Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Matka

Jakub Góralczyk

- Jesteśmy na miejscu! – Krzyknął jakiś głos i transportery zatrzymały się. Przez dłuższą chwilę wewnątrz przestronnej kabiny słychać było jedynie elektroniczną mowę systemów nawigacji. Na zewnątrz, za pękatymi ścianami kadłuba, wiał porywisty wicher. Dzieci kręciły się niespokojnie. Coleen rozejrzała się - przez ogarnięte ciemnością wnętrze metalowego odwłoka maszyny zbliżał się do niej jakiś kształt. Alex.
- Wychodzimy – rozkazał młody dowódca i zbliżył się do panelu kontrolnego przy włazie. Coleen odwróciła się do małych pasażerów transportera.
- Uwaga – poleciła – Zbiórka w dwuszeregu! Kolejno odlicz!
Słuchała pilnie, kiedy dzieci kolejno rzucały w powietrze liczby, chociaż była to wyłącznie formalność. Dziewczyna znała świetnie swych wychowanków, długa podróż zbliżyła ich do siebie. Wiedząc teraz, że zbliża się jej kres, było jej szkoda się z nimi rozstawać. Karciła się w myślach za brak profesjonalizmu, ale czy to nie naturalny instynkt dyktował jej przesadną emocjonalność? Chciała mieć dzieci najpierw po uzyskaniu doktoratu. Potem, już po wybuchu wojny, odłożyła to na nieokreśloną przyszłość. Wojna odeszła, jednak zanim ostatecznie obróciła się w relikt przeszłości, zabrała ze sobą Ricka. Coleen od pół roku próbowała bezskutecznie zaakceptować sploty wydarzeń, na które nie miała żadnego wpływu. Patrząc teraz na dzieci, boleśnie zdała sobie sprawę z tego, jak dużo straciła.
- Wychodzimy dwójkami! Zbiórka przy transporterze! – Krzyknęła z całych sił, bo Alex otworzył tymczasem właz i do wnętrza wleciał z poświstem mroźny syberyjski wicher. Coleen westchnęła i spojrzała na biel bezkresnego lodowego pustkowia, rozpościerającego się przed jej oczyma. Kiedy wpatrzyła się jednak dokładniej w śnieżną mgławicę, jej wzrok wyodrębnił z krupów wszędobylskiego śniegu masyw odległej budowli, na widok której jej serce przeszyła nagła fala niepokoju. Coleen świetnie zdawała sobie sprawę z nieuchronności wydarzeń i starała się przygotowywać do nich jak najwcześniej i jak najlepiej. Życie jednak wciąż potrafiło ją zaskoczyć.
Dzieci w milczeniu opuściły transporter. Ekspedycja ruszyła przed siebie.

Wielka wojna pochłonęła trzy czwarte populacji Ziemi. Trudno było nawet stwierdzić, kto wygrał: ludzie, czy przybysze? Nikt nie potrafił powiedzieć, dlaczego zaatakowali. Nikt nie potrafił stwierdzić, kim byli. Po ośmiu latach wojennych zmagań na lądzie i w przestrzeni po prostu zwinęli przetrzebioną flotę i wycofali się poza granice systemu. Na jak długo? Tego też nikt nie potrafił przewidzieć.
Regularna armia wciąż była w pogotowiu. Coleen jednakże trzy miesiące temu dostała wezwanie do jednostki, która- przynajmniej teoretycznie- pomóc miała cywilom posprzątać cały bałagan na planecie. Ostatecznie skończyła w małym oddziale, którego celem było odnalezienie rodziców bądź rodzin zastępczych dla kilku maluchów, przebywających do tej pory w przytułkach, rozsianych po całej kuli ziemskiej, tudzież założonych w przestarzałych stacjach na orbicie. Po ubiorze dziewczyna poznawała, kto pochodził skąd. Ci, którzy pozostali na terytorium Stanów Zjednoczonych, nosili kurtki imitujące skórę z naszywkami w kształcie orła na ramieniu; dzieci przebywające w Europie ubrane były w zniszczone niebieskie kostiumy z umieszczoną na piersi wyraźną aureolą gwiazd, natomiast niedobitki, które cudem przeżyły na stacjach, odziane były w strzępy za dużych kombinezonów z emblematami kosmicznych korporacji, na które narzucono ogrzewające kubraki.
Byli to sami chłopcy w wieku sześciu lat. Dowódca oddziału, Alex Mariner, dostał ze sztabu pełną listę dzieci, które powinny znaleźć się w grupie. Z dwustu jednostek udało się odnaleźć jednak tylko osiem. Reszta przepadła jak kamień w wodę.
-Jak myślisz, znajdziemy ich tu?!- Usłyszała nagle za sobą krzyk.
Odwróciła się i ujrzała Jimmiego, operatora i łącznika. Był to czarnoskóry mężczyzna, lat czterdzieści jeden, który w wojnie stracił całą rodzinę. Miał na głowie gruby kaptur chroniący jego łysinę przed wszędobylskim śniegiem i bez szans próbował przekrzyczeć zawieję.
-Co?- Odkrzyknęła.
- Co! O! Tym! Myślisz?!- Ogarnął dłonią górujący ponad nimi masywny kompleks, zbliżający się nieuchronnie.
Był metalowy i pozbawiony okien. Coleen była w stanie się założyć, że wystająca ponad śniegiem część jest tylko czołem tej potężnej budowli. Wiedziała, jakie bunkry budowano w czasie wojny. Ich korytarze potrafiły ciągnąć się przez setki kilometrów i dla przygodnego wędrowca bardzo szybko zmieniały się w śmiertelny labirynt.
Wzruszyła ramionami.
-Nie mam pojęcia, co o tym myśleć!- Skłamała.
-A może to twór obcych?!
-Nie! Tą budowlę stworzyli Ziemianie! Widziałam już podobne!
-Nie wierzę, żeby ludzie ukrywali się w czymś takim!- parsknął Jim i pociągnął siarczyście nosem.
Pomiędzy nimi pojawił się nagle Alex. Był to postawny mężczyzna w wieku trzydziestu pięciu lat, komandos. Jego chłopięca twarz poorana była siatką głębokich zmarszczek i pokryta kilkudniowym zarostem.
- Wchodzimy- oznajmił bez ceregieli- Jim, przygotuj się do kontaktu z Waszyngtonem. Coleen, ustaw dzieciaki w dwuszeregu. Leto zaraz złamie kod.
Dziewczyna podeszła do chłopców. Zauważyła, że są bardzo podekscytowani i pomimo mrozu rozmawiają zawzięcie. Jeden, czy dwóch zignorowało w ogóle jej polecenie i dopiero gdy zagroziła, że powrócą z transporterami do Nowego Jorku, karnie ustawili się w ordynku. Ich rozmowy ucichły.
Zza śnieżnej mgły ponownie wyłonił się Alex i obdarzył Coleen powłóczystym spojrzeniem. Wiedziała, że pociąga go fizycznie- miała w końcu dopiero dwadzieścia osiem lat i nienaganną figurę. Oboje od jakiegoś czasu nie mieli partnerów i zdążyli już prawie zapomnieć, czym jest kontakt fizyczny. Coleen obiecała sobie, że gdy tylko znajdą się w jakiejś ciepłej i przytulnej bazie, nie odmówi Alexowi niczego.
Milcząco skinęła głową, patrząc mu głęboko w oczy.
-Gotowi- oznajmiła.
-Idziemy- rozkazał.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi, pomyślała, że tu wcale nie jest ciepło. Było zimno i ponuro, jak gdyby korytarz nie był używany od miesięcy, a nawet lat. Matowy podmuch niósł ze sobą zapach metalicznej wilgoci. Gdzieś w oddali kapała woda. Dzieci milczały.
-Raportować?- Zapytał Jim.
-Za chwilę- odpowiedział mu Alex- Nie podoba mi się to miejsce.
-Mi też- musiała zgodzić się Coleen- Wątpię, żebyśmy znaleźli tu rodziców tych maluchów.
-Dochodzenie zatrzymało się tutaj - odparł dowódca- To jest to miejsce. Mamy odnaleźć ich rodziców, którzy wojnę przeczekali w tej bazie. Teoretycznie powinni tu być.
-A może oni nie wiedzą, że wojna już się skończyła?- mruknął Leto, dwudziestoletni informatyk na usługach armii- Co będzie, jeśli potraktują nas jak intruzów? Nie mamy dużo broni.
-Jest jej dosyć- odrzekł Alex i wyjął z kabury lekki dwulufowy karabinek. Reszta podążyła za jego przykładem.
-Pamiętajcie, nie skrzywdzimy nikogo, dopóki nie będzie to konieczne- rozkazał.
Coleen nagle zauważyła, że jedno z dzieci zaniosło się płaczem. Uklękła nad malcem.
-Co się stało?- zapytała.
Chłopiec patrzył na broń w jej dłoni i łkał żałośnie.
-Nie strzelajcie... – poprosił - Nie zabijajcie mamusi...
Pogłaskała go po głowie.
-Nikogo nie zabijemy. Obiecuję. Nie będziemy strzelać.
Maluch skinął głową.
-Nie płacz już- szepnęła jeszcze do niego i do głębi wzruszona otarła łzę z zimnego policzka chłopca.
Gdy powstała, napotkała spojrzenie Alexa i spontanicznie mrugnęła do niego okiem. Zmieszany opuścił wzrok.
-Jim, załóż aparaturę na plecy- polecił łącznikowi- Pójdziesz z nami. Będziemy szukać, dopóki nie znajdziemy.
I ruszył pierwszy ciemnym korytarzem. Jedynym źródłem światła, jakie mieli były małe latarki na lufach karabinów. Jim jeszcze chwilę stał u bramy i schylił się po sprzęt dopiero, gdy dwóch techników podbiegło, by mu pomóc. Mężczyzna patrzył kwaśno za odchodzącym dowódcą.
- Nie podoba mi się to – mruknął dopiero wtedy, gdy był pewien, że Alex na pewno już go nie usłyszy.

Kilka kolejnych godzin zleciało im na jałowej wędrówce w ciemnościach i nawoływaniu. Nie znaleźli ani śladu człowieka, choć przeszukali trzy poziomy kompleksu. Według obliczeń Coleen byli teraz jakieś dwieście- dwieście pięćdziesiąt metrów pod ziemią. Minęli już część mieszkalną i hangary. Teraz zbliżali się do laboratoriów.
-Nie chcę tam wprowadzać chłopców- rzekła podczas rozmowy z Alexem- To, co tam zobaczymy, z pewnością nie będzie niczym przyjemnym. Poza tym dzieci są zmęczone, potrzebują odpoczynku.
Alex nie dał się przekonać.
-Nie są zmęczone. Poza tym na pewno niejednokrotnie widziały w swoim życiu rzeczy bardziej wstrząsające niż wojskowe laboratorium. Zresztą nie mogę pozwolić na to, byśmy się rozdzielili, rozproszyli i Bóg wie, co jeszcze. Sama wiesz, że nie mamy czasu do stracenia. Transportery będą na zewnątrz jeszcze przez siedem standartowych godzin. Potem odlecą, takie są rozkazy. A tu nie ma żywej duszy. Ani jedzenia. Pomyśl, co będzie, jak nie zdążymy.
-A Jim i jego aparatura?
-Jest porządna i zdoła skontaktować się z Waszyngtonem, ale odbiorniki transporterów są za słabe. Nie zdołają przechwycić sygnału w tej zamieci.
-Dobrze więc, ale obiecaj mi, że zejdziemy tylko do czwartego poziomu. Komnaty pod laboratorium przeznaczone są zazwyczaj do składowania odpadków- zarówno chemicznych, jak i biologicznych. Kiedyś już je widziałam i wolałabym sobie tego oszczędzić.
-Masz to jak w banku- odpowiedział i zajrzał do niedużego pokoju- Zaczekajcie.
Do Coleen podszedł Jim i stęknął, podrzucając na plecach masywne urządzenie.
-Jak tam?- spytała.
-Cholernie ciężkie... - Wysapał – Skąd wiesz to wszystko o bunkrach?
Ale dziewczyna tylko uśmiechnęła się nerwowo i zajrzała do pokoju. W jednym z narożników napotkała snop światła latarki Alexa.
-Znalazłeś coś? - spytała i spoważniała natychmiast, gdy zamiast odpowiedzi mężczyzna uniósł w górę znajomy kształt i oświetlił go latarką. Był to pluszowy miś.
-Leżał na podłodze- oznajmił dowódca – Powiedzmy, że to nasz pierwszy ślad.

W miarę, jak szli dalej, ich nastroje psuły się coraz bardziej. Wszystkich opanowała nadzieja walcząca o lepsze z niepewnością. To rodziło frustrację. Alex milczał, Jim narzekał na sprzęt, wreszcie jedno z dzieci rozpłakało się, a gdy Coleen przytuliła je do piersi, załkało:
-Ja chcę do mamusi...
-Idziemy do mamusi- zapewniła chłopca.
-Nie... wcale nie... mamusia jest gdzie indziej- rzekł skwapliwie malec i wskazał ręką przeciwny korytarz- Tam.
-Alex! - zawołała dziewczyna. Dowódca pojawił się niemal natychmiast.
-Posłuchaj go- rzekła i pogłaskała chłopca po głowie- Powtórz temu panu, co powiedziałeś mi przed chwilą.

Dziesięć minut później, po krótkiej wymianie zdań, ruszyli korytarzem wskazanym przez chłopczyka. Zarówno Coleen, jak i Alex musieli przyznać, że zachowanie dzieci uległo drastycznej zmianie. Przestały się już bać i szły radośnie, rozmawiając głośno między sobą.
-Mimo wszystko nie wiem, czy dobrze robimy- szepnął Mariner. Coleen westchnęła.
-Daj spokój. One wskazują nam kierunek.
-Martwi mnie to. Nie powinniśmy im ufać.
-Pomiędzy dzieckiem, a rodzicem zawsze istnieje ogromna więź emocjonalna. Pewne rzeczy się nie zmieniają- rzekła i poczuła mrowienie w palcach. Jej dłoń powędrowała mimowolnie do kieszeni czarnego kombinezonu, a potem spokojna pogłaskała uchwyt karabinu - Zastanawiałeś się, dlaczego akurat my prowadzimy tak banalne zadanie? Przecież mogli to powierzyć każdemu żółtodziobowi.
-Może jest tu coś, czego żółtodziób nie powinien zobaczyć.
-Co na przykład?
-Nie mam pojęcia.
Minęli śluzę i weszli do długiego i szerokiego korytarza. Światełka latarek- już nie tak skoncentrowane- rozmywały się po ścianach. Owionął ich zimny wiatr.
-Czyżby wentylacja działała?- Mruknęła Coleen do siebie samej- Jakim cudem?
Alex przyspieszył kroku.
-Być może są tutaj jakieś czynne maszyny?
-Myślisz, że kogoś znajdziemy?
-Mam taką nadzieję. Niech Jim i technicy przypilnują dzieci.
Podążyli razem w dół korytarza i bez słowa przekroczyli otwarte grodzie.
-To chyba jeszcze jedna śluza! - Krzyknęła.
Wokół nich zaroiło się nagle od żółto- czarnych znaków ostrzegawczych. Były to zarówno symbole, jak i pisemne ostrzeżenia:

„UWAGA! OSOBOM NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP SUROWO WZBRONIONY!”
„PRZYGOTUJ SWOJĄ KARTĘ WSTĘPU I KODY LAC!”

Takich znaków było znacznie więcej. Coleen i Alex przeszli jednak obok nich z zupełną obojętnością. Nagle przekroczyli kolejne otwarte wrota i stanęli jak wryci, przez dłuższy czas nie mogąc się poruszyć.
-Chryste... - szepnął Mariner.
-Chyba znaleźliśmy właściwe laboratorium... – Odrzekła dziewczyna, wodząc wzrokiem po ścianach.

Niewątpliwie mieli przed sobą największe pomieszczenie badawcze, jakie udało im się w życiu zobaczyć. Hala miała tak gigantyczne rozmiary, że nie sposób było ujrzeć jej końca- ginął we mgle metalicznej szarości i gwiazdozbiorze czerwonych kontrolek, migających wszędzie wokół. Zewsząd otaczały ich komputery, sekwencery genów i przedziwne urządzenia o skomplikowanej budowie i nieznanym przeznaczeniu. Idąc w górę komnaty mijali stoły przypominające chirurgiczne kozetki, metalowe szafy, tudzież tablice z wykresami. Alex nie spostrzegł, kiedy przeszedł przez ukrytą bramkę. Odgłos aktywujących się jupiterów omal nie zwalił ich z nóg- salę w jednej chwili wypełniło jaskrawe światło, a monitory przebudziły się do życia ukazując obliczenia, modele i wzory. Wokół zabrzmiał szum wszędobylskiej aparatury.
-Co to było?- Zapytał mężczyzna.
-Fotokomórka - odrzekła, rozglądając się badawczo.
Zignorował jej ironiczny ton. Jego wzrok przyciągnęła nagle ogromna wieża, jarząca się setkami świateł i kilka tub, wypełnionych cieczą.
-Spójrz- dotknął jej ramienia. Obejrzała się.
-To musi być jeden z superkomputerów.
-Widzisz te tuby?
-Tak. Wiem, do czego służą. Gdy tylko rozpoczęła się wojna, państwa Trójki rozpoczęły prace badawcze nad urządzeniami rozporządzającymi systemem sztucznego zapładniania, procesem dorastania embrionów i wreszcie narodzinami w sztucznym łonie komory wylęgowej. Miało to na celu stworzenie silnej armii, zdolnej rozbić wroga. Z drugiej strony była to furtka bezpieczeństwa na wypadek, gdyby obcym udało się zniszczyć naszą cywilizację doszczętnie. Ludzki genotyp zaplombowany szczelnie w butelce, czekający na swe ponowne narodziny na odludziu.
-Ciekawe, co powiedzą cywilom, gdy sprawa się wyda.
Coleen przeglądała niedbale paznokcie, jednak Alex zauważył, że przygryza nerwowo wargi. Odwrócił wzrok, gdy dostrzegł jej badawcze spojrzenie.
-Jednego nie rozumiem - co my mamy z tym wszystkim wspólnego? Czy Waszyngton wie o tym kompleksie?
Zbliżyli się do jednej z tub, gdzie w zielonkawej cieczy zanurzony był blady embrion. Miał zamknięte oczy i otwarte usta. Wargi i powieki płodu były nienaturalnie nabrzmiałe.
-Wygląda na siódmy- ósmy miesiąc - ocenił Alex - Co o tym myślisz?
Coleen drżała. Wiedziała, że w końcu to nadejdzie. Starała się opanować, patrzyła w podłogę. Nie rozumiała obojętności dowódcy, nie chciała jej zrozumieć.
-Ten kompleks jest pusty – szepnęła nieco bez przekonania – Nie znajdziemy tu rodziców tych dzieci.
-A jeżeli to właśnie są... ? - szepnął Alex, gdy nagle za swoimi plecami usłyszeli krzyk.
Oboje odwrócili się błyskawicznie i ujrzeli stojącego jakieś dziesięć metrów za nim Jima.
-Poruczniku!
Łącznik odwrócił się ku niemu.
-Tam jest dziecko! - krzyknął – Jezu, ale się przestraszyłem.
Coleen odwróciła się do Alexa.
-Masz przy sobie listę? Myślę, że powinniśmy sprawdzić, czy dzieci naprawdę pochodzą stąd.
Mężczyzna wyjął druk i razem zbliżyli się do jednego z komputerów. Po wprowadzeniu odpowiedniej liczby poleceń, monitor wyświetlił dane.
-Dwa tysiące jednostek z pierwszego wylęgu - zanalizowała Coleen - Dużo jak na eksperyment.
-Może nie mieli czasu- zasugerował Alex - Wprowadź te nazwiska.
Komputer przez dłuższy czas przeszukiwał bazę danych. Po wnękach i narożnikach odbijało się głośne echo sapnięć Jima. Ekran wreszcie zamigotał.
-Sprawdź.
Coleen pochyliła się nad komputerem.
-I co?
-Wszyscy są stąd- mruknęła- Czwarty wylęg. Dokładnie sześć lat, pięć miesięcy i osiemnaście dni temu. Dwieście jednostek. Bardzo udane egzemplarze. Prawdopodobnie dlatego tak szybko opuściły to miejsce. Jeszcze wtedy ktoś tu musiał być.
-Ile do tej pory było cykli?
-Ten jest dziewiąty. Musiała być jakaś przerwa.
Spojrzeli na siebie.
-Co teraz? - zapytała Coleen.
-Nie wiem. Rozkazy tego nie precyzują. Wrócimy z dziećmi do Nowego Jorku. Wypełniliśmy polecenie, nie mamy tu nic więcej do roboty.
-Więc znaleźliśmy ich rodziców?
Alex westchnął.
-Przynajmniej matkę...
Chwycił ją za rękę. Coleen załkała. Chciał zapytać dlaczego, ale zamiast tego spojrzał za nią na główny komputer.
Stało przy nim ośmiu sześcioletnich chłopców. Zdawali się być szczęśliwi jak jeszcze nigdy dotąd. Przytulali się do zimnego metalu i całowali go swymi malutkimi wargami, jak gdyby pragnęli nadrobić tyle lat zaległości. Jeden z nich klęczał u stóp wieży i płakał żałośnie.
Inny zaś podszedł do jednej z tub, wspiął się na czubki palców i przytknął maleńką dłoń do szkła; w miejsce, w którym nienarodzony embrion trzymał swoją niewykształconą jeszcze rączkę.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -