Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pomrok, odc. 7 (ostatni)

Dariusz Kick

Benek zszedł do piwnicy gdzie spędził niemal pół godziny. Zapalił dwie świeczki na metalowym stole przy którym zwykł był kiedyś majsterkować, choć nie miał do tego smykałki. Rozciągnął na blacie przybrudzoną szmatę na którą wysypał wszystkie naboje jakie posiadał do swojej strzelby. Dziesięć sztuk, Benek skrzywił się na ich widok. Zdawał sobie sprawę, że to niewiele. Zdawał sobie również sprawę, że nie ma innego wyjścia. Od kilkunastu godzin oswajał się z myślą, że to może być samobójcza misja ale w tych okolicznościach nie wydawało się to takie straszne. Przerażała go tylko myśl, że może zamienić się w umrzyka. Czy zachowa wówczas świadomość? Czy rozpozna Sabinę? Najgorsze było to, że nie mógł się pożegnać z żoną tak jakby tego chciał. Z dwojga złego wolał udawać do samego końca. Był przekonany, że wpadłaby w histerię i nie pozwoliła mu jechać albo co gorsza chciałaby jechać z nim. Wyczyścił porządnie broń, złożył ją, schował naboje i wyszedł z piwnicy w kiepskim nastroju.
Pożegnali się jak gdyby nigdy nic. Benek zastanawiał się czy Adam się czegoś domyśla, chłopak patrzył na niego jakoś tak dziwnie. Jednak nie odezwał się słowem. Zdecydowali się zabrać bmw, które zdobyli na stacji benzynowej. Sabina pomachała im, mocując się później z bramą. Adam odwrócił się i zdążył tylko zobaczyć Natalię, która podeszła do Sabiny i pomogła jej. Odjechali ledwie kilkaset kilometrów kiedy Benek skręcił nagle z drogi i zatrzymał się na wjeździe do fabryki, która zaledwie kilka lat temu została odremontowana ale w tej chwili stała opuszczona. Wokół nie było nawet jednego umrzyka. Adam zerknął na Benka. Dostrzegł na jego twarzy zaciętą minę. Zdecydował się sięgnąć po papierosa, uchylił szybę i zapalił.
- Domyślam się, że nie jedziemy po żarcie? - Rzucił spokojnie, bez cienia złośliwości.
- Nie.
- Cały czas liczysz na to, że uda ci się wyskrobać nieboszczkę, która ma urodzić pierdolonego antychrysta?
- Możesz wysiąść. - Benek nie spojrzał na niego od chwili kiedy wsiedli do samochodu. - Zanim dojdziesz do domu mnie już tu nie będzie. Sabina nie zdąży namieszać.
- Wiesz, że niektórzy uważają, że aborcja to wynalazek szatana?. Byłoby kurewsko zabawnie gdyby wpadł we własne sidła. - Adam zaciągnął się i uśmiechnął złośliwie.
- Ta? A mnie się wydaje, że ludzie w ogóle nie potrzebują żadnego gówna, demonów i reszty szajsu.
- Staram ci się powiedzieć, że wchodzę w to.
Benek po raz pierwszy spojrzał na swojego rozmówcę.
- Wiesz, że nasz szanse są marne?
- Kiepskie decyzje to moja specjalność. Po co robić jakiś wyjątek na koniec?
Benek już miał przekręcić kluczyk w stacyjce, kiedy Adam powstrzymał.
- Słyszałem kiedyś, że ruscy dają swoim żołnierzom po garnczku gorzałki. Wiesz, żeby się nie zesrali ze strachu i takie tam.
- A my co? Gorsi? - Benek sięgnął do brezentowej torby, którą rzucił na tylne siedzenie. - Jak oni po garnczku, - wyjął dwie butelki wódki, - to my po dwa.
- A jak. - Adam zatarł dłonie i odebrał butelkę bolsa.

Pili w milczeniu. Martwe niebo skrzyło się ponurą barwą odbierając im przyjemność z tej krótkiej przerwy jaką zdecydowali się sobie zrobić. Choć wódka rozlewała się przyjemnie po organizmie dodając jednocześnie odwagi i przekonania o swoich racjach, jednak rozglądali się nie tracąc czujności. W pobliżu panowała cisza i spokój. I nagle od strony Bytomia dostrzegli światła nadjeżdżającego samochodu. Światła skierowały się w ich stronę a po chwili samochód, który gabarytowo był znacznie większy od osobówki w jakiej siedzieli Benek i Adam, zatrzymały się dokładnie naprzeciwko bmw. Odłożyli butelki, które były już w połowie opróżnione. Benek sięgnął po strzelbę i wysiedli z samochodu.
- O, kurwa. Nie wieżę. - Adam spojrzał na Krystiana, który stał tuż obok drzwi wojskowego honkera.
Benek szybko wyczytał z jego zastygłej bladej i nieogolonej twarzy, że poszukiwania żony nie zakończyły się happy endem. Wyglądał jakby przeszedł jakąś wewnętrzną przemianę. Miał na sobie wojskową kurtkę a ślady krwi i ciemnego śluzu świadczyły o tym, że podróżowanie w nowych okolicznościach nie należy do łatwych.
Benek bez słowa wyjął z samochodu swoją butelkę i podał ja Krystianowi.
- Golnij sobie, wyglądasz jakbyś tego potrzebował bardziej ode mnie.
Krystian przyłożył bolsa do ust po czym wziął spory łyk co było do niego raczej niepodobne. To tylko utwierdziło Benka w przekonaniu, że dziennikarz zmienił się i zrozumiał, że musi się przystosować do nowych warunków. Kiedy obydwie butelki były puste cisnęli je w pobliskie krzaki. Krystian skrzywił się i przetarł usta wierzchem dłoni.
- Znalazłem ją... - Zaczął niepewnie a Benek zastanawiał się czy lepiej zmienić temat czy pozwolić mu wyrzucić to z siebie. Przez myśl przemknęło mu, że Sabina lepiej odnalazłaby się w tej sytuacji.
- No to gdzie ją masz? - Adam zerknął do szoferki.
- Na pace. - Jego słowa nie zdradzały żadnych emocji.
Benek natychmiast przeładował swoją strzelbę i spojrzał zaniepokojony w stronę honkera.
- Coś ty kurwa zrobił?
- Co jest z tobą? - Adam spojrzał na Benka nie rozumiejąc.
- Ocknij się kurwa, chyba nie myślisz, że znalazł ją cała i zdrową a teraz wozi ją na pace zamiast w szoferce?
- O w dupę, - Adam spojrzał na Krystiana. - Przywiozłeś tu umrzyka?
- Zabiłem ją. - Powiedział beznamiętnym tonem jakby opowiadał o czymś odległym i całkowicie naturalnym. - Po prostu nie mogłem jej tak zostawić. - Po jego policzku spłynęła kropla. Musze ją pochować. Zakopać w ziemi.
- Sie wie, i to kurwa głęboko. - Zauważył Adam, który natychmiast poczuł łokieć Benka na swoich żebrach.
- Jest szansa, żeby to wszystko zakończyć. - Benek zabezpieczył strzelbę. - Zemścić się, przywrócić dawny porządek. Jesteś zainteresowany?


35


Zatrzymali się niedaleko kościoła świętej Małgorzaty. Nie mogli podjechać bliżej ponieważ wokół kręciło się trochę umrzyków. Krystian zawołał ich i zaprowadził na tył samochodu. Kiedy oświetlił latarką pakę, starał się nie wyłowić z ciemności zwłok swojej żony. Tuż przy burcie na podłodze leżało kilka karabinów kałasznikowa i pięć granatów.
- Przywitamy skurwieli godnie. - Zauważył Krystian.
- Chyba cię nie doceniałem. - Adam poklepał Krystiana po ramieniu. - Wezmę granaty.
- Zapomnij, ja biorę granaty. - Benek podszedł bliżej jakby się bał, że Adam porwie je wszystkie i z nimi ucieknie.
- Ty masz kurwa strzelbę, granaty są moje.
- Nie ma opcji. Bierz kałacha a ja zajmę się granatami. - Benek nie zamierzał ustępować, alkohol już zdążył się przyjąć w jego krwi i był gotów do walki.
- Taki z ciebie kozak? - Adam splunął na ziemię, na jego szyi pulsowała żyła. Był wściekły.
- Ano taki, bo co?
Krystian obserwował obydwu mężczyzn czując, że za chwilę dojdzie do bójki. Ani go to nie rozbawiło ani nie rozzłościło. Wszedł pomiędzy nich i odepchnął od siebie.
- Panowie, chyba wam już wszystko jedno z kim będziecie walczyć. Ale mnie nie. Granaty zabieram ja. Wszystko już jest gotowe.
Sięgnął po pas do którego były przytroczone granaty. Przewiesił go przez szyję i pokazał im sznurek, którym były obwiązane wszystkie zawleczki. Udał, że pociąga za sznurek dając im do zrozumienia co się wtedy stanie. Spojrzeli na niego w milczeniu. Byli zaskoczeni.
- Co ty chcesz zrobić? Wysadzić się w powietrze jak jakiś pieprzony terrorysta? - Benek wypuścił głośno powietrze z płuc.
- Otóż to. Dokładnie to zamierzam zrobić.
- Mam inny plan. - Odezwał się Adam sięgając po kałasznikowa. - Wpadamy tam na takiej kurwie jak Sobieski do Wiednia, robimy rozpierduchę i wracamy do domu.
- Niczego nie kumasz, co? - Krystian zapiął pas i sprawdził czy się trzyma. - Zawiodłem swoją żonę, kiedy mnie potrzebowała. Siedziałem z wami bo czułem się bezpieczny. Okazałem się parszywym tchórzem. Moja przygoda kończy się tutaj, w tym kościele.
- Żałuję, że nie wziąłem więcej wódy. - Adam poklepał się po kieszeniach jakby miał nadzieję znaleźć tam jakąś butelkę. - Posłuchaj mnie, skończyć ze sobą możesz zawsze. Obiecaj mi, że jak pójdzie nam gładko to omówimy to w domu, ok?
- OK. - Benek był przekonany, że dziennikarz kłamie.
Na przykościelnym cmentarzu kręciło się kilkoro umrzyków. W krwistej poświacie apokaliptycznego nieba wyglądali upiornie i odpychająco. Kręcili się bezmyślnie pośród nagrobków, świadomie czy nie stanowiąc pierwszy pierścień obrony dla tych, którzy bez wątpienia znajdowali się w środku.
- Na samą myśl, że dom Boży został skalany przechodzą mnie ciarki. - Benek trzymał strzelbę wycelowaną przed siebie a na ramieniu miał zawieszony automat kałasznikowa.
- Nie sądziłem, że jesteś religijny. - To nie była złośliwa uwaga, Adam był szczerze zdziwiony jego reakcją.
- Bo nie jestem. Zawsze mi się wydawało, że dopóki są inni to wszystko gra.
Krystian przywrócił ich do porządku a oni bez szemrania zamilkli. Zbliżali się do cmentarza. Ich plan był taki, żeby nie zwracać na siebie uwagi tak długo jak to tylko możliwe. Później rozpęta się piekło. Adam zastanawiał się czy tamci mogą być uzbrojeni. Nie sądził żeby byli przesadnie uważni. W końcu dopięli swego więc czego mogli się obawiać? Adrenalina zaczynała krążyć w ich ciałach coraz mocniej wprost proporcjonalnie do tego jak zbliżali się do kościoła. Pierwszy zwrócił na nich uwagę trup znajdujący się po północnej stronie cmentarza. Zacharczał coś niewyraźnie po czym ruszył w ich stronę. Adam nawet nie zdążył dobrze ocenić sytuacji kiedy Krystian rzucił się w tamtą stronę. Uderzenie metalową kolbą kałasznikowa w głowę nieboszczyka zabrzmiało głucho. Trup osunął się na ziemię a Krystian poprawił jeszcze kilka razy robiąc z głowy umrzyka mokrą plamę.
- Żadnych jeńców, - szepnął Adam do Benka. - Tak lubię.
Biorąc przykład z dziennikarza rozpoczęli polowanie na umrzyki. Po kilku minutach stali zdyszani a wokół nich na ziemi leżało kilka zmasakrowanych ciał. Benek dziękował sam sobie za to, że zabrał ze sobą wódkę. Czuł jej zbawienne działanie, które znieczulało go na to co się tutaj działo. Czuł, że rozpiera go siła a delikatny mętlik w głowie nie pozwalał mu myśleć o konsekwencjach. Podbiegli pochyleni do drzwi kościoła. Wymienili spojrzenia w których euforia mieszała się ze strachem. Benek nie chcąc tracić dobrej weny pociągnął delikatnie drzwi. Kościół skąpany był w świetle setek świec, które rozstawiono w różnych miejscach ale najwięcej wzdłuż jedynej nawy prowadzącej od wejścia do samego ołtarza i przy samym ołtarzu. Dodatkowo przez różnobarwne witraże sączyło się posępne światło dnia lub nocy. To już dawno przestało mieć znaczenie.
Zatrzymali się w nawie tuż przy ostatnim rzędzie ławek. Widok tego, czego dokonali członkowie sekty w kościele przyprawił ich o wymioty. Szczególnie to w jaki sposób sprofanowali ołtarz. Adam przestał patrzeć po tym jak dostrzegł ciało ukrzyżowanego księdza werbisty zwisające do góry nogami. A na tym nie kończyła się chora, plugawa wyobraźnia odszczepieńców. Trochę dalej na marach leżała brzemienna nieboszczka. Nawet z tej odległości zauważyli jej nabrzmiały brzuch, który prężył się jak jawna kpina dla wszelkich praw, które dotychczas rządziły światem. Zaskakujące dla całej trójki było to, że zebrani w kościele ludzie zauważyli ich dopiero po dłuższej chwili. Było ich kilkunastu. Benek dostrzegł również kilka kobiet. Poczuł potworny, palący gniew. Niemal pociemniało mu w oczach. Dotychczas nie przyszłoby mu do głowy, że jakikolwiek człowiek może dopuścić się takiej ohydy.
Kilkoro mężczyzn zwróciło się w ich stronę i omijając mary na których znajdowała się nieboszczka ruszyli w stronę wejścia. Trójka zszokowanych ale też zdeterminowanych mężczyzn uniosła lufy automatów mierząc prost w zbliżających się przeciwników. Krystian widząc na drugim końcu muszki posępnego mężczyznę zawahał się. Przemknęło mu przez głowę, że to przecież wciąż jest człowiek. Ale kiedy usłyszał huk pojedynczego wystrzału szybko oprzytomniał. Naciskając spust zmusił się, żeby nie zamknąć oczu. W uszach mu dzwoniło. Serie z broni palnej niosły się w kościele ze zdwojoną siłą zdając się rozrywać bębenki. W powietrzu unosił się specyficzny zapach spalonej oliwy, którą musiała być wcześniej czyszczona broń. Wystrzelone przez niego pociski początkowo wgryzły się w ścianę rozpryskując tysiące drobinek tynku. Kolejny rozerwał kawałek ławki wzniecając w powietrzu chmurę drzazg. Następny spowodował, że ciałem jednego z ubranych na czarno mężczyzny szarpnęło w tył. Zupełnym przypadkiem był kolejny wystrzał, który spowodował, że wokół głowy skurwiela uniosła się czerwona mgła. Ciało padło na posadzkę. Pozostali rozpierzchli się we wszystkie strony. Nie wiedział kto z nich trafił jeszcze dwóch ale ich ciała pozostały bez życia tuż przy marach. Krystian poczuł coś w rodzaju euforii.
Nagle poczuł coś jakby ukąszenie komara w prawym udzie. Spojrzał zdziwiony na spodnie, które były zbroczone krwią. Odwrócił się instynktownie do tyłu. W drzwiach kościoła stała może dwudziestoletnia dziewczyna. Blondynka w czarnej todze trzymała w dłoniach pistolet z którego jeszcze unosiła się smuga dymu. Chociaż jej oczy były wielkie z przerażenia, ręce jej drżały i miał problemy z oddychaniem pociągnęła za spust. Kula trafiła w kolumnę obok Krystiana. Było to na tyle blisko, że poczuł duszący zapach skruszonego tynku. Uniósł kałasznikowa i puścił w nią całą serię. Dziewczyna w ostatniej chwili zasłoniła się nieracjonalnie dłonią jakby to miało powstrzymać śmiercionośne kule. Choć w czarnej todze pociski nie zdawały się zrobić większej szkody niż malutkie ciemne otwory Krystian dostrzegł zza jej pleców jak krew zbryzgała duże drewniane drzwi. Padła martwa na posadzkę. Benek i Adam zrozumieli swój błąd. Nie zabezpieczyli sobie tyłów. Ale nie miało to już dla nich znaczenia. Rozbiegli się każdy w inną stronę. Od strony zakrystii wybiegło kilka osób, tym razem uzbrojonych w pistolety.
Adam czuł jak adrenalina zabiera mu dech z piersi. Oddychał płytko i szybko przez co widział znacznie gorzej. Nie potrafił tego opanować. Ciśnienie było ogromne. Czując kopnięcia swojej broni i słysząc rykoszety, które cięły powietrze w każdym możliwym kierunku zrozumiał nagle, czym jest broń palna. To było fascynujące odkrycie. Poczuł uniesienie jakby był w transie. W końcu był panem życia i śmierci. Jego świadomość zawęziła się do tej chwili. Wszystko to po co tutaj przyszli i co mieli do zrobienia przestało mieć znaczenie. Chciał jedynie, żeby ludziki po drugiej stronie muszki i szczerbinki padali w konwulsjach na podłogę. Krystian rzucił mu swoją broń i na czworaka zaczął skradać się w stronę mar. Adam przyciągnął nogą automat do siebie. Wszystko było jasne. Jego zadaniem było oczyścić drogę Krystianowi. Niech zrobi swoje. Jeśli chce przy tym zginąć to jego sprawa. Śmierć tej nocy zbierała swoje żniwo i miał wrażenie, że przechadza się po kościele zacierając ręce z radości. Plon był obfity.
Krystian z początku był zaskoczony, że nie czuje bólu. Jednak w końcu uświadomił sobie, że to tylko przez adrenalinę. Jednak z każdą minutą ból stawał się coraz mocniejszy a noga mu drętwiała. Spojrzał na leżącą nieboszczkę i uśmiechnął się. Czuł, że da radę.
Benek nurkował pomiędzy ławkami wypatrując kolejnych przeciwników. Mężczyźni z sekty krzyczeli coś do siebie. Nie mógł zrozumieć co takiego wrzeszczeli. Być może chcieli ich okrążyć albo rzucić jakiś pierdolony czar, Benek zagryzł wargi wściekły do granic wytrzymałości. Przez ułamek sekundy przemknęło mu przez głowę, że w tej chwili jest narzędziem Boga. Będzie wymierzał sprawiedliwość aż wyrżnie ich wszystkich albo padnie martwy. Nie było odwrotu. Nawet nie myślał o tym. Przekleństwa mieszały się z hukiem strzałów. Tamci zdążyli się uzbroić i odgryzali się coraz zacieklej.
Krystian przemieszczał się na czworaka zupełnie zignorowany w ogólnym zamieszaniu. Jednak ktoś go wypatrzył. Andrzej Gawryś mierzył z pistoletu wychylając jedynie dłoń i pół twarzy. Dostrzegł go pełznącego w stronę mar. Dopiero wtedy zrozumiał co tamci zamierzają. Krzyknął do pozostałych chcąc ich uprzedzić co nie było łatwe w takim hałasie. Brzemienna jak ją nazywał w myślach była najważniejsza. Machał ręką i rzucał wściekłe rozkazy i dopiero kiedy zauważył, że jego ludzie go zrozumieli, wycelował i strzelił.
Pocisk trafił w kamienną posadzkę tuż obok głowy Krystiana. Kamienny odprysk uderzył go w głowę a po chwili krew zalała mu oko. Adam zauważył czającego się pod ołtarzem faceta w garniturze. Zrozumiał, że tamten wziął za cel Krystiana. Posłał w tamtą stronę krótką serię. Mężczyzna wycofał się jak szczur a jemu skończyła się amunicja. Sięgnął po automat Krystiana.
Krystian widział tylko na jedno oko. Początkowo próbował przecierać krew ale ta napływała zaraz ze zdwojoną siłą więc przestał. Uznał, że poradzi sobie z jednym okiem. Był już zaledwie półtorej metra od mar. Koniec antychrysta był na wyciągnięcie ręki. Na myśl, że skurwysyn leży zwinięty i bezbronny w martwym brzuchu nieboszczki, zaśmiał się. I wtedy zdecydował się podnieść. Czas postawić kropkę nad i.
Benek zauważył, że ci którzy mieli broń koncentrowali się wyłącznie na Krystianie. Zbliżali się do mar starając się zachować dogodną pozycję do strzału. Benek zaklął. Zerknął w stronę Adama, który był po drugiej stronie nawy. Uspokoił się kiedy stwierdził, że on też to zauważył. I nagle ze zgrozą dostrzegł podnoszącego się Krystiana. Widział jak się uśmiecha do swoich myśli. Krzyknął do Adama. Zaraz po tym zaświszczały kule. Wszystkie w stronę dziennikarza, który nie zwracał na to w ogóle uwagi. Benek patrzył z niedowierzaniem jak pociski wgryzają się w ciało Krystiana niczym wściekły rój, a on tylko się uśmiechał. Pomyślał wtedy, że chłopak stracił rozum.
Krystian poczuł uderzenia pocisków. Dwa trafiły go w brzuch a jeden w szyję. Widział czerwoną mgłę, która wykwitła w powietrzu. Czuł świst rozdzieranego powietrza ledwie milimetry od swojej twarzy i nagle poczuł wewnętrzny spokój. Czuł, że kule nie są w stanie go powstrzymać. Widział wiercące się, niespokojne zwłoki leżące na marach. Spojrzał na napuchnięty brzuch i czuł, że koniec jest bliski. Nie czuł bólu. Zastanawiał się czy to Bóg postanowił mu oszczędzić męczarni czy po prostu do jego mózgu jeszcze to wszystko nie dotarło. Rana na szyi krwawiła obficie. Czuł jak spływa po nim lepką stróżką. Z trudem łapał powietrze. Po prostu stanął przy zwłokach i położył się na nich.
Benek widząc, że z Krystiana zrobili sito zaczął krzyczeć i strzelać przed siebie. Odrzucił kałasznikowa kiedy skończyła mu się amunicja. Przeładował swoją strzelbę i rzucił się do przodu. Wiedział, że jeśli Krystian umrze i nie zdąży wysadzić tej suki w powietrze, on to zrobi. Tymczasem potworny huk jego strzelby rozdzierał powietrze zagłuszając wszystko. Adam zauważył, że dla członków sekty najważniejsza była ta pieprzona nieboszczka. Chociaż Benek zachodził ich z boku i zabijał ich kolejno, oni tylko skupiali się na Krystianie, który już leżał na marach bez życia. Sam rzucił się do przodu. Widział jak kilkoro nieuzbrojonych mężczyzn i dwie kobiety pierzchały przed nim wczołgując się pod ławki, próbując dobiec do zakrystii. Ale on też skupił się wyłącznie na tych, którzy mierzyli do Krystiana.
Krystian ocknął się. Przez chwilę myślał, że już umarł ale nagle nozdrza wypełniły się potwornym smrodem zgnilizny. Wokół wciąż słyszał strzały i zrozumiał, że jeszcze nie dokończył dzieła. Czuł w dłoni sznurek i zacisnął na nim palce. Chciał tylko dać znać kolegom. Z wielkim trudem przekręcił głowę w prawą stronę. Widział tylko na jedno oko a i to jak przez mgłę. Życie uchodziło z niego coraz szybciej. Czuł to a musiał zachować siły na odbezpieczenie granatów. Ostatkiem sił i determinacji uniósł nieznacznie głowę i pociągnął za sznurek. Przez głowę przemknęło mu, że miał kogoś uprzedzić ale już zdążył zapomnieć przed czym. Wiedział tylko, że musi ciągnąć za sznurek, który stawiał opór. I nagle z jego ust wyrwał się krzyk, głośny i pełen tryumfu. Zawleczki zostały wyrwane.
Kiedy Krystian wrzasnął ucichły wystrzały. Napastnicy nie rozumieli co się dzieje ale Benek spojrzał w stronę nawy. Dostrzegł tryumfalnie uniesioną dłoń w której swobodnie zwisał sznurek. Benek zanurkował na ziemię wczołgując się pod ławkę. Czekał na eksplozję, która nie nadchodziła. Grupka mężczyzn podniosła się rozglądając się zdezorientowana. Szukali dwóch strzelców, którzy nagle zniknęli. Dopiero jeden z nich zerknął na zaciśniętą rękę tego, który leżał na Brzemiennej. Chciał krzyknąć i uprzedzić kolegów ale było za późno.
Kiedy granaty eksplodowały, coś jakby szarpnęło powietrzem. Wszystkie witraże rozprysły się na tysiące kawałeczków. Kamienna posadzka niemal podskoczyła. Kilka rzędów ławek przewróciło się a śmiercionośne odłamki szybowały we wszystkie strony wbijając się w ściany, odłupując tynk. Benek podniósł się. W uszach mu dzwoniło niemiłosiernie. W miejscu gdzie wcześniej stały mary znajdowała się krwawa miazga i kałuża krwi. Krew i drobinki ludzkiego mięsa zbryzgały wszystko co znajdowało się wokół mar tworząc makabryczny czarno czerwony okrąg. Ci którzy jeszcze przed chwilą ostrzeliwali się z taką zawziętością leżeli w miejscu gdzie kiedyś znajdowały się balaski. Jeden z nich rzęził coś trzymając się za szyję. Benek podszedł do niego.
Adam próbował palcem udrożnić słuch ale nie zdało się to na nic. Starał się nie patrzeć tam gdzie eksplodował Krystian. Chociaż nigdy się nie dogadywali nagle poczuł, że będzie mu go brakować. Zrozumiał też, choć była to okrutna lekcja, że czasami źle ocenia ludzi. Kątem oka dostrzegł jak Benek mierzy swoją potężną lufą karabinu w jednego z wciąż żyjących sekciarzy. Kiedy wystrzał rozdarł powietrze, Adam zauważył czyjąś stopę. Ktoś próbował odczołgać się za ołtarz. A w zasadzie za to co zrobiono z dawnego ołtarza. Teraz było to coś wulgarnego i obscenicznego. Nie musiał być wierzący, żeby zrozumieć czym jest profanacja. Ruszył w stronę ołtarza i po chwili dostrzegł mężczyznę w czarnym garniturze. Wymierzył w niego lufę a tamten znieruchomiał.
- Z najlepszymi życzeniami od proboszcza, skurwielu. - Adam splunął mu w twarz.
Gawryś nie odezwał się słowem. Nawet nie starł śliny z policzka. Wpatrywał się w człowieka z kałasznikowem z taką nienawiścią, że gdyby wzrok mógł zabijać Adam padłby trupem zanim zdążył wystrzelić. Po chwili seria kałasznikowa rozpruła jego ciało.


36


Benek i Krystian opuścili kościół w którym już nie znaleźli nikogo więcej. Mieli świadomość, że część tych skurwieli uciekła przez zakrystię. Ludzie z sekty, ci którzy uciekli, unieszkodliwili ich samochody. Krystian przyjął to niemal z rozbawieniem. Nie mogło mu się pomieścić w głowie, że ktoś może być aż tak zawzięty.
- Tyle w tych skurwielach bezinteresownej nienawiści... - Rzucił filozoficznie.
- Pieprzyć to, spadajmy stąd. To miejsce przyprawia mnie o ciarki.
Zanim doszli do łagiewnickiej byli już wyczerpani i słaniali się na nogach. Po tej krótkiej drodze jaką pokonali zanim dotarli w okolicę urzędu pracy zauważyli sporo ciał umrzyków. Wszystkie padły bez życia. Przyjęli to z satysfakcją czując, że to dzięki temu czego dokonali. Szli środkiem drogi uzbrojeni w pistolety, które zabrali sekciarzom. Tak na wszelki wypadek. Benek myślał wyłącznie o gorącej kąpieli i czymś mocniejszym do wypicia. Musieli to uczcić i to hucznie. Adam zastanawiał się co będzie dalej. Skoro trupy przestały wałęsać się po mieście a świat będzie mógł wrócić do normalności, co będzie z nim? Jak będzie żył? I co to znaczy, że świat wróci do normalności?

Ryży był mechanikiem samochodowym pracującym w warsztacie w północnej części miasta. Kiedy na ulicach pojawiły się trupy zamknął się w nim razem z Dżesiką, która była sekretarką właściciela. Udało im się przeżyć a teraz Ryży zaproponował ucieczkę gdzieś w góry. Twierdził, że będą tam bardziej bezpieczni. Bardziej niż w mieście. Miał też nadzieję, że w końcu kobieta poczuje chętkę i w końcu będą mogli pobaraszkować. Nie mógł się doczekać kiedy będzie mógł tłamsić jej ogromne cycki. Jeszcze kilka tygodni wcześniej żartowali z kolegami po co taką tępą strzałę zatrudniać w biurze. Ale Rudy już wiedział po co. Zrozumiał to kiedy tylko poczuł jej ponętne ciało blisko siebie. Sięgnął po trzecią puszkę piwa i wziął solidny łyk. Wydawało mu się to podniecające, że może teraz wszystko. Nawet jeździć i pić jednocześnie. Kto miałby mu w tym przeszkodzić? Przejechał pod wiaduktem i znalazł się na łagiewnickiej.
- Uważaj, tam ktoś idzie. - Ostrzegła go kobieta.
Spojrzał przed siebie i zauważył dwie słaniające się postacie idące środkiem drogi.
- Trzymaj się. - Rzucił podniecony po czym przyspieszył i wpadł pomiędzy dwa ciała.
Samochodem nieznacznie szarpnęło. Zerknął we wsteczne lusterko. Widział jak obydwa ciała toczą się bezwładnie jak szmaciane lalki po czym wreszcie znieruchomiały. Uśmiechnął się do siebie, dokończył piwo i zgniótł puszkę rzucając ją pod nogi.
- Zdychajcie gnojki. - Rzucił raczej sam do siebie i spojrzał dumny na Dżesikę.
Kobieta skrzywiła się zamykając oczy.
- Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. - Odezwała się w końcu.
Przyzwyczaisz się i to szybko, pomyślał Rudy, pewnie już masz budyń w majtkach. Już ja cię wytresuję. Spojrzał na nią i uśmiechnął się. Kobieta oddała mu uśmiech i pomyślała, że ma wielkie szczęście, że trafiła właśnie na niego. U boku takiego twardziela będzie bezpieczna. Była tego pewna.

Sabina i Weronika patrzyły z niedowierzaniem przez okno. Sabina zawołała Natalię i jej chłopaka. Na ulicy tuż przed ich domem wszystkie trupy nagle znieruchomiały po czym padły na ziemię bez oznak życia. Nataniel nabrał powietrza w płuca, poczuł przypływ nadziei. Czy to możliwe, że im się udało? Sabina jeszcze przed chwilą zastanawiała się głośno dlaczego Benek z Adamem tak długo nie wracają. Wiedział, że w końcu będzie musiał jej powiedzieć. Wciąż nie mógł w to uwierzyć. Jednak kiedy dostrzegli jak purpurowa poświata na niebie gaśnie a mrok powoli rozrzedza się był już pewny, że im się udało. Zabili antychrysta.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -