Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wycieczka, cz.1

Adrian Mucha

- Jenny, uspokój dzieciaki! – wrzasnął Peter, z trudem unikając rzuconego w jego kierunku ciapa. Mike, młody człowieku, mogłem przez Ciebie spowodować wypadek, nie można rzucać w tatusia obuwiem. Nie ,Mike! W mamusię też nie można, ahhhh, Jenny! - Dobrze już dobrze, Mike! Spokój! masz tutaj swoją konsolę, pograj sobie w jakąś grę – powiedziała Jenny, wręczając synowi pudełko z jego ulubioną przenośną konsolą.
- Nareszcie, gówniarz się zamknął – odetchnęła z ulgą Marissa.
- Wysławiaj się, młoda damo! – zareagował na jej słowa Peter.- To Twój brat i traktuj go należycie.
Mari w odpowiedzi jedynie burknęła coś pod nosem i z grymasem na twarzy odwróciła się w stronę szyby.
Peter uwielbiał te rodzinne wypady za miasto. Mógł odpocząć od stresu związanego z jego pracą, zrelaksować się i naładować baterie. Uważał też, że im więcej czasu będzie spędzać z rodziną, tym bardziej zżyją się ze sobą, szczególnie, że przez ostatnie lata nie poświęcał im zbyt dużo uwagi. Wizja tego tygodnia przedstawiała się w jego głowie bardzo pozytywnie. Z błogiego zamyślenia wyrwał go błysk, który kątem oka zauważył gdzieś na poboczu.
- Widziałaś to, Jenn? – rzucił w stronę małżonki, nie odrywając wzroku od miejsca, w którym dojrzał blask
- Nie – odpowiedziała ze znudzeniem Jenny, nie wyglądając zza czytanego przez siebie magazynu Glamour. - Nic nie widziałam.
Peter spojrzał zachowawczo w lusterko wsteczne, nic nie zauważył. - To pewnie nic ciekawego – pomyślał. Myśli brutalnie przerwał trzask wybijanych szyb i zgrzyt pękającego metalu, które wywołały szok. Peter stracił przytomność.

* * * *

Wizja powracała powoli, oczy po kilku minutach złapały ostrość, w uszach nadal piszczało. Peter rozejrzał się dookoła. Auto leżało na dachu, zgięte w pół, podwozie było całkowicie rozerwane, przypominało otworzoną puszkę. Peter leżał obok auta.
Rzeczywistość dotarła do jego umysłu, zdał sobie sprawę, co tak naprawdę się stało. Zerwał się błyskawicznie i zajrzał do samochodu. Był pusty. Odetchnął z ulgą i obszedł dookoła pojazd. Nie było tutaj nikogo oprócz niego. Stał na środku drogi, nerwowo spoglądając we wszystkie strony. Próbował zrozumieć, przypomnieć sobie cokolwiek, ale jego umysł był pusty. Pamiętał tylko, że jeszcze przed chwilą jechał.
- Gdzie są dzieci, gdzie jest Jenn, co się, do cholery, stało… - drżącym głosem powiedział sam do siebie, po czym zaczął ronić łzy.
Zamyślenie przerwał dźwięk jadącego samochodu, spory pick-up zatrzymał się z piskiem opon. Peter zaczął machać rękoma, nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Wyglądał jak rozbitek na bezludnej wyspie, który błaga o ratunek. Z zielonego auta wysiadł mężczyzna, odziany w militarny rynsztunek. Peter zauważył, że mężczyzna trzyma strzelbę.
- Nie strzelaj, pomóż mi! Miałem wypadek, moja żona i dzieci, nie wiem gdzie są, pomóż mi proszę, wezwij karetkę, policję, cokolwiek! Błagam! – drżącym głosem wykrzyczał Peter.
Mężczyzna rozejrzał się dookoła, popatrzył na linię drzew i podszedł do Petera.
- Chodź – powiedział oschle. – Nie możemy tutaj zostać. Po czym położył rękę na jego barku i zaczął prowadzić do auta.
- Ale moja żona! Dzieci! Dzwoń na 112! – krzyknął, próbując się wyrwać z uścisku Peter.
- Pewnie już nie żyją, jeśli Ty chcesz żyć, to się zamknij i chodź. – powiedział stanowczo nieznajomy.
- Ale, ale..
- Wsiadaj!
Samochód ruszył dynamicznie, teraz Peter mógł przyjrzeć się dokładnie nieznajomemu. Miał kruczoczarne włosy sięgające do ramion. Ostre rysy twarzy i kilkudniowy zarost sprawiały, że nie wyglądał zbyt przyjaźnie. Był dobrze zbudowany. Wyglądał jak myśliwy.
- Jestem Drake – rzekł mężczyzna po kilkuminutowej ciszy.
- Miło mi, jestem Peter – odpowiedział, nadal jeszcze w szoku.- Co się stało, dlaczego odjechaliśmy? Musimy wrócić tam i szukać moich bliskich, pomóż mi albo chociaż wyrzuć mnie na najbliższej stacji paliwowej, to wezwę pomoc!
- Słuchaj, Peter. Nie wiem dlaczego się tutaj znalazłeś, ale masz sporego pecha. Trafiłeś w sam środek sezonu, i to na dodatek na terytorium łowieckim. Dziwię się, że Ciebie zostawiły, ale z Twojej rodziny już raczej nie zostało nic. Przykro mi, ale na tę chwilę najlepsze, co możemy zrobić, to oddalić się poza ich terytorium. Podrzucę Cię do stacji paliw Marve’a i stamtąd spieprzaj jak najdalej, albo wracaj do domu.
Peter próbował zrozumieć, o co może chodzić nowo poznanemu mężczyźnie. Grymas na jego twarzy symbolizował totalny brak zrozumienia dla tezy Drake’a.
- O czym Ty, do cholery, mówisz, człowieku? – powiedział z przekąsem. - Miałem wypadek samochodowy, moja rodzina tuła się gdzieś po lesie, albo ktoś ich zabrał z miejsca wypadku, a Ty mi tu mówisz o jakimś sezonie na polowanie? Mam gdzieś Twoje sarny czy dziki Ty… Ty... – Peter nie dokończył, Drake spojrzał na niego w taki sposób, że gdyby wzrok mógł zabijać, to Peter najprawdopodobniej już byłby martwy, kilka razy.
- Posłuchaj, zasrańcu … - rozpoczął powoli Drake.- Trafiłeś w sam środek terenu łowieckiego lykanów, wilkołaków, zmiennokształtnych, wielkich wilków czy jak tak sobie ta wasza popkultura teraz ich nazywa, i czy Ci się do podoba, czy nie, jeśli chcesz żyć, to zamknij mordę i rób co Ci każę. Chyba że chcesz wysiąść i być dobrym obiadem dla jakiegoś owłosionego suczego syna. Bardzo proszę, chciałem być miły, ale najwyraźniej Ty wiesz lepiej– skończył, po czym sięgnął po piersiówkę, z której pociągnął sporego łyka. Chcesz? – podał ją Peterowi.
Peter przyssał się do gwintu jak niemowlę. Odkaszlnął, i przez chwilę zawiesił się, próbując przetrawić to, co właśnie powiedział mu Drake.
- Wilkołaki mówisz? Czy z Tobą aby na pewno wszystko jest w porządku? Serio? Może jeszcze coś ciekawego masz do powiedzenia – burknął, spoglądając w szybę.
- A myślisz, że co się stało z Twoim autem? Na prostej drodze nagle wyrosło drzewo, które uderzyło Cię w bok? - Peter pomyślał chwilę, ale nie mógł znaleźć żadnego logicznego wytłumaczenia. Wzruszył ramionami i zamyślił się, patrząc na linię drzew. Coś błysnęło.
- O, znowu to samo – powiedział sam do siebie.
- Co, co się stało? – syknął Drake.
- Spokojnie, znowu coś błysnęło wśród drzew, widziałem to dosłownie przed... wypadkiem...
- Cholera, musiał wrócić po Ciebie – powiedział przez zęby Drake
- Co? Kto?! – wykrzyknął Peter
- Zaraz się przekonasz – mówiąc to, Drake odbezpieczył strzelbę, która wisiała na haczykach przytwierdzonych do tapicerki drzwi.
Coś uderzyło w dach pickupa. Drake bez zastanowienia podniósł strzelbę i strzelił w podsufitkę. Odgłos strzału, ogłuszył Petera który próbując zakryć uszy osunął się z fotela pasażera, kuląc się niczym zbity pies. Intruz najwyraźniej dał spokój. Drake przeładował.
- Boże, co się dzieje, o co tutaj chodzi, gdzie ja jestem, co z moją rodziną, czego oni ode mnie chcą, Boże... - Peter jak mantrę z szaleństwem w oczach powtarzał cały czas te same pytania. Bujając się przy tym w siedzeniu z rękoma wciąż zatykającymi uszy.
- Jest dobrze, na razie mamy spokój. Będzie dobrze, zobaczysz. Umiesz się tym posługiwać?
Drake wyjął pistolet z kabury i wręczył go Peterowi.
- Tutaj się odbezpiecza, celujesz i pociągasz za spust, tylko delikatnie, musisz go musnąć, nie ściskać.
Peter popatrzył na swojego kompana i wziął do rąk broń. Pierwszy raz w życiu miał broń palną w rękach, patrzył na nią jak zahipnotyzowany.
- Spokojnie, wyjdziemy z tego, grunt to jak najszybciej wydostać się z ich terytorium, dalej nie powinny się zapuszczać.
Drake przyspieszył, samochód pędził jak szalony.
Przez następne kilometry nie rozmawiali. Peter patrzył się nerwowo przez szybę, wypatrując kolejnych błysków, Drake natomiast skupiał się na jeździe. Po około godzinie wyjechali z leśnego krajobrazu. Drake zjechał na pobocze i zatrzymał samochód.
- No, nie jest najgorzej. Jakieś młode bydle za nami leciało, dlatego wskoczył na dach. Czyli wychodzi na to, że to nie ten sam, który rozpieprzył Twój samochód, tamten był dorosły. – Ocenił Drake, spoglądając na dach samochodu.
- Skąd w ogóle to wiesz? – Powiedział Peter z niedowierzaniem, wysiadając z samochodu.
Zmienił ton głosu, gdy zobaczył ślady krwi na dachu. Śmierdziała okropnie i wyglądała jak błoto.
- To jest krew? – rzekł drżącym głosem.
- Ta, śmierdzi tak samo, jak ich gówno – parsknął śmiechem Drake. – Nie ma co, trzeba ruszać dalej, słuchaj, Peter. Przykro mi z powodu Twojej rodziny, obiecuję Ci, że postaram się udupić tego futrzaka, który Ci to zrobił.
Peter wyraźnie posmutniał, łza kręciła mu się w oku. W tym momencie czuł już tylko ból i nienawiść.
- Słuchaj, zabierz mnie ze sobą. Chcę znaleźć tych sukinsynów i pozabijać! – wykrzyczał przez łzy Peter.
To wrak – pomyślał Drake. Tacy nadają się najlepiej, nie masz nic do stracenia, jesteś w stanie wyjść poza limity własnego ciała – przytaknął własnym myślom.
- Dobra, zabiorę Cię do naszej bazy wypadowej. Ale nie płacz już, bo zachowujesz się jak baba. Tutaj nie ma miejsca na czułości. – wskazał palcem w stronę Petera.
- Zrobię wszystko! – powiedział przez zęby Peter.
Jego oczy płonęły gniewem. Drake uśmiechnął się.
Baza wypadowa, jak nazwał ją Drake, w rzeczywistości była małą stacją paliw ze sporym domem i warsztatem samochodowym. Wjeżdżając na posesję, Drake zatrąbił trzy razy. Wielkie warsztatowe rolety powoli i z łoskotem zaczęły się podnosić, ze środka wyszło trzech uzbrojonych mężczyzn.
- Poczekaj chwilę – powiedział Drake, kładąc dłoń na barku Petera. Muszę im powiedzieć, kim jesteś. Peter skinął głową. Drake wyszedł z samochodu. Rozmawiał z nimi dość długo, mocno gestykulując i podnosząc głos. Po wszystkim spojrzał w stronę samochodu i machnął ręką. Peter wysiadł i niepewnym krokiem podszedł do grupki mężczyzn. Nie wyglądali zbyt przyjaźnie, byli uzbrojeni po zęby.
- Witaj, jestem John Parker – powiedział brodaty mężczyzna, wyciągając dłoń w powitalnym geście.
Peter uścisnął jego dłoń, uśmiechając się demonicznie, jego oczy błysnęły szkarłatem.
– Coś Ty narobił, Dra.. - próbował wrzasnąć John. Jednak oddzielona od szyi głowa skutecznie mu to uniemożliwiła. Dwóch kolejnych nie zdążyło nawet podnieść broni, Peter w pierwszej kolejności pozbawił ich rąk. Zamarli w szoku, patrząc się na swoje kończyny leżące na ziemi. By nie trwało to zbyt długo, po chwili wyrwał im również serca. Osunęli się bezwładnie w kałuże własnej krwi.
Peter, oblizując dłoń, zmaterializował się przed Drake’iem, który stał jak wryty, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.
- Dobra, zasrańcu – rozpoczął powoli. Powiedz mi teraz grzecznie, gdzie jest gniazdo tych śmierdzących lykanów i to z dokładnością co do metra. Najchętniej jakieś koordynaty GPS bym poprosił. – uśmiechnął się złowieszczo, zbliżając swoją twarz do twarzy Drake’a.
Łowca milczał. Peter westchnął i pozbawił go dłoni, szybko i brutalnie. Drake zawył z bólu i padł na kolana, kurczowo trzymając zranioną kończynę.
- No i jak będzie, mój drogi? Podasz mi pomocną dłoń? – parsknął śmiechem Peter. – Czy będziesz bronić tych śmierdzieli, na których sam polujesz? – rzekł, po czym podrapał się wyrwaną dłonią po głowie.
- +31° 34' 24.00", -110° 32' 57.00" – wybełkotał przez zaciśnięte zęby Drake. Ból był nie do zniesienia, czuł, że traci przytomność.
- Och, mój drogi, nie odpływaj, mamy jeszcze tyle do zrobienia. Sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. - powiedział spokojnie Peter, spoglądając na dom za stacją paliw. Odwrócił się i spojrzał głęboko w oczy łowcy, uśmiechnął się szeroko, odsłaniając pasmo ostrych jak sztylety zębów.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -