Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Przekleństwo Aszmedaia

Michał Galczak

Siedział oparty plecami o ścianę, kołysząc się na boki. Przez dziury w ciemnej zasłonie przezierało światło słoneczne, psując mrok, który był mu tak wygodny. Naciągnął na głowę kaptur bluzy. Fale palącego bólu przeszywały jego wnętrzności i rozrywały mięśnie. Gnił od środka i z każdym dniem odczuwał to coraz dotkliwiej. Oczy zdawały się topić i rozpływać, pomimo dość niskiej temperatury panującej w pomieszczeniu. Skóra swędziała, niczym pokąsana przez rój komarów, a kolejne jej fragmenty odrywały się i spadały na pleśniejącą wykładzinę. Wnętrze pokoju pulsowało, krzesła i stół rozmywały się i falowały, a ściany chybotliwie kołysały się do środka i na zewnątrz. Stara farba marszczyła się na nich i z przeraźliwie głośnym łoskotem opadała na podłogę. Żyrandol wirował, wprawiając szklane oprawki w bezustanne pobrzękiwanie.
Aszmedai bardzo wyraźnie czuł nadchodzącego posłańca. Wiedział, że od upragnionego oddechu ulgi dzieliło go zaledwie kilka godzin. Gniew rósł w nim, rozpychając się na wszystkie strony i niebawem musiał gdzieś znaleźć ujście. Przygryzł wargi, nie za mocno, by ich sobie przypadkiem nie odgryźć i wstał. Wyszedł na środek pokoju, stanął w szerokim rozkroku i rozejrzał się dookoła.
- Co za chlew... - Burknął pod nosem.
Z dezaprobatą pokręcił głową i otrzepał przód wojskowej kurtki, którą miał na sobie. Wyszedł w ciemny korytarz i ruszył w stronę schodów. Kroki dudniły o drewnianą podłogę, a echo tego dudnienia powtórzyła cała klatka schodowa. Dopadł do drzwi i opuścił zatęchłe mury kamienicy, wychodząc na rześkie, mroźne powietrze. Przymrużył oczy i odwrócił głowę, na chwilę, by przyzwyczaić się do ostrego blasku słonecznego światła. Obok przemknęło kilku przechodniów, każdy z nich starannie wyminął go szerokim łukiem. Aszmedai potarł powieki i od razu światło straciło odrobinę na swej oślepiającej mocy.

Młodzieniec szedł ulicą. Spieszył się do pracy. Z mocno zaciśniętymi, podrażnionymi pośladkami - odczuwalnym wspomnieniem upojnej nocy spędzonej z mężczyzną, który w barze przedstawił mu się jako Marceli. ("Ach, Marceli - cóż za piękne imię!" - Zachwycił się wtedy, zauroczony wyglądem nowo poznanego mężczyzny). Poranek boleśnie uprzytomnił mu, że połączenie narkotyków i alkoholu potrafi w jego umyśle przemienić każdego brzydala w pięknego królewicza. Gdy zadzwonił budzik w komórce, K. odwrócił się do kochanka, chcąc go przywitać czułym pocałunkiem i wdzięcznym spojrzeniem. Zamiast przystojniaka, jakiego przyprowadził do domu - zobaczył zapuchniętego, lekko łysiejącego mężczyznę, całego pokrytego krostami i pryszczami. Zsunięta do pasa kołdra odsłaniała tłusty brzuch nocnego amanta. K. przymknął oczy i z trudem przełknął ślinę. W podbrzuszu poczuł nagłą rewolucję - prezent od leżącego obok mężczyzny. Najdelikatniej jak tylko potrafił, tak aby nie zbudzić wątpliwej jakości Adonisa - K. wyślizgnął się z łóżka i ruszył w poszukiwaniu toalety. W ostatniej chwili dopadł do muszli i pozbył się przeszkadzającego mu ładunku w ciągu kilkunastu sekund. W końcu mógł pozwolić sobie na oczyszczający szum spuszczanej wody, lżejszy i pewniejszy siebie. Podszedł do dużego lustra i przyjrzał się swojej twarzy. Na prawym policzku dojrzał zaschniętą, białą substancję, ciągnącą się od kącika ust, niemal do ucha. Wmówił sobie, że to ślina. Szybko umył się, ubrał i uciekł z mieszkania, zostawiając w nim śpiącego w najlepsze Marcela. Tuż za drzwiami wyrzucił z pamięci wspomnienie o kochanku, za to postanowił nigdy więcej nie odwiedzać baru, w którym poderwał tę paskudę.
K. wymijał przechodniów, czyniąc między nimi slalom, jak między tyczkami na trasie zjazdowej. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i będzie w pracy. Rozważał co prawda możliwość zrobienia sobie wolnego dnia i powrotu do domu, ale wizja przeprawy, jaką musiałby w związku z tym przejść ze swoim szefem skutecznie go zniechęciła. Za kolejnym rogiem skręcił w lewo i minąwszy wysokie, staroświeckie drzwi kamienicy, z całym impetem władował się na jakiegoś mężczyznę, stojącego na samym środku chodnika. Odbił się od niego, jak od ściany i upadł prosto w odgarniętą kupę śniegu.
- Żesz kurwa twoja mać! - Wyrzucił z siebie ze złością. - Jak leziesz, pojebie?
Mężczyzna odwrócił się powoli. Spod głęboko nasuniętego kaptura spojrzała para lśniących, zaszklonych oczu, wtopionych w dziwacznie zdeformowaną twarz. K. zorientował się, że powinien był jednak dobrze pomyśleć, zanim się odezwał. "Trudno, stało się." - Pomyślał.
Stojący przed nim człowiek był olbrzymi. Pochylił się nad chłopakiem i podniósł go z chodnika, po czym sam odsunął się do tyłu. K. zachwiał się niepewnie, pozbawiony asekuracji mężczyzny.
- ...praszam bardzo... - Usłyszał mruknięcie ze strony nieznajomego.
Gdyby był w innym, bardziej "normalnym" nastroju, powiedziałby po prostu: "Hej, nie ma sprawy, człowieku! Luzik!" i poszedłby sobie spokojnie do pracy. Jednak kac fizjologiczny i moralny spowodował, że K. poczuł, że może sobie trochę odbić na niezdarnym mężczyźnie, tym bardziej, że ten, pomimo dość okropnego wyglądu, zdawał się w sumie raczej niegroźny. A nie ma to przecież, jak pojeździć sobie po czyjejś poczciwej duszy!
- Uważaj jak leziesz, matole! - Rzucił pogardliwie.
Mężczyzna nie zareagował na jego słowa. Odwrócił się i wolno ruszył w swoją stronę. "No nie, jeszcze mnie bezczelnie ignoruje!" - Zapieklił się w myślach K.
- Żeby cię piekło pochłonęło, skurwysynu! - Zawołał pełen złości.
Nieznajomy zatrzymał się nagle. K. niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Mężczyzna obrócił się na pięcie i ruszył na chłopaka. "Będzie chryja" - pomyślał K. - "Zobaczymy na ile przydały się zajęcia krav-magi..." Przyjął postawę obronną, gotów do sparowania każdego możliwego ataku. To, co wydarzyło się chwilę później zupełnie go zaskoczyło. Nie dostrzegł najmniejszego ruchu ze strony mężczyzny, sam też nie zdążył żadnego wykonać. Po prostu w ułamku sekundy został ręcznie teleportowany z zaśnieżonego chodnika wprost do suchego przejścia w bramie kamienicy. Złamany nos pulsował tępym bólem, a połamane palce obu dłoni sprawiały, że całe ręce dygotały, jakby były podłączone do prądu o wysokim napięciu.
- Co... - Próbował wydobyć z siebie głos, lecz kolejny cios zgruchotał mu policzek i pozbawił przednich zębów, zalewając usta gorącą krwią. Na zmarzniętej skórze twarzy temperatura krwi, niespełna trzydziestu siedmiu stopni, wydała mu się niesamowicie wysoka.
- Milcz. - Usłyszał niski, wirujący głos.
Przerażony K. pokiwał głową, nie bacząc na przeszywający go ból. Zapewnienie szaleńca o swoim posłuszeństwie było dla niego ważniejsze, niż boląca twarz. Od tego mogło przecież zależeć jego życie. Oczywiście nie mógł wiedzieć, że właśnie upływają ostatnie jego sekundy.
- To nawet zabawne, że posyłasz mnie do piekła... - Wyszeptał stojący przed K. mężczyzna. - Bo to miejsce, do którego nie mogę się dostać już od bardzo dawna...
Chłopak zadrżał, słysząc te słowa. Zupełnie nie rozumiał o co w tym chodziło, ale bał się każdą komórką ciała. Bał się samego głosu, który choć był jedynie szeptem, to niemal dudnił w uszach K.
- Nie wiesz jak bardzo chciałbym się tam znowu dostać...
Zanim K. zdążył dosłyszeć ostatni dźwięk tych słów, na jego twarzy wylądowało miażdżące uderzenie, które praktycznie pobawiło go głowy, zostawiając w jej miejscu coś na kształt rozbitego kotleta.

Najgorszym zwiastunem Jego nadejścia był smród. Ciało rozkładało się w coraz szybszym tempie i wydzielało z siebie fetor, do którego nie zdołał się przyzwyczaić przez stulecia. Na co dzień gnił od środka, co było niezbyt przyjemne, ale można było z tym jakoś żyć. O wiele gorsze były te dni, gdy On postanawiał pojawić się na Ziemi. Wówczas procesy rozkładu zaczynały dosięgać także jego zewnętrznej powłoki. Cóż za ironiczny zwiastun: nadejście oczyszczającego Mesjasza poprzedzał smród niemal niemożliwy do wytrzymania, powodujący odruchy wymiotne i zawroty głowy. Aszmedai starł z dłoni krew chłopaka, którego przed chwilą uwolnił od ziemskiego cierpienia.
Zawieszona pod sufitem piwnicy żarówka zamigotała, przygasając kilkakrotnie. Aszmedai skierował na nią wzrok i cierpliwie czekał na rozwiązanie tego małego, piwnicznego kryzysu oświetleniowego. Minęło jeszcze kilka sekund i pręcik w szklanej bańce rozżarzył się dając jasne, pewne światło. Mężczyzna spojrzał w obie strony korytarza. Przed nim leżały zwłoki dopiero co pozbawionego życia chłopaka - pyskatego, nie-potrafiącego-trzymać-języka-za-zębami-pedała. Musiał gdzieś ukryć jego ciało, a pierwszym miejscem, jakie przyszło mu do głowy była właśnie piwnica. To już nie były te czasy, gdy mógł beztrosko zmiażdżyć przypadkowemu przechodniowi krtań (chociażby w przypływie gorszego humoru) i zostawić dogorywające zwłoki na środku ulicy. Świat ucywilizował się i ludzie już nie życzyli sobie brutalności pod swoimi domami. Żądali bezpieczeństwa (O naiwne istoty! Gdyby tylko wiedzieli jaką utopią jest rozumiane przez nich "bezpieczeństwo"!). Chcąc, nie chcąc Aszmedai musiał pogodzić się z wymogami czasów, w jakich przyszło mu obecnie żyć. Jeszcze kilkaset lat temu wbijał się w tłum i sycił cierpieniem, jakie zadawał - teraz zostało mu po tym jedynie ckliwe wspomnienie.
Otrząsnął się z zamyślenia i schylił po stygnące ciało. Nad zwłokami chłopaka nagle zaroiło się od much. Kilkadziesiąt grubych, czarnych owadów zakotłowało się nad roztrzaskaną głową trupa, po czym zgodnie usiadły na jego zmasakrowanej twarzy. Zasłoniły krwawą miazgę, przykrywając ją bzyczącą, ciemnoszarą pierzyną. Na twarzy mężczyzny pojawił się nieznaczny uśmiech.
- No proszę... Już jesteście. - Wyszeptał zadowolony. - Więc jakie wieści mi przynosicie?
Aszmedai przykucnął i zaczął słuchać. Bzyczenie much falowało w powietrzu, wypełniając całą piwnicę. Słuchał z przymkniętymi oczami, co chwilę uśmiechał się i potakiwał. Muchy były pomocą, jaką otrzymał w przypływie dobrego humoru Baal-Zebala. Miliardy owadów, które wśród ludzi budziły jedynie obrzydzenie, zbierały dla niego od stuleci informacje, których potrzebował. "Mój prywatny Mossad" drwił co jakiś czas. Niezliczone rzesze brudnych emisariuszy przemierzało bezustannie całą kulę ziemską. Muchy siadały na kamieniach, przyczajały się w odchodach. Docierały wszędzie tam, gdzie odór stawał się niemożliwy do wytrzymania. Oblepione brudem biwakowały na okaleczonych kończynach i zarażały je, jątrząc każdą napotkaną ranę. Przelatywały obok każdego i siadały na każdym. Ich uwadze nie mogło ujść żadne istnienie. Pojawiały się w każdym klimacie, wytrzymując niesamowite upały i przyzwyczajając się do siarczystych mrozów. Dzięki nim Aszmedai mógł mieć pewność, że On nie nadejdzie niezauważony.
- Więc i tym razem dobrze go wyczułem... - Wymamrotał pod nosem i przerzucił zwłoki w ciemny kąt jednego z bocznych korytarzy, po czym ruszył w stronę wyjścia. Zdecydowanym ruchem dłoni odegnał chmarę much, która unosiła się obok niego w oczekiwaniu.
- Precz! Węszcie dalej!

Na dnie ciemnozielonej butelki zakręciły się ostatnie krople różowego płynu.
- Kurwa twoja mać... - Wycedził przez zęby zarośnięty mężczyzna. Ledwo trzymał się na nogach, lecz dziarsko ściskał szyjkę butelki. - Mogłeś mi coś zostawić!
Z namaszczeniem przytknął wylot naczynia do ust i przechylił je, spijając resztkę alkoholu. Siedzący nieopodal niego kloszard wpatrywał się w towarzysza nieprzytomnym wzrokiem. Był już kompletnie pijany i zupełnie przestało mu przeszkadzać to, że jego kompan ma do niego pretensje. W ogóle nie obchodziły go wyzwiska, jakie teraz posypały się pod jego adresem. Był zamroczony i szczęśliwy, a reszta świata mogła mu ssać pałę!
- Ty kutasie niewdzięczny... - Głos zrozpaczonego, niedopitego mężczyzny zaczął momentalnie przechodzić w szloch. - Skąd ja teraz następną wezmę, co? Egoisto... Szmato... Chuju...
- ... pie... dalaj... - Wymamrotał w odpowiedzi nieprzytomny, z trudem opierając się o żelazny kontener na śmieci, który pełnił rolę schronienia obydwu dżentelmenów.
Zapłakany mężczyzna opadł na kolana, przytulając do piersi pustą butelkę. Okrągłe łzy spływały mu po policzkach, tworząc na nich coś na kształt zacieków z rozmytego pyłu i brudu.
- Buuhuhuuuu! - Zawył z przejęciem załamany menel. - Skąd teraz następną wezmę... Ty skurwysynu jeden! Nic już nie mam w kieszeniach, a za późno już, żeby coś wystukać na ulicy...
Mężczyzna spod śmietnika na chwilę wrócił w sferę wzmożonej świadomości i bardziej przytomnym okiem (z pewnością bardziej przytomnym, niż by sobie tego w tej chwili życzył) spojrzał na przyjaciela, który cały zapłakany, z umorusaną, rozklejoną twarzą, klęczał w kałuży, przytulony do pustej butelczyny po alpadze. Ten widok rozweselił go na tyle, że zaczął zanosić się śmiechem. Początkowo delikatnym, jednak po chwili zwykły śmiech przeistoczył się w pijacki rechot. W kilka minut później mężczyzna płakał z radości, jaką sprawił mu obraz zrozpaczonego towarzysza.
- Heeehehehehe! - Bulgoczący śmiech poniósł się między kartonowymi pudłami wzdłuż całej ulicy. - Aae... jezzzdeź... żaosny! - Wymamrotał zapluwając sobie brodę.
- Coś powiedział? - Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na winowajcę. Ten nie potrafił już drugi raz powtórzyć i tak misternie skleconej przed momentem wypowiedzi. Machnął niedbale ręką i czknął, krzywiąc się i powstrzymując przed zwymiotowaniem.
Butelka pękła, uderzona o betonowy krawężnik. Jej denko odpadło i potoczyło się na środek ulicy. Wzburzony mężczyzna wstał z kolan, ściskając w dłoni szklanego tulipana i ruszył w stronę swojego niedawnego przyjaciela, a obecnego śmiertelnego wroga.
- Zajebię cię... - Wybełkotał przez łzy, po czym zamierzył się do ciosu. Dopadł do zamroczonego mężczyzny i zaczął uderzać prymitywną bronią, raz za razem. Strumień gorącej krwi trysnął z rozciętej szyi i ochlapał twarz atakującego. Ciosy opadały jeden po drugim, szatkując ofiarę. Mężczyzna szlachtował przyjaciela swoją szklaną bronią z taką zaciętością, że nie zauważył ostrego światła, które pojawiło się za jego plecami. Poczuł dopiero falę przyjemnego ciepła, które pochodziło z tego samego źródła, co poświata.
- Przestań! - Rozkazał stanowczy, acz łagodny głos. - Co robisz, nieszczęsny?
Mężczyzna zatrzymał rękę przed kolejnym uderzeniem i odwrócił się za siebie. Od strony zaułka zbliżał się do niego mężczyzna, ubrany w długi zimowy płaszcz. Na głowę miał naciągnięty obszerny kaptur, spod którego wylewała się kruczoczarna broda. Tym, co wprawiło kloszarda w osłupienie była poświata, która biła ciepłem i spokojem.
- Coś uczynił? - Zasmucił się nieznajomy.
Mężczyzna bezradnie pokręcił głową. Wskazał zakrwawioną butelką na leżące przed nim, zmasakrowane zwłoki, nie odrywając wzroku od przybysza.
- Wypił... Wszystko wypił... - Wybełkotał odrętwiałymi ustami. - Prosiłem go, żeby poczekał... Tyle razy go prosiłem, a on mimo to wypił... Wypił mi wszystko... Nic nie zostawił...
- Popatrz na niego. - Nieznajomy wykonał głową gest, wskazując na zakrwawione ciało. Mężczyzna spojrzał przed siebie. W ogromnej kałuży krwi leżał jego przyjaciel, z gardłem rozszarpanym na strzępy. Zdziwionym wzrokiem spojrzał na trzymanego w dłoni, teraz już czerwonego tulipana i z obrzydzeniem odrzucił go od siebie. Przypadł do ciała towarzysza i zaniósł się płaczem, o wiele bardziej żałosnym od poprzedniego. W jednej chwili dotarło do niego okropieństwo tego, co zrobił. Ogrom tragedii odebrał mu wszystkie siły. Leżał na stygnącym ciele i łkał, pojękując co chwilę. Dłoń nieznajomego spoczęła na ramieniu mężczyzny.
- Odsuń się. - Rozkazał spokojny głos.
Kloszard posłusznie odczołgał się na bok, przywierając do zimnego śmietnika. Przez łzy patrzył, jak przybysz klęka nad nieżywym ciałem i kładzie dłonie na rozszarpanym gardle.
Gdyby ktoś go kiedykolwiek zapytał o to co się stało później, nie potrafiłby na to odpowiedzieć. Widział, że nieznajomy pochylił się nad zwłokami i wyszeptał jakieś słowa, po których jego przyjaciel nagle wstał, cały i zdrowy, pomimo tego, że jeszcze przed chwilą był jak najbardziej martwy.

- Musiałeś się znowu pochwalić swoimi sztuczkami, co? - Zachrypnięty szept poniósł się delikatnym echem po świątyni. - Zupełnie jak wtedy z tym żałosnym Lazarusem...
- Aszmedai... - Brodaty mężczyzna wykrzywił twarz i odsunął nieznacznie od przybysza. - Po tym... dość specyficznym zapaszku bez trudu można cię wszędzie rozpoznać...
Demon żachnął się, świadomy fetoru jaki wokół siebie roztaczał.
- Myślisz, że dobrze się z tym czuję? Że podoba mi się smród mojego gnijącego ciała?
- A nie przyzwyczaiłeś się jeszcze do tego?
Aszmedai przeskoczył przez ławę i spoczął obok spokojnie siedzącego mężczyzny.
- Chyba nie. - Odparł niepocieszony. Spojrzał na swojego rozmówcę i zmrużył oczy. - A czy ty w ogóle wiesz, że to za każdym razem trwa dziesięć lat?
- Co?
- Tak myślałem, że nie będziesz wiedział... - Pokręcił głową Aszmedai.
- Wytłumacz mi więc.
Demon wzruszył ramionami.
- Za każdym razem, na dziesięć lat przed twoim przyjściem moje ciało zaczyna zachowywać się właśnie w ten sposób... - Rzekł wodząc rękoma wzdłuż tułowia i kończąc na twarzy. - Taki mały bonus do mojego przekleństwa... Rozkładam się i cuchnę, sam dla siebie staję się nie do zniesienia. Tego zapachu nie da się niczym zabić. Nie pomagają żadne dezodoranty, odświeżacze, ani pochłaniacze. Nic...
Przez dłuższy czas obydwaj siedzieli w milczeniu i wpatrywali się w malowidła obok ołtarza. Biblijne sceny przedstawione pędzlem w miarę uzdolnionego artysty zaczynały się na płonącym krzewie, a kończyły przy ostatniej wieczerzy. Zarówno początek, jak i koniec wydarzeń, o których mówiły obydwa testamenty, chowały się w wąskich nawach bocznych po obu stronach głównej nawy i były zupełnie niewidoczne z miejsca, w którym siedzieli.
- Bardzo ciekawe, jak ludzie wyobrażają sobie te wydarzenia... - Niby od niechcenia zaczął mężczyzna z brodą.
- Prawda? - Ochoczo podchwycił Aszmedai. - Muszę przyznać, że zawsze mnie to fascynowało. Te skrzydlate istotki unoszące się z harfami w powietrzu, klęczące osiołki. Zauważyłeś, że wszyscy ubrani są w takie same białe, CZYSTE szaty?
- Tak. Ale prawdę mówiąc nie chciałbym na obrazach oglądać ich takimi, jakie były w rzeczywistości. W tej formie, - rzekł mężczyzna wskazując na scenkę przedstawiającą człowieka w poświacie, przemawiającego do pokaźnego tłumu słuchaczy - gdzie wszystko jest czyste i niemal idealne, cała ta historia jest przyjemniejsza i chyba łatwiejsza do przyjęcia.
- A widziałeś jak wymyślili sobie ciebie? - Aszmedai wskazał ruchem głowy na rzeźbę Chrystusa dźwigającego krzyż i parsknął śmiechem. - Dobrze, że mnie tu nigdzie nie ma...
Brodaty mężczyzna odwrócił się do demona i uśmiechnął się szeroko.
- Wydaje mi się, że gdzieś mignąłeś mi przed oczami, na którymś z tamtych malunków... - Wysunął dłoń i pokazał na ścianę ukrytą w głębi nawy po lewej stronie.
Aszmedai błyskawicznie podążył wzrokiem za gestem Mesjasza.
- Żartujesz sobie ze mnie, prawda?
- Wcale nie. - Mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy, przyjmując kamienny wyraz twarzy. - Widziałem cię chyba gdzieś, jak z pięknymi, śnieżnobiałymi skrzydłami dryfowałeś w powietrzu razem ze swoimi braćmi. Wiesz, zanim On przegnał was na cztery wiatry...
- Bardzo śmieszne... - Zasępił się serafin.
Mesjasz uśmiechnął się, zadowolony ze swojego żartu. Jego twarz natychmiast jednak spoważniała, gdy tylko usłyszał następne słowa.
- To moja włócznia miała ci wtedy przebić bok. Po to mnie właśnie wysłano. Ja miałem być tym, który powinien ostatecznie sprawdzić czy żyjesz i dobić cię w razie potrzeby...
- Więc czemuś tego nie zrobił?
- Któryś z żołnierzy odepchnął mnie w ostatniej chwili i upadłem między kamienie. Nie zdołałem się podnieść i go wyprzedzić. Zaklinałem się w duchu, żebyś był martwy i żeby spod ostrza popłynęła woda. Ty jednak żyłeś, a ja nie wypełniłem swojego zadania i popadłem w niełaskę. To dlatego uganiam się za tobą przy każdej twojej kolejnej wizycie...
Aszmedai wyciągnął spod płaszcza długie, czarne ostrze i przyłożył je do piersi Zbawiciela. Ten tylko uśmiechnął się smutno.
- Ludzie znów się nie dowiedzą, że byłeś na Ziemi, że mieli szansę... - westchnął serafin.
Mężczyzna spuścił wzrok i spojrzał najpierw na sztylet przytknięty do swojego serca, a następnie przeniósł spojrzenie na demona.
- Znasz dobrze ten świat. Od stuleci krążysz między ludźmi. Najlepiej powinieneś wiedzieć, że potrzebują mojego nadejścia i mojej ofiary! Powiedz sam, czy na nią nie zasługują?
Serafin pokręcił głową.
- Nienawidzę ludzi i gówno mnie obchodzi ich los. Są głupi i bezduszni. Nie ma w nich nic, co sprawiłoby, żebym o nich dobrze pomyślał. Wielką radość sprawi mi dalsze podpatrywanie ich, jak szamoczą się w swoim codziennym, marnym życiu. Pytasz, czy nie zasługują na zbawienie... Nie! Zasługują na Jego potępienie, a nie na miłość!
- Za którymś razem w końcu nie uda ci się mnie odnaleźć. - Stwierdził mężczyzna pełnym przekonania głosem.
Aszmedai uśmiechnął się smutno.
- Uda, uda... Zawsze mi się udaje...
Nacisnął rękojeść sztyletu i wbił w ciało Mesjasza aż po sam jelec. Zraniony skulił się naraz, lecz po chwili wyprostował się, pełen spokoju. Ostatni, przeciągły wydech opuścił jego płuca i mężczyzna oparł brodę na zakrwawionej piersi. Aszmedai wysunął stalową klingę z martwego ciała i przesunął dłonią po twarzy zabitego, zamykając mu oczy.
- Do następnego spotkania...



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -