Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




HISTORIA LUBI SIĘ POWARZAĆ

Anna Zarańska

PROLOG

Zawsze zazdrościła swoim rówieśnikom, którzy w każdy poniedziałkowy poranek w szkole rozemocjonowani opowiadali o swoich przeżyciach i zdobytych nowych doświadczeniach towarzyszących im podczas weekendowych zbiórek, biwaków i wyjazdów w plener. Nieustannie namawiali ją do zasilenia grona zastępu „Jeleni”. Cóż, nic dziwnego, była przecież darzona wielką sympatią wśród tejże społeczności.
Ona sama bardzo tego pragnęła, pochłaniała ją chęć przeżycia nowych przygód, poznania odpowiedzi na setki niedających jej spokoju pytań, nauczenia się wielu sprytnych czynności pomagających w codziennym życiu i samodzielnym radzeniu sobie z trudnościami, wreszcie przyjrzenia się „od kuchni” całemu systemowi napędzającymi tych młodych ludzi do podejmowania działań na rzecz pomocy innym oraz sobie nawzajem.
Rodziców widywała bardzo rzadko, ponieważ pochłonięci pracą zjawiali się w domu późnym wieczorem i wyfruwali z rodzinnego gniazdka wcześnie rano, zanim ona zdołała przewrócić się podczas snu na drugi bok. Zajmował się nią dziadek. Bardzo go kochała i nic w tym dziwnego, bo przecież doskonale zastępował jej obojga ciągle nieobecnych rodziców. Jedno tylko okropnie ją irytowało: za każdym razem, kiedy tylko zaczęła rozmowę o swoich pragnieniach zasilenia grona harcerzy pobliskiego hufca, ten zaczynał dziwnie się zachowywać... błyskawicznie zanikał przyjazny i życzliwy wyraz jego poczciwej, pooranej licznymi zmarszczkami twarzy. Do oczu wlewał się gwałtownie smutek - nie... raczej... przerażenie i ogromny bunt. Ten sprzeciw był dla niej czymś totalnie niezrozumiałym, a zarazem tajemniczym i intrygującym. Automatycznie wpełzały jej do głowy obrazy chorej babci opowiadającej o wspaniałym harcerzyku, w którym zakochała się bez granic. Dziwna sprawa... dlaczego dziadek tak bardzo sprzeciwiał się spełnieniu jej odwiecznego marzenia, będąc jednocześnie wzorem postawy harcerza? I dlaczego hufiec cieszący się tak długoletnią tradycją i uznaniem wśród społeczeństwa, będący niegdyś jego drugim domem, teraz budzi taką niechęć, a wręcz rzec można, odrazę?
Kiedy skończyła 17 lat, postanowiła mimo wszystko zrealizować swoje pragnienia. W tajemnicy przed wszystkimi zaczęła wymykać się na zbiórki, poszerzać swoją wiedzę, poznawać tradycję i tajniki bycia „dziewczyną w mundurze”. Wzbudzała sympatię członków zastępu, a także
i całej drużyny. Z dnia na dzień zawiązywały się przyjaźnie z kolejnymi osobami, a wspólna praca pozwalała na lepsze się poznanie i budowanie wzajemnego zaufania.

***

Któregoś jesiennego wieczoru w kilku młodzieńczych głowach zrodził się pomysł zorganizowania pierwszego biwaku z jej udziałem. Komuś z nich bardzo zalężało, aby pozwolić sponatnicznie rozwijać się zalązkowi uczucia, które się zrodziło. Cóż mogło stanąć na przeszkodzie? NIC.
W pełni wyposażeni i przygotowani młodzieńcy zebrali się więc w budynku hufca, by dać się porwać wirowi wspólnej, dobrej zabawy. Dla zachowania równowagi rzucono temat zrobienia czegoś pożytecznego. Kiedy młoda buntowniczka zeszła któregoś razu po świece do magazynu, niezmiernie się nim zafascynowała. Znajdowało się tam tyle intrygujących przedmiotów, że nie wiedziała, na czym zawiesić oko. Nie miała wtedy jednak za dużo czasu, by dokładnie mu się przyjrzeć. Teraz nadarzała się idealna sposobność, aby przy okazji wielkiego sprzątania poznać jego zakamarki. Pomysł ten spotkał się z przychylnością rówieśników i po chwili wszyscy znaleźli się w piwnicy budynku, kierując się do wnętrza magazynu. Ich oczom ukazało się pomieszczenie sprawiające wrażenie miejsca, gdzie czas się zatrzymał, a jednocześnie miejsca, które na swój sposób tętni życiem. Wszyscy stanęli w bezruchu, jakby poddając się hipnozie tego rozległego wnętrza. Trwali moment (a może znacznie dłużej) w tej dziwacznej agonii, aby po krótkiej chwili (a może znacznie dłuższej) wrócić z powrotem na Ziemię i zająć się doprowadzeniem do porządku tego składu wszelakiego rodzaju mniej i bardziej przydatnych rzeczy. Samo dokopanie się do podłogi niemalże graniczyło z cudem, jednakże silni, zwarci i zorganizowani kompani świetnie ze sobą współpracowali. Wszystko szło jak z płatka... no, może tylko poza faktem, że od czasu do czasu gasło światło... jednakże bardziej zadziwiającym był fakt, że im bliżej byli podłogi, tym dawało się odczuć większy chłód. Od czasu do czasu mieli również wrażenie ruchu powietrza, chociaż drzwi były zamknięte, więc o żadnym przeciągu nie mogło być mowy.
Przerzucając sterty niemiłosiernie starych papierzysk zajeżdżających swądem stęchlizny, poszukiwaczka natrafiła na wielką kopertę z fotografiami. Przysiadła na jednym z materacy i wyciągnęła czarno-białe wizerunki dawnych pokoleń druhen i druhów. Przekładając je bez przywiązywania do nich większej wagi, w pewnych momencie dostrzegła znaną jej twarz, ten młodzieńczy błysk w oku i ten uśmiech... tak, to był jej dziadek, jednakże coś tutaj nie pasowało.
Na zdjęciu towarzyszyła mu śliczna czarnowłosa dziewczyna, którą trzymał za rękę i wcale nie była to babcia. Nastolatka była przekonana, że babcia była pierwszą i jedyną miłością jej kochanego staruszka. Zaintrygowana tym odkryciem przekładała kolejne zdjęcia lecz to, co zobaczyła, sprawiło, że w jej umyśle w błyskawicznym tempie począł kiełkować i narastać niepokój.
- Co to wszystko ma znaczyć!? - krzyknęła gwałtownie po tym, jak na każdej kolejnej fotografii przedartej na pół ujrzała tylko białe smugi.
Po chwili znowu odczuła ten nieznanego źródła powiew przejmującego chłodu i wydawało jej się, że jakaś ręka przemknęła po jej policzku. Uczucie strachu spowodowanie nieprzewidywalnością przebiegu tej sytuacji sprawiło, że padła zemdlona, dzierżąc w ręku zagadkowe skrawki papieru.
Kiedy się ocknęła, zdała sobie sprawę, że jest zupełnie sama. Cały magazyn został starannie uprzątnięty i wyglądało na to, że kompani najzwyczajniej w świecie pozostawili ją samą sobie w tym dziwacznym miejscu. Kierowana wielkim napadem furii z powodu takiego obrotu sprawy, jak piorun ruszyła do drzwi. Niestety były zamknięte. Zaczęła krzyczeć i przeklinać. I być może krzyczałaby tak w nieskończoność, gdyby nie fakt, że jej gardło odmówiło posłuszeństwa. Teraz krzyczała tylko w duszy.
Rozejrzała się po tym napawającym ją coraz większym lękiem, mrocznym pomieszczeniu i jej uwagę przykuła znajdująca się na samym środku podłogi, metalowa pokrywa przypominają właz. Jej brzegi były obklejone żółtą taśmą. Znów przeszyło ją to paraliżujące uczucie chłodu. Zgasło światło i poczuła na sobie czyjś oddech. Mało tego, słyszała go. Słyszala głośno i wyraźnie ciężki, charczący oddech, czemu towarzyszył odgłos gotującej się w drogach oddechowych wody. Stan przerażenia i paniki sięgnął zenitu. W tej chwili chciała tylko wyjść w całości z tej popieprzonej sytuacji, chciała przytulić dziadka i z całego serca przeprosić, że nie słuchała, kiedy krzyczał na nią bezgłośnie. Chciała przeprosić, że chociaż na niego patrzyła, była ślepa na jego przestrogi...zaraz, zaraz...przecież tak naprawdę nie wiedziała nawet czy ten staruszek nie był w to wszystko zamieszany!
- To jakiś jebany obłęd!!! - wrzeszczała tak głośno, że gdyby były tam jakieś okna, szyby zapewne przegrałyby starcie z natężęniem tylu decybeli.
Zapaliło się światło. Drżąca na całym ciele dzieczyna umilkła. W jej nozdrza wkradał się odór zgnilizny i pleśni. Odwróciła się, a jej oczom ukazała się podniesiona do góry pokrywa odsłaniająca wejście do wnętrza jakiegoś lochu. W głębi tliło się mizerne światło, a z oddali słyszała znajome jej głosy. Rozpoznała stłumione jęki swoich przyjaciół. Krzyczeli „Uciekaj!”, wołali „Nie pozwól mu!”
Nie pozwól???!!! Nie pozwól na co??? Serce biło jej z taką prędkoscią i mocą, że miała wrażenie, że zaraz złamie jej żebro. Strach pochłonął jej ciało, a jakaś niewidzialna siła chwyciła ją za szyję od tyłu, podniosła do góry niepozwalając oddychać, po czym puściła, a dziewczyna, ledwie żywa bezwiednie runęła na ubitą, wilgotną, naszpikowaną gnijącymi szczątkami roślin i zdechłych szczurów glebę. Miała dosyć...nie mogąc się podnieść, wierzchem dłoni otarła tylko krew sływającą z rozbitej głowy, prosto do oczu. Niestety już po chwili tego pożałowała, bo ukazał się jej widok tak przerażający, jakiego nigdy nie chciałbyś/nie chciałabyś doświadczyć. Tuż przed nią dyszał stwóro elfich uszach, zębach piranii, masce zasłaniającej oczy i długich, prostych kościach,wystających z tyłu głowy. Pokryty był jakimś cholernym pancerzem, a ręcę i nogi były szponami jakiegoś mitycznego zwierzęcia. Pomyślała, że do reszty zwariowała...SCHIZOFRENIA...To paskudztwo pochyliło się nad nią i zaczęło lizać jęzorem krew sączącą się z jej rany. Została wybrana. TO COŚ pochwyciło ją w „ręce-szpony” i powidło do swego siedliska, gdzie znajdowali się także jej przyjaciele. TO COŚ gardziło uczuciem, jakim była miłość...miłość jeszcze nie do końca odkryta i ujawniona. Kiedy na oczach wszystkich TO COŚ zbeszcześciło dziewczynę, pozostawiąc tylko to co mu nie posmakowało, wszystko stało się jasne. TO COŚ jarało się bólem, jaki zadawało osobie zadłużonej w ofierze, po czym znikało. TO COŚ zaspokoiło swoje bestjalskie rządze i znikło.
Przyjaciele się wydostali. Wydostał się on, zadłużony w nieszczęsnej dziewczynie, która chciała po prostu żyć, po prostu być.
Tak, jak dziadek,zadłużony już nigdy tam nie powrocił. Tak, jak dziadek, zapomnieć nie potrafił. Tak, jak dziadek, okrutnie cierpiał całe życie.

NIESTETY...HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -