spocone włosy. Podniecenie ogarniało mnie coraz bardziej. Wsunąłem ręce pod wątłe ciało i pochwyciłem Franka w ramiona. Był lekki, niczym piórko, palcami wyczuwałem każde żebro. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, zaniosłem go do pokoju gościnnego. Delikatnie ułożyłem chłopca na łóżku. Jego ręce obejmowały moją szyję, uśmiechał się.
- Jesteś bardzo samotny, prawda? – szepnął.
- Nikt nie jest w życiu sam, kiedy wierzy w Boga.
- A czy ty wierzysz w niego?
Zamarłem, patrząc w głębię jego oczu. Nasze usta złączyły się ze sobą. Pierwszy pocałunek był delikatny i niewinny. Drżałem na całym ciele, jakbym znów stał się nastoletnim chłopcem. Usiadłem obok Franka, a następnie pocałowałem go namiętnie. Brakowało mu doświadczenia, co jeszcze bardziej mnie nakręcało. Podnosiłem koszulkę chłopca, wtapiając usta w dziecięcą twarzyczkę. Skórę miał jędrną i miękką, pachnącą nieskalaną młodością. Leżał z włosami rozrzuconymi na poduszce, dysząc ciężko.
Odwróciłem się, aby nie patrzeć. Bestia, z którą walczyłem od wielu miesięcy, próbowała znów objąć mnie swymi szponami. Konflikt psychiczny rozpierał duszę. Nie mogłem pozwolić sobie na ponowny upadek moralny spowodowany ciężarem własnego grzechu.
Z zamyślenia wyrwało mnie dotknięcie małej dłoni na udzie. Zamknąłem oczy, próbując się opanować, lecz obecność Franka doprowadzała mnie do szału. Pogładziłem jego włosy, a on delikatnie dotknął mojego krocza. Poczułem, jak rozpina pasek w dosyć niezręczny sposób. Drżącą dłonią Franek chwycił penis, a jego wzrok wyraził niepewność. Koniuszkiem języka dotknął żołądź i ucałował go, doprowadzając mnie do dreszczy.
Leżałem bezczynnie patrząc w sufit i słuchając odgłosów ssania. Krew gwałtownie pulsowała w moich skroniach, doprowadzając do szaleństwa. Gładziłem głowę chłopca, czując coraz większe poczucie winy, a zarazem ogromną rozkosz. Próbowałem opanować wytrysk, do momentu aż chłopiec odsunie twarz od mojego przyrodzenia. Szczytowałem, czując, jak ciepła ciesz, wypływa ze mnie rzewnym strumieniem. Stanowczo było jej za dużo na spermę. Podniosłem się i spojrzałem na krocze. Grymas bólu wystąpił na mojej twarzy, a krzyk ugrzązł w gardle przemieniając się w bezradne charknięcie. Krew lała się strumieniami z kikuta, który jeszcze przed chwilą był moim penisem.
Franek przeżuł członka, patrząc na mnie wyzywająco. Przełknął głośno i oblizał lubieżnie zakrwawione wargi. Uśmiech nie schodził z jego twarzy.
- Czym jesteś? – wyszeptałem.
Nie poznawałem własnego głosu. Nie czułem swojego ciała. Upadłem na łóżko, a świat zawirował przed moimi oczami. Franek pochylił się nade mną i pogładził spocony policzek. Językiem przejechał po moim oku.
- Twoim największym koszmarem.
- Demon. – wycedziłem przez zęby.
Ostatnie, co pamiętałem, to donośny śmiech wydobywający się spomiędzy żółtych kłów, rozlegając się pustym echem w mojej głowie.

*
Ranek był rześki i słoneczny. Słońce padało wprost na oblicze Matki Boskiej, patrzącej wciąż z pustym wyrazem oczu. Nie czułem nic, nawet wiatru targającego włosami. Mogłem jedynie patrzeć z pogardą na otaczający mnie świat. Czekałem z niecierpliwością, aż pierwsi mieszkańcy wsi zbudzą się ze snu, aby to właśnie dziś odnaleźć zwłoki, przybite do przydrożnego krzyża.
Jak długo, do cholery, miałem tu jeszcze wisieć?



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -