Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Mrok - prolog

Piotr Mazurkiewicz

Prolog

Chłodny księżyc nieśmiało wpadał przez małe okno łazienki na pierwszym piętrze. Spoglądał na młodą dziewczynę stojącą przed lustrem. Miała czarne włosy sięgające ramion, duże, niebieskie oczy, pełne usta i delikatną, smukłą twarz.
Ten wieczór był wyjątkowy, więc chciała wyglądać pięknie. Miała spotkanie z najważniejszą osobą w swoim życiu. To miało być jedno z wielu spotkań z jej chłopakiem, lecz jak każde, będzie cudowne.
Pan Wachowski siedział w salonie, z uwagą śledząc piłkarskie zmagania. Co jakiś czas tylko jego uwagę rozpraszały dźwięki dochodzące z kuchni. Wtem głośnym echem po całym domu rozległ się sygnał dzwonka.
-Otworzysz? –Zapytał kobiecy głos z wnętrza kuchni. Adrian ociężale wstał z wygodnego fotela i skierował się w stronę drzwi. Wiedział, kto za nimi stoi, lecz dla pewności spojrzał przez wizjer. Zobaczył młodego chłopaka. Był średniego wzrostu. Około stu siedemdziesięciu centymetrów. Miał jakieś siedemnaście lat. Jego chude ciało chroniły przed zimnem długi, czarny sweter i dżinsowe spodnie. Stał na progu, rozglądając się we wszystkie strony. Pan Wachowski otworzył drzwi i zaprosił chłopaka do środka.
-Siadaj młody, Kamila zaraz zejdzie –zaproponował Adrian, siadając na kanapie.
-Dziękuję, ale postoję. Większy urosnę. –Uśmiechnął się młody. –Ile jest?
-Nie pytaj stary. 2:0 w plecy.
Nagle rozległ się trzask zamykanych drzwi. Oczy Mariusza powędrowały na schody. Tam pojawiła się Kamila ubrana w czarną koszulkę na ramiączkach i krótką spódniczkę. Chłopak zwiesił głowę.
-A ja jak zwykle wyglądam jak łach.
-Nie przejmuj się –pocieszał Adrian –po ślubie będziesz wyglądał gorzej.
Wtedy rozległ się kobiecy głos, dobiegający z kuchni.
-Słyszałam!
-Żartowałem kochanie –zapewnił mąż, puszczając oko do młodego. Kamila przytuliła się do Mariusza.
-A ty dałabyś biedakowi zażyć młodości a nie od małego smycz mu zakładasz. Meczyk by jakiś obejrzał.
-Ale od małego w górę, czy w dół? –Upewniała się córka.
-Dziecko – ojciec zaczął poważnie –ty masz zboczone myśli. Twoja maleńka psychika się wypacza…
-Misiek wychodzimy –stwierdziła z uśmiechem Kamila, biorąc chłopaka za rękę.
-Zostań tu młoda damo –zgrywał się ojciec –jeszcze nie skończyłem.
-Ten mecz to powtórka –oznajmił Mariusz. Pan Wachowski, co drugi dzień pracował i nie mógł obejrzeć transmisji na żywo. –Dostaną 4:0. Na twarzy Adriana pojawiła się sztuczna złość.
-Pomioty szatana opuście ten lokal.
Dzieciaki uśmiechnęły się i otworzyły drzwi.
-A i jeszcze jedno. Kamila wróć przed dziesiątą.
Córka spojrzała na ojca z mordem w oczach.
-Rano –dodał staruszek
Para wyszła nie czekając już ani chwili dłużej. Po chwili do salonu weszła Marta, wycierając ręce. Siadła przy mężu i przytuliła go.
-Myślisz, że dobrze zrobiliśmy puszczając ich tak późno?
Adrian czule przytulił żonę.
-Nie martw się, są już prawie dorośli, znają to miasto. Nic im się nie stanie.
Głos małżonka działał na nią tak kojąco. Już od wielu lat był dla niej oparciem, tak jak ona dla niego. W swoich ramionach czuli się naprawdę szczęśliwi.

Mrok, jak co wieczór, ogarnął całą półkulę. Nie docierał jednak w całości do ulic oświetlonych przez miejskie światła. Zwarzywszy na późną godzinę ruch w tej części miasta praktycznie nie istniał. Tylko dwoje pieszych wędrowało wolniutko po chodniku, nie zważając na nic.. Byli radośni, uśmiechnięci, zadowoleni i szczęśliwi. Wspólny czas dobiegł końca, lecz nie martwili się tym. Wiedzieli, że mają całe życie, które spędzą razem.
-Powiedz… -Zaczęła Kamila –czy jesteś szczęśliwy?
Mariusz spojrzał na nią ciepłym wzrokiem.
-Szczęście to taka dziwna rzecz. Kiedy jest słodko i cukierkowo, to niby człowiek jest szczęśliwy, ale to nie jest pełne szczęście. Po jakimś czasie zaczyna czegoś brakować. Kiedy natomiast ta słodycz miesza się z bólem, który ktoś z tobą dzieli, tak naprawdę nic ci już nie trzeba. Ty dajesz mi to i dużo więcej. Szczęście to mało, by nazwać to, co czuje.
Dziewczyna uśmiechnęła się i mocno wtuliła w ciało ukochanego.
-Dziękuję… -wyszeptała.
Wtem z cienia uliczki znajdującej się naprzeciw rozległ się cichy, bliżej niezidentyfikowany dźwięk.
-Słyszałaś? -zapytał Mariusz rozglądając się podejrzliwie.
-Co niby miałabym słyszeć?
Dźwięk powtórzył się. Tym razem wyraźnie słychać było, iż jest to ludzki krzyk.
-Boże, Mariusz, chodźmy stąd! –zawołała Kamila ciągnąc chłopaka.
-No co ty –opierał się –tam ktoś potrzebuje pomocy. Muszę tam iść.
-Nie, Mariusz proszę! Stanie ci się coś.
-Dobrze wiesz, że nie –patrzył na nią, a jego łagodne spojrzenie zdawało się mówić: „Spokojnie, panuję nad sytuacją.” –a gdybyś w tej uliczce była ty?
Kamila nie wiedziała, co powiedzieć. W gruncie rzeczy, to on miał rację. Ktoś być może potrzebuje pomocy. A jak ona kiedyś będzie w takiej sytuacji… I nikt nie przyjdzie? Dziewczyna zwolniła uścisk i opuściła głowę. Na chodnik spadły dwie maleńkie kropelki.
-Nie mogę cię stracić… -wyszeptała łamiącym się głosem.
-Wracam za dziesięć minut –zapewnił chłopak.
Zatrzymał się między dwoma dużymi śmietnikami u wlotu uliczki. Tonął w świetle latarni, co skutecznie uniemożliwiało mu dostrzeżenie czegokolwiek w głębi małej uliczki. Wahał się. Jego umiejętności pozwalały na pokonanie trzech do czterech, niewyspecjalizowanych przeciwników. A jeśli jest ich więcej? Cóż, trudno. Ktoś go potrzebował. Wkroczył w wolną przestrzeń między dwoma kamienicami i nawet opuszczenie światła z latarni nie poprawiło widoczności. Ciemność ogarniała wszystko. Do jego uszu doszedł cichutko dźwięk, brzmiący jak rozdzierane płótno. Zaraz za nim nieco już głośniejsze chrupanie. Mariusz wyciągnął małą latarkę i delikatnie przesunął suwak. Żarówka rozbłysła. W jej wąskim snopie światła, opadającym na ziemię chłopak ujrzał morze krwi i oderwaną kobiecą głowę. Jej podrapana twarz ukazywała przerażenie graniczące z obłędem. Chłopak przystawił dłoń do ust. Cofnął się krok i skierował latarkę przed siebie. To, co tam ujrzał sprawiło, iż jego ciało skamieniało Ze strachu. Oczy urosły, a skóra pobladła. Nie był w stanie wydusić słowa.
Kamila stała na chodniku po przeciwnej stronie ulicy, trzęsąc się ze strachu. Łzy same płynęły jej po policzkach, mimowolnie rozbijając się o twardy, betonowy chodnik. W głowie miała najczarniejsze myśli. Nie przeżyłaby, jeśli Mariuszowi coś by się stało. Nie, to niemożliwe. Bóg nie pozwoli. Nie zabierze jej najcenniejszego skarbu, jak otrzymała od życia.
Wtem całą ulicę wypełnił kolejny krzyk. Tym razem doskonale znała ten głos.
-Chryste! Mariusz! –wykrzyknęła półgłosem, a łzy jeszcze mocniej rzuciły się na zewnątrz. Niewiele myśląc rzuciła się w stronę uliczki.
Mariusz leżał na zimnym betonie, mocno zaciskając zęby z bólu. „Boże, błagam cię, nie pozwól mi krzyknąć, spraw, by Kamila tu nie przyszła…” powtarzał w myślach. Nie był w stanie uciekać, nie mógł się ruszyć. Gdyby tylko otworzył usta wrzasnąłby przeraźliwie. Po chwili dostrzegł, iż jego błagania nie zostały wysłuchane. W jasnym kręgu latarni stanęła Kamila.
Dziewczyna powoli i nieśmiało wkroczyła w mrok. Bała się wypowiedzieć imię chłopaka, bała się powiedzieć cokolwiek. Wtem nastąpiła na coś i rozległ się dźwięk pękającego plastyku, a wraz z nim ciche warknięcie. Serce Kamili załomotało jak szalone. „Pies?” pomyślała. Sięgnęła do ziemi, by dowiedzieć się, na co weszła. Poczuła, że ma w dłoni latarkę. Po omacku znalazła suwak i przesunęła go, lecz nic się nie stało. Odruchowo puknęła ręką w spód urządzenia, a te, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rozjarzyło się słabym światłem. Dostrzegła w nim Mariusza, lecz to, co zobaczyła, wykraczało poza granice jej wyobraźni.
Jej ukochany leżał w kałuży krwi. Patrzył na nią błagalnym wzrokiem, który mówił: „Błagam cię, uciekaj stąd”. Jego twarz wygięta była w grymasie bólu. Ociekała krwią. Ubranie miał poszarpane, zalane czerwoną cieczą, wypływającą z licznych ran. Nie miał lewej nogi. Poszarpane mięso spoczęło na ziemi. Prawy nadgarstek miał zmiażdżony. Mocno zacisnął zęby, by nie krzyczeć. Lekko skierował wzrok w lewy dolny kącik oczodołu, by zasygnalizować, iż Kamila powinna podnieść głowę.
Dziewczyna bezbłędnie odczytała jego wskazówki, skierowała światło latarki w kierunku końca ulicy. W słabym świetle ukazała jej się jakby ludzka postać. Wyglądała na około dwa metry wzrostu, lecz wyraźnie widać było, iż jest zgarbiona. Szara sierść pokrywała ją w całości. Jej długie łapska zakończone ostrymi pazurami, opadały do kolan. Na ciele nosiła liczne rany, które stopniowo się zamykały. Promienie światła zwróciły jej uśpioną bólem uwagę. Odwróciła głowę patrząc przez ramię. W potężnej, podłużnej szczęce trzymała rozszarpaną nogę chłopaka. Krew pomieszana ze śliną skapywała na jej ramię. Dzikie, żółte oczy wbijały się w Kamilę, a była w nich śmierć. Teraz wyraźnie doszło do dziewczyny, że nie patrzy na człowieka. Widziała potwora. Jego pysk wyglądał niczym psi. Głowa również pokryta była sierścią, a długie uszy błyskawicznie podniosły się do góry.
Kamila straciła oddech. Jej serce zamarło. Nogi stały się miękkie, a potworny strach paraliżował ciało. Na twarzy bladej już jak śmierć, ukazało się widmo przerażenia. Jednak po krótkiej chwili ocknęła się z szoku i z trudem cofnęła o krok. Jej stopa niepewnie oparła się o podłoże. Rozległ się dźwięk miażdżonego aluminium. Kolejna fala strachu przebiegła po jej ciele. Błyskawicznie straciła równowagę, zaczęła opadać do tyłu. Przez przymknięte oczy dostrzegła jak zniszczona puszka odskakuje jej od nogi, wystrzelając w powietrze. Zanim całkowicie powieki, zobaczyła jeszcze, jak potworny pysk, rozjuszony światłem latarki, zbliża się w jej kierunku. Poczuła jak jej bluzka została rozpruta. Potężne szarpnięcie wyrwało ją ku górze.
Potwór chwycił dziewczynę za ubranie i porwał z ziemi, po czym odbijąjąc się od latarni, zniknął wraz z łupem w mroku dachów starych kamienic. Pustą ulicę opanował rozpaczliwy krzyk:
-Nie!

Pan Marcin wstał jak zwykle za piętnaście szósta rano, wziął szybki prysznic, ubrał się po cichutku, by nie budzić żony. W pośpiechu zjadł śniadanie i wyszedł otworzyć sklep. Delikatnie wsunął klucz do zamka starych drewnianych drzwi na zapleczu. Ten z trzaskiem ustąpił, otwierając je. Stary człowiek zapalił światło.
Z wolna przekroczył malutkie zaplecze. Było stare, lecz dobrze utrzymane. Zadbane, czyste półki mieściły liczne doniczki z kwiatami, ziołami, pudełkami z chemikaliami i proste, aczkolwiek skuteczne oprzyrządowanie. Pokoik był mały, szczelnie zastawione regałami, więc nie posiadał oknami. Oświetlony był tylko starą żarówką, która na pierwszy rzut oka była zbyt słaba by mógł przy niej pracować starszy człowiek, lecz sklepikarz, pomimo podeszłego wieku, miał dobry wzrok i jakość światła nie robiła mu różnicy.
Leniwie otworzył drzwi sklepu. Do otwarcia miał jeszcze pół godziny, więc wystawił wczoraj przygotowane lekarstwa na wystawę i półki sklepowe. Mały sklepik pana Marcina z naturalnymi medykamentami stawał się coraz rzadziej odwiedzany. Nie dalej jak rok temu w okolicy powstało kilka nowych aptek i ludzie zaczęli ufać o wiele droższym, firmowym lekom. Stary farmaceuta miał oczywiście stałych klientów, którzy znali jakość wyrobów brodatego staruszka i za nic na świecie nie zamieniliby ich na żadne inne.
Marcin nie martwił się słabym powodzeniem sklepu. Miał już swoje lata i czuł, że jego czas dobiega końca. Około siódmej sklep został otwarty, a jego właściciel usiadł na krześle za ladą. Wyjął spod niej czarną książkę grubej oprawie z żółtym krzyżem. Otworzył ją w miejscu, na które wskazywała zakładka i zaczął zagłębiać się w lekturze. Nie dalej, jak koło ósmej trzydzieści, drzwi sklepu otworzyły się po raz pierwszy. Do środka wszedł wysoki mężczyzna w średnim wieku odziany w uniform listonosza.
-Dzień dobry panie Marcinie –powitał serdecznie sklepikarza.
-A witam pana drogi kolego –uśmiechnął się Marcin. Pracownik poczty podszedł do lady i leniwie oparł na niej ręce.
-Ta pańska maść na odparzenia jest wspaniała –chwalił klient –ślady znikają w przeciągu doby.
Pan starszy uśmiechnął się delikatnie.
-Cieszę się niezmiernie, że mogłem pomóc.
-Czy mógłbym prosić nową tubkę?
-Oczywiście –farmaceuta skinął głową, po czym z trudem dźwignął stare ciało i podał maść klientowi.
-Czy coś nie tak, panie Marcinie? –zapytał listonosz.
-Proszę pana –zaczął zrezygnowanym głosem –reumatyzm, stawy, czasem kręgosłup. Szkoda wymieniać.
-Nie ma pan na to jakiegoś lekarstwa?
-Panie szanowny, mnie już nic nie pomoże. Jestem po prostu stary.
Twarz klienta posmutniała.
-Nie uważa pan, że czas dać sobie spokój? Jak pan mówił, ma pan swój wiek, a praca to męcząca rzecz, gdyby jeszcze przynosiła dochody… Może powinien pan zwinąć interes?
Z twarzy staruszka nie znikał delikatny uśmiech.
-Ten sklep… -rozejrzał się po wnętrzu –i moja żona, to wszystko, co mam. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że jak się żyje, to potrzebny jest powód do życia. Ja mam dwa i nie chcę ich redukować. Czy teraz pan rozumie, czemu nie mogę tego zamknąć?
Klient uśmiechnął się. Wyjął z portfela pieniądze.
-Trzy osiemdziesiąt?
Sprzedawca skinął głową. Listonosz zapłacił, po czym sięgnął do torby po gazetę.
-Życzę miłego dnia panie Marcinie. –pozdrowił, oddając czasopismo.
-Ja również.
Drzwi zamknęły się, a aptekarz spoczął na swoim krześle i zaczął czytać prasę. Już na pierwszej stronie jego uwagę przykuł nagłówek o treści:

„Śmierć w ciemnościach”
Z treści artykułu staruszek dowiedział się o dwójce ludzi zabitych wczorajszej nocy w alejce niedaleko. Szczątki rozerwanej na strzępy kobiety zidentyfikowano jedynie po dowodzie osobistym, a martwego siedemstastolatka rozpoznała wychowawczyni miejskiego domu dziecka, z którego pochodził. Ciało chłopca zaginęło z kostnicy. Policja prowadzi śledztwo w tej sprawie.
-Boże najukochańszy… -wyszeptał Marcin przerzucając stronę. –Czemu pozwalasz na takie rzeczy?
Przez wystawową szybę nieśmiało zaglądały promienie słońca, na ulicach pojawiało się coraz więcej ludzi. Dzieciaki biegły do szkoły, ludzie starsi szli do parków karmić ptaki, a do pracy inni. Wstawał kolejny, piękny dzień…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -