Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Hard Core

Bartosz Ryszowski

Wiktoria od dłuższego czasu przyglądała się mężczyźnie siedzącemu samotnie przy stoliku. Wyglądał obiecująco. Średniego wzrostu, krótko ostrzyżony, chudy, słabeuszowaty okularnik. Przemknęło jej przez myśl, że gdyby zmienił okulary na szkła kontaktowe i zadbał o kondycję fizyczną, mógłby być nawet przystojny. Rzecz jasna, powyższe cechy nie mogły wzbudzić zainteresowania Wiktorii. Dokonały tego pewne szczegóły w jego wyglądzie. Zadbane i bez wątpienia kosztowne skórzane półbuty, elegancki zegarek, drogie oprawki okularów, nienagannie wyprasowane spodnie, ciemna, dobrze skrojona marynarka – krótko mówiąc, facet nie sprawiał wrażenia ubogiego, ale też nie szpanował natrętnie bogactwem. Przez ostatnią godzinę wypalił pięć rothmans’ów i sączył już drugie piwo. Nie okazywał zniecierpliwienia, nawet nie zerkał na zegarek, więc chyba na nikogo nie czekał. Wiktoria uznała, że najwyższa pora wkroczyć do akcji.
Rodryk przypalił właśnie szóstego papierosa. Cierpliwie czekał. Doskonale wiedział, że wcześniej czy później i tak się doczeka. Jeśli nie teraz, to za godzinę. Albo za dwie lub trzy. Udawał, że w ogóle nie zwraca uwagi na kogokolwiek w pubie i koncentruje się w zadumie na papierosach i piwie. Jednak w rzeczywistości kątem oka starał się wypatrzyć kogoś, kto sprawi, że nie będzie musiał dłużej tutaj siedzieć. Długonoga, rudowłosa dziewczyna przy barze byłaby idealna. Dokładnie w takim typie, jakiego dzisiaj szukał.
Gdy dziewczyna zapłaciła za wypitą colę i zeskoczyła z barowego krzesła, mimowolnie wstrzymał oddech. Wychodzi z pubu? A może jednak...?
Powstrzymał cisnący się na usta uśmiech satysfakcji, kiedy zatrzymała się przy jego stoliku.
- Czy to miejsce jest wolne? – miała nieprzyjemny, piskliwy głos.
Rodryk udał, że dopiero teraz ją zauważył.
- Wygląda na to, że tak – odpowiedział, starając się wyglądać na wyrwanego z zamyślenia i mile zaskoczonego.
- Mogę się na chwilę przysiąść?
- Oczywiście – natychmiast zerwał się na równe nogi i niezdarnie odsunął dla niej krzesło. Pilnując się, aby nadal być nieco niezgrabnym zaproponował jej drinka. Gdy odmówiła, poczęstował ją papierosem. Miał nadzieję, że słusznie wybrał rolę zauroczonego niezguły. Gdyby ten wybór był chybiony, wszystko trafiłby szlag. Nie mógł pierwszy wyjść z propozycją, liczył na to, że skoro ona wykazała inicjatywę podchodząc do niego, to i teraz nie skończy się tylko na papierosie i krótkiej rozmowie o niczym.
Nie zawiódł się. Dziewczyna była bezpośrednia – niemal od razu zapytała, czy na kogoś nie czeka. Dowiedziawszy się, że Rodryk siedzi w pubie tylko dlatego, że nie ma co zrobić z wolnym czasem, ściszonym głosem przedstawiła mu swoją propozycję. Zgodził się bez namysłu. Pośpiesznie uregulował rachunek i opuścili lokal.
Zaprowadził ją do srebrnego audi.
- Ile wypiłeś? – zapytała Wiktoria.
- Boisz się jechać z pijanym? – Uśmiechnął się. – Nie ma sprawy. – Podał jej kluczyki.
- Do ciebie, czy do mnie? – zapytała, zajmując miejsce za kierownicą.
- Do mnie. Mam domek na przedmieściach, powiem jak masz jechać. – Rodryk wgramolił się na miejsce pasażera.
Po tym, jak dojechali na miejsce i wypili po lampce wina w nastrojowo oświetlonym salonie, przekonał się, że o Wiktorii można z pełnym przekonaniem mówić „profesjonalistka”.

Po ponad godzinie łóżkowej gimnastyki dziewczyna poszła do łazienki wziąć prysznic. Później, gdy już uregulowali kwestie natury finansowej, Rodryk wezwał dla niej taksówkę. Samochód przyjechał po pięciu minutach, podczas których umówili się, że dziewczyna odwiedzi go następnego wieczoru.
Upewniwszy się, że taksówka odjechała spod jego bramy, znajdujący się wciąż w przedpokoju Rodryk w zamyśleniu zapalił papierosa. O tak, ta robota miała swoje dobre strony. O tych złych wolał w tej chwili nie myśleć, był w zbyt dobrym nastroju.
Spojrzał na duże lustro o bogato zdobionej ramie. Jak zawsze, gdy na nie patrzył, poczuł lodowate ciarki przebiegające po kręgosłupie. Kiedy kogoś przyjmował, na przykład jakąś dziewczynę, lustro odbijało wnętrze pomieszczenia i znajdujących się w nim ludzi dokładnie tak, jak powinno. Dopiero kiedy Rodryk był w domu sam, zaczynało przekłamywać perspektywę, wyczyniać sztuczki z odbijanym światłem i nie pokazywało odbicia samego Rodryka, zupełnie jakby był niewidzialny. Jednak te zjawiska nie były wszystkimi przyczynami niepokoju.
Przede wszystkim chodziło o to, iż lustro nie służyło temu, aby Rodryk mógł się w nim przeglądać. To lustro oglądało jego.
Nawet teraz Rodryk nie widział w zwierciadle własnego odbicia, jedynie ponure, nieoświetlone wnętrze przedpokoju. Rzecz jasna, w prawdziwym przedpokoju świeciły dwie zamontowane w plafonie pięćdziesięciowatowe żarówki.
Zaciągnął się głęboko papierosowym dymem. Rozłożył dłonie i zrobił pytającą minę. Niemal od razu w lustrze pojawiło się jego odbicie, a po krótkiej chwili prawdziwe, jasne wnętrze pomieszczenia. Nieznacznie się odprężył. Stał w idealnym bezruchu, nie zważając na spadający na podłogę popiół z papierosa. Nie poruszył się nawet wtedy, gdy żar doszedł aż do filtra i zaczął parzyć palce.
Wreszcie jego odbicie trzykrotnie kiwnęło głową.

Nazajutrz wieczorem, po powtórnej sypialnianej sesji z Wiktorią, gdy dziewczyna zbierała się do wyjścia, Rodryk zaproponował jej wizytę u swojego przyjaciela. Zobowiązał się ją do niego zawieźć i zapewnił, że otrzyma kwotę o połowę wyższą od zwykłej stawki. Chciwość to bardzo ludzka cecha, do tego Rodryk wywarł na dziewczynie dobre wrażenie, więc założyła, iż jego przyjaciel również będzie dobrym klientem i bez wahania przystała na propozycję.
Nieco się zdziwiła, gdy Rodryk nie wyprowadził z podwójnego garażu audi, tylko szarego fiata cinquecento.
- Mój przyjaciel ma lekkiego hysia na punkcie samochodów – wyjaśnił wzruszając ramionami. – Nie znosi, gdy jeżdżę czymś lepszym niż on.
Nie był pewien, czy rozwiał jej wątpliwości, co nie zmieniało faktu, że dziewczyna bez ociągania zajęła miejsce pasażera.
Przejechali dziesięć kilometrów, zanim Rodryk zatrzymał fiata przed wysoką żelazną bramą. Przez kilkanaście sekund czekali nie wysiadając z samochodu. Wreszcie zdalnie sterowana brama zaczęła się powoli otwierać. Wjechali na otoczony murem teren posiadłości. W porównaniu z obszerną, położoną w głębi gigantycznego ogrodu willą przyjaciela, domek Rodryka wydawał się niewiele większy od psiej budy. Wiktorii wydało się nieco dziwne, iż ktoś bez wątpienia bardzo bogaty ma jakieś kompleksy na punkcie samochodów, ale przecież ekscentryczność jest przywilejem zamożnych, prawda?
Podczas gdy za nimi zamykała się brama, na wprost fiata otwierał się garaż. Rodryk bez wahania wjechał do środka, zatrzymał się obok białego forda kombi, a następnie zgasił światła i silnik. Stanowczym gestem powstrzymał dziewczynę przed opuszczeniem samochodu. Poczekał aż drzwi garażu ponownie opadły. Siedzieli w absolutnej ciemności przez kilka chwil, aż w końcu rozbłysnęły zamontowane wysoko na ścianach jarzeniówki. Dopiero wtedy wysiedli z auta. Rodryk poprowadził ją ku drzwiom łączącym garaż z domem.
- Zamierzasz się do nas przyłączyć? – obojętnie zapytała dziewczyna, gdy znaleźli się w krótkim korytarzu prowadzącym do hallu.
- Tylko cię przedstawię i znikam.
W hallu powitał ich wysoki, szpakowaty mężczyzna.
- Wiktorio, poznaj Benedykta – rzekł Rodryk. – No, chyba poradzicie sobie beze mnie?
- Zostań przynajmniej na jednego drinka – powiedział Benedykt. Rodryk zaczął nabierać powietrza, aby się jakoś wykręcić. – Nalegam.
Rodryk poczuł lekki ból za lewym okiem. – Dobrze, ale potem muszę lecieć. – Ból od razu zniknął. Cóż, Benedyktowi nie należało się nigdy sprzeciwiać.
Przeszli do salonu, gdzie gospodarz natychmiast podszedł do barku i w rekordowym tempie przygotował drinki. Przez jakiś kwadrans Rodryk przysłuchiwał się bezsensownej rozmowie o wystroju wnętrz, powoli sącząc zwartość swojej szklaneczki. Wiktoria radośnie szczebiotała, a Benedykt wyglądał na absolutnie oczarowanego dziewczyną. Gdzieś w tle Frank Sinatra śpiewał „My way”.
Niespodziewanie, prawie już puste szkło wysunęło z dłoni Wiktorii, z głuchym puknięciem upadło na gruby dywan i potoczyło się, znacząc swoją drogę cieniutką strużką rozlanego alkoholu. Bezwładna dziewczyna osunęła się z klubowego fotela.
- Nareszcie się zamknęła – westchnął z ulgą Benedykt. – Dlaczego gdy panienka jest ładna, to musi być albo głupia, albo wydawać ultradźwięki?
Rodryk tylko popatrzył na niego ponuro.
- Dopij drinka. W twoim nie ma usypiacza – mruknął gospodarz.
- Dzięki, ale daruję sobie. – Rodryk odstawił szklankę na blat niskiego stolika. – Do czego jestem ci potrzebny?
- Wiesz, dwieście lat temu za taką obcesowość wobec mistrza uczeń zostałby wybatożony.
- Nie jestem twoim uczniem.
- Jesteś za głupi, aby nim zostać. Na szczęście, twoje szczęście rzecz jasna, jesteś użyteczny.
Rodryk poczuł narastającą wściekłość. Miał olbrzymią ochotę powiedzieć temu ważniakowi, gdzie może sobie wsadzić tę użyteczność, ale zbyt dobrze pamiętał jaka jest kara za taką bezczelność. Szybko się opanował. – Jak mam być użyteczny dzisiaj? – zapytał z pozornym spokojem. Gospodarz nieśpiesznie dopił swego drinka, zanim się odezwał.
- Łap ją za nogi, ja wezmę za ramiona i do garażu. Chyba, że jeszcze chcesz się z nią zabawić, mogę zostawić cię na chwilę samego...
- Wierz mi, przytomna jest lepsza – warknął Rodryk i bez cienia delikatności schwycił nogi nieprzytomnej Wiktorii. Benedykt parsknął śmiechem i pochylił się nad dziewczyną. Szybko przenieśli ją do garażu. Skrępowali jej ręce i nogi, zakneblowali usta i ułożyli w bagażniku kombi. Gdy Rodryk zatrzasnął klapę, Benedykt wręczył mu bez słowa grubą kopertę z pieniędzmi.
- Powiedz mi – zapytał Rodryk – dlaczego musiałem zostać i pomóc ją przenieść? Dotąd jakoś radziłeś sobie sam...
- Nie sam. Dotąd nie byłeś moim jedynym asystentem. Ale on był jeszcze głupszy niż ty i już go nie ma.
Rodryk chciał zapytać, co takiego zrobił ów drugi asystent, ale w porę się powstrzymał. Przecież to bez znaczenia, był nieposłuszny, chciał się uniezależnić, czy zwyczajnie coś spieprzył – już go nie ma. Pytanie brzmiało: czy znajdzie się ktoś na jego miejsce? Bo jeśli nie i dodatkowe obowiązki spadną na Rodryka...
- Ty wyjeżdżasz pierwszy – stanowczy głos Benedykta wyrwał go z zamyślenia.
Bez zwłoki zajął miejsce za kierownicą fiata, gdy tylko otworzyły się drzwi oraz brama wyjechał na ulicę. Nieznacznie przekraczając prędkość oddalił się od posiadłości Benedykta. Nie wiedział, dokąd zamierza on zawieźć Wiktorię ani co jej tam zrobi. Wcale nie chciał wiedzieć. Dość, że jak dotąd każda dziewczyna po spotkaniu Benedykta znikała bez śladu.
Przez pół godziny kluczył po mieście. Upewniwszy się, że nikt za nim nie jedzie, skierował samochód na trasę wylotową. Przejechawszy szosą kilkadziesiąt kilometrów skręcił w boczną dróżkę, prowadzącą do warsztatu jego znajomego. Dojazd znał na pamięć, więc wyłączył światła. Dopiero kiedy zatrzymał auto przed zamkniętymi wrotami olbrzymiej stodoły, z tyłu fiata zajarzyła się czerwona łuna świateł stopu. Zgasił silnik i wysiadł z samochodu, zostawiając kluczyki w stacyjce. O brzasku chłopcy przyjdą do roboty, ściągną tablice rejestracyjne i wydobędą ze schowka podrobione dokumenty, a następnie pokroją autko na setki małych kawałków, przeznaczonych na sprzedaż za parę złotych na giełdzie. W zasadzie Benedykt twierdził, iż policja nigdy się nie zainteresuje ich działalnością, ale Rodryk wolał dmuchać na zimne i nie zostawiać za sobą wyraźnych śladów. Kto wie, może jakiś wścibski sąsiad akurat cierpiał na bezsenność i zapamiętał samochód i numery? Lepiej pożyczać za niewielką opłatą wóz z dziupli kolegi, niż ryzykować jazdę własnym.
Poszedł za stodołę, gdzie posłusznie czekało na niego audi. Wsiadł do środka, ale nie uruchomił od razu silnika. Nagle poczuł, jak zaczynają mu się trząść ręce. Z początku było to lekkie drżenie, jeszcze do opanowania, lecz stopniowo narastało. W końcu z całych sił schwycił kierownicę. Po kilku minutach atak minął. Niepewnie wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Zwykle nie palił w samochodzie, cała tapicerka śmierdziała potem jak po pożarze, ale tym razem nie zamierzał się przejmować. Przypalając papierosa zauważył, że płomień jednorazowej zapalniczki zaczyna nieznacznie drżeć. Głęboko zaciągnął się dymem. Parę miesięcy temu, kiedy dostał pierwszego ataku, myślał, że to kolejna sztuczka Benedykta. Teraz był przekonany, że Benedykt nie ma z tym nic wspólnego, a przynajmniej nie bezpośrednio. Po prostu, Rodrykowi puszczały nerwy. Zwykłe zmęczenie psychicznego materiału. W normalnej pracy wziąłby urlop lub poszedł na zwolnienie lekarskie, ale takie luksusy nie są dostępne dla tych, którzy pracowali dla wcielonego... No właśnie, kogo? Diabła? Sam Benedykt twierdził, że „po prostu zna Pradawną Wiedzę” – przy czym wymawiał to tak, że prawie dało się usłyszeć duże litery. Na prosty, rodrykowy rozum, czyniło to Benedykta kimś w rodzaju czarnoksiężnika. Do tego należało wziąć pod uwagę dwa detale: stary portret i przedwojenną fotografię. Siedemnastowieczny obraz wisiał w gabinecie Benedykta i przedstawiał jego własną podobiznę. Właściciel twierdził, że to jakiś antenat, założyciel rodu albo inna zaraza. Rodryk wiedział jedno – facet z obrazu mógł być bliźniakiem Benedykta. Z kolei na fotografię Rodryk trafił przypadkiem. W jakiejś biografii, którą czytał dla zabicia czasu, zamieszczono zdjęcia z wystawnego bankietu. Na pierwszym planie był oczywiście przedmiot zainteresowania biografa, lecz w stojącym za nim mężczyźnie można było bez trudu rozpoznać Benedykta. Oczywiście, Benedykta wyglądającego dokładnie tak, jak teraz, ani trochę młodszego, ani starszego. Zdjęcie zrobiono w 1926. To odkrycie Rodryk zachował dla siebie i wolał nie wyciągać zeń wniosków.
Zresztą, nieważne. Teraz tylko trzeba wrócić do domu, wziąć prysznic i upić się w czarnoziem. Jutro wyleczyć kaca i wszystko wróci do normy.
Problem w tym, że wciąż był zbytnio roztelepany, aby samemu prowadzić.
- Do domu – mruknął niewyraźnie i ułożył się wygodniej w fotelu. Nogi podwinął pod siedzenie, jedną rękę schował do kieszeni, a drugą wciąż miał zajętą papierosem.
Kluczyk w stacyjce sam się przekręcił, cichutko jęknął rozrusznik i niemal natychmiast rozległ się stłumiony pomruk silnika. Wskoczyła jedynka i samochód powoli ruszył. Dopiero, gdy audi wyjechało na szosę, zapłonęły ksenonowe reflektory – samochód wprawdzie nie potrzebował światła, jednak należało się liczyć z postronnymi obserwatorami. Pędzący w ciemności, nieoświetlony pojazd siłą rzeczy wzbudziłby ich zainteresowanie, nie wspominając o dzielnych funkcjonariuszach drogówki.
Audi grzecznie zawiozło go pod same drzwi wejściowe. Rodryk nie musiał martwić się wstawianiem go do garażu – auto świetnie poradziło sobie samo.
Wreszcie z powrotem, pomyślał. Poszedł prosto do łazienki, aby zrealizować swój plan na resztę wieczoru.

Minęły dwa spokojne tygodnie, zanim w lustrze pokazała się sylwetka zgrabnej, nagiej kobiety. Rodryk głośno zaklął, ale nawet nie próbował myśleć o zignorowaniu rozkazu Benedykta. Wciąż doskonale pamiętał, co działo się, gdy ostatnio podjął próbę oporu.
Wieczorem wyprowadził audi z garażu i wyruszył na poszukiwanie kolejnej dziewczyny. Wrócił sam po północy. Przechodząc przed lusterm nieznacznie odetchnął z ulgą. Ostatecznie, ktoś dostał co najmniej dwadzieścia cztery godziny odroczenia.
Nazajutrz przez cały dzień towarzyszył mu lekki ból głowy. Znowu nie znalazł żadnej dziewczyny odpowiadającej normom Benedykta. Szczerze mówiąc, nie szukał zbyt gorliwie. Następnego dnia uporczywa migrena nie pozwalała mu już normalnie funkcjonować. Dopiero po zmroku, gdy wyruszył na dalsze poszukiwania, zelżała na tyle, że mógł ją zignorować.
Rodryk domyślał się, że jeśli i tym razem wróci do domu sam, jutro rozsadzające czaszkę ciśnienie nie pozwoli mu nawet wstać z łóżka. O dziewiątej wieczorem przywiózł do domu rozsiewającą wokół siebie zapach eukaliptusowej gumy do żucia blondynkę.
Jak zwykle po łóżkowej sesji, umówił się na następny dzień i wezwał dla niej taksówkę. Wypalił papierosa i zaczekał na werdykt lustra. Jego odbicie już po kilkunastu sekundach zdecydowanie pokręciło głową. Poczuł bezgraniczną ulgę – udało mu się kupić najmarniej dobę. Jutro znowu prześpi się z aromatyczną blondynką i dopiero następnego dnia wyruszy na dalsze poszukiwania. Oczywiście ból głowy wcale go nie opuści, jednak będzie bardzo lekki. Niestety, tej gry nie dało się ciągnąć w nieskończoność.

Irina, mimo swego pochodzenia, mówiła bez choćby śladu wschodniego akcentu, miała gęste, sięgające ramion czarne włosy i była... Cóż, była po prostu piękna. Fantastyczna figura, delikatne, symetryczne rysy twarzy, zielone oczy i przyjemny głos – słowem, wcielona doskonałość za odpowiednią cenę. Inna sprawa, że kwota nie grała najmniejszej roli, płacił Benedykt.
Pierwsze miłe zaskoczenie spotkało Rodryka w chwilę po wejściu do domu, konkretnie w salonie. Pijąc drinka zaczął rozmawiać z dziewczyną. Ze zdumieniem odkrył, że chociaż ładna i wyposażona przez naturę w miły głos, wcale nie była głupia. W którymś zakamarku umysłu Rodryka zakiełkował żal, że nie wprowadził dziewczyny do domu przez okno. Nie przechodziłaby wtedy przed wścibskim lustrem.
Następna niespodzianka oczekiwała go w sypialni. Tak jak się spodziewał, seks z Iriną był cudowny, ale było coś jeszcze, coś, czego w pierwszej chwili nie potrafił nazwać. Dopiero później przyszło mu do głowy, że wszystkie poprzednie dziewczyny zwyczajnie pieprzył, a z Iriną się kochał. Oczywiście, równie dobrze mogło chodzić o jakieś zaburzenia hormonalne, spowodowane narastającym stresem. Tak przynajmniej podpowiadała ta wredna, cyniczna część jego umysłu.
Jednak najprzyjemniejsze nastąpiło później. Zamiast wziąć prysznic i wezwać taksówkę, dziewczyna przytuliła się do niego i usnęła. Czuł ciepły oddech na piersi i mógłby przysiąc, iż wyczuwa równe bicie jej serca. Dopiero teraz, śpiąca, z lekko rozchylonymi ustami wyglądała naprawdę zjawiskowo.
Stopniowo zachwyt ustąpił miejsca jadowitej wściekłości na największego matoła w tej części kraju, czyli siebie samego. Nie powinien przeprowadzać jej przed lustrem, nie powinien nawet ryzykować przywiezienia jej w audi – kto wie, czy auto, będące bądź co bądź wozem służbowym, dostarczonym przez Benedykta, nie jest z nim połączone jakąś więzią? W ogóle nie powinien korzystać z usług Iriny, trzeba było ją od razu spławić. A teraz co? Jakby nie wystarczyło, że już od dawna miał dość wynajdywania dziewczyn dla swego chlebodawcy, to w tej konkretnej chyba się zakochiwał, co samo w sobie było szczytem głupoty i naiwności. Do tego potwornie komplikowało i tak już chorą sytuację.
Zastanawiał się, czy nie dałoby się już nigdy więcej nie umówić z Iriną, a jutro poszukać innej ofiary. Przecież jeszcze nie otrzymał polecenia, aby ją przekazać Benedyktowi, więc w zasadzie wcale mu się nie przeciwstawiał, prawda?
Natychmiast otrzymał odpowiedź. Potężna eksplozja bólu omal nie rozsadziła mu czaszki. Z trudem powstrzymał narastający w krtani wrzask. Nagle oślepł. Nie był pewien, jak długo leżał sparaliżowany bólem. Po czasie, który wydawał się wiecznością, tortura zadawana jego czaszce wreszcie zelżała. Zaczął odzyskiwać wzrok. Gdy spowijająca go ciemność zmieniła się w delikatny półmrok, ostrożnie wyślizgnął się z objęć Iriny i zataczając się poczłapał do łazienki. Starannie zamknął za sobą drzwi, wymacał kontakt i włączył światło. Przez kilka sekund jaskrawy blask go oślepiał, wreszcie oczy się przyzwyczaiły i mógł zobaczyć swoje odbicie w lustrze.
To lustro nie miało dziwacznych właściwości swego większego brata w przedpokoju, było zwyczajną częścią ściennej apteczki, ale to, co Rodryk w nim ujrzał, i tak nie poprawiło mu humoru. Podbite, opuchnięte oczy i blada cera w ostatnich dniach stały się czymś normalnym, lecz płynąca z nozdrza strużka ciemnej krwi była nowością. Cholera, nigdy jeszcze nie łupnęło go aż tak potężnie! Co dalej, drobne wahanie przed wykonaniem polecenia i od razu wylew? Czy tak właśnie skończył drugi „asystent” Benedykta?
Otworzył kran z zimną wodą, dokładnie umył twarz, upewnił się, że krwotok ustał i na palcach wrócił do łóżka, chcąc do granic możliwości wykorzystać czas, jaki jeszcze mógł poświęcić Irinie.

Rano rozliczył się z Iriną, po czym umówili się, że dziewczyna ponownie go odwiedzi wieczorem. Irina nie przestawała zaskakiwać – na pożegnanie delikatnie pocałowała go w policzek. Patrzył za odjeżdżającą taksówką, dopóki nie znikła za zakrętem. Chciał wrócić do salonu unikając patrzenia w lustro, ale mocne huknięcie w skroniach przywołało go do porządku.
Jego odbicie energicznie kiwało głową, lubieżnie oblizując usta.

Cały dzień walczył z bólem. Po zmroku, już w towarzystwie Iriny, czuł się tak, jakby coś jednocześnie próbowało rozsadzić i zmiażdżyć jego głowę. O zbliżeniu z dziewczyną po prostu nie mogło być mowy.
- Coś się stało? – Irina była wyraźnie zatroskana.
- Po prostu bolą mnie zatoki.
- Jutro idź do lekarza. – Przytuliła się i pieszczotliwie pogładziła go po włosach.
- Słuchaj, może pojedziemy do mojego przyjaciela? – powiedział ze wzrokiem utkwionym w dywanie. Poczuł, że dziewczyna na moment sztywnieje... po czym natychmiast się rozluźnia i powoli odsuwa.
- Nie ma problemu – powiedziała bezbarwnym tonem. – Płacisz, więc zrobimy jak chcesz.
Chciał powiedzieć, że to wszystko nie tak, że powinna szybko stąd uciekać, wyjechać z miasta i nigdy nie wracać, że gdyby to zależało tylko od niego, to byłoby zupełnie inaczej...
Coś zakłuło go w klatce piersiowej, poczuł, jak niewidzialna ręka ściska wszystkie wnętrzności. Zwinął się z bólu, o mało nie spadając na podłogę. Dziewczyna nic nie zauważyła, była już w przedpokoju. Poprawiała makijaż przed lustrem.
Rodryk niepewnie wstał. Ledwie panował nad drżeniem rąk. Poszedł do łazienki, aby upewnić się, czy przypadkiem znowu nie krwawi z nosa, ochlapał twarz lodowatą wodą i poczekał, aż jego dłonie przestaną się trząść. Jedno wiedział na pewno: w tym stanie nie podoła prowadzeniu samochodu. Zaczął mętnie kombinować, jak wykorzystać swoją niemoc i uniknąć przywiezienia Iriny do Benedykta, ale kolejna fala cierpienia stłamsiła wszystkie pomysły. Chcąc, nie chcąc, powlókł się do garażu, skąd wyprowadził audi.
W milczeniu dojechali na miejsce. Rodryk parokrotnie próbował powiedzieć dziewczynie, żeby uciekała natychmiast po zatrzymaniu samochodu, ale nagłe skurcze mięśni uniemożliwiły mu choćby otwarcie ust. Audi jechało samo, jednak Rodryk musiał udawać, że tak naprawdę on prowadzi. Chciał pokazać jej, że dzieje się coś złego, na przykład zdjąć ręce z kierownicy i trzymać je z dala od dźwigni zmiany biegów, ale rozdzierający ból nie pozwalał mu na to.
W hallu u Benedykta próbował zwrócić uwagę Iriny na olbrzymie lustro, bliźniaczy egzemplarz tego, które wisiało u Rodryka. Wykrzywioną minę wzięła za oznakę bólu zatok i jeszcze raz, ale dużo obojętniej niż poprzednio, doradziła mu wizytę u konowała.
Wszystko było jakimś koszmarnym deja vu. Naleganie, aby Rodryk został na drinka, salon, Sinatra. Tyle, że tym razem rozmowa Benedykta i dziewczyny nie była kretyńską paplaniną lecz uprzejmą wymianą grzeczności. Wreszcie narkotyk w drinku Iriny zadziałał.
- Ona jest naprawdę wspaniała – stwierdził zachwycony Benedykt. Dopiero teraz zwrócił uwagę na Rodryka: - Coś słabo wyglądasz. Nie próbowałeś chyba złamać naszej umowy?
- Ta twoja cholerna klątwa szwankuje – zaryzykował Rodryk. Nie sądził, aby jego rozmówca potrafił czytać w myślach, ale wolał się upewnić. – Daje mi w dupę nawet wtedy, gdy nie próbuję ci się przeciwstawić.
Benedykt przyglądał mu się badawczo. Rodryk na wszelki wypadek skrzywił się z bólu i dopił drinka. Byle tylko nie dać po sobie poznać, że skłamał.
- Dziwne – mruknął Benedykt. – Cóż, przyjedź... Najlepiej przyjedź pojutrze, przygotuję komponenty i postaramy się to naprawić.
Wreszcie światełko w tunelu!
- A nie da się tego zdjąć w diabły? – bez przekonania zapytał Rodryk.
- I co, jedyną gwarancją posłuszeństwa będzie dobre słowo?
Rodryk nie odpowiedział. Zamiast tego ostrożnie schwycił Irinę pod ramiona i ruchem głowy ponaglił Benedykta. Zanieśli ją do garażu, skrępowali i umieścili w bagażniku. Rodryk otrzymał kopertę z pieniędzmi. Gdy Benedykt miał ręce zajęte kopertą, Rodryk zapragnął walnąć go czymś ciężkim w łeb, uwolnić dziewczynę i dopiero potem martwić się, co dalej. Od razu poczuł coś, jakby uderzenie w potylicę. Zacisnął zęby, bez słowa otworzył garaż i wyszedł na podjazd, gdzie czekało audi.
Kazał zawieźć się do domu, tłamsząc w sobie chęć zaczajenia się za rogiem i wyśledzenia, dokąd to bydlę zabierze Irinę. Doznawał jednej z tych najgorszych tortur, które potrafią doprowadzić każdego mężczyznę na skraj obłędu, mianowicie upokarzającego uczucia absolutnej bezradności. Poczuł pieczenie pod powiekami – po raz pierwszy od blisko dwudziestu lat chciało mu się płakać.
Tej nocy nie miał dość sił, aby cokolwiek zrobić. Z resztą i tak było już za późno, Irinie nic nie mogło pomóc. Natychmiast po powrocie do domu wygrzebał z łazienkowej apteczki aspirynę. Zwalczył pokusę łyknięcia całej zawartości opakowania, poprzestając na jednej tabletce. Chciał stłumić pulsowanie w głowie tylko na tyle, by usnąć. Ciężko zwalił się na łóżko i szybko zasnął, nie zdejmując ubrania ani butów.

Obudził się tuż przed południem. Starał się nie myśleć o tym, co zamierzał zrobić, dzięki czemu ból nie był zbytnio dotkliwy.
Poupychał po kieszeniach cały zapas środków przeciwbólowych, jakim dysponował i wyszedł przez okno z domu. Wciąż nie czuł się na siłach by własnoręcznie prowadzić, więc zatrzymał pierwszą przejeżdżającą taksówkę. Kierowca, gdy usłyszał dokąd ma go zawieźć, zaprotestował, bełkocząc coś o strefach, ale kilka stuzłotówek natychmiast go uciszyło.
- Masz jeszcze moją paczkę?
- Głupie pytanie. Jasne, że mam – odparł przyjaciel Rodryka, właściciel leżącej za miastem dziupli. Razem weszli do stodoły, służącej jednocześnie za warsztat demontażowy i skład części zamiennych, udali się na tył, gdzie piętrzyły się stosy opon i pustych zbiorników paliwa. Ze starego, poobijanego baku wydobyli ciężkie zawiniątko.
- Nabity?
- Nie wiem, jest tak, jak go tu zostawiłeś.
Czyli sześć strzałów, pomyślał Rodryk. Jeśli nie wystarczy, to znaczy, że ten parszywiec naprawdę jest nieśmiertelny.
Podziękował kumplowi i wrócił do czekającej nań taksówki.

W zasadzie mógł pożyczyć z dziupli jakieś auto, ale uznał, że Benedykt mógłby wtedy nabrać podejrzeń. Najważniejsze to nie przechodzić z bronią przed lustrem we własnym domu, zwierciadło mogło ją wykryć i zaalarmować Benedykta.
- Do Benedykta – mruknął, sadowiąc się w audi.
Po paru minutach jazdy ze zdumieniem zauważył, że samochód wcale nie wiezie go do willi. Audi wyjechało z miasta i przejechawszy kilkadziesiąt kilometrów zatrzymało się na polnej dróżce, tuż przed bramą wjazdową na jakiś ogrodzony teren. Obecność ogrodzenia wydawała się nieco dziwna, gdyż w promieniu kilku kilometrów nie było żadnych śladów cywilizacji, nie licząc oczywiście polnej drogi. Nawet słupów telefonicznych ani trakcji elektrycznej. Tylko rzadki, mieszany las.
Rodryk po krótkim namyśle uznał, iż głupie auto zawsze wie, gdzie akurat jest Benedykt, rozkaz zrozumiało dosłownie, a co za tym idzie, czarnoksiężnik musi być gdzieś w pobliżu. Wysiadł z samochodu, zacisnął zęby i walcząc z bólem przelazł przez ogrodzenie.
Podążał dróżką, aż doszedł do skrytego wśród drzew starego, mocno zdewastowanego dworku. Najpierw sprawdził wrota wozowni. Tak jak się spodziewał, były zamknięte na sprawną i naoliwioną kłódkę. Przez szparę między skrzydłami ujrzał fragment karoserii znajomego kombi.
Czyli właśnie tutaj przywoził je wszystkie. Ale czemu wciąż tu jest? Przecież minęło już jakieś piętnaście godzin od kiedy zapakowali Irinę do bagażnika. Co ten psychol jeszcze tutaj robi?
Zatrzymał się przed frontowymi drzwiami dworku. Ku jego zdumieniu, nie były zamknięte. Skoro Benedykt czuł się tak pewnie, to czemu zamykał wozownię? Rodryk otrzymał odpowiedź na to pytanie od razu po przestąpieniu progu.
Nie wydając żadnego dźwięku, nawet nie warcząc, rzucił się na niego doberman. Pies był najwyraźniej zabezpieczeniem przed zwykłymi intruzami, a nie Rodrykiem, który wraz z klątwą otrzymał od Benedykta umiejętność poskromienia większości czworonogów. Dwa słowa, jeden gest i kontakt wzrokowy wystarczyły, aby doberman cicho popiskując wycofał się do najbliższego kąta.
Rodryk zastanowił się, gdzie może być wejście do piwnicy. Co do tego, że Benedykt zabawia się z dziewczynami w piwnicach, nie miał najmniejszych wątpliwości. Tylko stamtąd nie byłoby słychać krzyków, nikt ciekawski nie mógłby też nic interesującego wypatrzyć. Poza tym, lochy, albo przynajmniej piwnice, po prostu pasowały do konwencji.
Po krótkich poszukiwaniach trafił do kuchni. Znalazł w niej drzwi, za którymi była spiżarnia, albo piwnica. Chociaż kto wie, może w takich dworach było to to samo pomieszczenie?
Na wszelki wypadek łyknął garść środków przeciwbólowych. Miał nadzieję, że przyniosą mu choć drobną ulgę, zanim na skutek ich działania stanie się ospały i osłabiony. Wydobył z kieszeni rewolwer, odciągnął kurek i trzymając broń oburącz, kopniakiem otworzył drzwi. Poczuł coś wilgotnego spływającego po wardze. Znowu krwawił z nosa. Oznaczało to, iż był na dobrym tropie.
Ostrożnie zszedł po nieoświetlonych schodach. Na dole mrok rozpraszało ciepłe, pomarańczowe światło. Pochodnie? Lampy naftowe? Magia? Bez różnicy, ważne było tylko to, że będzie łatwiej wycelować.
Pierwsze pomieszczenie było zawalone połamanymi stojakami na butelki, dziurawymi beczkami i Bóg wie, jakim śmieciem. Między stertami gratów biegło wąskie przejście do następnego pomieszczenia. Szedł nim tak cicho, jak tylko potrafił. Mógł przysiąc, że dobiegły go stłumione jęki i postękiwania. Jednak słyszał coraz gorzej, bowiem uszy miał wypełnione krwią, prawdopodobnie właśnie pękały mu bębenki – nawet nie próbował myśleć o tym, jakie jeszcze wewnętrzne narządy ulegają potężnemu ciśnieniu klątwy.
Wszedł do drugiego pomieszczenia.
Krew. Mnóstwo krwi. Smród rozkładającego się białka. Przybita do ściany, ukrzyżowana, naga dziewczyna. Chyba Wiktoria, chociaż ciężko stwierdzić na pewno. Nie można było odgadnąć koloru posklejanych krwią włosów, a twarz... Właściwie nie miała już twarzy – porozdzierana skóra odsłaniała mięśnie, odcięte wargi i smętnie zwisający płat policzka odsłaniały szczerby po wybitych zębach... Poprzebijany od środka brzuch, wzgórek łonowy pocięty jakimś wielkim ostrzem, słowem, ta kobieta powinna już być martwa. Jednak nie, krew z ran ledwie się sączyła, klatka piersiowa nierówno podnosiła się i opadała, wbite w żyły kroplówki dawkowały tajemnicze substancje do krwiobiegu, a najgorsze były oczy, którymi rozpaczliwie poruszała, dopóki nie ujrzała Rodryka. Utkwiła w nim umęczone spojrzenie.
Na olbrzymim, zajmującym centralną część pomieszczenia stole leżała Irina. Naga, z rozpostartymi na boki rękami i szeroko rozłożonymi nogami przywiązanymi do metalowych uchwytów, jęczała z bólu. Rodryk spostrzegł, że miała odciętą cała lewą stopę, kilka palców lewej dłoni i nieludzko zmasakrowaną twarz. Najwyraźniej nie przeszkadzało to Benedyktowi, który, również nagi, brutalnie ją gwałcił.
Rodryk poczuł, jak szok ustępuje miejsca rozpalonej do białości furii. Jedno z nabiegłych krwią oczu nagle odmówiło posłuszeństwa. Na wpół oślepiony, zatoczył się i potrącił stojący przy wejściu wózek z chirurgicznymi narzędziami i strzykawkami. Hałas sprawił, że Benedykt natychmiast się poderwał.
- Rodryk? – na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia, który w innych okolicznościach można by uznać za komiczny. Nic komicznego nie było natomiast w jego ciele, pobrudzonym plamami zaschniętej krwi i sztywnym, ociekającym krwią dziewczyny członku. – Przyszedłeś się zabawić? Dołączyć do mojego małego hard core’u?
- Ty skurwysynu – szepnął Rodryk i uniósł rewolwer. Benedykt nie zareagował, chyba po prostu nie sądził, że Rodryk będzie zdolny pokonać ból.
W głowie Rodryka coś eksplodowało. Jego lewa ręka opadła i bezwładnie zwisała z boku, noga ugięła się pod ciężarem ciała. Wytężając całą siłę woli, wspartą bezgraniczną nienawiścią, Rodryk ponownie wycelował w Benedykta. Nie był pewien strzału w głowę, więc posłał trzy pociski, jeden za drugim, prosto w owłosiony tors czarnoksiężnika.
Benedykt z niedowierzaniem popatrzył najpierw na Rodryka, potem na trzy olbrzymie dziury w swoim ciele. Wydał jakiś nieartykułowany dźwięk, zanim opadł bez życia na kolana, a następnie na twarz.
Rodryk podczołgał się do niego i złapał za nadgarstek. Nie wyczuł pulsu. Z trudem podniósł się i oparł o stół. Spojrzał jedynym okiem na dziewczynę przy ścianie. Zbliżył się do niej, wlokąc za sobą bezwładną nogę. Przyłożył lufę rewolweru do jej czoła. Zamknęła powoli oczy, a on pociągnął za spust.
Następnie wrócił do Iriny. Teraz zobaczył, że Benedykt okaleczył ją w podobnym stopniu, co tą ukrzyżowaną. Po raz pierwszy od dwunastego roku życia Rodryk się modlił. Modlił się o wybaczenie za to, co już zrobił, i za to, co jeszcze miał zrobić. Nie wypuszczając rewolweru z dłoni przeżegnał się, nachylił nad Iriną i delikatnie pocałował w czoło. Starannie wycelował w serce i wystrzelił.
Ostatnią kulę przeznaczył dla siebie. Wykorzystał ją w niecałą minutę później.

Głodny, skuszony wonią posoki doberman ostrożnie wszedł do komnaty tortur. Najbliżej wejścia leżało ciało jego pana. Uważnie je obwąchał i polizał rany wylotowe na plecach.
Nagle dłoń trupa schwyciła zwierzę za kark. Benedykt przyciągnął piszczącego psa bliżej, drugą ręką złapał kłapiący pysk i wgryzł się w tętnicę szyjną. Łapczywie się pożywiał. W końcu odrzucił martwego dobermana i wypluł odrobinę czarnej sierści. Wstał, rozejrzał się po pomieszczeniu i szpetnie zaklął.
Szlag trafił całą zabawę i niezłego asystenta.
Co najmniej pół roku minie, zanim ponownie będzie mógł zorganizować tutaj jakąś rozrywkę.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -