Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Pamiętnik znaleziony w trumnie

Michał Galczak

Tak… Tutaj mnie nie znajdą… Z całą pewnością.
Dziwne schronienie, ale co na to poradzę? I tak dobrze, że udało mi się znaleźć jakiekolwiek w tej pochrzanionej okolicy!
Cóż, może być i trumna… Wystarczy, że poczekam tu kilka godzin, aż ucichnie pościg. Mogłoby tylko nie być tak cholernie zimno… Nigdy nie lubiłem tego zimna na cmentarzach. Cała reszta mi pasuje - krajobraz, cisza, spokojne towarzystwo. Nie wiem dlaczego, ale bez względu na porę roku na każdym najmniejszym cmentarzu zawsze jest zimno. Żeby był nawet sam środek lata i czterdzieści stopni w słońcu – to na cmentarzu zawsze zmarznę…
Dobrze, że znalazłem tę trumnę. Na dobrą sprawę to jeszcze nic pewnego, jeśli któremuś z tych krawężników przyjdzie do głowy zajrzeć tutaj – będzie po mnie. Już widzę ucieszoną mordę gliniarza, który otwiera ostrożnie wieko i w środku znajduje mnie – z kulką w ramieniu, prawie bezbronnego… Mocno by się taki przeliczył! Tanio skóry nie oddam. Zdziwiłby się bardzo, gdyby zobaczył moją czterdziestkę czwórkę wycelowaną prosto w jego ucieszoną japę!
Co za pech z tym patrolem! Jak oni mnie w ogóle rozpoznali? Byłem w mieście dopiero dwa dni, skąd mogli o mnie wiedzieć? Zaraz! Założę się, że ten kundel – Loomis maczał w tym swoje łapy! Na pewno on! Kto inny… Gruby nie… Freddy też nie… no a sam na siebie przecież nie doniosłem! Niech ja go dorwę… Oduczę go raz na zawsze donoszenia na kumpli! Definitywnie. Tylko najpierw muszę przeczekać obławę… Swoją drogą ciekawe jak dali sobie radę inni?
Kiedy wchodziliśmy w nocy do tego domu miało w nim nikogo nie być. Taki życzliwy cynk od starego znajomego Freddy`ego, jeszcze z pierdla. Nie pamiętam nawet jak się ten fagas nazywał… Szalony Mike, czy jakoś tak… Nieważne. On też jeszcze oberwie za swoje. Ważne, że wbrew jego informacjom w tym domu jednak ktoś był. Dokładniej mówiąc była tam jakaś parka. Ja i Freddy obydwaj zbaranieliśmy, kiedy nakryliśmy ich zabawiających się w łóżku na piętrze. Oni zresztą też byli nieźle zdziwieni. W pierwszej chwili chciałem po prostu zwiać. Co najwyżej postraszyć ich trochę, żeby trzymali gęby na kłódkę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wlazł za nami Spooner, nawalony w trzy dupy. Wyciągnął skądś taką wielką maczetę, jak jakiś pierniczony Jason Voorhees i zaczął nią wywijać nam nad głowami. Darł ryja, wrzeszczał że „oto nadchodzi noc śmierci” i inne takie głupoty. Myślałem, że zupełnie mu odbiło i że chce nas pozabijać, dopiero później Szalony Mike powiedział nam, że Spooner zawsze odwijał takie numery i lubił biegać po domach z maczetą i straszyć nią ludzi. Wtedy na pewno przestraszył nią nas! Niestety na tyle przestraszył też chłopaka, który leżał w łóżku ze swoją panną, że ten nagle wyciągnął spod poduszki ogromną giwerę i wywalił w biednego Spoonera cały bębenek. Skurczybyk zrobił to szybko, bardzo szybko. Niewiele z chłopa zostało. Co mieliśmy wtedy zrobić? Zatłukliśmy obydwoje na miejscu i tyle. Nie będę się wdawał w szczegóły. Nie warto. Skok wcale nie okazał się być taki opłacalny, jak nam obiecał Mike. Zgarnęliśmy raptem połowę tego, co miało tam być. Kilka świecidełek, trochę pieniędzy…
Pamiętam jak wróciliśmy na swoją melinę. Zdyszani, bo zabraliśmy ze sobą podziurawionego Spoonera. Nie chcieliśmy go tam tak zostawiać. Ciężki był, pomimo tego, że wyciekła z niego po drodze chyba cała krew. Byliśmy tak wkurzeni nieudanym skokiem, że w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy przez dobre kilka godzin. W końcu któryś z nas spytał co robimy z trupem. Może to byłem ja? Nieważne. Musieliśmy w każdym bądź razie jakoś zająć się ciałem Spoonera. Nie chciało nam się machać łopatami, wiec postanowiliśmy zawieść go nad jezioro i obciążonego kamieniami wyrzucić z łódki. Jemu i tak było już wszystko jedno, a my nie mogliśmy sobie pozwolić, żeby ktoś znalazł jego ciało i skojarzył je z nami. Połączenie naszego niewydarzonego Jasona ze mną, czy z Freddym zajęłoby najbardziej tępemu gliniarzowi najwyżej kilka godzin.
Cholera! Chyba tu idą. Muszę postarać się być cicho. Krew ścieka mi z ramienia całym strumieniem. Wali w dno tego cholernego pudła jak w werbel! Jak podejdą bliżej na pewno mnie usłyszą. Byleby nie mieli ze sobą swoich kundli. Te z pewnością by mnie wywęszyły.
Ok. Poszli sobie. Ale sporo strachu się przez nich najadłem. Prawie mnie mieli. Słyszałem. Kilku z nich przeszło dosłownie centymetry od trumny, w której się schowałem. Na szczęście zajęci byli bardziej rozmową o jakimś serialu, niż szukaniem mnie. Kiedy przewrócili coś na „moją” trumnę – myślałem, że dostanę zawału. Jak słonie w składzie porcelany. Przerzucali chyba wszystko, pod czym mogłem się schować.
Nie lubię gliniarzy, ale to wcale nie dlatego zastrzeliłem tamtego! Strzeliłem tylko, żeby go przestraszyć, żeby przestał mnie gonić. Wyszło tak, że trafiłem go prosto między oczy, zupełnie jak zawodowiec. Musiał mnie gonić? Po co mu to było? Cholera, pewnie pozbawiłem jakaś rodzinkę ojca… Głupi palant. Mógł siedzieć na dupie w swoim radiowozie. Jego wina. Wgramolił się za mną na siatkę (swoją drogą ciekaw jestem w jaki sposób taki grubas tak sprawnie wlazł na trzymetrową siatkę…), wyjął swój pistolet i zaczął z tym policyjnym „stój, bo strzelam”. Wywalił chyba ze trzy razy w powietrze, aż przygięło mnie do ziemi. Moje ranne ramię zaczęło pulsować gorącym bólem. Myślałem, że policjant zaraz załaduje mi w sam środek pleców. Nawet specjalnie się nie zastanawiałem. Wyciągnąłem gnata i nawet nie patrząc strzeliłem za siebie. Jeden jedyny raz. Usłyszałem następnie łoskot i… ciszę. Trzymając się jak najbliżej ziemi obejrzałem się za siebie i dojrzałem pod siatką ciało tego gliniarza. Nogi miał gdzieś za głową, połamane jak patyki. Podszedłem do siatki, żeby na niego spojrzeć. Leżał twarzą do góry, z otwartymi oczami, między którymi pluło czerwoną krwią jego nowe oko. Zrobiło mi się go nawet trochę żal. Taki zdziwiony leżał… Po chwili usłyszałem drugiego z nich. Zasuwał między krzakami prosto w moją stronę, ale nie krzyczał już „stój bo strzelam” tylko jakieś imię, pewnie tego nieżywego gliniarza. Nie miałem zamiaru czekać na niego i zwiałem. Dobiegłem tutaj – na cmentarz. Początkowo chciałem się schować za jakimś nagrobkiem i przeczekać. Było ciemno, na niebie chmury zasłaniały cały księżyc, mogło się udać. Zwątpiłem w ten plan, gdy usłyszałem syreny. Chyba zjechały się wszystkie cholerne radiowozy z całego cholernego miasta! Musiałem poszukać innej kryjówki i to szybko. Pochylony dobiegłem do tej szopy na skraju cmentarza. Dojrzałem tą trumnę w samym kącie pomieszczenia i zdecydowałem, że to będzie dla mnie najlepsze schronienie.
Pamiętam, że najwięcej czasu zajęło nam znalezienie odpowiednio wielkiego kamienia. Nie chcieliśmy, że by trup Spoonera wypłynął nagle obwieszczając światu „Hej! Tu jestem!”. Grzebaliśmy naokoło jeziora i obmacywaliśmy po ciemku wszystkie kamienia, na jakie się tylko natknęliśmy. Zajęło nam to chyba ze dwie godziny. Zrozumcie, kamień musiał być odpowiedni, nie chcieliśmy spartaczyć kolejnej roboty – wpadka z tą parą już nam zupełnie wystarczyła. Przetoczyliśmy w końcu jakiś głaz do łódki i Loomis wypchnął nas na jezioro. Jeszcze szybko z brzegu dorzucił nam linę, o której zapomnieliśmy. Szczęście, że pamiętaliśmy o wiosłach. Na samym środku jeziora zatrzymaliśmy łódź i zaczęliśmy wiązać kamień do zapakowanego w dywan Spoonera. Wyszedł nam z niego nawet ładny kokon. Podnieśliśmy z Freddym trupa i przechyliliśmy go na bok łódki. Pech chciał, że od razu za nim przetoczył się ten cholerny kamień. Do środka wtargnęło nam nagle jezioro. Nie tracąc czasu wysunęliśmy dywan z naszym martwym kumplem, a za nim wyrzuciliśmy przywiązany do niego solidnie głaz. Rozległ się głośny plusk i woda wokół mocno zafalowała. Kręgi rozeszły się i zniknęły po chwili. Przynajmniej to mieliśmy załatwione. Musieliśmy teraz jeszcze tylko dotrzeć do brzegu łódką pełną wody. Nie poszło wcale tak źle, jak się obawialiśmy. Cali mokrzy wyczłapaliśmy w końcu na brzeg i ruszyliśmy w stronę wozu. Loomis siedział sobie w środku, suchutki i słuchał w radio jakiejś durnej muzyki. Kiedy nas zobaczył – zaczął się śmiać. Wystawił ten swój śmierdzący jęzor i nabijał się z nas na wszystkie sposoby, jakie znał. Przestał dopiero, gdy Freddy zagroził mu pistoletem. Nad ranem dotarliśmy do meliny. Musieliśmy szybko coś postanowić – w lokalnym radiu podawali właśnie wiadomości. Okazało się, że ta para, którą zabiliśmy - to syn jednego z członków rady miejskiej i jego narzeczona. Wpadliśmy po same uszy w gówno. Wiedzieliśmy, że teraz będą nas szukać dokładnie wszyscy. Postanowiliśmy wiać z miasta, dla pewności rozdzielając się. Nasz marny łup schowaliśmy pod podłogą w melinie i bez zbędnych ceregieli każdy z nas jeszcze tego samego dnia udał się w swoją stronę.
Postanowiłem przyczaić się w starej chacie drwali, nieużywanej od wielu lat. Budynek ze starych, drewnianych bali stał w samym środku lasu, ponad sto mil od naszego miasta. Nikt nigdy tutaj nie zaglądał. Nikt poza mną. Żaden z moich kumpli nie wiedział o tej kryjówce. Kurczę, jak chciałbym teraz tam być… Dojechałem do chaty koło południa, wydłużając sobie drogę i wstępując do dużego marketu na obrzeżach jednego z miast po drodze. Duże sklepy są bardziej anonimowe. Zrobiłem zapasy na kilka tygodni – nie wiedziałem jak długo będę musiał się ukrywać. Po przyjeździe starannie przykryłem samochód gałęziami, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś jednak zapuścił się w te tereny. Spędziłem tam blisko dwa miesiące. Codziennie uważnie słuchałem radia, czekając na jakiekolwiek wiadomości o poszukiwaniach i podejrzeniach policji. Początkowo komentarze władz miasta dawały mieszkańcom do zrozumienia, że ujęcie sprawców „bestialskiego mordu” (ciekawe jak nazwaliby to, co synalek jednego z nich zrobił ze Spoonerem?) jest tylko kwestią kilku dni. Po tych „kilku dniach” zaczęły się głosy, że pojawiły się nowe dowody w śledztwie i że zajmie to trochę więcej czasu niż podejrzewano. Po dwóch, czy trzech tygodniach słychać było jedynie marne wzmianki o całym zajściu. Postanowiłem poczekać jeszcze jakiś czas, aż sprawa przycichnie zupełnie. Miałem co jeść, miałem co pić. Byczyłem się przez te tygodnie jak nigdy. Wstawałem późnym popołudniem, łaziłem po lesie, trochę czytałem (w markecie udało mi się na szczęście znaleźć kilka książek, które jak się później okazało uratowały mi niejeden wieczór). Minęło jakieś siedem tygodni i uznałem, że mogę już pojawić się w mieście. Zajechałem do swojego mieszkania. Nigdzie nie dostrzegłem ani jednego gliniarza. Spokojnie wziąłem prysznic i zadzwoniłem do Freddy`ego. Był w mieście już od kilku dni. Umówiliśmy się w jakiejś knajpie na następny wieczór. Dodzwoniłem się też do Loomisa, który także od jakiegoś czasu już tu był. Mówił, że jest zupełnie bezpiecznie, ale nie chciał się z nami spotkać. Powiedział, że jest zajęty, że od miesiąca jest ojcem i ma małego Loomisa do opieki. Założę się, że wtedy od razu po moim telefonie poinformował kogo trzeba…
Kiedy wyszliśmy z Freddym z knajpy – po drugiej stronie ulicy stał radiowóz. Opuściliśmy głowy i ruszyliśmy w stronę samochodu. Ktoś za nami pokrzykiwał. Freddy odwrócił się i pomachał do niego ręką, a do mnie, z uśmiechem na twarzy, wciąż patrząc za nas i machając, krótko powiedział: „spieprzamy”. Puściliśmy się pędem przed siebie. Boże, jak myśmy gnali! Przy drugim skrzyżowaniu Freddy odbił w prawo, ja pobiegłem prosto przed siebie. Z okolic, gdzie pobiegł Freddy słyszałem padające co chwilę strzały. Mam nadzieję, że go nie dorwali… Podczas biegu w pewnym momencie zorientowałem się, że zbliżam się do granicy miasta. Poza miastem nie miałem raczej dokąd pobiec. Wykręciłem więc na teren opuszczonej fabryki czegośtam (została zamknięta chyba jeszcze zanim się urodziłem i nie przypominam sobie, żeby ktoś mi kiedyś mówił co to była za fabryka). Na samym środku ogromnego placu stał wielki, rozsypujący się budynek. Naokoło niego wszystko zarośnięte było wielkimi krzakami. Tylko latarnie stojące przy budynku jakimś cudem wciąż świeciły. W pierwszej chwili chciałem się schować w budynku, ale postanowiłem wiać na cmentarz. Pognałem przez krzaki w kierunku ogrodzenia. Kiedy przebiegałem przy tych cholernych latarniach poczułem gorące uderzenie w lewe ramię, w zasadzie już w bark. To był mój pierwszy postrzał. Kilka centymetrów w bok i dostałbym w płuco…
Dalszą ucieczkę opisałem już wcześniej, tą z moim „snajperskim strzałem”…
I tak znalazłem się tutaj, w trumnie. Siedzę tu już prawie trzy godziny. Jest mi coraz zimniej. Mówiłem już, że zawsze marzłem na cmentarzach? Nawet w cholerne lato… Ramię boli mnie coraz bardziej, obawiam się, że tak po prostu samo się nie zaleczy… Jeszcze parę minut i zmywam się stąd. Pobiegnę do… właściwie dokąd mam iść? Na melinę? Tam na pewno już czekają… Do domu? Tam tym bardziej… Jasny gwint, nie mam dokąd iść! Cholerny Loomis! Cholerni gliniarze… Krew cały czas leje się ze mnie, jak z zarzynanej świni… Spróbuję stąd wyjść… Ej, no co jest? Coś blokuje wieko! Do diabła!
Nie… to na nic… Przez to ramię brakuje mi siły… Odpocznę najpierw trochę… Zbiorę siły i spróbuje później, na pewno mi się uda… Tak - myślę, że powinienem odpocząć…
Cały mój…
bok…
jest mokry…
od krwi…
odpocznę tutaj…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -