Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pomrok, odc. 5

Dariusz Kick

W mieszkaniu czuli się nieswojo. Chociaż temperatura w pokoju nieco się podniosła, ogień zdążył zgasnąć. Krystian zerkał zaniepokojony w stronę okien skąd dochodziły przeraźliwe odgłosy. W dodatku po drugiej stronie ulicy płonęło kilka mieszkań, których nikt nawet nie starał się gasić. Adam nerwowo poprawił czapkę.
- Coś długo nie wracają.
Sekundę po tym jak zamknął usta nagle zgasło światło.
- Najpierw komórki, teraz prąd. – Zauważył.
Usłyszeli jak ktoś otwiera i zamyka za sobą drzwi wejściowe.
- Najwyższa pora. – Benek westchnął z ulgą podnosząc się z fotela. – Co tak długo? – Rzucił w głąb korytarza ale nie dostał żadnej odpowiedzi.
- To na pewno żaden umrzyk. - Szepnął Adam. - To musi być ta wariatka.
Sabina miała paskudne przeczucie. Wróciło wspomnienie oczu Teresy w których dostrzegła szaleństwo. Paraliżowała ją sama myśl o tym, że gdzieś tam w ciemności może się czaić ta obłąkana kobieta. Czuła, że ogarnia ją strach. Benek krzyknął jeszcze raz ale bez skutku. Nagle od strony przedpokoju coś potoczyło się szybko po podłodze z głuchym łoskotem. Natalia zapiszczała przerażona i razem ze swoim chłopakiem wskoczyli na tapczan. Adam zaklął a Krystian o mały włos a przewróciłby się. To coś otarło się o jej nogę i zatrzymało tuż obok. Sabina znieruchomiała. Chociaż w pokoju panowały ciemności i tak bała się spojrzeć w dół.
- Kurwa, co tu się dzieje? – Zapiszczał Krystian.
- Cicho. - Syknął Benek. – Obserwujcie wejście. – Szepnął szukając zapalniczki w kieszeni.
Słaby płomyk z zapalniczki nie rozjaśniał wiele ale dostrzegł twarz Sabiny. Wyglądała jakby zastygła w bezruchu z twarzą skamieniałą ze strachu. Dostrzegł kilka łez na jej policzkach. Stała sztywna i wyprostowana bez jednego słowa. Poczuł nieprzyjemne uczucie niepokoju i zrobił krok w jej stronę.
- Auć, kurwa. - Zaklął, kiedy oparzył się w palec.
Odczekał kilka sekund i znowu zapalił zapalniczkę przysuwając się bliżej do Sabiny.
- Co się dzieje?
Sabina nie odpowiedziała od razu. Wzrokiem próbowała zwrócić uwagę męża na podłogę. Zrobiła kilka nieporadnych i niezrozumiałych gestów po czym odezwała się słabym bezbarwnym głosem.
- Coś... coś otarło się... o moją nogę...
Benek przyklęknął oświetlając starą zużytą wykładzinę. Zatoczył ręką łuk aż nagle z ciemności spojrzały na niego mętne oczy Roberta. Krzyknął przerażony i upuścił zapalniczkę. Ktoś zapytał co się dzieje ale nie odpowiedział. Nerwowo starał się odnaleźć zapalniczkę po omacku. Nie mógł w to uwierzyć. Wreszcie odnalazł zgubę. Reszta zbliżyła się do niego za wyjątkiem Natalii, która nie odważyła się opuścić nóg z tapczanu. W mdłym świetle zapalniczki patrzyli na odrąbaną głowę motorniczego. Z rozszarpanej rany na szyi wciąż sączyła się krew. Natalia zapiszczała. Benek znowu oparzył się ale nawet nie zareagował.
- Odrąbała mu głowę. – Powtarzał Krystian. – Odrąbała mu...
- Nie powinno nas tutaj być, mówiłam... – Głos Sabiny zaniepokoił go. Był nienaturalnie spokojny.
- Posłuchaj mnie, - Benek podniósł się i z trudem zmusił swoje struny głosowe do pracy. – Weź zapalniczkę i na wszelki wypadek rozejrzyj się po pokoju. – Adam patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, był tak samo przerażony jak pozostali. – Tylko tego nam brakuje, żeby ta dziwka komuś wskoczyła na plecy.
- A ty? – Zapytał Adam jakby w obawie, że Benek pójdzie sobie i zostawi ich z Teresą.
- Zamknę drzwi. – Wręczył chłopakowi zapalniczkę. – Skarbie, - zwrócił się do Sabiny. – Zaraz nas tutaj nie będzie, obiecuję.
Dopiero trzymając w dłoni zapalniczkę zauważył jak trzęsą mu się ręce. Czuł rosnący strach i żałował, że nie zapamiętał układu pokoju. Stawiał niepewnie kroki wyciągając zapalniczkę jak najdalej od siebie. Kiedy płomyk odbił się w politurze meblościanki omal nie wrzasnął przerażony. Pot zalewał mu czoło, był na plecach i pod pachami. Oddychał coraz płycej. Bał się, że za chwilę w mętnym świetle zapalniczki dostrzeże twarz Teresy a jej paskuda gęba będzie ostatnią rzeczą jaką zobaczy. Nie był pewny czy mogła się wślizgnąć do pokoju niepostrzeżenie. A może było tutaj inne wejście? Na przykład przez kuchnię? Niemal zgasił zapalniczkę kiedy odwrócił się nerwowo.
Sabina nie ruszyła się nawet o centymetr. Krystian chcąc jej pomóc odsunął głowę Roberta za pomocą buta, w duchu modląc się i przepraszając nieboszczyka za tę profanację. Benek szedł ostrożnie w stronę drzwi. O ile pokój w którym się znajdowali był w większości skąpany w ciemności to do przedpokoju zaglądała purpurowa łuna pożaru z kamienicy po drugiej stronie ulicy. Rozedrgane płomienie sprawiały, że cienie tańczyły niepokojąco na ścianach i wysokim suficie. Wyobraził sobie, że jednym z tych cieni może okazać się Teresa. Poczuł lodowaty uścisk w żołądku. Przez chwilę znowu poczuł się małym przerażonym chłopcem, który przygląda się podejrzliwie wszystkim cieniom w pokoju. Kiedy był już wystarczająco blisko szybkim ruchem zatrzasnął drzwi pokoju.
Odwrócił się do pozostałych. Już miał się odezwać kiedy coś usłyszał. Odgłos stóp biegnących w przedpokoju. Zatrzymał się przy samych drzwiach. Dźwięk nie był zbyt wyraźny. Nie był pewny czy się nie przesłyszał. Kiedy zrozumiał, że to musi być ich gospodyni, było już za późno. W ciszy jaka panowała w mieszkaniu odgłos siekiery, która uderzyła w drzwi zabrzmiał niemal ogłuszająco. Stare suche drewno rozpadło się w pył a ostrze przeszło na drugą stronę. Benek wrzasnął i padł na plecy. Sabina z krzykiem rzuciła się w jego stronę. Próbowała go odciągnąć jak najdalej od drzwi. Tymczasem siekiera zaczęła uderzać raz za razem z niesamowitą szybkością świadczącą o furii i sile Teresy. Natalia krzyczała przerażona, Krystian chciał pomóc Sabinie ale potknął się o coś i wyrżnął na podłogę. I nagle wszystko ucichło.
Z przerażeniem patrzyli w otwór wyrąbany w drewnie. Po drugiej stronie dostrzegli tylko migoczący blask pożaru. Nagle w dziurze pojawiła się głowa Teresy. Widzieli zaledwie jej zarys, ale mogliby przysiąc, że jej oczy lśniły w ciemności. Przez chwilę było słychać tylko jej świszczący oddech. Nagle zniknęła na chwilę a później przez dziurę, którą sama wyrąbała zaczęła wlewać do pokoju jakąś ciecz z plastikowej bańki.
- Co to jest? - Zapytał Nataniel. – Co ona robi?
Krystian pierwszy wyczuł drażniący zapach nafty.
- Ta dziwka chce nas spalić żywcem.
- Boże! – Krzyknęła Natalia.
Opróżniona butelka wylądowała na podłodze pokoju. Teresa zapaliła zapałkę i wtedy przez tą krótką chwilę mogli zobaczyć jej twarz. Wiedzieli, że krew którą była zbryzgana musiała należeć do Roberta. Zapałka oświetlająca ją od doły sprawiła, że cienie jeszcze bardziej zniekształciły rysy jej twarzy czyniąc jej wygląd niemal upiornym. Szalony uśmiech wykrzywił jej usta.
- Gość w dom, Bóg w dom.
W bezruchu i ze zgrozą wpatrywali się jak płonąca zapałka szybuje chwilę w powietrzu po czym opada na podłogę. Ogień błyskawicznie wystrzelił z hukiem. Płomienie zachłannie zaczęły pochłaniać wszystko dookoła. Sabina zaczęła ciągnąć Benka jak najdalej od ognia. W powietrzu szybko zaczęły się unosić kłęby czarnego dymu. Swąd stawał się nie do zniesienia. Zaczęli kaszleć i krztusić się. Krystian zerwał się i zaczął ciągnąć Benka razem z Sylwią.
Adam stał bez ruchu od samego początku. Widział ją przez dziurę w drzwiach. Stała tam i przyglądała się, im. Czekała aż się poduszą albo spłoną żywcem. Był sparaliżowany strachem tak samo, jak wtedy, w swoim domu. Tak samo jak, kiedy umierał jego przyjaciel. Widział jak Sabina próbowała zatamować krwawiącą ranę na głowie Benka. Jak Nataniel próbował ugasić płonący obrus a jego dziewczyna siedziała na tapczanie z podkulonymi nogami niezdolna do żadnego ruchu. Wtedy, coś w nim pękło. Nie może zawodzić za każdym, razem kiedy ktoś potrzebuje jego pomocy. Czuł coraz większą nienawiść do tej szalonej kobiety. Jego mięśnie napięły się. Poczuł skok adrenaliny. Teraz albo nigdy. Z krzykiem rzucił się w stronę drzwi. Po chwili uderzył w nie z impetem. Drewno rozpadło się na kawałki a ona wpadł prosto na nią. Teresa albo nie miała już kompletnie kontaktu z rzeczywistością albo nie zdążyła się odsunąć. Siekiera wypadła jej z ręki. Przycisnął ją swoim ciałem do podłogi i zaczął okładać pięściami.
Przestał, dopiero kiedy zabrakło mu sił. Sapał pochylony nad jej twarzą, która była już tylko jedną wielką krwawą raną. Kobieta leżała nieruchomo. Odgłosy jego przyjaciół walczących z ogniem docierały do niego jak przez ścianę. W mieszkaniu śmierdziało spalenizną. Wszyscy pokasływali i klęli. Ktoś otwarł okno. Adam poczuł chłodny powiew w przedpokoju. Kiedy uporali się z ogniem zapanował względny spokój i cisza. Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. To był Benek. Przyciskał do skroni kawałek szmaty. Adam zszedł z ciała Teresy. Usiedli razem na podłodze opierając się o ścianę dysząc ciężko. Benek wyciągnął paczkę papierosów. Były nieco pomięte ale dało się palić.
Widzieli jak Sabina wchodzi do przedpokoju ignorując ich schyliła się po siekierę. Zatrzymała się nad ciałem Teresy.
- Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Zanim zdążyli cokolwiek zrobić, podnieść się z podłogi lub krzyknąć siekiera wbiła się w głowę Teresy. Sabina wyprostowała się i podeszła do męża. Wyciągnęła mu z ust papierosa i zaciągnęła się mocno. Spojrzała gdzieś przed siebie.
- Nie wiem, czy kiedykolwiek zasnę po tym wszystkim.

*

Rana na głowie Benka okazała się lżejsza niż to wyglądało na pierwszy rzut oka. Adam również zranił się kiedy rzucił się na drzwi. Sabina przemyła i opatrzyła ich rany korzystając z apteczki w której o dziwo znalazła trochę bandaży, gazy i wody utlenionej. Krystian z Natanielem zaciągnęli zwłoki Teresy do drugiego pokoju, tam gdzie również zanieśli głowę Roberta. Zebrali się w pobliżu dogasającego pieca kaflowego. Chociaż nie było czym palić, wciąż utrzymywał umiarkowane ciepło. Po jakichś dwóch godzinach zapadli w płytki nerwowy sen.
Benkowi śniło się, że znowu prowadzi swojego suva. Zatrzymała go policja. Zatrzymał się na poboczu a z radiowozu wyszło dwóch funkcjonariuszy. Jeden z nich był umrzykiem z gnijącym ciałem, na którym wciąż nosił mundur. Drugi był groteskowym szkieletem z policyjnym pasem wplecionym między kości. Benek zerknął na kaburę, z której sterczała rękojeść pistoletu. Na swojej lśniącej czaszce miał zatkniętą policyjną czapkę a oczodoły przesłaniały mu okulary przeciwsłoneczne. Jeszcze bardziej zdziwiony był faktem, że przyjął to wszystko zupełnie spokojnie. W dodatku policjanci zachowywali się w stosunku do niego zaskakująco uprzejmie. Pouczyli go, że musi jeździć trochę wolniej. Zapytał dlaczego, przecież tutaj zawsze było sześćdziesiąt na godzinę.
- Wyburzamy kościół, może być niebezpiecznie. - Odparł ten gnijący.
- Wyburzacie kościół? - Benek nie należał do szczególnie religijnych ludzi, ale przyjął tą informację z dziwnym smutkiem. - Dlaczego?
- Jak to, dlaczego? - Szkielet spojrzał na niego zaskoczony. - Teraz ta ziemia należy do szatana. - Policjanci wymienili między sobą spojrzenia jakby sami się pytali a ten skąd się urwał?
Benek zerknął w stronę kościoła, wokół którego uwijali się jak w ukropie umrzyki. Wszyscy w kombinezonach z kaskami ochronnymi na głowach. Zakładali ładunki wybuchowe. Benek po raz pierwszy poczuł wewnętrzną pustkę. Jakby przegapił tą ważną chwilę, w której świat zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni.
- To, co teraz będzie? - Zapytał bezradnie w dodatku czuł, że pieką go oczy.
- Jak to co? - Szkielet poprawił czapkę na głowie. - Armagedon, obywatelu. Armagedon.
- No i może frytki do tego. - Dorzucił gnijący policjant, po czym obydwaj ryknęli śmiechem.
Benek obudził się z walącym sercem. Poczuł chłodne powietrze na spoconym czole. Piec był już zimny a w powietrzu wciąż unosił się swąd spalenizny. Sabina siedziała tuż obok. Uśmiechnęła się do niego, choć nie było w tym uśmiechu zbyt wiele wesołości. Nikt już nie spał. Adam obserwował coś przez okno paląc papierosa.
- Poczęstowałem się jednym. - Rzucił nieco zmieszany.
Benek machnął lekceważąco ręką i podniósł się. Był obolały i zdrętwiało mu prawe ramię. Podszedł do okna. Widok był przytłaczający. Dogasające pożary, walające się śmieci i rozbite samochody. Do tego umrzyki szwendające się po ulicach. Choć zauważył, że nie było ich zbyt wielu. Miasto wyglądało jakby przez całą noc toczyły się w, nim krwawe zamieszki. Zauważył, że jakiś chłopak z plecakiem rozbił witrynę sklepową i zaczął szabrować ignorując obecność umrzyków.
- Nie wydaje wam się to wszystko dziwne? - Krystian podniósł się z kanapy i stanął na środku pokoju.
- Co konkretnie? Wybacz, ale trochę się ostatnio działo. - Benek wyjął papierosa i z konsternacją stwierdził, że został już tylko jeden. Zerknął krzywo na Adama.
- Zanim to wszystko się zaczęło, padły telefony. - Kontynuował Krystian.
- Człowieku, świat się kończy a ty się martwisz, bo komórka ci padła? - Adam rzucił niedopałek na spalony dywan i przydeptał go butem.
- Chwila, - wtrącił Benek. - Niech mówi.
- Zastanówcie się tylko. - Krystian zwrócił się do Adama. - Znika zasięg a później pojawiają się umrzyki.
- Dalej nie kumam. - Wtrącił Adam.
- Posłuchaj, na wojnie najważniejsza jest łączność. - Krystian spojrzał na Adama. - Bez niej robi się chaos. A my zostaliśmy odcięci od łączności.
Benek myślał chwilę.
- To ma sens.
- Dokładnie. Padają komórki a później pojawiają się umrzyki. Wybucha chaos. Ale mało tego. Chwilę po tym szlag trafia prąd. Cholera wie co jeszcze się wydarzy. Spodziewam się, że zostaniemy odcięci od wody, gazu i całej reszty. Dla mnie to wygląda kurewsko podejrzanie. Jak precyzyjnie zaplanowany zamach.
- A niby, kto za tym wszystkim stoi? - W głosie Adama brzmiało powątpiewanie.
- Nie wiem kurwa, Harry Potter?
- Może kosmici? - Ciągnął Adam.
- Panowie, to nie ma sensu. Znaczy się, to, co powiedział Krystian brzmi sensownie. Ale na pewno tego nie ogarniemy tutaj. Zapomnieliście już o tej dziwce, która chciała nas usmażyć? Mieszkamy zaledwie kilka kilometrów stąd. Znajdźmy jakiś samochód na chodzie i jedźmy do nas. Mamy dom. Będziemy bezpieczniejsi niż tutaj. Odpoczniemy, wyśpimy się w łóżkach i ustalimy co dalej.
- No nie wiem. - Odezwał się Krystian. - Muszę do żony...
- Marne szanse, że znajdziemy dwa samochody. Jedź z nami i odpocznij kilka godzin. Ja mam jeszcze jedną bryczkę w garażu, - rzucił nie bez dumy. - Weźmiesz to co tutaj znajdziemy.

*
Wyglądali przez okno w poszukiwaniu samochodu. Nie mieli dużego wyboru, co najmniej dwa samochody były doszczętnie spalone a kilka rozbitych. Ich wybór padł na białego opla omegę. Nie dość, że stał najbliżej bramy to był wystarczająco duży, żeby ich wszystkich pomieścić. Adam już wcześniej zaoferował się, że potrafi uruchomić samochód jak to określił na krótko. Zjadł skromne śniadanie przygotowane przez Sabinę, której pomogła nastolatka i wyszedł. Pozostali natychmiast przywarli do okna. Po krótkiej chwili pojawił się na ulicy. Pomachał do nich po czym podbiegł do samochodu. Wejście do samochodu rzeczywiście nie zajęło mu wiele czasu. Wszystko wskazywało na to, że miał w tym zakresie jakieś doświadczenie.
Wszyscy odczuwali ogromne napięcie. Benek rozglądał się wzdłuż ulicy. Okolica wyglądała na spokojną jednak nikt nie odrywał oczu od okna. Nagle stało się coś czego się nie spodziewali. Adam najwidoczniej nie miał, aż takiego doświadczenia ponieważ uruchomił alarm. Syrena wyła przejmująco, wzmocniona echem szybowała w głąb ulicy. Napięcie sięgnęło zenitu. Alarm był niczym wabik na umrzyki, które szybko pojawiły się w pobliżu. Nadciągali z dwóch stron. Wreszcie syrena zamilkła ale było już za późno. Piętnastu umrzyków zmierzało w stronę opla.
Benek bez słowa pobiegł do kuchni. Wrócił ze sporych rozmiarów tasakiem do porcjowania mięsa. Jednak zatrzymał się czując na sobie pełne niepokoju spojrzenie Sabiny.
- A ty, dokąd?
- Przecież wiesz.
- Ale... Dlaczego zawsze musisz zgrywać bohatera?
Krystian czuł napływ adrenaliny. Wiedział, że powinien zaoferować pomoc. Pobiec do kuchni znaleźć coś do obrony i ruszyć z Benkiem. Jednak strach paraliżował go a słowa, które miał na końcu języka uwięzły, nie potrafił ich wyartykułować. Tutaj nie było miejsca ba błędy. Wiedział, że jeden fałszywy ruch i dołączy do hordy umrzyków. I co będzie z Gabrysią? Nigdy do niej nie dotrze. Na samą myśl poczuł ciarki na plecach. Widział jak Benek zrobił dwa kroki w stronę przedpokoju.
- Jak będę widział, że nie daję rady ucieknę. Przysięgam. - Benek podszedł do Sabiny i pocałował ją w czoło, po czym odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
- Zaczekaj. Idę z tobą. - Krystian dopiero po chwili zrozumiał, że to jego głos.
Sabina spojrzała na nich i przełknęła ślinę. Benek zauważył, że Nataniel zrobił krok w przód, więc powstrzymał go ruchem dłoni.
- Zostań z dziewczynami. Powinniśmy sensownie rozkładać siły. - Próbował unikać wzroku Sabiny, wyszedł z Krystianem, któremu w przedpokoju podał łopatę do odśnieżania.
Na zewnątrz było chłodno. Śnieg skrzypiał nieprzyjemnie pod nogami. Zatrzymali się na chwilę w bramie. W oczach Krystiana dostrzegł strach i niepewność, która walczyła z chęcią bycia pomocnym. On też był przestraszony ale adrenalina nosiła go coraz bardziej. Zaczynał odczuwać chęć konfrontacji. Albo on albo oni. Zacisnął palce na rękojeści tasaka.
- Wskoczysz na dach opla i stamtąd będziesz ich odganiał łopatą, rozumiesz? Ściągaj na siebie ich uwagę.
- A ty?
- A wybiję tych skurwieli w pień. – Zrobili krok przed siebie kiedy Benkowi coś się przypomniało. – Aha, gdyby coś poszło nie tak... spieprzaj do kamienicy i nie oglądaj się na nic.
Ruszyli w stronę oblężonego samochodu. Umrzyki nie zwracali na nich uwagi. Starali się dostać do środka. Chcieli Adama.
- Pamiętaj, na dach i skupiaj ich uwagę na sobie. To mi da fory.
Benek nie odwrócił się w stronę okna ale wiedział, że bacznie im się przyglądają. Niemal czuł na plecach palący wzrok Sabiny. Przez chwilę poczuł się dumny. Wcześniej jakoś nie było okazji przekonać jej o swoim męstwie. Niech patrzy. Niech widzi na co go stać.
- Czas na rock'n roll, skurwysyny! - Wrzasnął w stronę umrzyków i rzucił się na nich z furią.
Kilkoro umrzyków zareagowało na jego krzyk i ruszyło w ich stronę. Krystian wykorzystał to i wskoczył na maskę samochodu skąd wdrapał się dość nieporadnie na dach. Było ślisko, musiał być ostrożny. Zaczął wrzeszczeć i machać łopatą we wszystkie strony. Nie mógł zrobić im większej krzywdy ale Benek miał rację. Umrzyki skupiły się głównie na nim. Tasak okazał się dobrym wyborem. Był ostry i dobrze leżał w ręce. Aż strach pomyśleć do czego używała go Teresa. Rzucił się na nich od tyłu. Krzykiem dodawał sobie animuszu. Adrenalina rosła z każdą chwilą. Kiedy dwa trupy padły na śniegu i znieruchomiały poczuł, że jest niepokonany i może wszystko. Ze zdwojoną energią rzucił się do walki. Kiedy tylko umrzyki odeszły od drzwi, Adam wyskoczył z opla. Walczył gołymi rękami pomagając sobie nogami i krzykiem. Trupy były powolne i niezdarne a on wściekły i podniecony.
Po kilku minutach stali skąpani we krwi jakby ocknęli się z morderczego amoku. Na ziemi leżało mnóstwo ciał. Śnieg wokół nich zamienił się w kleistą ciemną breję. Zadziwiające jak obydwaj uzupełniali się w tej nierównej walce. Adam podrzucał mu ciała lub przewracał je na ziemię a on natychmiast kończył robotę tasakiem. Jego celem była wyłącznie głowa. Tylko to potrafiło ich uziemić na dobre. Niektórzy próbowali pełznąć, ugryźć swoich pogromców ale Benek metodycznie dokańczał swoje dzieło. W końcu stali w trójkę pośród kilkunastu ciał. Pokrwawieni nie swoją krwią i zdyszani jak po szalonym biegu.
- Musimy uciekać. Odpalisz tego rzęcha? - Zapytał Benek.
Adam wskoczył do samochodu i zaczął gmerać przy kablach. Krystian rzucił łopatę na ulicę i odwrócił się za siebie. wtedy ich dostrzegł. Nadciągali od zachodu. Cały tłum. Było ich może kilkudziesięciu, może jeszcze więcej. zbliżali się powoli a ich widok zmroził mu krew w żyłach.
- Zobacz to. – Rzucił do Benka wskazując na umrzyków.
Około minuty zajęło Adamowi uruchomienie silnika. Tłum umrzyków znajdował się jakieś sto metrów przed nimi. Kiedy tylko silnik zaskoczył Benek machnął nerwowym ruchem w stronę okna przywołując resztę.
- Wskakuj. - Krzyknął do Krystiana i pchnął go na tylne siedzenie.
- Ale ja muszę do żony. – Zaprotestował.
- Zdążysz do żony. Już o tym rozmawialiśmy a teraz pakuj swoje dupsko, musimy stąd uciekać.
Po chwili para nastolatków i Sabina pojawili się na ulicy. Tłum umrzyków był coraz bliżej. Dzieliło ich może sto metrów. Może mniej. Benek ponaglał ich krzykiem. Wskoczyli do opla i Adam wcisnął pedał gazu. Koła zabuksowały na śniegu. Ruszyli lawirując pomiędzy innymi samochodami. Byle dalej od zbliżającej się fali umrzyków. Ulica w pewnym miejscu okazała się nie przejezdna. Musieli wybrać objazd. Sino szare niebo rozpostarło się nad zniszczonym miastem czyniąc krajobraz jeszcze bardziej przytłaczającym. Kiedy wyjechali z centrum na łagiewnicką, okolica była spokojniejsza. Benek zauważył, że trupy lubiły łączyć się w większe grupy. Jakby rozumiały, że w pojedynkę nie stanowią dużego zagrożenia. Jechali chwilę w milczeniu. Benek ocenił, że Adam nie jest zbyt dobrym kierowcą. Będzie musiał dać mu lekcję jak będzie po temu okazja. Kazał mu skręcić w ulicę równoległą do krzyżowej. Pośród stojących tam ośmiu domów, ostatni należał do niego i Sabiny.
Kiedy samochód się zatrzymał Benek wyskoczył, w pośpiechu otwarł bramę i zamknął ją jak tylko samochód zniknął na posesji. Już miał założyć kłódkę kiedy wpadła mu do głowy pewna myśl. Znieruchomiał na chwilę po czym podjął decyzję. Złapał Adama jeszcze w przedpokoju.
- Zaczekaj, musimy skoczyć jeszcze w jedno miejsce.
Ten spojrzał na niego pytająco. Niefortunnie się złożyło, że usłyszała go również Sabina. Zrobiła kilka kroków bliżej i spojrzała na niego z błyskiem w oku. Znał to spojrzenie.
- Benjaminie Cichocki, czyś ty już kompletnie zdurniał? A może ci się wydaje, że jesteś jakimś supermenem?
- Skarbie. – Starał się brzmieć łagodnie. – To nie tak. Myślisz, że robię to bo mam ułańską fantazję? A pamiętacie tego kolesia, który rabował sklep? Jeśli przeżyli inni a nie ma powodów wierzyć, że jesteśmy tutaj jedynymi żywymi ludźmi, to prędzej czy później zacznie się szabrowanie na potęgę. Rozejrzyj się. Wokół nas żyją setki tysięcy ludzi. W tej chwili są to setki tysięcy umrzyków. Nie wiem na ile i na jak długo jesteśmy tutaj bezpieczni ale wiem, że nie zasnę dopóki nie będziemy mieli odpowiedniej ilości paliwa w zapasie. W razie gdybyśmy musieli stąd spieprzać w podskokach.
- To ma sens. – Wsparł go Adam.
- Trzymaj, - Benek postanowił wykorzystać zaskoczenie Sabiny i działać jak najszybciej, nie dając jej czasu na ripostę. – W garażu są dwa baniaki po czterdzieści litrów każdy. Zatankujemy do pełna samochody i zrobimy tak dużo zapasów ile tylko zdołamy. Stacja jest bardzo blisko.
- Jadę z Wami. – Usłyszeli głos Krystiana. Zaskoczyło ich to. Najwidoczniej przysłuchiwał się im z głębi domu.
- Dobra, kochanie zamknij drzwi, spuśćcie żaluzje. Lepiej nie kusić losu. Będziemy najszybciej jak to możliwe.
Adam wyrzucał z siebie słowa pośpiesznie po czym pobiegł na piętro zostawiając ich samych. Krystian wyszedł na zewnątrz mijając obojętnie Adama.
- On jedzie z nami... – Zawiesił głos Adam. – Jak się zakopiemy będzie nas miał kto odśnieżyć. – Zażartował ale widząc, że Sabina nie jest w nastroju do żartów ścisnął w dłoni klucze, które dostał od jej męża i poszedł do garażu.
Chwilę zajęło mu otwarcie drzwi i znalezienie baniaków o których wspomniał Benek. Znalazł jeszcze kanister więc również zabrał go ze sobą. Kiedy znalazł się na zewnątrz samochód już czekał za bramą. Podszedł mamrocząc coś pod nosem, że nie jest odźwiernym i zamknął bramę. Wrzucił do bagażnika puste zbiorniki po czym stanął przy drzwiach od strony kierowcy.
- No co jest? – Spojrzał pytająco na Benka.
- A co ma być? Ja prowadzę. – Benek uśmiechnął się złośliwie.
Adam zerknął nieco dalej i zauważył Krystiana na fotelu pasażera.
- Nosz kurwa mać. – Zaklął wściekły wsiadając do tyłu. – Może jeszcze wam loda zrobić?
Benek ruszył zerkając we wsteczne lusterko. Puścił złośliwie oko do Adama, który tylko burknął coś niezrozumiale i odwrócił się w stronę okna. Jechali powoli, ostrożnie rozglądając się dookoła. Kiedy na drodze zauważyli kilkoro umrzyków, Benek z trudem opanował chęć potrącenia ich. Rozsądek wziął jednak górę. Nie chciał uszkodzić samochodu. Stacja znajdowała się kilkaset metrów od Tesco pod którym niemal kłębiło się od chodzących trupów. Benek zerknął na Krystiana, który siedział nieruchomo. Wpatrywał się matowym wzrokiem gdzieś przed siebie. Martwił go jego stan. Nie był pewny na ile ten facet może się okazać pomocny.
- W sumie to jeszcze wam nie podziękowałem za uratowanie życia. Nie żebym sobie miał z nimi nie poradzić, ale mieliście dobre chęci. – Adam poklepał ich obu po ramionach.
- Nie podniecaj się tak. Po prostu kurewsko potrzebowaliśmy tego rupiecia a tylko ty mogłeś go odpalić. – Benek uśmiechnął się do lusterka.
Benek zaczynał lubić tego chłopaka. Adam chwilami był irytujący ale można było na nim polegać. Przynajmniej tak było dotychczas. Benek cieszył się, ze wpadli na siebie w tym całym chaosie. Tymczasem wjechali na stację. Zatrzymał samochód pod najbliższym dystrybutorem. Wysiedli ostrożnie rozglądając się dookoła. Odgłosy żerującego motłochu spod Tesco docierały do nich lekko zniekształcone przez wiatr. Benek ściskał w dłoni podłużne zawiniątko w brezentowym pokrowcu.
- Tankuj tego rzęcha. – Rzucił do Krystiana, po czym spojrzał na Adama. – A do baniaków lej ropę.
Krystian włożył pistolet do wlewu ale benzyna nie popłynęła. Adam stojący przy drugim dystrybutorze również potrząsnął wężem ale nic to nie pomogło.
- Kurwa. – Zaklął. – Wiecznie wiatr w oczy.
Mróz dawał się już we znaki. Benek rozejrzał się dookoła. Stacja wyglądała na opuszczoną i stosunkowo bezpieczną.
- Chyba trzeba coś zrobić na komputerze. – Odezwał się Krystian bezbarwnym głosem. – Odblokować je czy coś w tym stylu.
Benek rozsunął zamek błyskawiczny w brezentowym pokrowcu z błyskiem w oku. Adam nie zwracał na niego uwagi. Potrząsał wężem i kopał w dystrybutor jakby wierzył, że wystarczy odpowiednia dawka determinacji i paliwo samo popłynie. Kiedy Benek wyjął z pokrowca ogromną strzelbę gładkolufową Adam zerknął z ciekawością.
- Ej, co tam masz? – Po krótkiej chwili dostrzegł ją w całej okazałości. – Kurwa, ale armata.
Na twarzy Benka malowała się mieszanina dumy i podniecenia. Wrzucił pokrowiec do szoferki po czym odwrócił się i spojrzał na nich. Szarpnął energicznie łoże umieszczone pod lufą, przeciągając je szybko do siebie i z powrotem. Strzelba wydała metaliczny trzask. Wyglądała groźnie, jakby chciała być użyta tu i teraz.
- Mossberg 590 z serii blackwater. Kaliber dwanaście. Mieści dziewięć naboi jednocześnie. Można tym rozpierdolić co tylko chcesz.
- No proszę, proszę. – Adam z wrażenia aż przekręcił daszek swojej czapki na tył głowy. – Nie znałem cię od tej strony.
- W ogóle gówno o mnie wiesz. – Benek uśmiechnął się i splunął.
- Jesteś jednym z tych zjebów zafascynowanym wojskiem i całą resztą?
- Nie. – Rzucił krótko.
- Nie, ale... – Krystian nie dawał za wygraną.
- Po prostu lubię czasem coś rozpirzyć. Tak się uspokajam. A teraz starczy tego pieprzenia. Kołujemy paliwo i spadamy stąd.
Benek ruszył w stronę stacji. Przez szyby gęsto oklejone reklamami trudno było stwierdzić czy ktoś jest w środku. Strzelbę trzymał wyciągniętą przed siebie z lufą nieznacznie opuszczoną w dół. Był gotowy w każdej chwili użyć swoją ukochaną broń. Nigdy wcześniej nawet mu się nie śniło, że będzie mógł spacerować ze spluwą po mieście. Poczuł się jak prawdziwy mężczyzna. Wiedział, że pozostali mu zazdroszczą. Przynajmniej był tego pewny co do Adama, który zerkał z pożądaniem. Stłumił w sobie to infantylne uczucie fascynacji. Choć z drugiej strony uznał, że skoro świat rozpadł się na jego oczach on może pobawić się w kowboja.
Zatrzymał się przy drzwiach. Skinął na Adama, który bez słowa stanął po jego lewej stronie i pchnął je a on mógł wejść gotowy do strzału. Podobało mu się, że rozumieją się bez słów. Może oglądali te same filmy? Kiedy znalazł się w środku napływ adrenaliny był znacznie większy. Mierzył lufą we wszystkie strony zerkając na regały wypełnione puszkami z piwem, chipsami i całą masą innych produktów. Dopiero po chwili dotarł do niego dziwny dźwięk. Wymienili spojrzenia. Brzmiało jak umrzyk. Szedł ostrożnie zerkając w każdą alejkę ale wszędzie było pusto. Dotarli do lady. Benek wychylił się pewny, że znajdzie tam intruza ale pomylił się. Umrzyk stał kilka metrów dalej. W króciutkim korytarzu prowadzącym na zaplecze. Uderzał rytmicznie głową w drzwi i powarkiwał zajadle. Drzwi w miejscu w którym uderzał w nie głową całe umazane były cuchnącym gęstym śluzem, który spływał powoli na podłogę.
- Ej, leszczu. – Rzucił Benek nie mając nic ciekawszego do powiedzenia.
Umrzyk odwrócił się do nich i znieruchomiał. Wyglądał paskudnie. Z otwartej rany, którą sam sobie zrobił uderzając w drzwi zaplecza sączyło się coś co można by od biedy nazwać krwią. Bił od niego odór, który zapierał dech. Benek miał wrażenie, że jego przekrwione skażone nienawiścią oczy żarzą się jakimś wewnętrznym blaskiem. Kiedy umrzyk zrobił krok w ich stronę Benkowi serce zabiło mocniej. Przez krótką chwilę wahał się. Nagle stracił pewność do kogo mierzył. Czy był to człowiek, który zapadł na jakąś dziwną chorobę? Nie dostrzegał w nim już nic z człowieka. Ręce zaczęły nieznacznie drżeć. Płytki oddech utrudniał mu utrzymanie celu. Wreszcie nacisnął spust. Huk wystrzału zaskoczył ich wszystkich. Głowa nieboszczyka rozprysła się na tysiące kawałeczków ochlapując wszystko dookoła. Ciało osunęło się bez życia.
Mężczyźni spojrzeli po sobie. Odgłos wystrzału i siła rażenia mossberga zaskoczyła ich wszystkich. Nawet Benek, który miał już okazję używać swoją strzelbę był zdumiony ale jednocześnie podniecony. Ta broń dawała mu niezwykłą przewagę nad przeciwnikami. Czuł, że mając ją, mogą przeżyć każde przeciwności losu.
- Ktoś chyba jest na zapleczu. – Krystian wciąż czuł jak dzwoni mu w uszach.
- Skąd to wiesz? – Nie dowierzał Adam.
- Umrzyk nie stałby tam jak kołek, próbując dostać się do środka. Ruszyłby na żer. Kręciłby się po sklepie. Nie wiem dokładnie co by zrobił ale z pewnością nie stałby pod drzwiami jak jakiś kutas.
- Dobrze kombinujesz. – Zauważył Benek.
- Ta.. – rzucił z udawaną obojętnością Adam. – Trafił nam się mózgowiec co?
Tym razem to Benek zignorował Adama i podszedł do drzwi prowadzących na zaplecze omijając zwłoki leżące niedaleko. Zauważył, że drzwi muszą otwierać się do wewnątrz więc pchnął je. Nie ustąpiły. Zapukał. Chwilę stali nasłuchując. Sami nie wiedzieli czego się spodziewać. Nie mogli przecież wykluczyć, że za drzwiami znajduje się po prostu jeszcze więcej żywych trupów. Jednak wokół panowała cisza. Adam odsunął Benka od drzwi po czym przymierzył się do kopnięcia.
- Zostaw, ja się tym zajmę.
Drzwi zatrzeszczały a zamek niemal wyłamał się, choć musiał poprawić. Drugie kopnięcie wystarczyło, żeby drzwi stanęły przed nimi otworem. Adam spojrzał z uśmiechem na Benka i wskazał mu gestem żeby szedł przodem. Benek wszedł ostrożnie cały czas czując adrenalinę w żyłach. Zaplecze nie było zbyt duże. Wszędzie dookoła znajdowały się poukładane w stosy oleje silnikowe, zgrzewki napojów energetycznych, mnóstwo papierosów i cała reszta. Pod oknem znajdowało się biurko na którym piętrzyły się sterty papierów i stał monitor od komputera. Od blatu biurka niemal do samej podłogi ciągnęła się płyta pilśniowa więc nie mógł pod nie zajrzeć ale wydawało mu się, że w tej niewielkiej szczelinie dostrzegł coś. Jakiś cień. Nieznaczny ruch. Serce zabiło mu głośniej.
- Jest tam kto? – Rzucił. – Pokaż się.
Stali w napięciu i nasłuchiwali. Co prawda trudno było im uwierzyć, żeby jakiś umrzyk schował się przed nimi pod biurkiem. Ale wokół tyle się działo, że niczego nie można było być pewnym. Nie zrobiłoby już na nich większego wrażenia nawet, gdyby spod biurka wyskoczył pomarańczowy Marsjanin z pistoletem na wodę. Nagle usłyszeli jakiś ruch. Ciche jęknięcie i po chwili spod biurka wygrzebała się czyjaś sylwetka.
Na przeciwko nich stała młoda przerażona dziewczyna. Benek ocenił ją na jakieś dziewiętnaście lat. Jej kruczoczarne włosy były w nieładzie, skórę miała bladą jak ściany zaplecza a ubranie wymięte. Adam zauważył, że mimo to wciąż wygląda interesująco.
- Spokojnie. Nie zrobimy ci krzywdy. Ten pod drzwiami to był twój kolega? – Zapytał Benek.
- Tak, Kuba był kierownikiem zmiany. – Powiedziała słabym głosem.
- Wygląda na to, że Kuba już skończył swoją zmianę. – Adam uśmiechnął się do niej choć z wyrazu jej twarzy nie dostrzegł, żeby doceniła jego żart. To już drugi dowcip w ciągu ostatniej godziny. Pomyślał, że będzie musiał się nauczyć trzymać język za zębami.
- Ugryzł cię? – Zapytał Krystian.
- Co? – Nie zrozumiała.
- Pytam czy zdążył cię ugryźć. On lub jemu podobni.
- Nie. Nikt mnie nie ugryzł. Byłam akurat na zapleczu, kiedy To się zaczęło. – Położyła nacisk na TO. – Dzięki temu chyba przeżyłam.
- Słuchaj. – Zaczął Benek ostrożnie. Właśnie zdał sobie sprawę, że dziewczyna niewiele wie o tym co się dzieje. – Pewnie nie uwierzysz ale ci, jak ten twój Kuba, opanowali całe miasto. Wszędzie pełno trupów, którzy zjadają żywych. – Jej oczy robiły się coraz większe. – Wpadliśmy tutaj tylko zrobić zapasy. Pomóż nam zatankować a my zabierzemy cię z nami. W domu czeka na nas moja żona i dwójka nastolatków. Z nami będziesz bezpieczna. – Dziewczyna zerknęła na każdego z nich z osobna i wcale nie wyglądała na uspokojoną. – Nic ci nie zrobimy, przysięgam.
- Zgoda. – Powiedziała nie do końca przekonana, choć świadoma, że nie ma większego wyboru.
- Świetnie. W takim razie do roboty. Nie traćmy czasu.
Krystian zajął się tankowaniem skody. Adam mógł wreszcie napełnić baniaki. Co rusz zerkał na dziewczynę. Podobała mu się i uśmiech nie schodził mu z twarzy od kiedy ją znaleźli. Widział jak dziewczyna prowadzi Benka na parking gdzie stało bmw serii trzy. Samochód należał do nieżyjącego już Kuby. Miał swoje lata ale Benek uznał, że przyda się im. Zaczął znosić z nią wszystko co się nadawało do jedzenia i picia i ładować do samochodu. Adam krzyknął do nich żeby nie zapomnieli o papierosach. Kiedy cały bagażnik był pełny zaczęli upychać wszystko na tylnym siedzeniu. W końcu bmw było wypełnione po sam dach. Było miejsce już tylko dla kierowcy. Na stacji znalazły się również dwa dodatkowe baniaki, które zalali paliwem.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -