Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Martwy azyl

Jakub Zieliński

Pustynia. Masa piasku i zero wyobraźni. Tak od kilku lat jawił jej się teren poza Miastem, w którym wszyscy przestrzegali ją przed ucieczką w objęcia nieznanej drogi do innego świata. Ale podjęła ogromne ryzyko i teraz od dwóch godzin wędrowała już w kierunku wschodnim (polegała na swoich śladach oraz kompasie). Chciała właśnie podjąć kolejną walkę z myślami, kiedy na linii horyzontu zaczęła podskakiwać małą czarna plamka. To znaczy nie podskakiwała: jedynie jej wzrok płatał figla po wielu minutach oświetlania przez blade, chowające się za głębokim szpalerem chmur. Zamarła i stanęła w miejscu, przesuwając palcami po rękojeści trzymanego w płóciennej torbie pistoletu. Tak, bała się obcych od czasów kiedy zaatakował ją pewnego zimowego wieczoru jakiś policjant....cholera, jak on się nazywał...Benson albo coś. Napadł na nią z dzikim okrzykiem i pianą na twarzy, wrzeszcząc coś o płonącym hotelu.

Przewrócona, uderzyła się w głowę i straciła przytomność. Ocknęła się po kilku minutach, ale ślady po napastniku były nieco przysypane. Rozpoznała go potem podczas wizyty w szpitalu psychiatrycznym swojego wuja.


Ale nadchodzący nieznajomy nie przejawiał groźnych zamiarów. Wyglądał na architekta: wysoki, dobrze zbudowany brunet z łysiną czołową. Na nosie miał okulary, a na ręku drogi zegarek, ale reszta jego ubrania nie zdradzała już stanu majątkowego. Postanowiła się w nim nie zakochiwać, pomimo szerokiego uśmiechu:
Samotny spacer w tych stronach? To coś niespotykanego.
Może – nadal mu nie ufała, ale widząc to stanął – Pan pewnie też uciekł z Miasta?

Miasta? Nie pochodzę z tamtych rejonów. Podobno trwa tam jakaś epidemia.
Nic o tym... – cofnęła się z bronią w wyciągniętym ręku, jednak obcy nadal się uśmiechał.

Epidemia próżności i głupoty. Każdy z was czeka tylko na wielkie sukcesy i pieniądze, nie zastanawiając się nad losem innych. Spójrz na siebie – nie ma u ciebie choćby cienia skromności.

Trzymaj się z daleka ode mnie, skurwielu – nadal trzymała palec na spuście, kiedy przed jej oczyma pojawiła się całkowicie czarna przesłona. Zaatakowana od tyłu, nie była w stanie swym krzykiem przebić grubego płóciennego materiału. Poczuła ból w krzyżu, który zmusił ją do tego, aby uklękła. Drugi z mężczyzn wiązał teraz jej ręce i nogi, podczas gdy jego wspólnik otwierał jakieś pomieszczenie. Nie przypominała sobie, aby podczas wędrówki widziała w oddali jakiekolwiek budynki czy urządzenia wytworzone ludzką ręką, ale jedno z nich najwyraźniej miała teraz doświadczyć.

Miasto jest piękne – głos obcego nadal był jednostajny i pozbawiony wyrazu – Jest w nim tyle różnego życia, którego wy, próżni ludzie zupełnie nie dostrzegacie. Niedługo wszyscy będą musieli przejrzeć na oczy, a wtedy....świat stanie się naprawdę piękny.
Po chwili poczuła chłód podziemia, po tym jak wrzucił ją do domniemanej studni.
Takie rozwiązanie podpowiadało jej przeczucie i bogata wyobraźnia. Do momentu, w którym na swoim związanym brzuchu poczuła ludzkie dłonie.
Rzadko spotykane na dnie studni, nieważne - pustej czy napełnionej.


Eddie, Eddie Cazale. To on musiał wystawić go w tym miejscu. Znany ze swojego poczucia humoru i płatania figli nawet najbliższym znajomym. Kiedyś wywiózł w nocy swojego brata wraz z łóżkiem na środek jeziora, korzystając z tego że Jeff Cazale posiadał prawdopodobnie najtwardszy sen, o jakim kiedykolwiek słyszał. Umieszczanie kogoś w niebieskim pokoju bez drzwi i okien, z jedną tylko klapą w suficie było dokładnie w jego stylu. Pewnie siedział gdzieś na zewnątrz i nabijał się teraz z jego, Josepha Nuna, bezsilności. Jednak wskazówki zegarka przesuwały się radykalnie i bezkompromisowo, a kawalarz nie odpowiadał na nawoływania i groźby Josepha. Ten ostatecznie postanowił spróbować doskoczyć do klapy i podbić ją ku górze, jednak każda kolejna próba sprawiała mu jedynie ból, ból wobec własnej bezsilności. Kiedy nareszcie usiadł bezradny w kącie zimnego pomieszczenia, za ścianą usłyszał szuranie. Wkrótce podobne odgłosy ogarnęły także przestrzeń ponad jego głową, sprawiając, że czuł się niczym zamknięty w roju pełnym pszczół. Głęboko odetchnął i w tej sekundzie hałasy całkowicie ustały. Zanim zdążył się zdziwić, klapa w suficie uniosła się mechanicznie ku górze, odsłaniając nieznaną (czerwoną) przestrzeń. Nun wpatrywał się w nią niczym zahipnotyzowany, zastanawiając się nad celowością (lub jej brakiem) w przypadku umiejscowienia tego obiektu obok jego sali.
Do momentu, w którym przestał myśleć, a zaczął się bać.

Ponieważ w czerwieni coś drgnęło i zaryczało niczym głodny wilk, a on mógł jedynie czekać na jego zniknięcie. W czarnej sali nie miał najmniejszych szans na przeżycie. Nie wierzył w dowcip Jeffa, jedynie w realność śmierci.

Lina i młotek. To wszystko, co udało mi się tutaj znaleźć.
Gordon Malone, wiecznie zapracowany czterdziestolatek, znajdował się teraz w kropce. Gadał do trupa: tak w każdym razie wywnioskował z wyglądu i braku zachowania drugiej postaci leżącej w innym kącie małej szarej celi, w której tkwił od kilku (jak sam przypuszczał, przy braku zegarka) godzin

Nawet się nie powieszę, bo nie będę miał na czym....Może zechcesz łaskawie się ruszyć i mi pomóc?
Podniesiesz mnie do tego włazu, tam na górze...
Postać ani drgnęła, niczym manekin pozbawionych choć odrobiny krwi.
Szefie, słyszysz mnie? No tak, gadam z głuchym. Bo przecież nie jesteś martwy. Nie pachniesz w taki sposób.
Zrezygnowany, kucnął tuż pod włazem. Po chwili gwałtownie wstał i wspiął się na palce, jednocześnie szacując wzrokiem wysokość pomieszczenia.
Gdybyś mnie podrzucił chociaż o pół metra....
W lewej ścianie sali rozległ się głośny stukot, dodatkowo zwielokrotniony jeszcze przez przepustowość cienkiego betonu.
Co tu się kurwa dzieje? Czy to jakiś makabryczny żart?
Teraz usłyszał kolejny dźwięk, dochodzący jednak ze strony ciała. Z przerażeniem nawet na końcach włosów odwrócił swoją głowę.

Z otwartych zwłok wydobywały się teraz dziesiątki karaluchów i krocionogów, pełznących czarną chmarą w kierunku jego butów od Armaniego. Bardziej ze strachu niż w obawie przed zniszczeniem ich po raz pierwszy podskoczył w stroną włazu.

Kiedy oderwał swe stopy na wysokość zaledwie dwudziestu centymetrów, cała budowla obróciła się o kilkaset stopni, turlając jego ciałem jak szmacianą lalką.
Pokój zielony był teraz co sekundę pozbawiany powietrza. Przyciskając do piersi jedyną pozostałość po świecie zewnętrznym – małe pudełko zapałek Julianne Philips. Jej skóra wysychała teraz w tempie błyskawicznym i zapewne poddałaby się już dawno wirowi szaleństwa, gdyby nie ludzka twarz, iskra nadziei w sali obok. Podejrzewała, że było to tylko złudzenie optyczne wywołane ponurą samotnością, spowodowaną...Właśnie, czym? Owszem, poprzedniej nocy poszła na całość popchnięta do tego radą Terri, swej najlepszej przyjaciółki i wylądowała w ramionach całkiem przystojnego bruneta z Piątej Alei. A może z Nadir Street? Nie była już pewna. Z całą pewnością jednak nie dała się zamknąć w zielonej sali bez drzwi i okien, jedynie z małą buteleczką wypełnioną naftą. Na początku troszeczkę wyła ( jak chyba każdy w takich niezbyt ciekawych warunkach), ale potem gdzieś z wnętrza jej mózgu dotarł sygnał, że może tu tkwić przez całą wieczność. Podświadomie czuła, że drapanie i kopanie w ściany nie przyniesie powodzenia, jedynie podwójny ból.

Obolały Gordon rozcierał z zamkniętymi oczyma swe ramię, kiedy poczuł zapach skórzanych butów noszonych rzadko przez turystów zwiedzających góry na północy Miasta. Jednak ten człowiek nie był turystą – jego ubranie przywiodło biznesmenowi na myśl raczej skrzyżowanie motocyklisty ze starym klientem klubów nocnych rozmiłowanym w skórzanych kostiumach. Przełknął ze śliną pierwsze wrażenie strachu i zapytał:
- Dlaczgo tu już jesteś?
Dopiero co wpadłem – ponury dowcip zwieńczył wyciągnięciem przybrudzonej rdzą dłoni – Joseph Nun.
Gordon Malone.
TEN Malone? Człowiek, który omal nie doprowadził do ruiny MultiCon?
Nie jest to dla mnie powód do wielkiej chwały, ale tak. Jeśli pan został poszkodowany w tej sprawie, to serdecznie nad tym ubolewam – głos pełen skruchy niezbyt pasował jednak do jego wizerunku rekina finansjery.
Nie jestem poszkodowanym. Po prostu sporo czytam i zapamiętuję. Tak jak o tej historii psa w metrze, trzy dni temu.
Trzy dni? Wydaje mi się, że się mylisz. To miało miejsce dużo wcześniej, co najmniej miesiąc....
Zaskoczony Joseph po chwili poszukał w małej sakwie przypasanej do ubrania i podał Gordonowi gazetę. Z daleka, niesiony przez system rur do uwagi obu mężczyzn dotarł cichy jęk, wydawany przez niewidoczną istotę.
My tu gadu- gadu, a tak naprawdę nie wiem gdzie jesteśmy.
Joseph przykucnął na ziemi i wyjął z kieszeni papierosa. Panujący wokół obu półmrok nie nastrajał do zabawy, ale nieoczekiwanie na twarzy mężczyzn pojawił się powykrzywiany uśmiech.
To zabawne, jak prymitywnymi metodami usiłują zmusić nas do uległości. Właśnie w chwili, w której zaczęliśmy wykrywać ich podły spisek. Gordon ostukał najbardziej widocznego ze ścian, po czym usiadł obok częstującego go papierosem Josepha.

O kim konkretnie mówisz? O ludziach z Miasta?
Ja uciekłem, bo ...bo nie mogłem znieść pochwały dla codziennej próżności. Tego hołubienia złu i fałszowi. Dlatego teraz usiłują zmusić mnie do milczenia.
Tego słowa zaintrygowany pracownik sfery budżetowej nie słyszał, ponieważ w jego dłoni pojawiło się kilka gwoździ, zgrabnie wyjętych z umieszczonych pod cienką warstwą tynku.
Ktoś je tutaj musiał umieścić, a więc wejść i wyjść.
Tak – Joseph nie podzielał w najmniejszym stopniu entuzjazmu Gordona – Przez tę klapę, ponad naszymi głowami. Mamy tam mniej więcej dwa i pół metra, nawet jeśli usiądziesz na moich ramionach
Ale może ktoś tutaj przyjdzie, nawet za chwilę.
Znikło światło i rozpoczęły się jakieś ruchy. Żarzący się koniec papierosa Nuna poruszył się gwałtownie po tym, jak chudzielec przywarł do drgającej nerwowo ściany.
Chodź tutaj! To może być nasza szansa na ucieczkę.
Gordon, bardziej ze względu na brak innej opcji niż przekonanie co do słów towarzysza, spokojnie podszedł do muru. Starał się dopatrzyć w kącie jakiegoś światła, ruchu czy objawu życia napędzającego tę materię. Zamiast tego doświadczył koszmaru zgnilizny i trupiego odoru. Zaskoczony, starał się szarpnąć za ramie energicznego Nuna, jednak pod drgającymi palcami po oceanie próżni trafił wreszcie w materię. Ta jednak zawiodła jego oczekiwania: miękka i wodnista, a głębiej kościsto twarda.
Poruszony nieludzkim warczeniem, wyszarpnął dłoń z klatki piersiowej kolejnego truposza.
Światło naprowadziło jego wzrok na inną salę, o radykalnie niebieskim kolorze.

Julianne już nie szalała we wnętrzu własnego więzienia. Głównie dlatego, że już je opuściła; całkowicie wbrew swej woli. Zyskała nową towarzyszkę niedoli: początkowo Morgan Johnson wydawała się być poza zasięgiem jej świata, zawiązana wewnątrz własnej głowy w kokonie myśli. Kiedy ujrzała twarz blondynki, zachowała się niczym wypuszczone z klatki na wolność zwierzę.
Nareszcie jakaś ludzka twarz – wrzasnęła – Już myślałam, że całkowicie tutaj oszaleję z samotności. Na imię mam Megan, a ty?
Julianne....ale, co tak naprawdę...jak tu trafiłaś?

Nie zadała tego pytania w zbyt dobrym momencie, ponieważ przysadzista brunetka zaczęła akurat odczuwać niedostatek tlenu w czerwieniejącym pokoju. Reagowała na to rozpaczliwym ściskaniem własnej krtani przemieszanym z drapaniem przestrzeni wokół swojej szyi, jakby starając się wyrwać dla siebie jak najwięcej powietrza. Zaintrygowana widokiem Julianne przeoczyła dość istotną zmianę w wyglądzie ściany wschodniej – oto na jej środku na moment pojawiły się ciemnoczerwone drzwi z nietypowymi znakami magicznymi. Starała się pomóc leżącej na podłodze Megan, której oczy tańczyły teraz szaleńczą tarantellę wokół krwawiącego nosa.

O Boże – wyszarpnęła z kieszeni leżącej chusteczki i oczyściła nozdrza wracającej wolno do normalności Megan. Kiedy ta przestała ciężko dyszeć, odblokowała tym samym drogę dla innego dźwięku. Czerwone drzwi przestały już istnieć, ale odzyskująca przytomność Megan zaczęła się gwałtownie wycofywać ruchem kraba.
Co to jest? Jak to się tutaj znalazło?
Nowy gość w sali nie był nazbyt rozmowny. Trzymał obie kobiety w niepewności co do swego wyglądu, mogącego naprowadzić umysły obu na wyobrażenie dotyczące jego zamiarów. Spoglądał w ich stronę bezgłośnie, jakby oczekując od nich pierwszych reakcji.
Co to jest? – zaintrygowała się Megan – Czy to...czy to żyje?

Istota gwałtownie skoczyła w kierunku zaskoczonej kobiety i zbliżyła swe wargi ku jej twarzy. Poczuła trupi oddech zmieszany ze słodkim waniliowym zapachem, wywołującym gwałtowne zamieszanie w jej głowie. Z pustki jej umysłu do oczu wyrwała się płonąca fala liter, których doświadczyła w jednej mrocznej sekundzie
Cagliostro....
Szponiaste trzy palce stworzenia zacisnęły się na grdyce kobiety. Teraz stwór nie krył już wściekłości i swego pożądania dla ludzkiego mięsa. Na szczęście dla obu, Julianne nie zawahała się użyć swego ukrytego w nogawce noża myśliwskiego. Pierwsza rana na dłoni zmiennokształtnego demona nie broczyła jednak krwią – jedynie kilka białych robaków wytoczyło się przez wrota otwartej skóry. Na obliczu tnącej dziewczyny pojawił się grymas obrzydzenia. Nie zdążyła jednak odeprzeć kontry, gdyż sala zaczęła zmieniać gwałtownie swe ustawienie. Cagliostro z rykiem upadł na plecy, jednocześnie wbijając szpony w betonowy grunt. Zanim przytłoczyło ją ciało wrzeszczącej w niebogłosy Megan, roztropna panna Philips zdążyła jeszcze cofnąć swój nóż przed opadającymi ciałami.

Joseph odniósł ranę w starciu z umarłymi: jego lewy bok niesamowicie broczył krwią po tym, jak jeden z oprawców wbił swą złamaną i ostro zakończoną kość przedramienia w okolice śledziony. Reakcja Gordona była szybka, ale i tak niewystarczająca: zombie został przecięty wpół przez zamykający się przesmyk między salami. Następnie opatrzył znajomemu ranę przez własną podartą koszulę i przyjrzał się obliczu zmasakrowanych zwłok. Należały do kobiety, około 40-ki, ciągle jeszcze posiadającej kuszące cechy urody – zapewne także nie znalazła się w budowli dobrowolnie. Była także zbyt zadbana jak na kogoś, kto błąkałby się na pustyni wokół Miasta przez okres kilku dni – logiczne zatem było, że ktoś mógł ją tu przetransportować. Tak jak i jego. Z rozmyślań wyrwał go odgłos wymiotującego Nuna, niewrażliwego na umartwione piękno.
My też tak skończymy.
Jeśli stracimy koncentrację, choć na minutę...Jak tam twój bok?
Krwawi, ale już mniej. Jeśli będzie ich jeszcze więcej to nie przeżyjemy.
Gordon wyciągnął zza paska młotek i pomachał nim przed oczyma rannego.
Każdy człowiek ma swe słabe punkty, żywy czy martwy. I ja wiem jak je odnaleźć. Działałem przez rok w komandosach.
Byłeś żołnierzem?
Nie. Tylko logistykiem, ale wiem to i owo.
Salą wstrząsnęło światło, a po nim krwistoczerwony odór. Obaj mężczyźni gwałtownie rzucili się do najciemniejszego z kątów pomieszczenia. Dopiero teraz Joseph dostrzegł dziwny rysunek Jezusa na lewo od włazu: Mesjasz był poprzeszywany ostrzami we wszystkich kierunkach geograficznych i mocno broczył krwią. W sąsiednim pomieszczeniu jednak ciemność i obraz zniknął. Zamiast tego "niebieski" gwałtownie zachybotał się i przesunął wokół własnej osi. Dwie pary uszu wychwyciły jeszcze jęki i głuche uderzenia o tymczasową podłogę.

Po paru minutach nowe stworzenia zaczęły pełzać po podłodze, wydobywając z siebie ciche jęki. Kiedy przekształciły się w pojedyncze słowa, ciężko dyszący Joseph nawiązał wreszcie nić porozumienia:
Czy ktoś tutaj ma plaster? Zdaje się, że skaleczyłem sobie palec....
Absurd i ponura groteska wzajemnego położenia czwórki nieznanych sobie ludzi nie przeszkodziła jednak w spontanicznym wybuchu głośnego śmiechu – pierwszego pozytywnego akcentu ostatnich chwil.

Po otoczce wzajemnego przedstawiania się i relacji z przeżyć w poszczególnych salach nastąpił moment, w którym coraz bardziej zdezorientowany Gordon zachęcił swoich towarzyszy do pewnego działania.
W porządku, wiemy jak kto się nazywa itd., ale może ktoś wreszcie powie mi jak tu trafiliśmy?
To zabawne – zaczęła Megan, odgarniając kosmyk włosów ze swego czoła – Ale już o tym rozmawiałam z Julianne. Obie pamiętamy tylko po jednym wydarzeniu z przeszłości, jakby ... jakby nic wcześniej i później nie miało miejsca.
Boże, to tak jak u mnie – westchnął ciężko Joseph – przejeżdżałem ulicą Benneta i zwolniłem, bo tuż obok miał miejsce wypadek samochodowy. Czarny pontiak zderzył się czołowo z Volvo, bez poślizgu ani czegoś takiego....wszędzie było pełno policji i gapiów.
Ja pamiętam kłótnię z moim chłopakiem Gerrym...wściekłam się na niego, bo po raz kolejny wrócił do domu całkiem pijany. Nienawidzę tego – Julie zaczerpnęła głęboki oddech – A on wiedział o tym doskonale. Dlatego wsiadłam w samochód i pojechałam. Miałam już wyjeżdżać z Miasta, kiedy chyba zasnęłam za kierownicą i...znalazłam się tutaj.
Megan, a ty? O czym chcesz nam opowiedzieć?
Szukasz w tym jakichś śladów? Drogi do dowiedzenia się, czemu tu jesteśmy? – rudzielca wyraźnie irytowało nowe towarzystwo, zwłaszcza dociekliwość Gordona.
Wyjęła z torebki papierosa i zapaliła go, zaciągając się dymem.
Jezioro. Miałam może z siedem lat – cedziła przez zęby – Woda była cholernie zimna, a ja wypłynęłam zbyt daleko. Pod nią poczułam wodorosty. Tak mi się zdawało. Ale tak naprawdę to chwytałam za włosy trupa...
Zimne mrowienie przeszło po plecach Josepha, którego drżące ręce starały się zbierać rozrzucone w wyniku wstrząsów gwoździe. Gordon rzucił okiem na partnera, a następnie niezwykle lakonicznie stwierdził:
Skoro dostaliśmy te wszystkie sprzęty, to pewnie nieprzypadkowo. I tak też sprawa ma się z tymi wspomnieniami.
Skąd jesteś o tym przekonany? – wybuchła gwałtownie Julianne, otrzepująca ze swoich kolan pył. Ze strony Josepha rozległo się głośne skrzypienie i odgłos przemieszczanej ściany, zza której wysunęły się dwie szarosine ręce obejmujące następnie w pół obolałego i jęczącego mężczyznę.
Nie...To znowu one! Zabierzcie te potwory ode mnie!
Na pomoc porywanemu skoczyła jedynie Julie, po sekundzie przytrzymywana już przez mocne ręce Gordona. Wbity w wysuniętą szyję zombie nóż ociekał teraz krwią, ale na miejsce poprzednich rąk pojawiły się następne...i następne....i następne. Z powstałego w ten sposób kłębowiska na moment jeszcze wyłoniła się pełna trwogi twarz Nuna, i już stało się jasne, że nie stawi się nigdy więcej do swej pracy.

Nastąpiła cisza, nerwowe wyczekiwanie na pojawienie się w tle kolejnych dźwięków lub chociażby szeptów. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Julianne zaczęła płakać, drapiąc zarazem w ścianę za którą zniknął Joseph. Kiedy na jej palcach pojawiła się krew, zacisnęła pięści i uderzała nimi miarowo.
Dlaczego? O Boże, co my takiego zrobiliśmy że musimy tutaj być?
Zamiast tyle gadać lepiej mi pomóż – Gordon na kolanach, milimetr po milimetrze, kontrolował podłogę. Kiedy odnalazł wreszcie jeden z upuszczonych przez Nuna gwoździ, wydał z siebie krótki okrzyk radości.
One ich nie znoszą. To te gwoździe powodują, że trzymają się na dystans.
Jakby na potwierdzenie słów Malone’a, klapa ponad głowami tria otworzyła się, a z nieznanej przestrzeni spadło kilka kolejnych gwoździ. Gordon gwałtownie pozbierał je i zaczął rozkładać w różnych miejscach sali.
To powinno powstrzymać ich kolejne pojawienie się tutaj.
Nieoczekiwanie dla obojga, Megan zbliżyła się do Gordona i szybkim ruchem wyciągnęła zza jego pasa linę
Mówiłeś o braku przypadkowości tych przedmiotów. Zatem możemy użyć także i tej liny oraz mojej nafty. Pytanie tylko jak...
Julie odsunęła się od ściany, gdyż ta po raz kolejny zaczęła drgać. Gordon hipnotycznie wpatrywał się w linę jakby mierząc wzrokiem jej długość. Kiedy sala zaczęła wolno zmieniać swoje położenie, wyszeptał:
Może i masz rację – sekundę potem zaczął biec w stronę wchodzącego teraz na miejsce prawej ściany sufitu. Całym ciałem rzucił się w stronę klapy i wepchnął się w jej ramy. Dopiero teraz krzyknął w stronę obu kobiet:
Chodźcie tutaj! Megan, przywiąż do niej linę i przeciągnij! Potem zrób to samo z sobą. I pospiesz się, do cholery!
Kiedy w dłoni George’a pojawił się nareszcie koniec liny, dwie metalowe części rozsunęły się z głośnym tarciem. Obwiązany już nią mężczyzna zajrzał do środka. Kolejna sala przepełniona była nie tylko zimnem, ale dziwnym chemicznym zapachem. Zmęczonym oczom mężczyzny wydawało się, że widzi dwie postaci w ochronnych ubraniach, ale krzyk Megan przywołał go do rzeczywistości.
On tu jest! Gordon, on biegnie do ciebie!
Błyskawiczny atak wybiegającego skądś Cagliostro całkowicie zaskoczył Gordona – zdążył jeszcze wyciągnąć ze swej kieszeni młotek i zamachnąć się nim w stronę demona. Jego ręce były jednak szybsze i dłuższe: dwie czerwone rysy na szyi mężczyzny bardzo szybko zaczęły napełniać się krwią. Druga dłoń stwora chwyciła za lewy bok, wbijając się na kilkanaście centymetrów w głąb ciała Gordona. Ten ostatkiem sił rozwiązał jeszcze swój węzeł i runął na ustabilizowaną już podłogę, w ślad za spadającymi Julie i Megan. Pokrywa wejścia zamknęła się, odbierając zrozpaczonym ludziom ostatnie resztki nadziei na ucieczkę.
Najszybciej oprzytomniała Megan, zerkając przez łzy na oderwanego od drgającego ciała Malone’a Cagliostro. Postanowiła go pomścić, choćby miało to być jej ostatnie błędne zachowanie w życiu: podpaliła knot trzymanej w ręce butelki z naftą i rzuciła nią w stronę zbliżającego się demona.
Trafienie przyniosło natychmiastowy efekt: demoniczna kreatura skrzeczała z bólu, podczas gdy niebieskawa poświata ogarniała jej falujące ciało. Jeszcze kilka machnięć łapami, próba przebicia się przez ścianę (niezrozumiała dla obu kobiet) i wreszcie padł, roztaczając wokół aurę niesamowitego wręcz smrodu.
Gordon, Gordon, słyszysz mnie? – próba nawiązania kontaktu przez Julianne nie przyniosła żadnego efektu; mężczyzna rzęził przez chwilę czarną krwią, szepcząc w obliczu zbliżającego się końca:
Byłem w barze pełnym ludzi. Jadłem lunch, a oni po mnie przyszli. Widziałem...och, widziałem – pełen przerażenia wzrok wbijał się teraz w otwartą klapę ponad głową Megan. Do pomieszczenia wtargnęło niespodziewanie zimne powietrze, drażniące wściekłe komórki ciała Julianne. Okryła się rękami, ale zimno narastało z każdą sekundą. I wtem rozległo się okrutne dla uszu obu kobiet dudnienie i wycie, będące istną namiastką piekła. Zaczęło przechodzić ślimaczym tempem ku górze, kierując się w stronę otwartej klapy. Zamiast trupów w otworze wyłoniły się dwie twarze w kombinezonach ognioodpornych, wyposażonych także w maski z filtrami dla mówienia.
Czy jest tu jeszcze ktoś żywy? Poza wami, oczywiście.
Wielce znaczące milczenie nakłoniło obu komandosów do wrzucenia do środka sali drabinki sznurowej
Szybko. Jeśli możecie się normalnie poruszać to wchodźcie na górę.
Kiedy obie znalazły się już w sąsiedniej sali, wyższy z mężczyzn zszedł wraz ze swoim karabinem o kilka kroków w dół drabiny. Padły pierwsze strzały, a jego towarzysz ruszył mu z odsieczą. Obaj wrzeszczeli i strzelali na przemian, ale trupy nie znały strachu czy litości – na miejsce uziemionych wskakiwały kolejne, kolejne i kolejne. Kiedy dla pozostałych przybyszów zostały już jedynie krwawe plamy i resztki ciał wielkości małych piłek, klapa zamknęła się po raz kolejny, odcinając większą część drabiny. Przyglądająca się jatce Megan trwała sparaliżowana strachem, a Julie płakała cicho.

Pokrwawiony i z trudem oddychający Joseph starał się odnaleźć jakikolwiek punkt w ciemności, który mógłby przynieść ukojenie fali jego rozpaczy. Był już całkowicie pewien, że nigdy więcej nie znajdzie się na wolności i nie napije wina czy będzie kochać się z kobietą. Pozostało mu już tylko czekanie na ostateczny cios, zadany przez pozbawione życia istoty z tego nieznanego budynku. Nie bał się, ponieważ nie miał już nawet odrobiny nadziei. Wciąż szukał w swoim jedynym wspomnieniu wskazówek co do przyczyn znalezienia się w tym miejscu i czasie. W swojej głowie odtwarzał wszystkie szczegóły jak film ze zwolnioną akcją. Kiedy w nagłym błysku ukazała mu się twarz ofiary wypadku, widoczna tuż przed zamknięciem foliowego worka, poczuł się jednak nieswojo i omal nie zwymiotował.

Na jego szyi zacisnęły się lodowato zimne ręce, a głodne usta wbiły się po raz kolejny w jelita. Zaczął płakać.

Chciałabym nareszcie się stąd wydostać. O ile to w ogóle jest możliwe.
Pewnie tak. Nie zastanawia Cię, dlaczego się jeszcze nie podusiliśmy?
Tu są pewnie jakieś otwory, przez które wpada tlen...
Na twarzy Megan zagościł wyraz bezgranicznego zdumienia brakiem szybkości łączenia faktów u przyjaciółki. Złapała ją za ramiona i podprowadziła do suchej już czerwonej ściany. Następnie wyjęła z kieszeni zapałkę i zaczęła nią wodzić tuż przy podłodze sali.
Jeśli gdzieś tu będzie podmuch, to na pewno nie samoczynny. Spróbuj z drugiej strony.
Nawet jeśli będziemy wiedziały, co nam to pomoże?
Zapalona przez nią zapałka przez chwilę świeciła czerwonym płomieniem, aby – po krótkiej i dramatycznej walce – zgasnąć. Megan rzuciła się do niewidocznej na pierwszy rzut oka małej kratki w kącie sali i zaczęła wrzeszczeć:

Pomóżcie nam! Jest tam ktoś? Halo! Pomóżcie nam! Jesteśmy w czerwonej sali.

I zapanowała cisza, mącona jedynie głębokimi oddechami obu kobiet. Kiedy Julie wzruszyła już bezradnie ramionami, z drugiej strony kratki rozległy się jakieś pojedyncze urywane fragmenty dźwięków, jakby mówił ktoś przechodzący obok w znacznej odległości. Megan ponownie zaczęła wrzeszczeć i na to zawołanie odpowiedziało już kilka stworzeń. Nie byli to jednak ani komandosi ani naukowcy – dziewczyna zbyt późno zaczęła żałować, ze tak bardzo zbliżyła się do kratki: jakiś dowcipniś bowiem zaczął wysysać powietrze z sali za pomocą niewidocznej machiny. Włosy Megan również znalazły się w polu rażenia i część z nich prześlizgnęła się przez sito kratki.
Głupie żarty. W takim miejscu i momencie...
Ripostą było nagłe i brutalne szarpnięcie, a potem ciągnięcie przez czyjeś silne dłonie. Ruda wrzasnęła i zaparła się na kratce swymi rękami. Wtedy nastąpiło horrendum: do pierwszych dołączyły kolejne i kolejne, wciąż bardziej żądne kontaktu. Kości rąk nie wytrzymały, łamiąc się na wysokości przedramienia. Jej głowa uderzyła o mur i nawet trzymająca jej nogi Julie nie dała rady w tej nierównej walce: trupy zaczęły przeciągać Megan przez rozerwaną kratkę i kawałek po kawałku zdobywając jej obumierające ciało. Przerażona Julie krzyczała, szarpała i gryzła, ale zyskała tylko przez to całą masę nowych ran. Zanim pani Johnson całkowicie pożegnała się z niegodziwym dla niej światem, ujrzała jeszcze w mgnieniu światła odwrócone, pływające po jeziorze z jej dzieciństwa zwłoki. Zobaczyła ich twarz, zanim jej własna została doszczętnie pożarta. Pozostająca niczym w transie Julianne zwinęła się w kłębek z daleka od miejsca kaźni i zasnęła.

W śnie widziała jeszcze raz momenty sprzed swojego pojawienia się w tym miejscu. Tuż przed wyjazdem z Miasta, zapłakana i wściekła, zajrzała jeszcze na chwilę do małego przydrożnego baru. Akurat wtedy wydarzył się tam wypadek: jakiś facet wtargnął do środka z bronię i chciał sterroryzować obsługę. Wrzeszczał, że chodzi mu o niezdrowe jedzenie tam serwowane, kompletny czubek....Na swoje nieszczęście, zaraz za nim siedział policjant w cywilu, mający jednak przy sobie broń. Nawiedzony gość nie odpuścił i doszło do strzelaniny: zginęło w niej obu uzbrojonych i jeszcze jedna z klientek. Julie znalazła się w środku właśnie w momencie, w którym ciała były pakowane w foliowe worki. Przez łzy nazbyt wyraźnie dostrzegała ich twarze, ale teraz już niemal na jawie oprzytomniała....Na sekundę przed przebudzeniem poczuła zapach bzu....

Oślepiło ją jasne światło w sali, przypuszczalnie jakiegoś szpitala. Zaraz obok niej zjawiła się starsza kobieta w chirurgicznym fartuchu. na widok przebudzonej Julie uśmiechnęła się.
Doszłaś nareszcie do siebie. To dobrze. Łatwiej będzie się teraz z tobą porozumiewać.
Wody....chcę wody – wyszeptała ledwo słyszalnie.
Zniosłaś wiele i powinnaś teraz odpoczywać – podała jej plastikowy kubek, a po chwili do sali wszedł ktoś ciężko stąpający po ziemi. Kobieta odsunęła się, a jej miejsce zajął człowiek w okularach i czarnym ubraniu. Przypominał Julie księdza, lecz słowa wygłaszał głosem pełnym szaleństwa.
Zastanawiasz się pewnie, co się stało i dlaczego tu jesteś? Odpowiedź może cię nieco zaskoczyć i będzie bardzo szczera: od dawna już nie żyjesz.
Coo... nie zrozumiałam.
Mogę to powtórzyć. Miałaś wypadek samochodowy podczas próby ucieczki z Miasta. Twój samochód wypadł z drogi. Niestety, w swoim zacietrzewieniu zapomniałaś zapiąć pasy i skręciłaś kark.
Ale przecież...mówię, chodzę i oddycham.
Dzięki mnie i siostrze Wilson. Oboje odkryliśmy metodę przywracania do życia ciał w 24 godziny po ich śmierci, o ile oczywiście nie są zbyt mocno zniszczone. Naprawiamy rdzenie kręgowe, układ nerwowy i narządy wewnętrzne: serce, płuca. Żyjesz, a raczej tak ci się wydaje, ale tylko przez kolejne kilkadziesiąt godzin. Dlatego musimy się spieszyć. Trafiają do nas niemal wszyscy, którzy tak czy inaczej chcieli uciec z Miasta: samobójcy, narkomani, ludzie zagubieni na pustyni....Umieszczamy ich w tym...Czyśccu i dajemy szansę rehabilitacji – przetarł okulary i przejechał dłonią po włosach – Na razie nikomu się to nie udało. Ty jesteś pierwsza.
Co się dalej ze mną stanie?
Wrócisz do Miasta, do chłopaka i swoich rodziców, do kotów i Vivaldiego, nawet być może do pracy. Lecz niestety proces obumierania jest nieodwracalny. Po tygodniu plamy opadowe, wzdęcia i rigor mortiis...a po miesiącu...
O ile starczyło jej sił, krzyczała i płakała, nie będąc w stanie już poruszać palcami. Nie znosiła marnych żartów, a ten był najbardziej ponurym jaki kiedykolwiek słyszała. Zamknęła oczy i postanowiła sobie, że po przebudzeniu już nigdy nie będzie wobec innych nieżyczliwa.

Jednak proces gnicia rozpoczął się od powiek, które opadły teraz dwie skórki ze śliwek.

Nie chcąc widzieć już nic więcej, połknęła własny język.
I zaczęła nareszcie śnić.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -