Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Podwójny Wędrowiec

Piotr Ferens

Po raz pierwszy spotkałem samego siebie w małej kawiarence. Mieściła się ona w samym ścisłym centrum miasta, ale na szczęście w dość cichym zakątku, naprzeciwko parku, na rogu dwóch niezbyt ruchliwych ulic pokrytych krzywą kostką. Siedziałem właśnie z filiżanką wybornego cappuccino, zajmując stolik umieszczony tuż przy szybie. Niespiesznie rozkoszowałem się czekoladowym smakiem, popijając kawę i przyglądałem się widniejącej na zewnątrz scenerii. Właśnie zaczął kropić drobny, wiosenny deszcz. Z chwili na chwilę coraz więcej kropel przysiadało na szklanej tafli, pokrywając z wolna całą jej powierzchnię. Ludzie idący chodnikami lekko się zgarbili i mimo woli przyspieszyli kroku. Kocie łby zaczęły lśnić wilgocią, mieniąc się od czasu do czasu uderzającymi w nie słonecznymi promieniami.
Nagle bardziej poczułem niż usłyszałem jakiś ruch blisko mojej osoby. Ktoś odsunął krzesło i zajął miejsce dokładnie na wprost mnie, przy stoliku. Spojrzałem na niego w milczeniu. Nieznajomy miał na sobie ciemną, wyświechtaną marynarkę i znoszony czarny podkoszulek. Jego twarz była blada i wymęczona, ale oczy błyszczały żywo. Nagle wstrzymałem oddech. Człowiek, który przysiadł się bez słowa zapytania do mojego stolika, był uderzająco podobny do mnie samego. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę. Gdyby nie ta bladość skóry i nieco chudsza postura, mógłbym przysiąść, że siedzę twarzą w twarz ze swoim bratem bliźniakiem. Tylko że ja nigdy nie miałem brata. Nawet nie bliźniaka.
— My się znamy? — Zapytałem z pewnym wahaniem w głosie.
Postać nie odpowiedziała, tylko wpatrywała się we mnie uporczywie, jakby sama oczekiwała odpowiedzi.
— Halo! — Zamachałem ręką tuż przed oczami mężczyzny.
Nadal milczał. Trwało to jeszcze kilkanaście sekund, po czym otworzył usta i powiedział:
— Ukradłeś mnie! — Syknął z nienawiścią, a jego oczy aż zapłonęły od silnego gniewu.
— Ja? — Zdziwiłem się. — Hej, hej. Spokojnie. Nic ci przecież nie zrobiłem.
— Ukradłeś mnie! — Powtórzył załamującym się głosem. Ku mojemu zdziwieniu dojrzałem kilka łez, które bezwstydnie spłynęły po jego policzkach. Potem wstał bez słowa i wyszedł.
Spoglądałem za nim w zdumieniu. Tajemniczy człowiek przebiegł przez ulicę
i szybko zniknął mi z oczu, po drugiej stronie, na jednej ze ścieżek zagłębiających się w parku. Kto to był? Czułem wewnątrz siebie jakiś niepokój, poruszenie, jakbym właśnie usłyszał niezbyt miłą przepowiednię. Sięgnąłem po filiżankę i upiłem kolejny mały łyk cappuccino. Nie smakowało już tak wybornie jak przedtem.

— — —

Wyszedłszy z kawiarni, skierowałem swoje kroki prosto do parku. To była co prawda nieco dłuższa, ale zdecydowanie najprzyjemniejsza droga do domu. Miałem też, co tutaj dużo ukrywać, cichą nadzieję, że uda mi się spotkać tajemniczego rozmówcę. Jednak mimo iż szedłem powoli i uważnie się rozglądałem, nigdzie nie udało mi się go dojrzeć. Zaczynałem nawet podejrzewać siebie o jakieś zwidy, że wszystko to była jedynie gra mojej wyobraźni i przemęczonego umysłu. Wyszedłem
z parku i w zamyśleniu, klucząc kamiennymi uliczkami, dotarłem do kamienicy,
w której wynajmowałem nieduże, dwupokojowe mieszkanie.
— To pan!? — usłyszałem zdumiony okrzyk mojej sąsiadki.
Była to przemiła kobieta, nieco zbyt gadatliwa, ale o złotym sercu. Jak to ją określiłem swego czasu na własny użytek: niska, krępa i zawsze uśmiechnięta.
Właśnie wychodziła z bramy i na mój widok stanęła jak wryta
— Tak, ja — odparłem. — Dlaczego się pani tak dziwi?
— Dzięki Bogu i opatrzności! — wykrzyknęła radośnie. — Już myślałam, że pan naprawdę nie żyje.
— Ja? No co też pani mówi, pani Dew. Dlaczego miałbym nie żyć?
— To pan nic nie wie?
— Nic a nic na temat tego, że nie żyję.
Podeszła bliżej i przyjrzała mi się bardzo dokładnie zadzierając głowę do góry.
— Nie jest pan jakimś jego sobowtórem, czy kimś takim, prawda? — zapytała podejrzliwie.
— Czyim sobowtórem? — spojrzałem w jej małe oczy umieszczone za oprawkami okularów.
— Sobowtórem pana Henrego oczywiście — odparła.
— Nie, raczej nie. — Uśmiechnąłem się. — Dlaczego miałbym nim być?
— A tam! Takie głupoty gadam. — Roześmiała się, odstępując jednocześnie o dwa kroki. — Ale czuje się pan już dobrze, prawda?
— Tak, oczywiście. — Odparłem nieco zbity z tropu.
— A w szpitalu? Jak było? Miałam nawet zamiar pana odwiedzić, ale sam pan wie, jak to jest. Praca, dzieci, dom i jeszcze do tego wszystkiego leniwy mąż.
— W jakim szpitalu? Byłem jedynie na spacerze i wstąpiłem na kawę, a teraz wracam do domu.
Patrzyła na mnie przez kilka sekund, w końcu uśmiechnęła się.
— Rozumiem. — Pokiwała głową. — Nie chce pan o tym mówić. Pana sprawa. Ale nie ma pan raka albo czegoś takiego, prawda? Szkoda by było, w tak młodym wieku żegnać się ze światem.
— Zapewniam panią, że nie zamierzam tego czynić, a moje zdrowie jest w wyśmienitej formie.
— To dobrze, to bardzo dobrze.
Trochę skołowany wydarzeniami dzisiejszego dnia, wszedłem do mieszkania i starannie zamknąłem za sobą drzwi. Uniosłem ekran laptopa i usiadłem przy biurku, zamierzając zabrać się za pisanie. Muszę tutaj przyznać, że szło mi świetnie, do strony sto pierwszej, na której to utknąłem do wczorajszego popołudnia. Mimo usilnych chęci oraz stosowania różnego rodzaju domowych sposobów o przywołanie muzy, łącznie z kieliszkiem koniaku, próśb, a w końcu nawet i gróźb do wszelkich znanych mi bóstw i świętych, nic nie zyskałem. W głowie miałem jedynie pustkę. Poszedłem wcześniej spać, licząc, że dobry sen przywróci mi twórczą elastyczności, ale rano wcale nie było lepiej. Dlatego też postanowiłem wyjść, by przewietrzyć głowę, a może miałem ochotę zwyczajnie powłóczyć się po mieście? Tak czy inaczej tym sposobem znalazłem się w uroczej kawiarence, którą w zasadzie starałem się odwiedzać przynajmniej raz lub dwa razy w tygodniu.
Teraz jednak moje myśli zaprzątało w głównej mierze spotkanie z moim sobowtórem – jak go nazwałem na własny użytek. Co on powiedział? Brzmiało to na wskroś dziwnie. Ukradłeś mnie? Tak, właśnie tak. Tylko, co to może znaczyć? Jak to ukradłeś? W jakim sensie, w jaki sposób? Usiłowałem zachodzić w głowę, co miał na myśli mój rozmówca, który przekazał mi tę wiadomość, ale nic mądrego nie przychodziło mi do głowy. Potrząsnąłem głową i westchnąłem ze znużeniem.
— A niech go szlag! — Mruknąłem sam do siebie.
Odetchnąłem głęboko.
— Dobra Henry. Uspokój się, odsuń wszelkie myśli i zacznij w końcu pisać!
W tym momencie rozległo się mocne pukanie do drzwi wraz z dźwiękiem naciskanego ustawicznie dzwonka.
— Policja! Otwierać! — Dosłyszałem przytłumiony męski głos.
Świetnie! — Zgrzytnąłem zębami — Tylko tego mi brakowało! Policji! Czego mogą chcieć!?
Chcąc nie chcąc, poczłapałem do drzwi i niechętnie je otworzyłem. Na progu stało dwóch policjantów granatowych mundurach.
— Tak? — Spojrzałem na nich pytająco.
— Pan Henry Grim? — Zapytał jeden z nich.
— Tak. W czym mogę pomóc?
— Możemy prosić o jakiś dokument potwierdzający pańską tożsamość? Chcielibyśmy też wejść do mieszkania.
— Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu — dodał drugi, który do tej pory stał
w milczeniu.
Tamten spojrzał na niego niechętnie, jakby to zdanie było całkowicie zbędne.
— Tak, oczywiście. — Zgodziłem się. — Proszę. — Odsunąłem się bok, wpuszczając do środka stróżów prawa.
W milczeniu przeszliśmy przez ciemny korytarz.
— Mogę wiedzieć o co konkretnie chodzi? — Zapytałem podając im swój dowód osobisty.
— Mieliśmy zgłoszenie.
— Dotyczące?
Spojrzał na mnie z dezaprobatą.
— Chyba mam prawo wiedzieć, prawda? — Zaczynałem tracić cierpliwość i uprzejmy ton.
— Dotyczące podszywania się pod inną osobę — odpowiedział z lekką irytacją.
Rozbawił mnie. Uśmiechnąłem się, bo było to po prostu niedorzeczne.
— Że niby ja się podszywam?
Policjant wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział.
— Nie twierdzimy, że to prawda, — odezwał się ten sympatyczniejszy. — Ale skoro mieliśmy zgłoszenie, to musimy je sprawdzić. Sam pan rozumie.
Kiwnąłem głową.
— Rozumiem. Taka praca. No, ale jak panowie widzą, ja to ja. Pod nikogo się nie podszywam.
— To się jeszcze okaże — mruknął nieuprzejmy.
— Jak chce pan się na mojej sprawie dochrapać awansu, to nie liczyłbym na sukces.
— Długo pan tu mieszka? — Całkowicie zignorował to co powiedziałem.
— Niespełna pięć miesięcy.
— I jak?
— Co jak?
— Jak się mieszka?
— Do czasu waszej wizyty, nie mogłem w zasadzie narzekać — stwierdziłem kąśliwie,
Tym razem to on się uśmiechnął.
— Proszę się przyzwyczaić. — Wręczył mi z powrotem dokumenty. — Niewykluczone, że będziemy się widywać częściej.
— Pod warunkiem posiadania przez was nakazu. W innym wypadku proszę nie liczyć, że choćby uchylę drzwi.
— Hm, miłego dnia — mruknął i obaj wyszli.

— — —

Zaraz po opuszczeniu przez przedstawicieli prawa mieszkania, zasiadłem do maszyny. Ku swojemu zdziwieniu, słowa same napływały mi do głowy, jakbym posiadł jakieś magiczne połączenie z wielkim zasobem różnych pomysłów. Zdania spływały mi z głowy prosto na palce, by ukazać się na czystej kartce papieru, mocno wyciśniętymi znakami. Jeszcze nigdy w życiu pisanie, nie szło mi tak świetnie. Zatraciłem się. Kompletnie zapomniałem o świecie, o sobie, o mijającym czasie. Wciąż pisałem
i pisałem. Nie czułem nawet głodu, ani pragnienia.
Dopiero wieczorem, kiedy noc zajrzała w okna, ocknąłem się na chwilę, ale natłok myśl, które pchały się do mojej głowy niczym tłum niecierpliwych piechurów, nie pozwalały mi odpocząć. Nie miałem pojęcia ile ten stan może potrwać. Może coś takiego zdarza się tylko raz w życiu? A skoro tak, to chciałem tąę swoją szansę wykorzystać w pełni. Palce znów zaczęły stukać w klawisze maszyny.
O szóstej nad ranem, blady świt zarysował się kilkoma kreskami na niebie. Z okna, przy którym stało biurko, ponad dachami starych kamienic, widziałem podłużny skrawek nieba. Pisałem nadal. To dziwne, ale nie czułem żadnego zmęczenia. Byłem jak maszyna, która nie potrzebuje żadnego odpoczynku. Stos zapisanych kartek rósł
w oczach. Historia powieści rozwijała się wspaniale, wręcz genialnie. Nagłe zwroty akcji, zdumiewające relacje pomiędzy bohaterami, ich tajemnice – niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że ja sam przenigdy nie wpadłbym na takie, czy inne poprowadzenie wątków tej historii. Jednak, nikt mi przecież nie pomagał. Nie zwariowałem. Nie słyszałem żadnych tajemniczych głosów w swojej głowie, które dyktowałyby mi co słowo po słowie. Pisałem sam z siebie, a słowa… one wciąż i wciąż napływały i napływały. Tak jakby moje wnętrze tworzyło je same z siebie i wysyłało prosto do rozgorączkowanego umysłu.
Pisząc, kilkukrotnie słyszałem pukanie do drzwi. Raz ktoś walił pięścią. Nie odpowiedziałem, nie otworzyłem. Pisałem, z coraz większym zapałem i fascynacją. Historia, którą przelewałem na kartki zaczęła wciągać mnie samego. Mimo iż byłem tylko jej twórcą, w pewnym momencie, poczułem się także i jej uczestnikiem. Obracałem się w tamtym towarzystwie, przyglądałem tym ludziom, smakowałem potrawy i cieszyłem się z porażek tych złych.
W końcu, po trzech dniach ustawicznego pisania, – a może trzech tygodniach? – Nie potrafiłem tego dokładnie określić, skończyłem. Ręce zamarły na klawiszach, a mój wzrok utkwił w ostatnie linijce:
Kiedy znaleziono jego zwłoki, wiedział już, że przegrał.
— Dziwne, — mruknąłem sam do siebie. — Dlaczego to napisałem? Przecież...
Głośny łoskotot dobiegł od strony drzwi. Ktoś próbował się włamywać. Chciałem wstać, ale moje ciało nie poruszyło się.
— Uwaga! — Krzyknął ktoś z głębi korytarza.
— Boże, co za smród. Proszę nie wchodzić. Damy sobie radę.
Kroki zbliżały się powioli, ostrożnie, by w końcu zatrzymać się w miejscu. Ktoś był w pokoju, a ja nie mogłem go zobaczyć. Chciałem odwrócić głowę, ale nie byłem
w stanie jej poruszyć. Nie rozumiałem dlaczego.
— To on? — Głos był zdecydowanie bliższy.
— Tak. — Potwierdził drugi, który, takie odniosłem wrażenie, był mi chyba znany.
— Dzwoń po ekipę. Muszą go zabrać. — Bezkształtna, rozmazana twarz, przesunęła się przed moimi nieruchomymi oczyma. — Jezu, żrą go już robaki. — Twarz znikła.
— Cholera, ten gość wygląda jak cholerny brat bliźniak, tego z piwnicy.
Chwila cisza. Czułem na sobie ich wzrok. Znowu ktoś zaglądnął w moją twarz
— Faktycznie. Masz rację.
Przypomniałem sobie dziwne słowa mojego sobowtóra: Ukradłeś mnie! Chyba zaczynałem rozumieć, o co mu chodziło.
Posłyszałem szelest kartek.
— Podwójny Wędrowiec. — Przeczytał ktoś. — Autor, Henry Grim.
— Hmm, ciekawy tytuł — odezwał się drugi z mężczyzn. — I ciekawie się zaczyna: Po raz pierwszy spotkałem samego siebie w małej kawiarence — przeczytał.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -