Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Hill Valley Inn

Adrian Mucha

Hill Valley Inn - wypalony na kawałku dębu napis zdobił przydrożną knajpę. Okolica była malownicza, budynek leżał u podnóża jednej z tutejszych gór i był ostatnim zabudowaniem, które można było znaleźć w promieniu kilkuset mil. Gzymsowy parking jak zwykle o tej porze świecił pustką. John wyszedł przed bar i usiadł na swoim bujanym fotelu, który jak opowiadał mu jego dziadek, został stworzony z najstarszego dębu w tym lesie. Szczerze powiedziawszy John w to nie wierzył, ale fotel był solidny i po prostu go lubił. Odpalił fajkę i rozpoczął kolejny dzień pracy.

Było południe, gdy ze sporą prędkością na zatoczkę parkingową wjechał czarny chervolet monte carlo ss 79’. John podniósł kapelusz i z zainteresowaniem spojrzał w stronę tego niebywałego auta.

- Doc, co myślisz? Wysiadamy?
- Idioto, nie mamy już praktycznie paliwa, a w promieniu 200 mil nie ma tutaj żadnej stacji. Ponadto, żreć mi się chce niesamowicie, więc tak: wysiadamy, idź zatankować. – Powiedział mężczyzna o kruczoczarnych włosach.

Drzwi auta otworzyły się. Ze środka wyszło dwóch mężczyzn - obaj odziani w długie skórzane płaszcze o bardzo ciemnym kolorze. Reszta ich ubrań w ocenie Johna pochodziła z jakiegoś sklepu militarnego. Bojówki, taktyczne koszule i parszywe mordy.

- Hej dziadku ! – krzyknął łysy dryblas. - Nalej nam tutaj do pełna i bez obijania! John uśmiechnął się, wstał i wszedł do środka.

- Widziałeś? Widziałeś to Doc?! Zignorował mnie, mnie! Jakiś parszywy wieśniak! Nie, nie tak nie może być, ja oczekuję szacunku! – zaczął wykrzykiwać i histerycznie gestykulować łysy.
- Zamknij mordę Ty psychopato – syknął przez zęby Doc. Nie widzisz kretynie, że już idzie z powrotem?

John założył swój ulubiony fartuch do obsługiwania dystrybutora z paliwem. Był z niego bardzo dumny, ponieważ robiony był na zamówienie u jego ciotki Sue. Napis na nim brzmiał „Przecież leje !”

Podszedł do samochodu i rozpoczął napełnianie zbiornika na paliwo. Klienci stali jak wryci, patrząc się na napis na fartuchu i niebywale radosną twarz gospodarza.
- Chodź Steve – burknął Doc. Postawię Ci obiad.

Oglądając się jeszcze kilkukrotnie za siebie odeszli od samochodu. John pomachał im w geście przyjaźni.
W środku było przyjemnie. Drewniane wykończenia wnętrza jak i całe umeblowanie utrzymane w stylu górskiej chatki wywoływały poczucie bezpieczeństwa i ciepła. Przyjaznej atmosfery dodawał również mały kominek, który umiejscowiony był obok potężnej lady barowej. W pomieszczeniu nikogo nie było. Mężczyźni podeszli do lady i spoczęli na wysokich krzesłach barowych.

- No i co, mamy tutaj tak siedzieć? Aż staruch przyjdzie? – powiedział z przekąsem Steve.
- Ekhm – chrząkneła osoba stojąca za barem. Co podać ?

Obaj patrzyli na nią w osłupieniu. Wyglądała na jakieś 25 lat - miedziany warkocz spinała czerwona wstążeczka, starannie związana przypominała różę. Głębia jej zielonych oczu przyprawiała o dreszcze. We dwóch byli zgodni, była piękna.
- Co dla was chłopcy – powtórzyła miedzianowłosa mlaskając głośno z niekrytym znudzeniem na twarzy. - Po piwku dać?
- Po..popoprosimy, tak tak, dwa piwka poprosimy. - Wydusił w końcu z siebie Steve. Był porażony jej pięknem. Nie mógł oderwać od niej oczu.
- Zachowuj się pajacu! – chrząknął Doc i kopnął swojego kompana mocno w kostkę. Steve jęknął i z niekrytym niezadowoleniem spojrzał na przyjaciela.
- Zrób tak jeszcze raz, a zobaczysz – syknął przez zęby.
- Co zobaczę? Ha ! Myślał by kto. Siedź cicho i zawrzyj ryj.
Z miną zbitego psa Steve uległ. Skupił się na stojącej przed nim butelce. Raz po raz spoglądał na niewiastę za barem, wzdychając przy tym do swoim myśli.

Rozmowa z Julie, bo tak nazywała się barmanka, była jeszcze lepsza, niż patrzenie się na jej kobiece walory. Okazała się bardzo błyskotliwą i zabawną osobą. Doc był pod wrażeniem zasobu jej słownika oraz wiedzy jaką posiadała w dziedzinie sztuki i literatury. Była istną kopalnią wiedzy, a wyglądała tak młodo. Doc czuł się świetnie, zapomniał już o tym, że jest zbiegiem i ucieka właśnie ze swoim mało rozgarniętym wspólnikiem przed FBI. Zapomniał, że grozi mu kara śmierci za zabicie 43 kobiet. Wszystko odchodziło, myśli stawały się co raz łagodniejsze, a plany na przyszłość jakby mniej brutalne. Zamarzył o prostym życiu, u boku kogoś takiego jak Julie, chciał tego. Myślał o tym.

Zgodzili się ze sobą. Doc i Steve zamówili pokój na noc - pierwszy raz nie kłócili się w tej kwestii. Uśmiechnęli się do siebie i poklepali po plecach w przyjaznym geście. Poczuli się jak w domu. Ciepło klimatu Hill Valley Inn całkowicie wymyło ich umysły. Było im dobrze, pierwszy raz w życiu było im naprawdę dobrze.

Uśmiechy nie schodziły im z twarzy. Nawet, gdy piękna Julie wiązała obydwu do metalowych stołów. Nie krzyczeli, nie płakali. Dziękowali jej, gdy tasakiem pozbawiła ich kończyn, a w rezultacie życia. Z wyrazem zadowolenia odchodzili z tego świata. Wszystko trwało bardzo długo.

– Duzi chłopcy – pomyślała Julie, cmoktając ustami i oblizując swoje kły. To już trzeci raz w tym tygodniu, młode będą miały co jeść cały sezon. Z uśmiechem wyszła z kuchni.
- I jak maleńka? – Rzucił zadziornie John. - Dałaś sobie radę?
- Spokojnie, nie zapominaj, że mimo wszystko jestem starsza od Ciebie Johnathanie D. Crowley. Musisz się jeszcze dużo nauczyć.
Pogroziła palcem i ponownie zniknęła w kuchni.

John jak zwykle wyszedł przed bar. Siadł na swoim dębowym fotelu bujanym i odpalił fajkę.
Kolejny ciężki dzień, uszczęśliwiania ludzi, jakie to ciężkie – powiedział sam do siebie opuszczając kapelusz na czoło.

-----------------------------------------------

Czerwony mustang mknął przez drogę. Zza zakrętu zaczął wyłaniać się budynek.

- Hej Eric, co to za opuszczony budynek przy wjeździe do doliny?
- To ruina po Hill Valley Inn, powiadają, że to złe i nawiedzone miejsce. Wiesz, taka głupkowata miejska historyjka tutejszych.

Mustang pojechał dalej.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -