Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Podróż do nikąd

Sebastian Szewczyk

"Wyobrażałeś sobie kiedyś piekło, synu? Każdy je sobie wyobraża, jednak nikt nie wie jak naprawdę tu jest. Ludzie myślą o tym, co napisane w Biblii... myślą o ogniu i wielkich kotłach, w których On gotuje ludzi. Bzdura..." - Andrzej Bearow, 15 Grudnia 2003r. Znikąd.

***

CZĘŚĆ PIERWSZA
-----WSTĘP-----

Rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty dziewiąty dobiegał końca. Ludzie przygotowywali się do Świąt Bożego Narodzenia, sklepy były poobwieszane lampkami, a dzieci pisały listy do Świętego Mikołaja.
Miasteczko Tuczempy znajduję się w dzisiejszym województwie podkarpackim; Mimo iż było wówczas naprawdę niewielkim miasteczkiem, również przygotowywało się na nadejście świąt. W połowie grudnia nadeszła śnieżyca tak wielka, że jedynie najstarsi mieszkańcy Tuczemp pamiętali większą. Młodzież miała ubaw pomimo wielu stopni na minusie. Ojcowie zabierali synów na górki i lepili z nimi bałwany, a za domem państwa Kalickich stał największy; Był wielki na dwa metry i szeroki na ponad metr. Mieszkańcy nie dawali sobie rady z odśnieżaniem, rodzice mieli dylemat co kupić dzieciakom na święta, bary mleczne robiły interes na przejezdnych. Życie toczyło się jak zawsze, tylko że na większych obrotach.
Zwyczajna struktura, zwyczajnego miasteczka. Nic nadzwyczajnego.


-----Rok 1979-----
Ten dzień również niczym nie różnił się od poprzednich. Pozornie niczym.
Nikt nie wiedział, że w pobliżu domu rodziny Bearowów czai się bestia. Nikt nie wiedział, że następnego dnia tematem numer jeden będzie to, co wydarzyło się w nocy piętnastego grudnia w domu Weroniki Bearow, wdowy wychowującej samotnie dwoje dzieci.
Sebastian miał osiem lat a jego siostra, Amanta, była o rok młodsza. Zawsze namawiał ją do rzeczy, które ich mama nazwałaby nieodpowiedzialną głupotą. Oczywiście gdyby tylko o tych rzeczach wiedziała. Tego późnego wieczoru Sebastian wpadł na kolejny pomysł. Kolejną nieodpowiedzialną głupotę.
- Amanta! mama na pewno się nie dowie! - rzekł - Poza tym nawet gdyby... to i tak nie byłaby na nas zła. Zbliżają się święta!
Podał siostrze kurtkę. - Zakładaj.
- Ale obiecaj, że idziemy tylko na chwilę.
- Obiecuję.
Wyszli na podwórze, które było posłane nieskazitelnie białą oraz grubą warstwą śniegu. Dzieci topiły w nim nogi do kolan, więc po chwili miały przemoczone całe spodnie.
- Ulepimy bałwana i wracamy! - Sebastian chwycił siostrę za rękę i prowadził wgłąb podwórza, za którego ogrodzenie mama nie pozwalała im wychodzić.
- Zimno mi!
- Nie jęcz. W domu się wygrzejemy. - Zaczęli zabawę w śniegu. Ostatnią wspólną zabawę.

Mężczyzna czaił się przed domem. Miał na sobie dżinsy i rozpiętą skórzaną kurtkę, spod której wystawała czerwona koszula w kratę.
Gdy dzieci wyłączyły ostatnie palące się w domu światło, nieznajomy ruszył w stronę frontowych drzwi domu. Gdy do nich podszedł, wyjął z kieszeni skórzane rękawiczki, które niebywale pasowały do kurtki. Założył je starannie na dłonie. Z drugiej kieszeni wyjął klucze.
Włożył jeden do zamka. Przekręcił. Wszedł do domu.
Weronika Bearow spała na kanapie w salonie, który oświetlała świeca i kominek. Na stole stała pusta szklanka, oraz na wpół pełna butelka Jacka Danielsa.
Tylko francuską pindę stać na takie whisky, pomyślał mężczyzna. Na ziemi leżało tuzin pustych puszek po piwie ale poza tym w salonie było czysto. Miejscami nawet pedantycznie. W kominku ostatni płomień właśnie zgasnął. Mężczyzna wyjął z tylnej kieszeni spodni nóż, którym machnął powodując głośny odgłos sprężyny. W tej ciszy dzwięk ten zabrzmiał donośnie. Nóż się otworzył.
Nieznajomy podszedł do kobiety najciszej jak tylko potrafił. Prawdopodobnie nawet gdyby do domu weszła orkiestra z bębnami, Weronika nawet by się nie poruszyła. Zapadła w sen zimowy, jak lubiła nazywać długie samotne wieczory, po których następował długi samotny sen poprzedzany długim samotnym sączeniem Jacka Danielsa.
Mężczyzna kucnął przy niej i pogładził kobietę po włosach.
- Wstawaj kochanie...
Gdyby nie podnoszące się i opadające olbrzymie piersi Weroniki, można by pomyśleć, że ta nie żyje. No cóż, nawet jeśli żyje, to zaraz przestanie. Przytknął jej nóż do gardła, a drugą ręką potrząsał jej ciałem.
Kobieta zamajaczyła coś przez sen. Znów potrząsnął - tym razem mocniej.
- Wstawaj suko! Prześpisz własną śmierć!
Kobieta uchyliła oczy. Najpierw lekko i sennie, by po chwili otworzyć je najszerzej jak tylko potrafi. Ujrzała niebieskie oczy, w których spostrzegła własną, przerażoną twarz. Wiedziała kim jest mężczyzna, do którego należą te niebieskie oczy. Błekitne jak morska fala, która pochłonie Weronikę na dno oceanu nicości. Chciała krzyczeć ale on był szybszy. Otwartą dłonią zatkał jej usta a drugą mocniej przycisnął nóż do jej szyi, która zrobiła się sinoczerwona, by po chwili spłynęła po niej krew. Weronika przestała się szamotać.

Sebastian i Amanta ulepili już całkiem dużą kulę, która miała być podstawą bałwana. Było im zimno w ręce i stopy ale zabawa pochłonęła dzieci do tego stopnia, że potrafiły zapomnieć o mrozie. Nie wiedziały o tym, że w ich domu doszło do straszliwej zbrodni, która pozbawiła ich jedynego rodzica.
Ojciec odszedł od nich gdy Sebastian miał rok, a Weronika była w drugiej ciąży. Odszedł po kłótni, którą jej zafundował gdy dowiedział się, że ta nosi w swoim łonie dziecko."Czyś ty, kurwa, kompletnie zgłupiała?! A skąd pieniądze na drugiego bachora!" Uderzył ją kilka razy, a potem wyszedł. Tak to przynajmniej opowiadała mama.
Wtedy Sebastian widział go po raz ostatni, więc nie miał prawa go pamiętać. W roku tysiąc dziwięcset siedemdziesiątym czwartym Andrzej Bearow zmarł na guza mózgu; Tak również słyszał Sebastian.
Za zielonym płotem, oddzielającym podwórze od lasu coś się poruszyło.
Dzieci machinalnie spojrzały w stronę płotu, ale zaraz powróciły do pracochłonnej zabawy. Mokry śnieg lśnił w świetle księżyca, który świecił dziś pełnią.
Wiatr wiał coraz mocniej, a z nieba zaczął sypać śnieg.

Za płotem stał już mężczyzna.
Przyłożył twarz do płotu by przez szczelinę między deskami obserwować rodzeństwo. Zastukał pięścią trzy razy w drewniane ogrodzenie. ŁUP! ŁUP! ŁUP!
Dzieci podskoczyły jak jeden mąż i odwróciły się w stronę płotu, nad którym pochylał się mężczyzna. Jego twarz miała w sobie coś zarówno znajomego i podłego. Niebieskooki brunet spoglądał na dzieci z uśmiechem. Sebastiana ogarnęło uczucie Deja Vu, zaś Amantę najzwyczajniejszy w świecie lęk przed nieznajomym.
- Można? - zapytał intruz.
- Mama już śpi, proszę pana - Amanta wskazała na dom. - A my już idziemy.
- Ale ja właśnie do was. No co jest granę, nie poznajecie tatusia? - Mężczyzna zaśmiał się i otarł sobie nos.
Dzieci zrobiły krok w tył.
- Nasz tata nie żyję! Proszę tak nie mówić... gdyby mama wiedzia...
Nieznajomy wyraźnie się skrzywił i postanowił nie dać dokończyć zdania.
- Mama jest wstrętną kłamczuchą! Pewnie naopowiadała wam przeróżne bajki na mój temat! Tak?, powiedzcie!
Dzieci wymieniły spojrzenia.
Sebastian obejrzał się w stronę domu, po czym ze spokojem (aż przerażającym spokojem jak na dziewięciolatka postawionego w takiej sytuacji) zapytał mężczyznę jak, w takim razie, ma na imię.
- Synku... ty nazywasz się Sebastian. Twoja siostra - wskazał na dziewczynkę. - To Amanta, a mama Weronika. Chcecie dowodu? Sprytne dzieciaki. Ja nazywam się Andrzej Bearow i to moje nazwisko nosicie - Urwał. Wyjął porfel i wysunął go nad płotem.
Amanta zrobiła dwa kroki w stronę mężczyzny patrząc jak zahipnotyzowana na 'dowód' jego prawdomówności. Nie widziała nic poza tym portfelem. Nie widziała szerokiego uśmiechu na twarzy mężczyzny ani, tym bardziej, krwi zaschniętej na rękwiczce trzymającej owy portfel.
- Nie! Amanta, nie podchodź! - Sebastian usiłował złapać siostrę za rękaw, jednak dziewczynka stała już przy mężczyźnie.
Odwróciła się do Sebastiana
- Co się dzie... - Zanim zdążyła dokończyć zdanie, mężczyzna upuścił portfel i złapał małą za kurtkę. Dziewczynka zaczęła krzyczeć na całe gardło.
Nieznajomy wyciągnął się nad płotem by chwycić również Sebastiana, jednak ten na chwilę wcześniej zaczął biec w stronę domu, co było oczywistym zachowaniem.
W połowie drogi potknął się i wyrżnął twarzą w śnieg. Nie dobiegałby do niego już żadne odgłosy; krzyk siostry się urwał. Chłopiec wstał i obejrzał się za siebie.
Za płotem stał mężczyzna, który jedną ręką obejmował dziewczynkę w pasie, a drugą zatykał jej usta.
- Moja krew! Moja krew! Ale wrócę po ciebie! Obiecuję! - chłopiec patrzył na intruza i nie był w stanie się poruszyć - Wrócę, i razem wybierzemy się w podróż! - zapewnił i zaśmiał się tak głośno, że na ten dźwięk kilka gołębi wzniosło się w powietrze - Wrócę, i zabierzemy się w podróż donikąd!
Sebastian zemdlał.
Ocknął się jednak równie szybko i niespodziewanie. Nie wiedział ile czasu upłynęło od chwili, w której mężczyzna obiecał mu podróż, ale uznał że najwyżej kilka minut.
Cała wieczność
Wstał i pobiegł do domu.

- Dziecko kochane, nie mam pojęcia o czym mówisz! Wolniej!
- Już panu mówiłem! Ktoś porwał moją siostrę, a mamę... - Sebastian zanosił się głośnym płaczem.
- Wejdź do środka. - Artur Kalicki zaprowadził dziecko do pokoju - Posiedzisz tu chwilkę, a ja pójdę do twojego domu. - Sebastian pokiwał głową na znak że rozumie. Zrobił to machinalnie i nieświadomie. Tak naprawdę myślami błądził bardzo daleko.
Myślał o ciemnym pomieszczeniu. Ciemnym, pustym i wilgotnym pomieszczeniu oraz o drzwiczkach w podłodze. Myślał o tym, że szarpie za drzwiczki i nie może ich otworzyć. Szarpie... szarpie... szarpie...
- Dziecko! Słyszysz mnie?!
- Tak, proszę pana.
- Dobrze - Kalicki założył rękawiczki i poprawił czapkę - Zaraz wracam. - Wyszedł.
Udał się do sąsiedniego domu, który należał do rodziny Bearowów podczas gdy Sebastian znów błądził myślami po pomieszczeniu pogrążonym w mroku.

Komendant siedział za biurkiem podczas gdy inny, umundurowany policjant stał przy oknie. Sebastian siedział na krześle przed biurkiem a Kalicki odpowiadał na ostatnie pytania.
- Mały nie spał już dobre dwadzieścia cztery godziny! Dajmy już na dziś spokój... - Kalicki spojrzał na Sebastiana i gdyby nie to, że do pomieszczenia wszedł trzeci policjant, wszyscy zauważyliby jak po policzku Artura Kalickiego spływa łza. Trudno jednak powiedzieć czy z żalu, czy ze zmęczenia.
Posterunkowy podszedł do biurka. W ręku trzymał zafoliowany portfel.
- Panie komendancie, sprawdziliśmy ślady z podwórza. Śnieg zdążył zasypać częściowo ślady dzieci, więc były ledwo widoczne... ale były. Nie natrafiliśmy się jednak na żadne ślady należące do porywacza.
- A portfel?! - komendantowi zniknął usmiech z twarzy.
- Czysty. Żadnych odcisków, żadnej zawartości.
- Niech to szlag! - komendant walnął pięścią o biurko - Połóż to tu i spadaj! A ty, - odwrócił się w stronę policjanta stojącego przy oknie - rusz dupę i wyślij ludzi do domu. Jeśli zatrzecie ślady ty będziesz się tłumaczył.
Po chwili w pomieszczeniu zostali tylko Sebastian, Artur Kalicki i Komendant. Ten ostatni przerwał ciszę.
- Odezwiemy się do pana. Teraz może pan już iść do domu. - wysilił się na uśmiech, który tak nie pasował do jego tępej i chudej twarzy, że w innych okolicznościach Kalicki wybuchnąłby śmiechem.
- Dobrze... moglibyśmy zamienić jeszcze słówko? - skinął delikatnie głową na Sebastiana, poczym dodał - Na osobności.
- Poczekasz tu, mały? - Bearow pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć "a mam wybór, stary palancie?"
Obaj mężczyźni wyszli. Zza drzwi dobiegał nic nie znaczący dla Sebastiana bełkot. Myślał o drzwiczkach w podłodze. O cholernych zamkniętych drzwiczkach.
- O co chodzi?
- Panie komendancie, to tylko moja sugestia ale... załatwcie małemu jakiegoś psychologa. Sam ledwo zniosłem widok tej biednej kobiety. Wymiotowałem dwa razy. A dzieciak ma dopiero dziewięć lat i... - Odparł Kalicki.
- Wiemy co mamy robić. - Odparł ten, którego nazywają w Tuczempach skorumpowanym szeryfem z Teksasu - Wiem co mamy robić. - Poprawił się po chwili.
- Tak, ale...
- Ale jestem policjantem od wielu lat i nie takie rzeczy widziałem.
Akurat!, ty nadenta imitacjo policjanta, pomyślał Kalicki. Komendant najwidoczniej odczytał te słowa z oczu Artura, bo bez słowa wszedł spowrotem do gabinetu.

Psycholog dziecięca zjawiła się w południe następnego dnia. Sebastian nie przespał nawet sekundy. Najgorsze było to, że nawet nie miał ochoty spać. Od tamtej pory bezsenność będzie mu towarzyszyła aż po grób. Przekona się o tym wiele razy, gdy będzie leżał w łóżku, wpatrywał się w ciemność, i myślał co mógł zrobić, a czego nie zrobił.
O tym, dlaczego nie może otworzyć drzwi w podłodze!
Taką karę płaci ten, kto pozwolił porwać siostrę, którą powinien się opiekować star...
- Jak się masz? - kobieta była przeraźliwie szczupła, a jej twarz, delikatnie mówiąc, drażniła Sebastiana.
- Dobrze.
Reszta rozmowy nie polegała na niczym szczególnym. Oczywiście Sebastian nie wspomniał o prześladującej go wizji. Ciemnica z drzwiami w podłodze, które nie chcą się, za cholerę, otworzyć zostanie jego słodkim sekretem. Jeszcze się przekona, jak cholernie słodkim. Nie wspomniał o niczym osobistym. Głupie pytania oznaczały głupie odpowiedzi.
- Wielka śnieżyca, nie?
- Tak proszę pani...

Święta Bożego Narodzenia Sebastian Bearow spędził u chrzestnego w Krakowie, którego w życiu na oczy przedtem nie widział. Ale chrzestny, to chrzestny. Lepszy stary znajomy matki, niż rodzina zastępcza.
Miał na imię Aleksander Płażewski i był całkiem dziany jak na samotnego mężczyznę w wieku średnim. Dom był duży i zadbany. Wnętrze było zachowane w starym stylu.
- Otwórz. - Mężczyzna wskazał na ozdobnie zapakowane pudełko spoczywające pod choinką.
Sebastian zaczął zrywać z niego opakowanie, bez większego zapału. W środku była piłka nożna oraz kostium piłkarski. Do tego koperta z całkiem pokaźną sumką, jak na prezent dla dzeiwięciolatka.
- Dziękuję, proszę pana.
- Nie mów mi per pan. Jesteśmy rodziną!
- Słucham?
- Możesz mi mówić wujku albo wołać mnie po imieniu.
- Dobrze, proszę p...
Wymienili spojrzenia i razem wybuchli śmiechem.

-----Życie się toczy-----
Życie się toczyło dalej.
Chrzestny dawał Bearowowi pieniądze, które ten zaraz topił albo w alkoholu, albo w narkotykach. Szybko jednak skończył z używkami, a alkohol pił tylko okazyjnie. Stało się to gdy pewnej nocy leżał na łóżku, dochodziła już trzecia, a on jeszcze nie zmrużył oka. Około czwartej nad ranem zasnął.
Śniła mu się ciemnica sprzed lat. Podszedł do zamknięcia w podłodze i obserwował je z lękiem. Nagle coś zaczeło dobijać się spod drzwiczek. Sebastian nic nie widział, a jednoczśnie widział wszystko. Drzwi drżały, a metalowa klamka łomotała o drewno. Echo potęgowało hałas w tym małym pomieszczeniu.
Podświadomie zobaczył co kryje się pod kawałkiem drewna.
Podświadomie. Podświadomie. Podświadomie.
Trup. Tak zmasakrowany i spleśniały trup, że z trudem przypominał trupa. Bardziej do niego pasowało słowo "masa".
Bearow zobaczył go czymś, co niektórzy nazywają trzecim okiem. No więc, Masa dobijała się do drzwi, a w ręku trzymała butelkę Jacka Danielsa.
Wzięła głęboki łyk, potrzymała w ustach i wypluła w ciemność. Potem spod drzwiczek zabrzmiał śmiech, który Sebastianowi kojarzył się ze śmiechem wiedźmy; Jednocześnie jednak śmiech ten był absolutnie nieludzki jak i znajomy. Przez moment przypominał nawet śmiech Bearowa...
Ten obudził się cały zlany potem, a w ustach czuł wyraźny smak whisky Jakca Danielsa, mimo iż ostatni raz pił jakiekolwiek whisky całe tygodnie temu. We wnętrzu czuł ciepło, jakie czuje się po wypiciu kilku głębszych.
Ten sen był dziwny jeszcze z jednego powodu.
Zasnął przed chwilą... zasnął o czwartej piętnaście.
Spał krótko. Bardzo krótko.
Przyśnił mu się jeden z najkrótszych snów jego życia, po którym od razu sie obudził. Jak długo mógł spać? Podejrzewał że między momentem zapadnięcia w sen, a przebudzenia minęło kilka minut. Może pięć? Może dziesięć? Najwyżej piętnaście!
Ktoś zapalił światło w pokoju? Nie, to światło dzienne dobiegało zza grubych zasłon. Sebastian spojrzał na zegarek; jedenasta pięćdziesiąt.
Po tym zdarzeniu nagle przestał pić i zażywać. Używka kojarzyła mu się z alkoholem, alkohol z whisky J.Danielsa, zaś wshisky kojarzyło mu się z koszmarem.
Przynajmniej miał taką nadzieje. To był przecież jedynie zły sen.
Kilka dni po tym zdarzeniu, pomyślał że gdyby piwnica chrzestnego została opróżniona, mogłaby przypominać tą ze snu. Ta myśl nie dawała mu spokoju przez miesiąc, więc pewnego dnia postanowił zejść i dokładniej przyjrzeć się pomieszczeniu, nad którym przez tyle lat żyje.
otworzyć drzwiczki w podłodze,
Po prostu obejrzeć piwnice. Wmawiał sobie że te sny,
wizje?
są zagadką, która jest do rozwiązania. Czekała na Sebastiana Bearowa jak na alkoholika czeka buteleczka gorzałki. Alkoholik otworzyłby buteleczkę gorzałki bez najmniejszego zawahania. Sebastian miał pewne zastrzeżenia, co do otwierania drzwiczek w podłodze.

- Olek... - Płażewski spojrzał się na Bearowa.
- Co? - Odłożył gazetę i spojrzał zza okularów na Sebastiana.
- Czy w piwnicy są drzwiczki w podłodze?
Aleksander spojrzał na niego wzrokiem ni to zdziwionym, ni to zaciekawionym. Poprostu patrzył jak zawsze, chociaż w duchu najprawdopodobniej czuł ulgę, że chodzi a jakąś piwniczke, a nie o banknocik dwustuzłotowy, jak to zazwyczaj bywa z dorastającym Bearowem.
- Są, a co?
- Pokażesz mi je? To dla mnie... hm... dość ważne.
Otworzyli drzwi i zeszli schodami wgłąb piwnicy.
Aleksander wyczuł ręką włącznik światła i gdy te się zapaliło, pojawiły się półki wypełnione książkami, zepsuta pralka, dwa rowery górskie, trzeci rozłożony na części oraz Bóg jeden wie, ile jeszcze tym podobnych śmieci.
- To nie jest piwnica, tylko graciarnia... drzwiczki są tam. Pod tamtym stołem.
Sebastian odsunął stół.
Pod nim znajdowały się drewniane, kwadratowe drzwi z metalowym uchwytem w kształcie koła. Bardzo podobne do tych ze snu, ale nie takie same...
identyczne
Wewnętrzny głos nie dawał mu ostatnio spokoju. Tak jakby w jego głowie kryła się jakaś obca, zbłąkana dusza, która za wszelką cenę pragnie namieszać Bearowowi w pod kopułą.
kto wie? może i obca, zabłąkana dusza. A może nie obca? Po prostu otwieraj te pieprzone drzwiczki!
Czytał, że ludzie którzy cierpią na bezsenność mają czasem różne odloty. Na ten przykład; w Stanach Zjednoczonych dwudziestoletni mężczyzna cierpiący na bezsenność, po braku snu przez ponad sto godzin zabił własną sąsiadkę, zgwałcił ją butelką i podciął sobie gardło. Wszystko pięknie, w końcu czubki się po świecie pałętają, ale facet miał kochaną rodzinę, dobrze zarabiał, a kilka dni wcześniej dostał wymarzony awans.
Sebastian uchylił drzwiczki, i zajrzał do środka.
Poziom minus dwa był bardzo niski. Może metr wysokości.
Wsunął głowę do środka i poświecił latarką po wszystkich czterech kątach. Oprócz pajęczyn i dwóch szczurów - nic. Zupełnie nic. Nie licząc smrodu i wilgoci, która spowodowała u Sebastiana lekki zawrót głowy.
- Dobrze, możemy iść. - rzekł zadowolony, a jednocześnie zawstydzony.
Myślał nad tym, co odpowie gdy Olek zapyta się, po co tam zaglądali. Na szczęście nie zapytał i w ciszy wrócili na górę.

-----Powrót do Tuczemp-----
Sebastian sens życia odkrył dość późno.
Poszedł na studia, które Płażewski mu opłacił. Wyspecjalizował się w dziedzinie chirurgii plastycznej.
Rok później wyprowadził się do swojego mieszkania, w który wkład chrzestny też miał niemały. Kraków był pięknym miastem, ale jak na gust Bearowa, zbyt dużym. Potrzebował ciszy, spokoju i relaksu. Tuczempy świetnie taką funkcję spełniały.
Z Aleksandrem utrzymywał bardzo dobre stosunki, aż do roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego. Wtedy właśnie chrzestny wsiadł do samochodu, który skończył pod kołami kilkutonowego tir`a jadącego z naprzeciwka.
Płażewski leżał w szpitalu trzy tygodnie, pogrążony w śpiączce. Zmarł w Warszawskim szpitalu na Dobrej.
Olek nigdy nie był kobieciarzem (zamawiał czasem kobietki, ale nigdy nie związał się mocniej z żadną. Przynajmniej za kadencji Bearowa, w jego domu).
Zgodnie z prawem, cały majątek chrzestnego spadł na Sebastiana, który sprzedał posiadłość Płażewskiego jakiejś miłej kobiecie z Gdyni. Za pieniądze ze spadku wybudował sobie dom w rodzimych stronach.
Dom został wzniesiony na dawnych fundamentach po sklepie spożywczym, na wzgórzu, z którego widać było pustą działkę, na której niegdyś stał dom Weroniki Bearow.
Wszyscy w Tuczempach przywitali Sebastiana z szacunkiem na jaki zasługiwał. Dzieciak na własnych oczach stracił rodzinę, dorastał u obcego mężczyzny, a mimo to odniósł sukces. Teraz ma sporo pieniędzy, za które w dziewięćdziesiatym ósmym otworzy własną klinikę.
Najcieplej został przywitany przez starego, trzęsącego się staruszka - Artura Kalickiego, i przez swojego rówieśnika, Krystiana Zakrzewskiego, z którym chodził po drzewach w siedemdziesiątym dziewiątym.
Duża wieś (czy jak kto woli) małe miasteczko, zmieniło się w całkiem ładne i zadbane średnie miasteczko. Większość dawnych mieszkańców poumierała, a ci których Bearow pamięta, mógłby wyliczyć na palcach jednej dłoni. Do domów starców wprowadzili się synowie, albo wnukowie... Miasteczko zmieniło się nie do poznania.
Może to sprawka demokracji? - powiedział raz Kalicki i śmiał się do rozpuku.

- Kim? - Sebastian parsknął śmiechem i otworzył kolejne piwo.
- Policjantem - odparł Krystian Zakrzewski, i również otworzył puszkę. - Ale nie myl mnie z takim policjantem, który gania za gnojami z pałką i zawozi na komendę za palenie papierosów... ten etap mam już za sobą. Jestem detektywem.
- Doprawdy? Gratuluje... No dobra ja lecę. Wpadnę wieczorem z chłopakami, a ty kup więcej tego cuda. - uniósł browar jakby wznosił toast i wyszedł.
Z miesiąca na miesiąc przyjaźń między Zakrzewskim, a Bearowem rodziła się na nowo. Po roku byli już najlepszymi kumplami.
Pili browary, oglądali mecze, jeździli do PUB`u, w którym wiele lat temu mężczyźni rozmawiali o tym, co się wydarzyło w domu Bearowów.
Mężczyźni zamienili się w starców, a "Bar Mleczny Arkadiusza" zmienił nazwę na PUB "Dobre i tanie żarło".
W środku nie było już pianina. Zastąpiono je telewizorem, który odbierał trzy kanały.
Wszystko się zmieniło. Wszystko.
Pewnego razu Bearow, Zakrzewski i inni znajomi (w takich miejscach każdy zna każdego, więc praktycznie każdy był znajomym) poszli do "Dobre i tanie żarło" na walkę bokserską transmitowaną przez TVP2. Wtedy Sebastian poznał Martę Duwal, którą poślubił w dziewięćdziesiątym szóstym...
- Witam! Nazywam się Sebastian Bearow! - oznajmił nieco wstawiony - Doktor Sebastian Bearow.
- Marta Duwal, miło mi - to jej uśmiech rozkochał Bearowa. Ten jej piękny i naturalny usmiech.
- Pozwól że kupię ci drinka... kelner! Dwa razy drink ze Smirnoffem.
Zaczęło się tak.
Marta wpadła w oko Bearowowi, a Bearow jej. Przez pierwsze miesiące byli przyjaciółmi, jednak pewnego wieczoru Sebastian oznajmił jej, że czuje do niej coś więcej niż tylko przyjaźń. Ucieczona odpowiedziała, że w zasadzie ona też. Śmiali się, bawili, spotykali, kochali..., byli parą przez kilka lat.
Tak się wszystko zaczęło. Właśnie tak.
Natomias skończyło się...
...- Tak. - Odpowiedziała Marta.
- Może pan pocałować pannę młodą. - odrzekł ksiądz.
Wesele było piękne. Zjawili się wszyscy znajomi. Od Rakowieckich, przez przemiłego Kalickiego, na rodzinie Duwal kończąc. Świadkami był Zakrzewski wraz ze swoją narzeczoną, Emilą.

W roku dziewięćdziesiątym siódmym narodził się syn Bearowów, Wojtek. Niestety od urodzenia był niepełnosprawny. Jego kręgosłup był zdeformowany, co uniemożliwiało mu poruszanie nogami. Uczył się bardzo szybko, a intelektualnie wyprzedzał rówieśników. Miał poczucie humoru i nie sprawiał problem. Chociaż prawdopodobnie Sebastian zamienił by go na pełnosprawnego głąba, gdyby tylko mógł.
Bearowowie mogli mieć jedynie nadzieje, że technologia dwudziestego pierwszego wieku pozwoli kiedyś Wojtkowi na normalne życie.
Na leczenie zmarnowali wielkie pieniądze.
Bez skutku.
Słali listy do specjalistycznych klinik w Polsce, w Niemczech, Francji, Włoszech i USA... wszędzie odpowiadano, że na dziś dzień medycyna tego nie rozwiąże.
Starali się nie zwracać uwagi na upośledzenie syna. Żyli na poziomie.
Od pewnego czasu Sebastian mógł spać kilka ładnych godzin bez brania leków nasennych, nie prześladowały go obrazy z przeszłości, ani sny o ciemnicy z drzwiczkami w podłodze.
Śniły mu się inne rzeczy, mniej składne, nie posiadające większego sensu, dotyczące między innymi tego, że siedzi z kumplami w "Tanie Żarło" pije browar, prosi kelnera o dolewkę, a ten zanosi się płaczem i dopowiada że światła niema w domu.
Wstawał o siódmej, ubierał się, wychodził przed dom, wsiadał do swojego osobowego Forda i ruszał do kliniki, gdzie czekała już na niego asystentka. Informowała go, że pacjent z Warszawy przełożył wizytę na wtorek, a z Trójmiasta przyjedzie dziś jedna kobieta na operację nosa. On odpowiadał że przyjmuje do trzynastej i szedł do gabinetu, gdzie spędzał kilka godzin nad papierami. Następnie z godzinkę w sali operacyjnej, a resztę czasu oglądał telewizję, albo jadł hamburgery.
Do kliniki zjeżdżali się ludzie z całego kraju, więc i pieniądze napływały. Były fundusze na wszystko; na remont sali operacyjnej, na sprzątaczkę, na asystentkę a nawet zastępce Bearowa - Doktora Szewczyka, chirurga z Augustowa.
Do domu wracał codziennie z torbą zakupów, w której znajdowały się słodycze, woda mineralna, świeże bułeczki, coś na bułeczki i jedno piwo, które wypijał przy wieczornej lekturze albo filmie w kodowajne kablówce.
Syn miał swój pokój na piętrze, a cały dom był przystosowany do poruszania się wózkiem inwalidzkim. Żona nie pracowała, ponieważ pensja Bearowa wystarczyłaby na trzy osobne rodziny, mało, pozwoliłaby każdej godnie żyć.
Zawsze gdy wracał z pracy albo od Zakrzewskiego, Marta akurat robiła porządki, gotowała obiad na następny dzień, sprzątała kurze, rozmawiała z Wojtkiem, albo (gdy miała gorszy dzień) siedziała na fotelu z pilotem w jednej, a piwem w drugiej dłoni.
Dom był duży i przestronny, a ktoś kto do niego wchodził pierwszy raz zazwyczaj mówił, że wygląda na wiele mniejszy zzewnątrz.
Duży przestronny salon, drogie meble, cztery telewizory; w kuchni, salonie, sypialni i pokoju Wojtka. Całe regały książek... medycyna, filozofia, prawo, thriller - tego było najwięcej. Bearowowie dużo czytali.
Był też olbrzymi regał z filmami (video i dvd), na którym można było znaleźć dosłownie wszystko.
Byli szczęśliwymi posiadaczami dwóch komputerów, drogiej klimatyzacji (w całym domu), systemu alarmowego, czujników dymnych, oraz wielkiego łóżka z baldachimem, na którym pan i pani Bearow często uprawiali zapasy.
Jednym zdaniem, żyło im się naprawdę dobrze i wygodnie.

CZĘŚĆ DRUGA
-----10 Grudnia 2003-----
Ten dzień zaczął się jak każdy inny.
Sebastian wstał z łóżka o godzinie szóstej czterdzieści. Po domu poruszał się najciszej jak tylko potrafił, by nie pobudzić rodziny, która miała jeszcze conajmniej godzinę snu.
Nawet się nie spodziewasz, jaką będziesz miał niespodziankę!
Bearow przystanął. Zjeżyły mu się włosy na karku. Stał w przedpokoju zakończonym jednym oknem, które było zasłonięte grubą zasłoną, więc o tej porze dnia i o tej porze roku w przedpokoju panował półmrok. Doktorku, znów świrujesz!, powiedział do siebie w duchu. Poszedł do łazienki ignorując wewnętrzny głos. Zaczął szczotkować zęby. Nie wiedział, że dzisiejszy dzień będzie złym dniem. Już niedługo będzie miał do siebie żal, ba! będzie wściekły, że zignorował ten zły omen w postaci wewnętrznego głosu. Zszedł na dół i ruszył do kuchni. Wyjął z lodówki kanapki starannie owinięte sreberkiem, które zeszłego wieczoru przygotowała mu Marta.
Ubrał się ciepło, poszedł do samochodu i po piętnastu minutach był w klinice.
- Ah, Sebastian. - sekretarka zrobiła skrzywioną minę, jakby zjadła plasterek cytryny - Ktoś chcę się z tobą widzieć. Jakiś facio.
- Nie rozumiem. Dzwonił?
- Nie, był tu...
- Dziś?! O czym ty pleciesz? - Sebastianowi zawsze działało na nerwy, gdy jego śliczna sekretarka nie potrafiła się wysłowić. A zdarzało się to często.
- Tak. Piętnaście minut temu. Powiedział, że ostatnio widzieliście się dwadzieścia cztery lata temu i specjalnie dla ciebie przyjechał do miasteczka.
- Dobrze, opowiesz mi później. Niemam pojęcia kto to był. Pewnie ktoś do Droktora Szewczyka... często nas mylą.
Sebastian wszedł do swojego gabinetu i rozsiadł się za biurkiem.
Chwila! Dwadzieścia cztery lata temu? Obietnicę? Pomyślmy, zaczął dumać.
Po chwili drzwi jego gabinetu otworzyły się z impetem. Podszedł zdenerwowany do sekretarki.
- Jak on wyglądał?
- Kto...? - usta miała zapchane pierwszym śniadaniem.
- Ten mężczyzna, który się o mnie pytał!
- Wysoki brunet, niebieskie oczy. Pytał gdzie może ciebie zastać. Podałam mu twój ad...
Bearow wybiegł przed mały, dwupiętrowy budyneczek.
Wszedł do Forda i odjechał z piskiem opon.
Kwadrans drogi, który dzielił go od kliniki do domu, wydawał mu się najdłuższym przejechanym kawałkiem drogi, jaki w życiu przebył.
W drodze do domu myślał o wydarzeniach sprzed dwudziestu czterech lat. Myślami był na podwórzu za starym domem. Lepił z siostrą bałwana, podczas gdy obcy mężczyzna wtargnął do domu, zabił matkę, wyszedł na podwórze i porwał siostrę. Do tego nie raczył zostawić żadnego śladu. Za pięć dni... dokładnie piętnastego grudnia miną dwadzieścia cztery lata. Dwadzieścia cztery lata samotności, bezsenności i obwiniania siebie samego.
Może gdyby udało mu się chwycić wtedy siostrę za rękaw, kto wie? Może wtedy zaspał? Może zaspał podczas najważniejszego wydarzenia w swoim życiu, i przez następne lata będzie musiał za to pokutować bezsennością?
Myślał o niebieskookim brunecie, który wyciąga się nad zielonym płotem by chwycić drugie dziecko. Co on wtedy powiedział?
Moja krew! Moja krew! Ale wrócę po ciebie! Obiecuję!
Przyspieszył. Wszystko układało się w jedną całość.
Może by tak nie spanikował, gdyby nie to co znalazł pod swoim biurkiem chwilę po tym, jak obliczył że dwadzieścia cztery lata temu, był rok siedemdziesiąty dziewiąty.
Pod biurkiem leżał kawałek zwiniętego materiału.
Sebastian podniósł jasno-żółtą, kurteczkę dziecięcą. Był absolutnie pewien, do kogo należy, Tfu! należała dwadzieścia cztery lata temu.
Cała była poplamiona na czerwono, a z kieszeni wystawała pełna butelka whisky Jacka Danielsa. Do etykietki była przyczepiona karteczka, głosząca napis "Może ci się przydać, Synku."
Wyjrzał przez okno i przebiegł go dreszcz tak potężny, że jego stopa jeszcze mocniej dodała gazu. Zobaczył pustą i zarośniętą działkę, ogrodzoną zielonym płotem, który był wyraźnie wybrakowany. Ze starego domu zachowała się tylko podstawa fasady, jednak huśtawka na pdowórzu stała dalej. Ta huśtawka, przy której prawie ćwierć wieku temu lepił z siostrą bałwana... Teraz wydawała się poruszać sama, w czym nie było nic dziwnego biorąc pod uwagę wiatr szalejący od rana w Tuczempach. Po chwili zostawił działkę, fasadę domu, zielony płot i cały ten koszmar będący sumą makabrycznych wspomnień daleko w tyle. Spojrzał w lusterko i kolejny raz zimna szmata plasnęła go po karku; w mgle, która była dziś obecna stała mała postać. Bearow dałby sobie ręke uciąć, że wie kim jest zjawa. Mała dziewczynka była Amantą.
Nie... niemożliwe!, krzyczała racjonalna połowa Sebastiana. Po chwili jednak zaprzestała zbędnego wysiłku, ponieważ ta irracjonalna połowa znalazła kolejny powód do szaleństwa. Ta maleńka postać, która z każdym przejechanym metrem stawała się mniejsza, miała na sobie żółtą kurtkę. Bach! Kolejne zimne uderzenie po karku.
Wjechał na podjazd. Wybiegł z samochodu, zostawiając otwarte drzwi. Wyjął klucze od mieszkania i wbiegł do domu.
U góry schodów stała Marta. Jeszcze nie zapłakana ale widocznie zdenerwowana. Trzymała w ręku telefon.
- Dobry Boże! Sebastian! Dobrze, że jesteś! - teraz zaniosła się płaczem - Wziąłeś Wojtka?!
- Nie! Gdzie on jest?! - jego głos również był bliski piskliwego krzyku.
- Niema! Zniknął! - "Zniknął" zabrzmiało jak "Donikąd". Kobieta zęmdlała.
Poturlała się po schodach. Łomot był niesamowity. Bearow oddałby wszystko, by już nigdy czegoś podobnego nie przeżyć, by wymazać to ze wspomnień. Mógł cierpieć na bezsenność, nawet w ogóle nie spać, ale nie zniósł by po raz drugi takiego widoku. Marta leżała w wykręconej pozycji a z rozcięcia na jej czole spływała krew.

- Jeszcze raz. Sebastian, skup się! - Krystian wszystko notował, a był równie przerażony jak Bearow. Gdy ten, po raz kolejny wszystko opowiedział (łącznie z wydarzeniami sprzed dwudziestu czterech lat), Zakrzewski wstał. - Zaraz wszystkich powiadomię. Musimy przeczesać całe miasteczko. Daj mi klucze do domu, musimy wysłać tam specjalistów, może coś znajdą.
Nie znajdą. Powtórka sprzed (prawie) ćwierć wieku. Deja Vu
Do Sebastiana docierało co trzecie słowo.
- Słuchasz mnie?! Skup się jeszcze przez chwilę! Potrzebuję kontaktu do twojej sekretarki. Musimy ją przesłuchać!
Krystian zanotował wszystkie potrzebne informacje.
- Idę. Prześpij się! Będę niebawem. Czeka nas sporo pracy. - Po tych słowach wyszedł. Sebastian siedział w bezruchu, wpatrzony w koniec korytarza, po którym plątali się lekarze.
Niebieskie linoleum skrzypiało pod ich podeszwami, a Sebastian siedział. Siedział i wspominał.
Ta sytuacja, w jakiś dziwny sposób pokrywała się z sytuacją sprzed dwudziestu czterech lat... W gabinecie komendanta siedział mały, wystraszony dzieciak, który stracił matkę i siostrę. Na korytarzu przed gabinetem chodzili policjanci... ale to nie miało żadnego znaczenia; Znaczenie miało to, że dziewięciolatek stracił rodzinę.
Teraz był dorosłym mężczyzną, ale znów czuł się jak dziecko, które stra...
Szybko odepchnął od siebie tą okropną myśl.
Nie stracił rodziny! Jego żona jest w ciężkim stanie ale żyje, a syn jest szukany przez kilkudziesięciu policjantów. To nie lata siedemdziesiąte! To dwudziesty pierwszy wiek! Znajdą Wojtka.
Chyba w to nie wierzysz?
Głos w jego wnętrzu się potęgował. Ten sam głos mówił jednocześnie setki słów. Bearow rozumiał tylko niektóre.
Chyba nie wierzysz, że znajdą Wojtka?
Bzdura! Znajdą!, powtarzał jego drugi głos podświadomości. JEGO głos! To był JEGO głos. Ale co do tego drugiego głosu... ten chyba nie do Bearowa.
- Pańska żona zapadła w śpiączkę, ale jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Odwrócił się w stronę lekarza.
- Niech pan jedzie do domu, zajmie się czymś, prześpi. Pańska żona może obudzić się jutro, za tydzień, albo za miesiąc. Będę informował pana na bieżąco.
Sebastian bez słowa wstał i poszedł do wyjścia.
Wsiadł do samochodu, włączył silnik i ruszył przed siebie. Cisza była potworna, a wewnętrzny bełkot (nie)JEGO głosu nie dawał za wygraną. Bearow włączył więc radio.
Rozbrzmiał niski głos prezentera.
Tu radio 93,2! Za chwilę hit country Johnnyego Cash! Proszę państwa! "The Mercy Seat"! Johnny Cash!

And the mercy seat is waiting
And I think my head is burning
And in a way I'm yearning
To be done with all this weighing of the truth.
An eye for an eye
And a tooth for a tooth
And anyway I told the truth
And I'm not afraid to die.

Sebastian wsłuchiwał się w tekst piosenki; jak ona pięknie oddawała klimat tego pieprzonego dnia, pomyślał.
Tak to prawda.
And I`m not afraid to die.
- Ta... - wybuchnął śmiechem - ja się, kurwa, śmierci nie boje, ale boje się śmierci mojego syna! - wykrzyczał.
- I żony... - Dodał po chwili.
Johnny Cash śpiewał jeszcze ładną chwilę, a Sebastian tylko dał głośniej i sam nucił pod nosem.
Piękna piosenka, pomyślał.
Piękna.
Halo, halo! Tu rozgłośnia 93,2! Dziś całe województwo podkarpackie znajdzie się pod śniegiem. Zbliża największa zamieć na tym obszarze od lat! Ha, ha! To będzie piękna zima! Dzieciaki, cieszycie się?
Bardzo, pomyślał Bearow. Bardzo się, kurwa cieszymy.
Najwięcej popada w Tuczempach i okolicy! Ostatnia taka zamieć nawiedziła ten obszar ćwierć wieku temu! Teraz piose...
Sebastian wyłączył radio. Wjechał na podjazd i zaparkował na swoim stałym miejscu. Nawet nie fatygując sie zamykać drzwi wszedł do kliniki.
Była godzina osiemnasta, piątek. Dziś Doktor Szewczyk nie miał drugiej zmiany a wszyscy opuszczali klinikę o trzeciej, czasem czwartej po połódniu.
Budynek był pusty.
Bearow pozapalał światła, wszedł wyczerpany do gabinetu, również nie zamykając za sobą drzwi. Podszedł do biurka, usiadł na krześle i wpatrywał się w butelkę stojącą na biurku. Miał potworną ochotę się napić. Nawet nie pomyślał o śnie, w którym Masa bierze łyk whisky, po czym wypluwa w ciemność.
Przestał myśleć o wszystkim.
Po prostu chciało mu się pić.
Wyjął z szuflady szklankę, i nalał do połowy trunku. Wypił jednym tchem.

W tym samym momencie przesłuchiwana była Natalia Kubicka.
- Jak mężczyzna był ubrany? - Krystian zawsze zadawał pytania dwa, trzy razy.
- Już mówiłam! Dżinsy, skórzana kurtka, spod której wystawała koszula w kratę. Taka czerwona. A... miał jeszcze skórzane rękawiczki. Chyba komplet od kurtki.
- Dobrze. Pozwoli pani udać się ze mną na komendę? Tam pomoże pani sporządzić portret pamięciowy tego mężczyzny.
Tak też zrobili.
O dwudziestej portret był gotowy, a kobieta była nim zachwycona. - Kropka w kropkę! Tak właśnie wyglądał.
- Dobrze. Piotreeek!!! Mamy portret, wprowadź do komputera i roześlij wszystkim! Potem poszperamy w kartotece miejscowych. Jeśli facet tyle lat temu zabił i porwał, musi być związany z tym miastem! - już miał kończyć, gdy dodał - Rozpowiedz wszystkim patrolom, że facet jest niebezpieczny! Zabił raz, może zabić drugi!
Twarz kobiety wyglądała tak, jakby przed chwilą dowiedziała się czegoś strasznego, o kimś, kogo sekundę temu chwaliła. Nie chwaliła, ale dopiero teraz do niej dotarło, że opisywała porywacza, który dziś porwał syna jej szefa. Szkoda, że nie wiedziała, że wiele lat temu zabił Bearowowi siostrę i matkę. To by jej oczy zbielały!
Czy to jej wina, że nieznajomy sprawiał takie miłe wrażenie?
Ano jasne, że nie jej. Manier nauczono mnie w piekle.

Butelka Jacka Danielsa leżała pusta na podłodze. Sebastian spał za biurkiem i chrapał. Z ust spływała mu ślina, a myślami wędrował daleko stąd. Miał wizję. Bardzo wyraźną wizję. Był wyraźnie wstawiony, ale to nie był sen. Pamiętał o tym, gdy wstał. Tak, to była wizja... nie sen. Sen niema narratora.
Już wszystko wypiłeś? Nawet nie wiesz, jak mnie to bawi. Obiecałem ci coś. Dwadzieścia cztery lata temu, pamiętasz? Przyrzekłem, że po ciebie wrócę i zabiorę cię w podróż. Podróż donikąd. Taką podróż zafundowała mi twoja matka. Taką podróż ja zafundowałem jej, twojej siostrze, twojemu synkowi, i zafunduje ją również tobie. Przysięga to przysięga. Jestem twoim ojcem, a ty w to nie wierzysz! Ale uwierzysz! O tak, ha! Ha!, uwierzysz. Nie stawiaj mi się, bo twoja słodziutka żonka nigdy nie obudzi się ze śpiączki...
Mężczyzna mówił, mówił, mówił. Sebastian spał,
był w transie!
i śnił o mężczyźnie. Głos dobiegał z ciemności, ale można było dostrzec kontury twarzy... był to mężczyzna sprzed lat; porywacz i morderca.
Pewnie chcesz coś powiedzieć? Chcesz krzyczeć? Nie możesz, ponieważ ja tu rozdaje karty. A ty o tym wiesz.
Chce ci opowiedzieć do czego jestem zdolny. Pamiętasz wujaszka Aleksandra? Wiesz jak zginął? Nie, nie! Ha-ha! To nie był wypadek...
Przed oczami Sebastiana ukazał się obraz.
Olek Płażewski jechał autostradą. Prowadził i nucił pod nosem jakąś piosenkę. Po jego prawej siedział mężczyzna ze snu, wizji... mężczyzna sprzed lat...
ojciec! ojciec!
Mężczyzna popatrzył na Olka, potem przed siebie. Z naprzeciwka nadjeżdżał akurat tir. Gdy był już kilkanaście metrów przed Polonezem, mężczyzna chwycił za kierownicę i skręcił ją na boczny pas. Samochód Płażewskiego jechał z szybkością osiemdziesięciu kilometrów pod prąd. Olek próbował skręcić, ale nie mógł. Wyglądał jakby nie zdawał sobie sprawy z obecności pasażera. Następnie zawył wysoki klakson ciężarówki, a zderzaki aut zetknęły się.
Sebastian się ocknął.
Leżał na podłodze. Spojrzał na zegarek; szesnasta dziewięć. Spał długo. Prawie dobę. Pamiętał wizję, pamiętał każde słowo, które usłyszał. Wstał, pozbierał bałagan i poszedł do samochodu. Drzwiczki były uchylone a śnieg dostawał się do środka.
Bearow zapalił silnik i odjechał.

- Nie rozumiem! Nic z tego nie rozumiem! - Krzyczał Sebastian.
- Ja też tego nie rozumiem, ale twoja asystentka podała nam rysopis, który pasuje do twojego ojca.
- Więc może miał bliźniaka? Nic nie wiem o jego rodzinie.
- Sprawdzaliśmy w akcie urodzenia! Nie miał rodzeństwa i zmarł w siedemdziesątym piątym. Czyli jeszcze przed pierwszym porwaniem.
Siedzieli na kanapie w domu Bearowów i rozmawiali o całej sprawie jeszcze dwie godziny. Sebastian zdobył się na odwadze by opowiedzieć o wizjach, kurtce i Jacku Danielsie.
- Cholera jasna! To szalenie istotne! Czemu nie powiedziałeś od razu?! - Zakrzewski był równie zdenerwowany jak Bearow. Momentami wyglądało to tak, jakby to właśnie temu pierwszemu porwano dziecko.
Pojechali do kliniki, zabrali butelkę (pustą, rzecz jasna) i kurtkę na komendę. Wieczorem dowiedzieli się, że zarówno na butelce, jak i kurtce odciski palców należą tylko do Sebastiana. Nikogo to nie zdziwiło, bo przecież porywacz, kimkolwiek był, starał się być niebywale ostrożny.
Do tej pory mu się to udawało. Ale czemu przyszedł pytać się sekretarkę o Bearowa, skoro wkradł sie do jego gabinetu i podłożył mu kurtkę? Może chciał wprowadzić wszystkich w błąd? Tego nikt nie wiedział.
Późnym wieczorem Bearow pojechał do szpitala, sprawdzić czy stan jego żony uległ zmianie. Na szczęście uległ poprawie.
Jej stan był stabilny. Wrócił zatem do domu i rozsiadł się na fotelu. Zmarszczył brwi i siedział. Myślał o tym, co zafundował mu los w przeciągu ostatnich siedemdziesięciu czterech godzin.

-----13 Grudnia 2003-----
Minęła północ. W telewizji zapowiadali większe opady, informowali o pogorszeniu się sytuacji na Bliskim Wschodzie i powtarzali jakieś telenowele. Kogo to obchodzi?!, pomyślał Sebastian. Mój syn został porwany,
nie żyje! ha! ha!
a oni pieprzą bzdury o pogorszeniu się sytuacji na Bliskim Wschodzie. Myślał o wielu rzeczach, jednak jego twarz nie zmieniała wyrazu. Czuł się jakby nie przespał doby... albo więcej. Zmrużył oczy...
Widział ręke trzymającą nóż. Gdzie to jest...? W starym domu! Salon z lat siedemdziesiątych! Na kanapie leżała Weronika Bearow. Na ziemi tuzin puszek po piwach, a na stole Jack Daniels. Ręka trzymająca nóż należała do Sebastiana. Dziewięciolatek zbliżył się do własnej matki, potrząsnął jej ciałem. Powiedziała coś... on też...
Otworzyła szeroko oczy, i starała się krzyczeć. Bearow zasłonił jej usta dłonią i poderżnął gardło.
Poszedł do przedpokoju, gdzie czekała już na niego siostra.
- Idziemy.
- A jak mama się dowie?
- Amanta! mama na pewno się nie dowie. - rzekł Sebastian - Poza tym nawet gdyby... to i tak nie byłaby na nas zła. Zbliżają się święta!
Podał siostrze kurtkę. - Zakładaj.
- Ale obiecaj, że idziemy tylko na chwilę.
- Obiecuję.
Wyszli na podwórze. Bawili się chwilę, po czym Sebastian złapał ją za ręke i zaczął prowadzić.
- Gdzie mnie prowadzisz?!
- Zobaczysz!
Zerwał się zlany potem. Dochodziło południe.
Zastanawiał się nad snem...
wizją
i przez moment dopuszczał do siebie myśl, że może to on zabił matkę? Może to on zabił matkę, a siostrę uprowadził?
Masz refleks synku! Po dwudziestu czterech latach do tego doszedłeś! I to sam! Ha! Ha!
Nie! To był tylko sen! Ale... czy jest tego pewien...? Jasne!
nie do końca,
Wspomnienie z przeszłości stało się mgliste. Zakłócił je jeden sen...
Przecież nie zabiłem swojej matki!, powtarzał w duchu. Ale przecież morderca nie zostawił najmniejszego śladu, a w śniegu były jedynie odciski dzieciaków.
Przestał o tym myśleć, ponieważ zbyt go to przerażało. Pojechał do szpitala.
- Dziś ktoś wkradł się do szpitala, proszę pana. Przykro mi.
- Co się stało?! Kurwa! Gdzie moja żona?!
- Pańskiej żonie nie zagraża już niebezpieczeństwo. Dochodzi do siebie. - Lekarz był blady, i wyglądał jakby stało się coś strasznego. Ale przecież nic się nie stało. Marta żyje i dochodzi do siebie.
- Więc o co chodzi? - Sebastian był już spokojniejszy. Kamień spadł mu z serca, gdy dowiedział się, że żona dochodzi do siebie.
- Ktoś wkradł się do szpitala. Uderzył pańską żonę kilka razy. Poroniła, przykro mi... Gdy spadła ze schodów nic się nie stało... To dziwne, ale nie poroniła... jednak teraz...
Reszty Bearow nie słyszał. Czuł się jakby to był tylko zły sen. Marta była w ciąży? Niemożliwe...
a jednak.
Sebastian usiadł pod ścianą. Lekarz popatrzył się na niego ze współczuciem, i czując że może już tylko pogorszyć sytuację odszedł.
Tak chcieli mieć drugie dziecko. Marta tak tego chciała. A teraz?
Mieli wszystko. Pieniądze, dom, wykształcenie, przyjaciół... i kolejnego syna w drodze. W ciągu kilku dni, ich syn został uprowadzony, drugi zabity, a żona leżała w śpiączce. Co zostało Sebastianowi?
Drzwiczki w podłodze.
- Pańska żona się ocknęła. - głos lekarza dobiegał jakby z daleka. Jakby z dna studni - Proszę pana, pańska żona się ocknęła.

- Wiem, poroniłam. - płakała - Kto to zrobił?! Gdzie jest Wojtek?! - Wyglądała mizernie i żałośnie. Na jej czole był siniak wielkości piłki do golfa.
- Tego jeszcze nie wiem. Szuka go ze stu policjantów. Będzie dobrze. - Sam był bliski płaczu.
Do sali wszedł Zakrzewski, z którego twarzy dało się wyczytać trzy słowa: Nic nie mamy.
- Jak się masz, Marto? - Zapytał tak nieobecnym głosem, że przez chwilę Marta myślała, że nawet nie oczekuje odpowiedzi.
- Słabo - wysiliła się na lekki uśmiech - Macie może coś?
- Niestety nic.
Rozmawiali chwilę. Zapadła cisza.
Niespodziewanie posiniaczona kobieta zapytała - Sebastian, czy to ma coś wspólnego z wydarzeniami z przeszłości?
Wiele razy opowiadał jej o tym, co zdarzyło się zimą siedemdziesiątego dziewiątego.
- Jestem pewien, że ma. - spojrzał stanowczo na Zakrzewskiego - Za dwa dni mija dwudziesta czwarta rocznica tych wydarzeń. Musimy się spieszyć. Czuję, że przygotował nam na tą okazje coś super-ekstra. - Przytulił Martę.
Mężczyźni wyszli na zewnątrz.
- Nie mogę czekać bezczynnie. Ten czub coś zrobi!
- Uwierz, lepiej będzie jak zostawisz to zawodowcom.
- Co zrobią ci twoi zawodowcy? Co do tej pory, kurwa!, zrobili? Nic! - Oparł się o samochód. Znów czuł się jakby nie spał dobę.
Jaką dobę? Człowieku! Nie spałeś już trzy doby! Ha! Ha!
- Spadam. Będę cię informował na bieżąco. - Krystian odszedł.
Sebastian oparty jedną ręką o swojego Forda patrzył jak samochód Zakrzewskiego się oddala. Wszedł do środa i zasnął, zanim zdążył odpalić auto.
Szedł ucieszony do sąsiada. Nie do końca ucieszony. Miał uśmiech w oczach. Jakby te oczy nie należały do niego... chyba nie należały.
- Dziecko kochane, nie mam pojęcia o czym mówisz! Wolniej!
- Już panu mówiłem! Ktoś porwał moja siostrę, a mamę...
Sąsiad wyszedł. Sebastian myślał o ciemnicy, z drzwiczkami w podłodze.
Nie myśl o tym, Sebastian! Nie śnij o tym! Teraz masz ważniejsze rzeczy na głowie, niż jakieś chore sny! Porwano twojego syna. Drugi nie żyje! Co się z tobą dzieje! Wstawaj! - Czyj to głos? Sebastiana? Amanty? Może Płażewskiego.
Nie, jeszcze nie wstawaj, odezwał się głos pełniący w jego wizjach rolę stałego narratora. Bearow oswajał się już z myślą, że to głos Andrzeja.
Pokazałem ci już kto, tak naprawdę, zabił twoją matkę i porwał siostrę. To ty! Ty do tego doprowadziłeś! Teraz słuchaj...
Pokaże ci dlaczego tak się stało... Świat to kawał syfu, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Słuchaj.
"Weronika Bearow trzymała na rękach dziecko. Miała duży brzuch; była w drugiej ciąży. Krzyczała coś do mężczyzny, który chciał wziąć od niej dziecko. Był to ten mężczyzna! Mężczyzna z rysopisu sekretarki, mężczyzna sprzed lat... ojciec.
- Nie chciałem! Boże... uwierz mi. Daj mi je potrzymać. - Wyciągał ręce, by wziąć dziecko.
- Wynoś się, kupo gówna! Wynoś się i nie wracaj. Nie chce kolejnego bachora! Czyś ty, kurwa, zgłupiał?! Skąd pieniądze na drugie dziecko?! Masz pieniądze?!
- Nie mam, a ty dobrze o tym wiesz, ale...
- Więc wypierdalaj! - nie dała mu dokończyć zdania! - Wypierdalaj i nie wracaj!
Mężczyzna machnął reką jakby chciał powiedzieć 'też cię kocham' i poszedł do kuchni. Stał nad stołem i wyjmował papierosa.
Kobieta zakradła się do niego. Trzymała w ręku nóż. Dziecko, które przed chwilą trzymała na rękach, odłożyła na łóżko. Mężczyzna,
Ojciec! Andrzej! Nie-Mężczyzna!
się odwrócił. Weronika dźgnęła go kilkanaście razy.
Leżał w kałuży własnej krwi, a pani Bearow podeszła do telefonu.
- Zrobione. Przyjeżdżaj. - Powiedziała do słuchawki. Nie czekając na odpowiedź zaczęła wycierać zakrwawione ręce w ścierkę. Podeszła do małego Sebastiana i wetknęła mu butelkę w usta.
Po kilku chwilach w drzwiach zjawił się mężczyzna... jakoś znajomy...
PŁAŻEWSKI! ALEKSANDER PŁAŻEWSKI!
Weronika podbiegła do niego. Pocałowała i zaprowadziła do kuchni. Co teraz?, zapytała.
- Teraz zatelefonuje do mojego znajomego z Krakowa. Ma pewien niespłacony dług wdzięczności wobec mnie. Tak się składa, że facet ma znajomości. Przyjedzie tu jutro i oznajmi, że przyczyną smierci był... hm... guz mózgu. Pasuje, skarbie?
- Jasne.
Co było potem? - Podjął opowieść Pan Koszmar. Potem urodziła twoją siostrzyczkę. Tak się składa, że wszystko wiem.
Umarłem.
W dodatku zabity tępym nożem przez własną żonkę, ale wszystko wiem. Latami siedziałem w waszych głowach i obserwowałem. Czekałem na odpowiedni moment. On nastąpił.
Zemsta? W pewnym sensie na pewno. Ale chyba bardziej coś innego... Dowiesz się w odpowiednim czasie. Teraz te informacje ci wystarczą.
Moją duszę coś tu trzyma... uwierz. Gdyby to była tylko zemsta, dałbym sobie spokój dawno temu. Pewnie po tym, jak porwałem twoją siostrę. To znaczy ty porwałeś, ja ci tylko pomogłem. Pięknie jest być trupem, wiesz? Ha! Ha!
No więc, na czym to ja skończyłem? Ah tak. Wśród żywych trzyma mnie pewna siła. Pewne brakujące ogniwo, którym jesteś ty. Skompletowałem już wszystko, zostałeś ty. Weronika, Amanta, Płażewski... teraz ty. Może i niepotrzebnie zabieram ze sobą twoje dzieciaki, ale nie chciałem żeby wychowywały się bez ojca. A niestety by musiały.
Twoja matka zafundowała mi podróż. Jak wszyscy, którzy umierają, ja też musiałem odbyć podróż. Hitler poszedł do piekła, Matka Teresa do nieba, Elvis do dealera. A ja? Mnie zafundowała podróż donikąd. Do celu dotrę jedynie wtedy, kiedy skompletuje wszystkie ogniwa. Ty jesteś tym, bez którego cała machineria nie ruszy.
Oczywiście mógłbym czekać latami, dopóki nie umrzesz, ale to nie było by to samo. Cała rodzina, zginie z ręki kogoś z rodziny, ty również.
Poza tym przebywanie w tym ślepym zaułku sprawia mi ból...

-----14 Grudnia 2003-----
Sebastian się ocknął. Spędził za kierownicą zaparkowanego Forda kilka godzin. Nikt nie zwrócił uwagi na człowieka za kierownicą. Może gdyby samochód stał tu jeszcze dwie godziny, ochroniaże ze szpitala by się zainteresowali.
Spojrzał na telefon; Dziesięć minut po pierwszej w nocy. Trzy nieodebrane połączenia... Krystian; Krystian; Krystian.
Dwie nowe wiadomości.
Pierwsza: (00:12) UCIEKAJ! WSZYSCY CIE SZUKAJA. WCZORAJ W NOCY ZABITO TWOJA SEKRETARKE. ZNALEZLI TWOJE ODCISKI PALCOW.
Druga: (00:21) W DOMU CZEKAJA NA CIEBIE GLINY. POD KLINIKA TEZ SA. O DWUNASTEJ BADZ W BARZE. WPIEPRZYLES SIE.
Musiał przeczytać po kilka razy by do niego dotarło, że to nie jakiś trik tego drugiego. Tego koszmaru, który zagnieździł się w jego głowie. Wczoraj w nocy? Jego odciski palców? Przecież nawet nie wiem gdzie mieszka Natalia! - Powiedział. A może pomyślał? Nie wiadomo. Chyba zmysły zaczęły mu płatać figle.
Ale... te sny... są takie krótkie, takie prawdziwe.
Sny są krótkie, a budzę się po kilku godzinach! Wczoraj spał dość długo. Nigdy tyle nie śpi, a teraz spał. Ale nie zabiłby swojej sekretarki! A dzisiejsza wizja...? Ten ktoś, kimkolwiek jest, mówił że to Sebastian zabił matkę, że to on porwał siostrę, że to on... więc może posłużył się nim by zabić także sekretarkę! A Wojtek? Cholera! przecież nie porwałbym własnego syna!, te myśli spowodowały u niego nagły atak furii.
Zaczął walić w deskę rozdzielczą.
Zapomniałeś o drugim synku... Zgadnij kto zakradł się do szpitala. Ha! Ha!
Bearow zemdlał.
Tym razem, dzięki Bogu, czuł prawdziwy sen.
Nie wpadł w trans, jak lubił mawiać jego wewnętrzny głos. Nie śnił koszmarów, a tym bardziej, nie mógł nieświadomie czegoś zrobić... Albo komuś.
Obudził się. Nareszcie czuł się wyspany. W ciągu najbliższych godzin stoczy prawdopodobie najważniejszą walkę swojego życia. Tylko głupiec udałby się na taką rozgrywkę niewyspany.
Bearow nie był głupcem.
- Pora działać doktorku. - Spojrzał w lusterko i uznał, że spod jego uczu znikła opuchlizna. To dobrze! Bardzo dobrze, bo zbliża się ten moment. Chwila wypicia gorzkiego kielicha odpowiedzialności. Tylko szkoda, że ten kielich objął już tyle osób, a powinien objąć jedynie matkę Sebastiana.
Poszedł do baru piechotą. Mądrze byłoby poruszać się autem, gdy jest się podejrzanym o morderstwo? Nie. Nawet jeśli mieszka się w tak małej miejscowości jak Tuczempy. Na dwunastą był już w barze.
Czekając na Zakrzewskiego pił bezalkoholowe piwo i rozmawiał z barmanem.
- O co się pytali? - Sebastian nie był zaskoczony tym, że policja węszyła w barze.
- Kiedy ostatnio cię widziałem i czy nie wiem gdzie przebywasz...
Do środa wszedł Krystian Zakrzewski. Oglądał się w poszukiwaniu Sebastiana.
Podszedł do lady i spojrzał wymownie na barmana, który zrozumiał, że nie jest tu proszony i odszedł.
Nie przywitał się, nie zapytał o samopoczucie. Zaczął od najważniejszego.
- Zabiłeś ją?
Sebastian zaczął opowiadać. Opowiedział wszystko jeszcze raz. Zaczynając na nowo od wydarzeń z siedemdziesiątego dziewiątego. Mówił o wizjach dotyczących przeszłości. O tym, że w tych wizjach Weronika Bearow została zabita przez niego. O tym, że Weronika zabiła ojca, a wraz ze swoim kochankiem, Aleksandrem Płażewskim zajęła się tym, aby pan Bearow miał guza mózgu. Zakończył zdaniem - Pytasz czy zabiłem Natalię Kubicką. Odpowiadam zatem... nie wiem.
- To co opowiadasz jest szalone, wiesz o tym?
- Wiem, ale musisz mi uwierzyć. Wierzysz?
- Wierze, że nie jesteś świadom tego co mówisz i robisz. To trzeba lecz...
- Aaaj, pieprze to! Wiedziałem, że tylko marnuje tu czas! - Wstał. Rozmowy w barze przeszły w szepty, by po chwili zupełnie ucichnąć.
- Siadaj! - Krystian chwycił go za rękaw. - Idę się odlać a ty ochłoń, i przemyśl te bajki, które mi wciskasz!
Zakrzewski poszedł do toalety.
twój kumpel chce cię wrobić, wiesz?
Znów odezwał się głos w jego głowie. - Zamknij mordę. - odpowiedział na głos.
Zawsze zastanawiał się czy ludzie, którzy mówią sami do siebie są chorzy psychicznie od urodzenia, czy sytuacja życiowa ich do tego doprowadziła. Teraz wiedział; może po prostu też są opętani przez własnego ojca, którego zaś zabiła własna matka.
chcesz się przekonać? podejdź do drzwi i wyjrzyj.
Wstał ponieważ myśl, że Zakrzewski chce go zrobić na szaro była równie straszna i śmieszna, co całkiem prawdopodobna. Ostatnio wszystko jest prawdopodobne, śmieszne a zarazem straszne. Wychylił nos za drzwi.
widzisz?
Widział trzy zaparkowane radiowozy i siędzących w nich policjantów. Oszołomiony wrócił na miejsce. W samą porę, ponieważ Zakrzewski akurat wychodził z toalety.
On nie szczał. On dzwonił do tych z zewnątrz.
- Chodź, wyjdźmy stąd... - Krystian chwycił go za rękę.
- Poczekaj, też musze się odlać.

W tym samym momencie, co drzwi toaletowe się zamknęły do baru weszło kilku umundurowanych strużów prawa. Popatrzyli na Krystiana, który siedział przy stoliku od ściany bocznej. Podeszli do niego.
- Gdzie on jest? - Zapytał jeden z policjantów. Krystian nie zdołał ukryć zaskoczenia. Zanim zdążył odpowiedzieć, że nic nie wie, do policjantów podszedł barman.
- Bearow? Jest w kiblu...
Policjanci ruszyli w stronę drzwi od toalety.
- Ty głupi skurwysynu! - Rzucił Krystian w stronę zdrajcy, któremu wraz z Sebastianem dawali częste i niemałe napiwki, poczym poszedł za policjantami. Ci dobijali się już do drzwi. BUM! BUM! BUM!
- Doktorze Bearow! Proszę otworzyć! - Nie czekając na odpowiedź, wyjęli pistolety z kabur i wyważyli drzwi.
W tym samym momencie na zewnątrz sypał śnieg i dominował porywisty wiatr. Sebastian zanużał stopy w puszystym podłożu i dziękował wszystkim bogom za małe okienko w toalecie. Wiedział dokąd biegnie,
donikąd
na cmętarz.

Andrzej Bearow
1940 - 1973
Tuczempy
/\ POPRAWIONE /\
Nigdy nie odwiedzał grobu ojca, ale trafił za pierwszym razem. Może nie on? Może prowadził Andrzej Bearow.
Tak czy siak, stał nad zaniedbanym, brudnym i popękanym grobem. Odgarnął ręką grubą warstwę śniegu, nie wiedząc czego tu szuka, tak samo jak nie wiedział gdzie szukać syna.
- Co z nim zrobiłeś?!
z kim?
- Gdzie jest mój syn?!
ze mną. Ty niedługo do nas dołączysz...
- Czego chcesz?! Bierz wszystko, ale zostaw nas w spokoju...
nie wiesz, co mówisz. Czego mogę chcieć, jak nie waszych dusz? Chcę jedynie udać się w podróż, która jest mi pisana.
- Idź do diabła!!!
całkiem możliwe, he! He! Ale postaw się na moim miejscu. Zabrano mi życie, tylko dlatego że byłem ojcem. Co ty byś zrobił? Popatrz...
Znów wizja. Tak jasna i wyraźna jak nigdy.
Sebastian Bearow wspinał się po rynnie szpitalnej. Wszedł przez okno do sali, w której leżała Marta. Złapał szczotkę i uderzył nią cztery razy w brzuch żony.
Widzisz? Ty też nie jesteś dobrym ojcem! Ha! Ha! Ale to nie wszystko! Patrz na to!
Sebastian Bearow wstał z łóżka. Wszedł do pokoju Wojtka i zatkał mu usta dłonią. - Niespodzianka!
(...) Dalszej części nie widział. To co zrobił z synem zostało wymazane.
Wykasowane przez tego, który sterował wspomnieniami. Czyli przez Andrzeja Bearowa.
Sebastian Bearow stał w przedpokoju i zapinał koszulę, gdy odezwał się wewnętrzny głos.
"Nawet się nie spodziewasz, jaką będziesz miał niespodziankę!"
Miał niespodziankę. Śmieszne zdanie... Nawet się nie spodziewasz, jaką będziesz miał niespodziankę.
Ale niema sensu płakać nad rozlanym mlekiem, jeśli rozlane zostało tyle, ile można sprzątnąć. Trzeba pilnować, żeby nie rozlało się wszystko.
Spędził kilka godzin na cmentarzu. Było zimno i znów zaczęło padać, ale przynajmniej tu go nie szukali. Zapadł zmrok.
Pokaż mi gdzie jest Wojtek, mówił do siebie w myślach. Skurwysynu! Pokaż gdzie on jest!
zobaczysz gdy umrzesz.
Więc zabij mnie! Zabij mnie teraz!
nie, musisz sam to zrobić. Sam się wykończysz.
Bearow kucnął pod drzewem. Chciało mu się jeść. Snem również by niepogardził.
Śnieg sypał z nieba, a groby obrastały coraz większą warstwą białego puchu.
Odkąd Sebastian przebywał na cmentarzu nie widział nikogo. Nie wiedział czy jest to dziwne, czy nie, ponieważ rzadko odwiedzał takie miejsca. To było dziwne. Chociaż... gdyby głębiej się nad tym zastanowić...
Tego wieczoru na tym cmentarzu rozgrywała się walka demona z człowiekiem. Na jeden wieczór ten skrawek ziemi zamienił się w bardzo złe miejsce, które odpychało niechcianych gości.
Wymiękasz chłopie. Korzystając z wolnej chwili pokażę ci przyszłość. Pokazałem ci już wszystko jeśli chodzi o przeszłość. Teraz pora na to, co dopiero się wydarzy.
Pustka... ciemność, tak straszna, że nie sposób opisać ją słowami. Można by pisać o tym całe tomy książek, a nie dałoby rady przybliżyć czytelnikowi klimatu, który tu panuje. Wszystko czego się lękasz. Całe zło i koszmar w jednym miejscu. Plątające się dusze szaleńców, morderców, zbrodniaży i kryminalistów. Czasem nawet słyszalne są ich jęki.
Wyobrażałeś sobie kiedyś piekło, synu? Każdy je sobie wyobraża, jednak nikt nie wie jak naprawdę tu jest. Ludzie myślą o tym, co napisane w Biblii... myślą o ogniu i wielkich kotłach, w których On gotuje ludzi. Bzdura... Nie wiem czy jestem w piekle, ale wiem, że nie spotkałem jeszcze Jego. Wiem że niema tu ognia ani kotłów. Jest ciemność, a największy ból sprawia nam wspomnienie.
Wspomnienia o tym, jak nasze życie zostało spędzone i zmarnowane. Czasem, gdy zapada cisza słyszę szlochy. Mógłbym przysiąc, że raz słyszałem płacz twojej matki.
Nie dolega mi głód ani ból. Nic cielesnego. Od kiedy żyję w tej ciemności wyostrzają mi się inne zmysły. Słyszę dusze odległe ode mnie o cały wszechświat. Czuje ich smród. Czuje smród rozkładanych ciał i zgnilizny. Czasem moja ręka natrafia na coś miękkiego, zimnego i obślizgłego. Czasem jest to ręka jakiejś kobiety, czasem tętniące i pracujące ludzkie serce.
Każdy odpowiada tu za swoje czyny.
Czuje, że mogę się stąd wydostać. Odejdę stąd, ponieważ wy zajmiecie moje miejsce. Pewnie i wy kiedyś stąd odejdziecie. Ta pustka, ten ślepy zaułek to chyba coś, co ludzie nazywają czyśćcem.

CZĘŚĆ TRZECIA
-----15 Grudnia 2003-----
Sebastian otworzył oczy.
Było już jasno. Nadszedł piętnasty grudnia. Za kilka godzin minie dwudziesta czwarta rocznica.
Pora działać. Nie wiedział ile ma czasu, ani co ma robić. Zdał się na coś potężniejszego.
Sebastian... - Odezwał się głos. Ale nie był to głos Andrzeja Bearowa.
Sebastian, musisz się spieszyć!
To był dziewczęcy głos. Należał do Amanty Bearow.
- Chryste, to ty?
Tak, to ja. Nie trać czasu. Biegnij do domu! Uważaj na policję! Wejdź tyłem!
Głos należał do siostry, ale sposób mówienia należał do dorosłego (?) Nie ma czasu się nad tym zastanawiać.
Pobiegł.
Śnieg sypał i sypał. Ulice były nieprzejezdne, a jedną z nich biegł teraz Sebastian Bearow. Nie myślał o tym, co się wydarzy, bo nie umiał na to spojrzeć optymistycznie. Mógł spojrzeć pesymistycznie, albo być realistą. Na jedno wychodzi. Wolał w ogóle o tym nie myśleć.
Biegł ile sił w nogach, potykając się nieraz.
Wbiegł na wzgórze.
Minął wielu ludzi, jednak na żadnego nie zwrócił uwagi. Wątpił żeby ktoś zwrócił uwagę na niego. Podszedł do tylnych drzwi. Wyjął klucz i przekręcił go w zamku.
- Co mam robić?

Zrobił wszystko to, co powiedział mu głos Amanty.
Słyszał również jęki Andrzeja Bearowa. Czuł jego ból i lęk. Sebastian wymknął się mu spod kontroli.
Zszedł do piwnicy. Gdzie?, pomyślał.
teraz przesuń ten regał z winami.
Podszedł do regału. Ani drgnie.
Zaczął zdejmować wina. Nie fatygował się z odkładaniem ich na bok; Po prostu rzucał je za plecy, a o one pękały. Po chwili cała winnica śmierdziała wonią alkoholu.
Teraz regałdał się przesunąć. Upadł, a wszystkie ściany zadrżały.
Doktor patrzył, nie wierząc własnym oczom. Pod regałem znajdowały się drzwiczki. Te same drzwiczki, które śniły mu się wiele lat temu. Te drewniane drzwiczki z metalowym uchwytem.
Patrzył na nie jak zahipnotyzowany.
otwieraj. To tajemnica, która lękała cię wiele lat. Otwieraj.
Głos nie dobiegał z głowy. Głos dobiegał jakby spod tych drzwiczek.
Otworzył.
Pomieszczenie pod podłogą było duże. Cały poziom.
Co tu wcześniej było? Ah tak. Sklep spożywczy. Opuszczony.
Dom został wybudowany na fasadzie sklepu spożywczego, który był tu wiele lat temu. W latach siedemdziesiątych był już ruderą.
Sebastian Wszedł do środka. W pomieszczeniu panował półmrok. W każdym kącie paliła się jedna świeca i każda była już na skraju wypalenia. Niczym klepsydra odliczająca czas.
Pod ścianą leżał Wojtek.
- Wojtek!!! - Sebastian podbiegł do syna. Pierw pomyślał, że ten nie żyje.
Ledwo żył. Nie jadł i nie pił prawie pięć dni. Twarz dziecka była blada i wyszczuplona. Ręce miał skrępowane a usta zaklejone taśmą izolacyjną.
Potrząsnął synem i zerwał taśmę z jego ust. Dziecko się przebudziło. Jego źrenice były nienaturalnie rozszerzone, a same oczy przepełnione były szaleństwem.
- Żyjesz?! Wojtek! Powiedz coś!
Klapa się zatrzasnęła. Echo odbijające się po zabudowaniu było bardzo głośne.
- Co się dzieje? Tata? To ty?
Nagle powiał wiatr. Skąd?
Nie wiadomo skąd, ale nagle w pomieszczeniu zrobiło się bardzo chłodno. Wszystkie cztery świece zgasły w tym samym momencie. Zapanował mrok.
zrób coś! Sebastian!
Sebastian wyjął z kieszeni zapalniczkę. Zapalił.
Zobaczył to, czego najbardziej bał się zobaczyć. Zupełnie tak jakby ktoś odkrył jego najwieksze strachy oraz lęki i je zmaterializował.
Pod ścianą naprzeciwko, stały cztery postacie; Andrzej Bearow, Amanta Bearow, Weronika Bearow oraz Aleksander Płażewski.
Stali i obserwowali.
Ciało Andrzeja było osianę ranami po nożu. Weronika miała wielką dziurę w gardle, z której spływała krew. Płażewski miał zakrwawioną całą twarz. Mała dziewczynka po prawej nie miała ran. Amanta była po prostu blada. Różniła się czymś jeszcze, co z początku trudno było dostrzec. Całe białe źrenice, podczas gdy trójka pozostałych zjaw miała czerne.
Zapalniczka zgasła.
tak właśnie wygląda nasz świat.
Nie chciałam go zabić.
Sebastian uciekaj!
Wszystkie głosy zaczęły przekrzykiwać się w głowie Sebastiana.
witaj w ślepym zaułku.
- Tato. Kim są ci ludzie?! - Dziecko się trzęsło.
Co mam ci odpowiedzieć synku? Że to twoi dziadkowie i ciocia?, pomyślał.
Klapa się otworzyła. Do pomieszczenia wlało się światło.
- Sebastian! Jesteś tam?! - głos należał do starca. Kalicki powtórzył. - Sebastian! To ty?!
Sebastian się rozejrzał. Oprócz jego syna i czterech zgaszonych świec niczego nie zauważył.
Nie było Weroniki, Andrzeja, Amanty ani Olka.
Do środka wbiegł Krystian Zakrzewski. Za nim schodził Kalicki.
- Sebastian! Nic mu nie jest?! - Zakrzewski trzymał w ręku czterdziestke piątke. Bearow nigdy nie widział by Krystian ją wyjmował, ale tym razem wyjął.
Kalicki świecił latarką.
- Gdzie on jest?! - Krzyczał.
- Kto?
Teraz nie było czasu na wyjaśnienia.
Wynieśli Wojtka przed dom, gdzie już czekała karetka.

W drodze do szpitala wszystko się wyjaśniło.
Zakrzewski wszystko opowiedział:
- Natalia Kubicka miała na klatce schodowej kamerę, która zarejestrowała Andrzeja Bearowa. Jakiś dokotrek przyznał, że w nocy gdy ktoś się włamał do szpitala, widział mężczyznę schodzącego po rynnie. Rysopis pasował do Andrzeja.
Tak więc Doktor Bearow został oczyszczony z zarzutów. Chociaż, na ile mu się to należało... można spekulować. Nieistotne! Zakrzewski opowiedział również, że został odsunięty od śledztwa przez komendanta.

Sebastian zszedł do piwnicy.
Na piętrze Marta i Wojtek oglądali telewizję, a on postanowił zrobić porządek.
Może coś jeszcze nie dawało mu spokoju? Za godzinę spodziewał się wizyty Zakrzewskiego i Kalickiego. Mieli zamiar zjeść razem kolację i oblać sukces, który im się należał.
Ale czy odnieśli sukces? Czy sprawa z drzwiczkami w podłodze została rozwiązania? Nie wiedział. Ale teraz skończy z tym raz, na zawszę.
Podszedł do klapy.
Zamknął ją i podszedł do regału. Już miał zacząć zastawiać wejście, gdy drzwiczki zaczęły drżeć, jakby ktoś uderzał je z dołu. Drzwiczki trzęsły się, a metalowa klamka łomotała o drewno.
Deja Vu, lęk, osłupienie i niedowierzanie.
Czy to możliwe? Nie chciał o tym myśleć. Zaczął przesuwać regał.
Gdy ten stał już na swoim miejscu, czekając aż na jego półkach znów znajdą się butelki, Sebastian wyszedł. Nie wspomniał o tym nikomu. Ukrywał to nawet przed samym sobą. Zjadł kolację z rodziną i przyjaciółmi, ale gdzieś w mrocznej głębi jego umysłu czaiło się zło. Zło w postaci Andrzeja Bearowa.
Zastanawiał się czasem nad tym czemu akurat te drzwiczki. Czemu ten dom.
Zastanawiał się nad tym, czemu Amanta nie miała na ciele żadnych śladów, cięć, ran ani sińców.
Mógł się zastanawiać, ale nie wiedział, że to dusza Amanty dobijała się wtedy do drzwiczek.
Chciała mu tylko powiedzieć, że piętnastego grudnia, siedemdziesiątego dziewiątego zaprowadził ją na wzgórze. Weszli do opuszczonego budynku, będącego niegdyś sklepem spożywczym.
Zeszli schodami do piwnicy.
Sebastian kazał jej otworzyć drzwiczki. Gdy je otworzyła wepchnął ją do środka, po czym zatrzasnął zamknięcie i zasunął regałem. Dziewczynka umarła z głodu i wyczerpania.
Dwadzieścia lat po tym wydarzeniu, Sebastian wybudował w tym miejscu dom, a cztery lata po wybudowaniu wrzucił własnego syna do podpiwnicy.
Dziękował Bogu, że syn tego nie pamięta. Że jego umysł zapisał to w inny sposób.
To obcy mężczyzna porwał go z własnego pokoju, zabrał na dół, zakneblował, zatrzasnął drzwiczki i zasunął regałem.
Tak samo jak obcy mężczyzna został zarejestrowany przez kamerę.
Tak samo jak obcy mężczyzna został zauważony, podczas gdy schodził z rynny szpitalnej.
To nie był żaden nieznajomy mężczyzna. To był Sebastian Bearow.
Wiedział o tym tylko sam Sebastian i Amanta. Koszmar minął - to było najważniejsze.
Sebastian leżał i wspominał. Pamiętał, co powiedział mu ojciec...
"Wiem, że nie ma tu ognia ani kotłów. Jest ciemność, a największy ból sprawia nam wspomnienie. "
Ciemność i wspomnienia były tam, pod drzwiczkami w podłodze, zasunięte regałem. Lęki, które zostały pochowane w murach tej piwnicy były prawdziwe i obecne. Bearow już nigdy nie zszedł do piwnicy, ponieważ zbyt obawiał się tego, co mógł tam zobaczyć.
Po jego lewej stronie leżała Marta, a dwa pokoje obok spał już Wojtek. Na drzewach przed domem pojawiły się pierwsze zielone liście, a z dnia na dzień robiło się coraz cieplej. Jakby tego było mało, dostał od losu cień nadziei; lekarze z Niemiec napisali do niego, że istnieją szanse na operację, która pozwoli Wojtkowi chodzić. Wrócił do pracy a bezsenność ustępowała.
Ale nie wszystko zostało powiedziane. Czuł że to nie koniec.
Wrócę po ciebie! Wrócę po ciebie i udamy się w podróż donikąd! Całą rodzinką... czy to nie piękne?
Czy to był głos jego podświadomości, czy głos bestii czającej się w jego głowie? Nie wiedział. Prawdopodobnie bestii, która układa się do snu.
Będzie musiał się z tym kiedyś zmierzyć. Może za rok, może za dwadzieścia pięć lat, A może za pięćdziesiąt. Ale będzie musiał. Tego był absolutnie pewien. Sen bestii będzie płytki i krótki
Dziesiątego Maja, Bearowowie sprzedali dom i udali się w podróż do Warszawy, gdzie mieli zamiar kupić mieszkanie.
w podróż donikąd.

...KONIEC ?...


"Wszystko co kochasz, może być użyte przeciwko tobie..." Andy VanRydel, 15 Grudnia 1991r. Amsterdam, Holandia.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -