Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Publiczność telewizorów

Jacek Frost

„Ten upał mnie rozpłaszczy” - skonstatował ponuro Herman. Budynek wieżowca był rozpalony w środku lata. W betonowym mieszkaniu można było oszaleć. W telewizorze spiker obwieszczał coś sztucznie podekscytowanym głosem. Pokazywano apatyczny tłum ubranych na zimowo ludzi, trzymających w rękach biało-czerwone chorągiewki i drzewce zwieńczone symbolami narodowymi ze styropianu. Na manifestantów kapał mokry, brudny śnieg. Od dwóch lat w telewizji od poranka do zmierzchu głosiła prawdę słuszna mowa nowego rządu. Taka sama na wszystkich kanałach i w radiu. Herman wstał, podszedł do okna i rozejrzał się po okolicy z wysokości swojego siedemnastego piętra. Nikogo, ani jednego człowieka, dorosłego czy dziecka. Także żadnego zwierzęcia, psa czy kota. Puste ulice, chodniki, place zabaw, ścieżki rowerowe. Bez choćby jednego samochodu osobowego, policyjnego, ciężarówki, autobusu. Ale w końcu dzisiaj mieliśmy niedzielę.
Umówił się z Kowalczykami na piątą, więc zaczął się zbierać. Wiele spodziewał się po tej wizycie. Dotychczas wspólne spotkania polegały na paplaninie przy herbatce i ciasteczkach. Tylko od czasu do czasu nieśmiało wysuwano końcówkę ostrza, a i to tylko na chwilę. Ale zawsze na tym się kończyło. Dzisiaj mieli dokonać więcej. Gotfryd obiecał mu niespodziankę. A sprawiał wrażenie człowieka, którego stać na wiele.
Odstawił na stół opróżnioną do połowy butelkę Franziskanera. W przedpokoju założył buty i skórzaną kurtkę. Tak na wszelki wypadek wziął z szuflady sporych rozmiarów nóż kuchenny, owinął go w gazetę i włożył do wewnętrznej kieszeni kurtki. Zgasił telewizor i opuścił mieszkanie.
Kiedy wychodził z bramy zobaczył siedzącego obok wejścia na ziemi, opartego plecami o ścianę bloku narkomana w postrzępionych łachmanach. Jego wychudzone ciało pokrywał szary nalot. Przypominał szkielet wyjęty z grobu. Patrzył Hermanowi prosto w oczy swoim rozkojarzonym wzrokiem, nieokreślonym, blefującym, pochodzącym z Odrębnego Świata.
- Wyglądasz jak Śmierć, jak Kostucha - wysyczał natarczywie, zaczepnie Herman - Czy jesteś Kostuchą? Czy już przyszłaś po mnie? A gdzie twoja kosa?
- Jesteś śmieciem ! - krzyknął narkoman - Jesteś łajnem! Jesteś zerem! Kiedyś będziesz taki sam jak ja!
- Spierdalaj! - odpowiedział Herman.
- To ty spierdalaj, ty chodzące ścierwo!
Herman oddalił się. Narkoman rzucił za nim małym kamieniem i trafił niezbyt mocno w bark. Kiedy zszedł po schodkach na główny chodnik obejrzał się, ale ćpun zdążył się ulotnić i ukryć w owym tajemniczym Wszędzie i Nigdzie.
Upalny dzień, Herman ubrany w skórę spływał potem. Wszyscy ludzie szeroko pootwierali okna. Dlatego idąc wzdłuż ulicy dokładnie słyszał, co akurat nadaje telewizja, bo wszyscy oglądali telewizję. A co mieli mądrzejszego do zrobienia w niedzielę?

“…ogłaszam: całkowity majątek litewski podlega obowiązkowi zgłoszenia. Dotyczy to zarówno nieruchomości, jak i majątku ruchomego i waluty. W myśl rozporządzenia majątkiem litewskim jest majątek osób posiadających obywatelstwo litewskie, nielitewskiego męża/żonę Litwina uważa się za Litwina. Uchylenie się od rejestracji majątku grozi karą grzywny, więzienia lub deportacji do obozu koncentracyjnego. W drastycznych przypadkach karą śmierci. Zgłaszać majątek należy…”

Nie spodziewał się żywej duszy na ulicy w dzień świąteczny, więc zdziwił się, kiedy po raz drugi natknął się na kogoś. Za rogiem nieczynnego sklepu spożywczego półleżał na trawniku pasjonat C2H5OH, oparty ramieniem i głową o drzewo. Spał pogrążony w upojeniu alkoholowym, jego twarz wykrzywiał grymas przerażenia. Śnił koszmar. Częściowo obfajdane wymiocinami ubranie alkoholika emanowało kwaśnym smrodem. Obok leżały dwie puste butelki po winie owocowym i stłuczona flaszka wódki.
Rozpięta do połowy koszula odsłaniała owłosiony tors. Z szyi zwisał na łańcuszku złoty krzyżyk z przypiętym małym Chrystusikiem. Dziwne, że jego właściciel nie sprzedał go jeszcze za gorzałę. Herman pochylił się, aby obejrzeć to cacko. Wykonany z cennego kruszcu Zbawiciel miał rozgniecioną twarz.

“…naszej pięknej, zdrowej, dorodnej, polskiej młodzieży. Organizacje takie jak Polonia Omnia, czy Neofaszystowska Akcja Patriotyczna pięknie wpisują się w ponadtysiącletnią tradycję wielkiego Narodu Polskiego, naszego Narodu. Młodzi ludzie obojga płci wykonują odpowiedzialną pracę zarówno w armii jak i w służbie cywilnej. Pełni poświęcenia służą Ojczyźnie na odpowiedzialnych stanowiskach w obozach koncentracyjnych i więzieniach, jako księża, zakonnicy i zakonnice, w administracji na nowych terenach Polski, pomagają w zagospodarowywaniu zasobów naturalnych i ludzkich byłej Litwy, w jakże potrzebnej pracy propagandowej i indoktrynacyjnej. Oni stanowią przyszłość faszystowskiej Polski, przyszłość nas wszystkich. Dzięki nim odzyskaliśmy Wilno, Kowno, Kłajpedę. Kolejne tysiąc lat...”

Do drzwi Kowalczyków zapukał punktualnie. Otworzył mu Godfryd. Wziął od niego kurtkę i powiesił ją w szafie, podał mu kapcie. Weszli do pokoju gościnnego, gdzie przy stole siedziały dwie kobiety i grały w karty. Jedną z nich była żona Godfryda, Berta, drugą jakaś nieznana mu, dystyngowana pani. Kobieta z pewnością po siedemdziesiątce, ale dobrze utrzymana, szczupła, dbająca o siebie. Sączyło się z niej coś… jakby śliskie lekceważenie, jakaś chłodna, cyniczna obojętność.
- Przedstawiam ci moją matkę, Hildę - powiedział Godfryd.
- Ach, więc to ta niespodzianka - uśmiechnął się Herman.
Starsza pani wstała. Podeszli do siebie i ucałowali się w policzki na przywitanie.
- Jestem Hilda.
- A ja Herman. Ma pani oryginalne imię. Może przejdziemy od razu na ty? - Stwierdził, że kobieta nie ma ani jednego zęba, tylko same dziąsła.
Całe towarzystwo usiadło przy stoliku. Przez pewien czas grali w karty w nową grę wymyśloną przez Godfryda, której reguł nikt nie potrafił do końca pojąć. Berta przyniosła z kuchni na tacy gorącą herbatę, butelkę Smirnoffa, kieliszki i ciastka. Popłynęła rozmowa o tym, o czym się zwykle rozmawia. Herman dopiero teraz zorientował się, że telewizor jest wyłączony. Bębnił palcami w nogę od stołu, w sposób dla innych niewidoczny. Pomyślał, że tak naprawdę cała ta sytuacja mu zwisa, że wszystko serdecznie pierdoli. Poza tym miał pustkę w głowie- w tle jakieś elementy elementy o nieokreślonych kształtach przemieniały się powoli z jednych w drugie. Tylko tyle.
Rozmowa trwała. Wypili po kilka kieliszków.
Nagle Godfryd rozpiął rozporek i wyciągnął z niego członka. Wszyscy jak na komendę wstali i zaczęli się rozbierać. Po chwili byli już nadzy, ubrania leżały w nieładzie na podłodze. Godfryd zasunął zasłony. Kobiety majstrowały przy swoich pipach. Godfryd chwycił swego kutasa i powoli się masturbował.
Hilda okazała się smukła, podłużna, mocno pomarszczona, szara. Lewą stopę nad kostką opinał złoty łańcuszek. Obcięte na krótko paznokcie rąk i nóg błyszczały czerwienią. Kiedy zobaczył jej starcze, obwisłe, flakowate piersi doznał gwałtownej erekcji. Podszedł do niej i polizał namiętnie obydwie brązowe sutki, najpierw lewa, potem prawą. Chciał uklęknąć, aby umieścić swoją twarz naprzeciw jej krocza, ale ona ujęła go za ramiona i delikatnie posadziła na krześle. Kucnęła i wylizała mu jądra. Następnie włożyła sobie dygoczącego członka głęboko w usta i zaczęła go onanizować oralnie, perfekcyjnie posługując się wargami, językiem i bezzębnymi dziąsłami. Atakowała najwłaściwsze punkty. Krocze przekazywało płonące, drgające energie do umysłu Hermana, który nie mógł tego wytrzymać i w ekstazie wirował lepką czerwienią - krwią zmieszaną ze spermą i wódką. Czuł potężny łomot w głowie. Słyszał zew Nieskończonego.
Tymczasem Godfryd posuwał Bertę w odbyt na dywanie. Potem wstał, klęknął, oparł się rękami o szafę a żona biła go po plecach skórzanym pasem. Robiła to jakoś tak bez przekonania, w końcu opuściła rękę. Herman właśnie dochodził, ale mimo to wyswobodził się z ust Hildy, wstał, wziął pas od Berty i z całych sił przywalił Godfrydowi w plecy. W tym momencie nastąpił u Hermana wytrysk, potężne bluźnięcie nasieniem. Rozpalił się, bił rytmicznie, mocno, w plecy, w pośladki, w nogi, stopy, kark, głowę. Godfryd jęczał jak kobieta. Bił i bił, z napiętą twarzą, z zaciśniętymi zębami, ze zmrużonymi w szparki oczami. Uderzenia pasa zostawiały na skórze czerwone ślady. Ogarnęła go wściekłość, chwycił parszywego sługę za włosy i kopnął go kolanem w twarz, a potem uderzył kilka razy owalną czaszką o drzwi szafy, wywołując głośny łomot i grzechotanie mebli. Wydało mu się to bezsensowne i przestał.
Godfryd osunął się na podłogę i dalej jęczał jak w orgazmie. Herman wziął kij od szczotki i spróbował wepchnąć mu go do odbytu, ale weszło tylko trochę. „Karcenie psów – pomyślał - Karcenie zdechłych psów”.
- Już mam dość - wystękał Godfryd. Herman rzucił szczotkę w kąt i rozwalił się na fotelu. Skurczony członek zwisał, zakończony dyndającym glutem spermy.
Godfryd popełznął po podłodze w kierunku Hermana. Usta miał rozbite, krwawiące. Całe ciało pokrywały czerwone pręgi od uderzeń pasa. Na głowie musiało dojść do przecięcia skóry, być może w kilku miejscach, bo większość włosów pozlepiała się krwią w nieregularne strąki.
Dotarł do nóg Hermana i polizał je, brał do ust i lizał jak cukierki palce jego stóp.
- Dziękuję - jęczał - dziękuję, jestem ci naprawdę wdzięczny, dziękuję… Herman odepchnął go rękami. Ten ułożył się na boku, głowę opierając o nogę stołu. Uśmiechnął się pokancerowanymi ustami. Potężnie pierdnął, a następnie beknął.
To, co należało zrobić, zostało już zrobione. Wszyscy szybko się ubrali. Herman poszedł do łazienki umyć chuja. Rozmawiali jeszcze chwilę. Godfryd niepewnie dotykał okolic odbytu, Hilda ostrożnie wspominała coś o piss-seksie. Hermana ogrzewało jeszcze trochę wewnętrzne podniecenie. Ubrał się, pożegnał z wszystkimi i wyszedł.
Zciemniało się i robiło chłodniej, ale wszystkie okna - wszystkie i wszędzie - pozostawały dalej szeroko otwarte. Dokładnie słyszał emisję telewizorów.

“…przewodniej roli Partii Polskofaszystowskiej. Nasi przywódcy, a także pracownicy niższego szczebla prowadzą nas ku nowej przyszłości, pełni trudu, ciężkiej pracy i poświęcenia. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę służą naszej faszystowskiej Ojczyźnie. Czeka nas wszystkich pięć, dziesięć lat ciężkiego wysiłku. W Polsce wszyscy rozumieją faszystowskie ideały, lecz niestety nie na byłej Litwie. Obecne wschodnie tereny faszystowskiej Polski to…”

Herman postanowił nie wracać bezpośrednio do domu, tylko jeszcze trochę się powałęsać. Krążył bez celu po doskonale znanej okolicy. Czuł się jak na lekkim kacu. Miał smak czegoś w ustach, octu? Ściemniało się coraz bardziej i zapaliły się lampy miejskie. Na ulicach dalej nikogo i niczego. Samochody zaczną jeździć dopiero od północy. Szedł tak sobie spokojnie. W głowie krążyły dziwne, niezrozumiałe myśli i wyobrażenia - martwe truchełka owadów, śnięta ryba pływająca w akwarium brzuchem do góry, jakieś pytania czy to już koniec?, a co będzie jutro?, zamknięte pudełka o przeźroczystych ściankach.
W pewnym momencie zobaczył, że ktoś, jasnowłosy mężczyzna ubrany w skórzaną, wojskową kurtkę i czarne dżinsy, idzie przed Hermanem tą samą ulicą co on, oddalony o około trzydzieści metrów. Zdecydował, że stopniowo przyspieszając kroku, powoli go dogoni. Obok automatycznego kiosku z prasą i napojami nieznajomy skręcił w prawo, Herman za nim. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki nóż, rozwinął go z gazety, którą rzucił byle gdzie na trawę. Dobrze naostrzony, długi nóż z solidną, drewnianą rączką. Nie wiedział za bardzo, po co idzie za tym mężczyzną, którego widział pierwszy raz w życiu, coraz bardziej, coraz bardziej zbliżał się do niego. A ten nie zwracał w ogóle uwagi na Hermana, nie oglądał się do tyłu, choć kroki ich obu wydawały dobrze słyszalne odgłosy na tej pustej ulicy. Nie sprawiał też wrażenia przestraszonego.
Herman miał go już na wyciągnięcie ręki, wahał się chwilę i nagle skoczył do przodu. Wbił głęboko nóż w prawą nerkę ofiary. Wiedział z książek, że dzięki temu zaatakowany nie krzyknie, nie wyda najmniejszego jęku, będzie zablokowany. Mężczyzna upadł na twarz. Nie poruszał się, nawet nie drżał, ale emanował niewyobrażalnym cierpieniem. Herman wyciągnął z niewielkim trudem nóż z ciała nieznajomego. Z rany wyciekło trochę krwi, ale mało.
Przez chwilę trwał w odrętwieniu i patrzył się powoli mrugając oczami na tego prawie-trupa. Wyglądał zwyczajnie - niczym nie różnił się od innych spokojnych obywateli Polski. Zobaczył w przypływie smutku siebie, jako półprzeźroczystą, galaretowatą istotę lecącą w ciemnej przestrzeni. I uderza o przeszkodę i rozpada się na dwie drgające części, które zaczynają oddalać się od siebie w bezkres. Wbił nóż w kark tak, aby rozdzielić kręgi szyjne. Śmierć nastąpiła natychmiast i o to mu chodziło. Organizm zabitego wypuścił na zewnątrz to, co trzymał dotychczas w ukryciu, czyli wypłynęły uryna i kał. Spodnie na tyłku zabarwiły się na brązowo. Pojawiła się mała kałuża moczu. Nozdrza Hermana zaatakował brutalny smród. Dziwne, ale wydało się mu, że to nie odór odchodów człowieka, tylko krowiego lub końskiego łajna.
Herman wyprostował się. W pobliżu znajdowały się budowlane wykopy i nieregularny rów pełen brudnej, czarnej wody. Wrzucił do niego nóż. Trupa nie zamierzał nigdzie przemieszczać, ale zobaczył, że kilka kroków dalej stoi murowany, zadaszony śmietnik, w którym chyba ktoś leżał. Poszedł tam zajrzeć. Między kubłami, na wznak, niczym nieboszczyk w trumnie, spoczywał ten sam narkoman, którego spotkał dzisiaj obok własnej bramy. Na niewprawne oko Hermana niedawno dał sobie w żyłę solidną dawkę hery. Dopiero teraz zwrócił uwagę, że narkoman nosi długie włosy i rzadką bródkę. Rozwarte usta ukazywały białe, zdrowe zęby, trochę nierówne. Podłużna twarz i wytrzeszczone, choć zamknięte oczy wyrażały uniesienie i ekstazę. To wszystko, te włosy i bródka, to nieoczekiwane uduchowienie sprawiały, że wyglądał jak jakiś nawiedzony święty męczennik, któremu wszystko się popierdoliło. Coś jakby Che - Guevara ze słynnego zdjęcia, zrobionego tuż po zastrzeleniu przez CIA.
Herman postanowił położyć zwłoki człowieka, którego przed chwilą zabił obok mistycznego narkomana. Ciągnął je po ziemi za włosy i za ubranie. Wymagało to zadziwiająco dużo wysiłku. Po drodze denatowi zsunął się z lewej nogi but razem ze skarpetką. W końcu rzucił ciało byle jak obok brudnego naćpańca. Miał już odejść, ale spostrzegł, że pseudo – Che - Guevara trzyma coś w palcach lewej dłoni, złożony na czworo plakat. Wziął go, rozprostował i próbował obejrzeć, co na nim jest, ale ciemności nie pozwoliły niczego zobaczyć. Zwinął go w rulon, schował do wewnętrznej kieszeni kurtki i postanowił sprawdzić to w domu.
Rozejrzał się jeszcze na wszelki wypadek, cofnął się kilka kroków, podniósł porzuconego buta, włożył do niego skarpetkę i wrzucił to do wykopu wypełnionego wodą. Rozległ się plusk, but popływał chwilkę i utonął.
Niedługo potem dotarł do swojego mieszkania. Wziął prysznic i napił się wody mineralnej. Telewizora na razie nie włączał. Obejrzał plakat.
Był idealnie kwadratowy. Na samym dole, na pierwszym planie stały dwa samotne, zmęczone życiem wilki. Patrzyły się na płaskie, kończące się gdzieś w dali białe pustkowie. Białe raczej ze względu na piasek i małe kamyczki niż na śnieg. Gdzieniegdzie unosiły się pełznące nisko przy ziemi dymy z dogasających ognisk. Większość pomarańczowego nieboskłonu zasłaniały niepokojące, skłębione, ciemnopomarańczowe chmury. Wysoko, pod obłokami, leciał dokądś pozbawiony załogi (chyba, że ktoś leżał na dnie gondoli) wielki, czerwony, pomarszczony balon. Na którym widniał przez całą szerokość wyraźny napis: „ NEVERMORE”. Zdegenerowane, niefaszystowskie malarstwo. Plakat potwierdzał jak najgorsze przeczucia Hermana.
Pomyślał o zawoalowanych propozycjach Hildy. „Czego ona oczekuje, że ja będę leżał na podłodze, a ona rozkraczy się nade mną i nasika mi na twarz? Aż się rzygać chce”. Nie chciało mu się jeszcze spać. Włączył telewizor, usiadł na krześle i sięgnął po niedopitego Franziskanera. Wypił łyk i wtedy skulił się i zaczął szlochać. Odstawił butelkę. Z jego oczu płynęły bezsensowne łzy. Przepełniło go przygnębienie ciemne i lodowate. Oparł się o blat stołu, zamknął oczy. Łzy ciekły dalej, a z nosa śluz. Zacisnął mocno, aż do bólu szczęki. „Boże, Boże, czy to będzie trwało wiecznie?” Ale Boga nie było.

“…aborcja, homoseksualizm męski i kobiecy, Hare Kryszna i narkomania będą zakazane. Obniżone zostaną ceny na wódkę, piwo i wszelki alkohol, a także na papierosy. Rzeźnie i masarnie…”



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -