Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wystarczy

Łukasz Gustaw Śmigiel

i woke up and the world outside was dark
all so quiet before the dawn
opened up the door and walked outside
the ground was cold

i walked until i couldn’t walk anymore
to a place i’d never been
there was something stirring in the air
in front of me, i could see

more than this
more than this...


peter gabriel


*

Wypożyczalnia filmów należała do gościa o imieniu Tinkle i była miejscem raczej kameralnym. Tak przynajmniej sądził sam właściciel. Swego czasu miał on ambicję uczynić z piwnicy pełnej kaset video, płyt dvd oraz obskurnych plakatów miejsce wyjątkowe. Stworzone dla smakoszy kina, do których zresztą bez zbędnej skromności zaliczał Tinkle także samego siebie. Piwnica, zwana pieszczotliwie norką, miała stanowić punkt zbiorczy dla elity okolicznych nieudaczników, którzy potrafili rozmawiać jedynie o klasyce, nie wiedząc przy tym dokładnie, co właściwie oznacza to słowo. Zaczynali schodzić się do "norki" od piątkowego popołudnia, łakomie wysłuchując natarczywych rad udzielanych im przez Tinkla. Liczyli się naturalnie tylko powszechnie uznani twórcy — Almodovar, Von Trier, Gus Van Sant.

Oto dlaczego Tinkle i ja nigdy za sobą nie przepadaliśmy. Odkąd pamiętam, tak zwana klasyka zawsze odpychała mnie swoim zadęciem. Strasznie denerwowali mnie ludzie, którzy uznawali film za świetny wyłącznie dlatego, że pewne kręgi nazwały go "klasyką". Ja o poziomie wybitności filmu decydowałem sam i, mówiąc wprost, kichałem na całą Tinklową klasykę. Nie jest trudno nakręcić film kamerą "z ręki" za dwieście dolców i reklamować go, jako uroczy minimalizm... Sztuką jest zrobić ambitny film za kilkadziesiąt milionów i trafić z nim do szerokiej publiczności, a nie tylko do tak zwanych smakoszy kina. Zrobił to Proyas, zrobił to Twohy, a teraz próbują Wachowscy i za to właśnie wszystkich ich szanuję. Tinkle nie potrafił przełknąć powyższej teorii dlatego też regularnie w każdą sobotę pożyczałem coś, od czego jemu chciało się rzygać.

Tego wieczoru było inaczej. Żadnych kłótni, ani sprzeczek. Tego wieczoru miałem nic nie pożyczać. Przeciwnie, postanowiłem wyczyścić swoje konto i oddać nie tylko przetrzymywane zbyt długo kasety, ale i uregulować zaległości gotówkowe.

Norka była jak zwykle kiepsko oświetlona. Szwankowało też jej ogrzewanie i panująca wewnątrz temperatura pozostawiała wiele do życzenia. Najwyraźniej musiałem być pierwszym klientem od dłuższego czasu, bo schodząc po betonowych schodkach w stronę lady widziałem, jak na twarzy Tinkla wyraz nadziei ustępuje nagłemu rozczarowaniu. Bez wątpienia musiał być moją wizytą rozdrażniony. Nie trudno było jednak popsuć humor tłustemu kawalerowi przed czterdziestką, który nie miał żadnych perspektyw na przyszłość.
- Jak możesz oglądać takie gówno? - zapytał, widząc, jakie filmy tym razem wykładam przed nim na ladę.
- Ktoś je przecież musi pożyczać - odparłem, uśmiechając się szeroko i udając dobry humor. - Bez takich jak ja z pewnością dawno już byś zbankrutował.
- Z czegoś trzeba żyć - fuknął. - Ale wiesz, co nas różni?
- Wszystko? - zapytałem, wciąż nie tracąc uśmiechu.
- Nie - zaczął, wypełniając ołówkiem puste miejsca w ankiecie zaległych płatności. - To znaczy, tak - żachnął się. - Gwoli ścisłości jednak, prócz wszystkiego, o czym już wspomniałeś, różni nas to, że ja te gówna pożyczam, wiedząc, że to gówna, a ty oglądasz je sądząc, iż to dobre kino.
- Ładnie powiedziane - odparłem, czując narastającą złość. - Tak filozoficznie - dokończyłem.
Prychnął w odpowiedzi, odwracając się tyłem, aby odłożyć kasety na miejsce i Bóg mi świadkiem, że w tej jednej chwili byłem o krok od zamordowania tego człowieka. Myśl, która pojawiła się nagle w mojej głowie, była tak przepełniona nienawiścią i wyrachowaniem, że aż pobladłem. Odwrócony plecami Tinkle nie mógł się niczego spodziewać. Gdybym wtedy wskoczył na kontuar i porywał z niego dwa, na co dzień zupełnie niegroźne przedmioty - przycisk do papieru i długopis! Z zaskoczenia zdzieliłbym Tinkla w tył głowy przyciskiem i własnym ciałem powalił na ziemię. Później wystarczyło już tylko dźgać drania długopisem w szyję, aż charcząc i krztusząc się własną krwią zdechnie w mękach. Nigdy nie wciskałby już ludziom nudnej klasyki.
- Tak właściwie, cóż to się stało, że pan szanowne bezguście załatwia dziś wszystkie zaległości, hm?
Nie odpowiedziałem od razu. Jeszcze przez chwilę miałem bowiem przed oczyma scenę, która przekonująco dowodziła, jak łatwo wbić Tinklowi w oko długopis i jak śmiesznie, z "popsutym" w ten sposób okiem, Tinkle wyglądał.
- Wiesz - odparłem po dobrej minucie. - Z czasem, wszystko musi się skończyć.
- Czyli co na przykład? - spytał zaciekawiony.
- Na przykład nasza znajomość Tinkle. Wypisz mnie więc z listy klientów i dawaj kaucję za wpisowe.
Mówiąc to uważnie obserwowałem wyraz jego twarzy. Przysiągłbym, że tego cholernego, wygadanego sukinsyna pierwszy raz na dobre zatkało.
- Kaucja, słyszałeś?! - powtórzyłem głośniej.
Dalej gapił się na mnie z wyraźnym niedowierzaniem, trawiąc każde słowo. "No i proszę" - przyszło mi do głowy. - "Od tylu dni nie czerpałem z niczego ani krzty satysfakcji, że prawie zapomniałem, co oznacza to słowo, a wystarczyło tylko wypisać się z wypożyczalni tego kretyna".
- Oczywiście - powiedział wreszcie, rozumiejąc, iż nie żartuję. - Kaucja, tak, moment.

Kiedy wyszedłem od Tinkla, dochodziła siedemnasta. Do załatwienia została mi już tego dnia tylko jedna sprawa. Czekała mnie w związku z nią wycieczka w głąb miasta. Pogoda zaś robiła dosłownie wszystko, aby ową wycieczkę mi obrzydzić. Świszczący, jesienny wiatr chwilami powodował, że całkowicie przeszywało człowieka zimowe powietrze. Czarna dżinsowa kurtka, którą usiłowałem zapiąć pod samą szyję skostniałymi rękoma, nie stanowiła szczególnie skutecznej ochrony przed podmuchami. Jeszcze rok temu późna jesień była moją ulubioną porą roku. Z jednej strony zawsze pełna chłodu, szarości i brązów, z drugiej zaś spokoju, wyciszenia oraz nadziei związanej ze zbliżającymi się Świętami. Rok temu byłem jednak kimś zupełnie innym, a niedający wciąż za wygraną wiatr przypominał, że nie tylko byłem inny, ale też nie mam szans znowu stać się człowiekiem z przed roku.

Szczęście, które, jeśli chodzi o mnie, zawsze działało jedynie w sytuacjach, w których z powodzeniem można by się bez niego obejść i teraz dało o sobie znać. Przechodząc obok przystanku ujrzałem bowiem zbliżające się światła autobusu. Jadąc na gapę pokonałem w spokoju dwie przecznice i znacznie zbliżyłem do celu podroży. Szkoda że ludzie prócz wszystkiego innego nie mogą podglądać także swoich myśli. Gdyby pozostali pasażerowie mogli to zrobić, popsułbym im humor przynajmniej na tydzień.

W końcu wysiadłem na całkiem pustym przystanku. Chwilę potem zapalono uliczne latarnie i na moment przystanąłem, by w świetle jednej z nich sprawdzić, czy w ciążącym mi, niewielkim plecaku jest wszystko, co miałem zabrać z domu. Wrzucone wprawdzie bez ładu i składu, ale niczego nie brakowało.

Budynek, do którego chciałem się dostać, był jedną z nowo wybudowanych, tworzących wewnętrzny plac kamienic. Licząc na szczęście, które teraz oczywiście nie zadziałało, chwyciłem za klamkę od drzwi wejściowych. Okazały się mocne, obite stalową blachą i zamknięte. Po chwili zwątpienia na chybił trafił wybrałem jeden z przycisków przy domofonie. Głośnik przez moment cicho bzyczał.
- Kto tam? - zapytał wreszcie trochę zachrypnięty, damski głos.
- Sprzedajemy dywany, może jest pani chętna?
- Nie - odpowiedź była jasna i krótka.
Wszyscy w kamienicy zdawali się mieć nie tylko dywany, ale także wiele innych rzeczy, które proponowałem. Żadna z osób nie kwapiła się natomiast do otwarcia mi przeklętych drzwi. Na dodatek numer 12 zaczął przebiegle dowodzić, iż widzi mnie przez okno i nie wydaje mu się, abym faktycznie chciał coś sprzedać. Uznał mnie najwyraźniej za ćpuna lub bezdomnego, który szuka ciepłego miejsca na noc, a po otwarciu drzwi ozdobi klatki schodowe kamienicy cuchnącymi sikami. Musiałem zmienić plan.

Poszedłem na otoczony kamienicami plac. Znajdował się na nim parking i niewielkie, zaniedbane ogródki. Samochód, którego szukałem stał w drugim rzędzie. Małe, granatowe punto, należące do kochanej Fey. Kupiliśmy je wspólnie jakieś trzy lata temu. Kiedy zapadła decyzja o rozstaniu, głupio pozwoliłem jej zatrzymać autko. Byłem wtedy jednak tak bardzo zmęczony kwestią zerwania naszej pięcioletniej znajomości, że zwyczajnie nie chciało mi się już kłócić nawet o samochód. Gotów prędko rzucić się w stronę drzwi od kamienicy, wziąłem spory zamach nogą i wymierzyłem solidnego kopniaka w sam środek drzwi jej wozu. Rok temu nigdy nie zrobiłbym czegoś podobnego, teraz jednak czas na uprzejmości skończył się raz na zawsze. Punto zachwiało się lekko i prawie natychmiast włączył się - wyjący wściekle i migający światłami - alarm. Niemal podskoczyłem z wrażenia.

Na placyk wychodziły balkoniki znajdujące się na tyłach każdego mieszkania. Na najwyższym rozbłysło światło, czym prędzej więc usunąłem się w cień tuż przy ścianie budynku. Ktoś otworzył balkonowe drzwi i po chwili usłyszałem znajomy głos - to była Fey.
- To mój do cholery! - wykrzyknęła, mocno wychylając się za barierkę.
Uśmiechnąłem się, dostrzegając czarny kontur burzy włosów na jej głowie. Natychmiast przypomniało mi się, jak zawsze pięknie pachniały lawendą. I wtedy znieruchomiałem, czując, że mnie zmroziło.
- Kotku, bądź tak miły, zejdź na dół i sprawdź, czemu włączył się alarm! - powiedziała, odwracając głowę w stronę ukrywającej się za krawędzią balkonu postaci.
- Ty dziwko - warknąłem pod nosem. - Miesiąc nie minął i już masz nowego kotka?!
W jednej chwili wiatr i zimno, przestały mi przeszkadzać. Jeśli w wypożyczalni u Tinkla byłem poirytowany, teraz dosłownie rozrywało mnie od środka.
- Jedną chwileczkę Kiciu - odparł, przytłumiony głos kotka.
- Tylko uważaj na siebie - dodała wracając do środka. - Będziesz mi tej nocy jeszcze potrzebny.
- Pięknie - pomyślałem. - Jak wspaniale potrafisz się martwić Fey. Pytanie, czy rzeczywiście masz o co?!
Bez zbędnego zastanowienia zdecydowałem się pozostać w ukryciu. Po kilku minutach usłyszałem trzask drzwi od kamienicy. Cały spięty, zaciskając ręce w pięści, czekałem w zupełnym bezruchu. Kotek okazał się wysokim typkiem z lekką nadwagą. Krótką brodą starał się ukryć drugi podbródek i co chwilę poprawiał zaparowane przez zmianę temperatury okulary. Wolno podszedł do samochodu, niepewnie rozglądając się przy tym na boki. Minął mnie, zupełnie nie zauważając, wyłączył alarm i wyjął z kieszeni paczkę papierosów.
- Znowu palisz?! - krzyknęła z góry Fey, wywołując u mnie przy tym falę dreszczy.
Kotek schował fajki i nerwowo spojrzał w górę. Przez moment było mi go żal.
- Wszystko dobrze? - zapytała.
- Tak, tak kiciu - chrząknął. - To chyba jakiś kot, musiał wskoczyć na maskę i... Wiesz, jak czułe bywają te alarmy?
- W porządku - odparła. - Wracaj, mój bohaterze.
Idąc w stronę drzwi wejściowych, kotek zaczął podrzucać kluczyki, które nagle upadły w ciemność. Sapnął ciężko i pomacał za nimi po ziemi. Ja natomiast miałem ochotę histerycznie się roześmiać. Wreszcie jednak znalazł zgubę, znów poprawił okulary i zniknął za rogiem. Ruszyłem za nim biegiem. Właśnie otwierał drzwi, kiedy ukazałem mu się, gestykulując rękoma, aby zaczekał na mnie z ich zamknięciem.
- Mieszkam tu. Niech pan nie zamyka - krzyknąłem, a on uczynnie przytrzymał klamkę. - Dobry wieczór - sapnąłem, poprawiając plecak i kierując się do windy.
Bóg raczy wiedzieć, co też miałem zamiar zaraz zrobić.
- Dobry, dobry - odparł wolno, udając się za mną.
- Które? - zapytałem, gdy byliśmy już razem w środku.
- Ostatnie - rzekł, rozpinając kurtkę.
Kiedy drzwi się zamknęły, winda z sykiem ruszyła do góry. Z plecakiem i w dżinsowej kurtce musiałem wyglądać na gówniarza. On w swoim garniturze przypominał natomiast maklera. Poluzował jedwabny krawat. Obserwując go ukradkiem przy drugim piętrze nie wytrzymałem.
- Pieprzysz ją?! - spytałem, czując, że robi mi się sucho w gardle.
- Słucham?
Puścił krawat i odwracając się w moją stronę tym samym nerwowym ruchem, co wcześniej, poprawił okulary. Patrzyłem na niego zimnym wzrokiem i myślałem o tym, że nigdy wcześniej nie uderzyłem drugiego człowieka.
- Pieprzysz Fey?! - spytałem głośniej.
- Kim pan niby jest?! - chrząknął niepewnie. Ja natomiast wyobraziłem sobie jego tłuste, lepkie łapska na smukłym ciele Fey.
Był ode mnie znacznie cięższy, a co za tym idzie pewnie i silniejszy, ale działałem z pełnego zaskoczenia. Pierwszy cios spadł na jego rudą brodę. Drugi sięgnął nerek, a, gdy łapiąc oddech, kotek się pochylił, złamałem mu nos. Upadł na podłogę, a ja zatrzymałem windę piętro niżej od mieszkania Fey. Patrzyłem na niego i przez moment miałem wrażenie, że trochę mi ulżyło. Tylko trochę.
- Rżnąłeś ją, czy nie?! - warknąłem wściekle.
- A jak kurwa myślisz?! - odparł słabo trzęsącymi rękoma, trzymając się za zalaną krwią twarz. Wziąłem zamach nogą.
- Nie! - wrzasnął. - Kurwa! przestań! Więcej nie tknę tej dziwki!
Końcowe słowa zamieniły się w jęk, a ja przez moment miałem ogromną ochotę poprawić mu jeszcze za tą "dziwkę". Po chwili jednak w myślach zgodziłem się z jego oceną.
- I słusznie - wysapałem wreszcie. - Ale zanim się z nią ostatecznie pożegnasz wyświadczysz mi przysługę. Oddasz jej to...
Rzuciłem na podłogę plecak. Później nacisnąłem przycisk piętra wyżej i kiedy winda dojechała na miejsce, wyszedłem na korytarz, szybko zmierzając w stronę schodów. W plecaku zostawiłem mu wszystkie "wspólne rzeczy", jakie zostały mi po Fey. Wszystko, co przez pierwszy, okropny miesiąc po rozstaniu nieustannie mi o niej przypominało.

**

Wracając od Fey czułem się bardzo dziwnie. Wyglądało bowiem na to, iż prawie wszystko, co miałem tego dnia do załatwienia, zostało załatwione. Nawet więcej, jeśli doliczyć "ponadprogramowe", pierwsze w życiu pobicie i wandalizm. Na dodatek już od dawien dawna nie miałem dnia, który kończyłby się konkluzją, że wszystko, co było do zrobienia, zrobiłem jak należy. Niepowodzenia od pewnego czasu były dla mnie czymś normalnym i dopiero tamte chwile przyniosły pewną odmianę. Wciąż jednak pozostawała do zrobienia jedna rzecz. Całkiem inna od pozostałych i na tyle niezwykła, że nie stawiałem jej na równi z pozostałymi. Prosta sprawa, żadne tam stresujące spotkanie z kretynem zarządzającym wypożyczalnią filmów, czy zerwanie ostatnich więzi łączących mnie z byłą dziewczyną. Dziewczyną, którą ciągle kochałem. Nie, to było o wiele prostsze. Miałem się zabić.

Samobójstwo - jak dla mnie genezy tego słowa szukać należy w zwrocie "bój z samym sobą". Może naiwnie to brzmi, ale przecież decydując się na zabicie samego siebie przede wszystkim sprawdzasz, czy rzeczywiście masz odwagę to zrobić? Największym minusem całego przedsięwzięcia jest niestety to, iż kiedy okaże się, że tę odwagę faktycznie masz, jest już za późno, aby móc się z tego ucieszyć.

Ja nie działałem jednak jak przeciętny samobójca. Przeciętniaki decydują się zazwyczaj porzucić życie od tak, zupełnie nagle. Kieruje nimi jakiś nagły impuls, który sprawia, iż przysłowiowa czara (w tym przypadku pełna nieszczęść), zaczyna się przelewać. Kolejny zawalony test i uczeń wylatuje oknem, czując się wolnym od problemów przez kilka dzielących go od bruku sekund. Dziewczyna napełnia swoją krwią wannę po niespodziewanej zdradzie ukochanego - brzmi naiwnie, ale zdarza się częściej, niż może się wydawać. Na dodatek sam sposób zabicia się dla przeciętnych samobójców nie gra roli. Zawsze im się śpieszy. Działają nieobliczalnie i łapią, co tylko mają pod ręką - nieważne nóż, czy pigułki. Tylko czasem któryś z nich zdobędzie się na coś więcej. Zwykle owocuje to listem pożegnalnym. Jedni piszą go dlatego, że mogą w ten sposób ostatni raz się dowartościować, mieć ostatnie słowo i pokazać innym, że mieli jaja, skacząc z okna czy tnąc sobie żyły. Inni z kolei pragną na koniec stać się koszmarem dla potencjalnych winnych swego zejścia i wyraźnie piszą w liście, że uczynili to przez "tego" lub "tą". Zdarza się też typ samobójców działających w zupełnie przeciwny sposób. Tacy piszą pożegnalne listy właśnie po to, aby nikt się nie obwiniał i uparcie tłumaczą w nich, że całkiem samodzielnie podjęli decyzję o samobójstwie. Kłamcy.

Tak czy inaczej, najbardziej intrygujący jest w tym wszystkim fakt, że nawet w chwili tuż przed śmiercią piszący listy chcą się jeszcze w ten sposób pokazać światu. Jeszcze w jakiś sposób zaistnieć, chociaż za chwilę i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia, a samo zabójstwo to proces zdecydowanie przeciwny zaistnieniu.

Tak robią przeciętniaki. Ludzie walczący z depresją, wyrzutami sumienia czy tysiącem kompleksów. Ludzie nieprzystosowani do życia w stadzie. Ja natomiast byłem pewien, że jestem do takiego życia w pełni przystosowany i, co więcej, w pełni je rozumiem. W tym właśnie tkwił problem. Jak bowiem wygląda całe to życie?

Rodzisz się, ale to jeszcze nie zależy do ciebie. Później cię wychowują, bądź też nie i w pewnym wieku zyskujesz świadomość, że jesteś człowiekiem i że obowiązuje cię nieskończona ilość zasad życia w społeczeństwie. Następnie wszystko idzie jak z górki. Walczysz o wykształcenie, zdobywasz wiedzę i jeśli masz sporo szczęścia, po pewnym czasie dostajesz pracę i zaczynasz zarabiać pieniądze. Pieniądze które nieustannie wydajesz i zarabiasz, wydajesz i zarabiasz, a wszystko to dla rzeczy, które robią inni, aby zarabiać i wydawać.

Wreszcie budujesz dom, zakładasz rodzinę i sadzisz drzewo. Kolejność dowolna, ale pamiętaj - jeśli zbyt szybko założysz rodzinę, możesz ryzykować utratę domu. Kiedy to już załatwione, uświadamiasz sobie, że masz, bagatela, pięćdziesiąt lat, a organizm najpierw bardzo powoli, a później coraz szybciej zaczyna odmawiać ci posłuszeństwa. Jeśli jesteś wystarczająco bogaty lub też bogate są twoje dzieci, dożyjesz nawet dziewięćdziesiątki. Będziesz siedział w fotelu i patrzył ogłupiałym z powodu problemów z pamięcią wzrokiem na to, jak z kolei twoje dzieci zaczynają przypominać ciebie po pięćdziesiątce, a ich wnuki twoje dzieci po dwudziestce. Potem nagle pewnej nocy - ciach. Nie ma cię. Po co żyłeś? Wcześniej się nad tym specjalnie nie zastanawiałeś, podobnie zresztą jak reszta stada. Stadu wystarczy bowiem albo życie z dnia na dzień i czynienie problemów małych problemami przysłaniającymi cały świat albo też wiara w kilka tkliwych, czasem naiwnych historyjek o tym, że czeka ich po śmierci coś więcej niż tylko ciemność. To im wystarczy. Nie będą o tym myśleć ani chwili dłużej, bo po pierwsze - mogą nic nie wymyślić, a po drugie - śmiertelnie boją się tego, co zrobią z samym sobą po próbie wymyślenia czegoś, która zakończy się fiaskiem.

Tak więc po co żyłeś? Dla dzieci? To pech, bo jakiś czas po tobie, może nawet tej samej nocy, je też spotka "ciach". Żyłeś dla domu, pracy, pieniędzy? A czy ma to jakieś znaczenie poza społeczeństwem żywych trupów, które dotąd cię otaczało? Nie ma, a z tego właśnie składało się twoje życie. Może więc żyłeś dla stada? No cóż, bardzo łatwo sprawdzić, że niewiele obchodzisz swoje stado. Teraz przyjacielu każdy potrafi bronić się przed przeciwnościami losu sam. Era grupowych polowań na mamuty i obrony przed tygrysami szablozębnymi odeszła już dawno w niepamięć. Cóż jeszcze zostało? Drugi człowiek, miłość... W porządku bardzo wzniosły sens życia, tylko co zrobisz, jeśli nagle bez powodu utracisz taką osobę? Podpowiem ci. Wtedy pewnie zasilisz szeregi przeciętnych samobójców. Kiepsko to wygląda, prawda? Nie jest jednak tak źle, jak może się wydawać. O wiele lepiej mają na przykład ludzie bogaci. Jeśli bowiem dobrze ci się powodzi w życiu to tak drobne rzeczy, jak "fajna" żonka, "fajne" auto, czy "fajny" dzieciak nie pozwalają ci myśleć o wszystkim powyższym. Żyjesz, aby robić wszystko, żeby nadal było "fajnie" i nagle, zupełnie niezauważony, przychodzi koniec.

Ja niestety nie byłem szaleńczo bogaty. Nie istniała dla mnie już żadna rzecz, która nie pozwalała by mi myśleć o tym, jak to właściwie jest ze śmiercią. Moim postępowaniem nie kierował też żaden impuls. Nie przypominałem typowych samobójców. Ja dokładnie wszystko sobie przemyślałem i byłem gotów podjąć ryzyko. Wykonać mały test. Skoro tu nic nie ma, to może tam coś będzie? Główny problem, że jest to wyprawa w jedną stronę, zupełnie dla mnie nie istniał. Żywa strona była dostatecznie bardzo do kitu, aby sprawdzić, czy rzeczywiście jest jakaś druga.

Egoizm. Byłem największym egoistą na świecie i wkrótce, planowałem oddać to stanowisko potencjalnym innym największym, którzy będą mogli się o nie pobić. To właśnie to było tą "inną", ostatnią sprawą, która miałem tego dnia jeszcze załatwić. Miałem się zabić. Tu jednak pojawiał się problem, który na szczęście rozwiązałem już nieco wcześniej. "Zabić się" - ładnie brzmi, ale trzeba jeszcze wiedzieć, jak to zrobić.

Pomysł z szubienicą odrzuciłem dość szybko. Po pierwsze nie umiałbym najpewniej diabelstwa zawiązać, po drugie zaś całe to kombinowanie z mocowaniem sznura itd. Doprawdy nie mam pojęcia, w jaki sposób, tak jak to podają czasem w wiadomościach, bandytom udaje się szybko i niepostrzeżenie, powiesić we własnej celi? Jeśli chodzi o podcinanie żył, do tego w wannie z ciepłą wodą, bo wtedy podobno nie boli - tu też ja odpadam. Miałbym tak siedzieć w cieplusiej wodzie i patrzeć, jak się ze mnie leje? A co, gdyby nagle mi się odwidziało? W końcu trochę czasu upłynie, zanim zemdleję, co wtedy? Raczej już nie zdążę wyjść z wanny, zatamować krwotoku i zadzwonić na pogotowie. Próbowałbym, pewnie, ale nie dałbym rady. Później znaleźliby mnie gołego, w łazience, z rozrzuconymi na kafelkach nogami po tym, jak potknąłem się, wychodząc z wanny. Nic z tego - żyły odpadają. Były jeszcze inne możliwości, na przykład skok z dachu. Z tego także musiałem zrezygnować. Sprawa stałaby się zbyt publiczna. Zaraz pojawiliby się wścibscy dziennikarze, którzy, zbierając o mnie informacje pokroju - rezygnacja z pracy, zerwany, długoletni związek, brak kontaktu z rodziną - uczyniliby ze mnie kolejną ofiarę losu, jakich tysiące, a jak już wspomniałem, nie uśmiechało mi się wcale bycie zaliczanym do przeciętniaków. Wciąż pozostawało jednak jeszcze kilka rozwiązań. Na przykład suszarka w wannie. Fatalny pomysł, policja uznałaby moją śmierć za nieszczęśliwy wypadek, bo nie planowałem zostawiać listu z wyjaśnieniami. Może więc narkotyki? Tak zwany złoty strzał? Fajna sprawa i na dodatek całkiem przyjemna śmierć, kłopot w tym, że zawsze istniał cień ryzyka, iż mnie odratują, a poza tym nie miałem ani kontaktów, ani pieniędzy, żeby zdobyć niezbędny do tego przedsięwzięcia rodzaj i odpowiednią ilość prochów. Tak więc po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw padło na śmierć przy użyciu broni - strzał w głowę. Skoro za odpowiedni sposób do wypowiedzenia roli w teatrzyku życia uznali go Howard, Hemigway, Cobain i Hutchence... Ja także mogłem zrobić to właśnie w ten sposób.

Kiedy wreszcie dotarłem do mieszkania, wiszący samotnie naprzeciwko drzwi zegar wskazywał już niemal jedenastą w nocy. Wnętrze wyglądało okropnie. Brakowało wyprzedanych mebli, nie było dywanów ani typowego dla mieszkań samotnych facetów nieporządku. Do diabła, nie było nawet światła! Rachunków za prąd nie płaciłem już od dawien dawna, więc w końcu go odcięli. Spowodowaną jego brakiem ciemność rozpraszał zazwyczaj jedynie gazowy piecyk i kilka poustawianych na chybił trafił świec. Oprócz gazu w ogóle od dłuższego czasu nie płaciłem za nic. Bankowe konto, które sąd rzucił na pożarcie sforze wierzycieli, nie mogło jednak starczyć na zbyt długo. Tak więc na dniach spodziewałem się odwiedzin czy to właściciela mieszkania, czy przedstawiciela władz.
- Może to właśnie któryś z nich znajdzie moje ciało? - myślałem, uśmiechając się do lustrzanego odbicia. Solennie zaś opłacony gaz miał za zadanie wspomóc mnie w zaparzeniu ostatniej w życiu kawy.

Po kilku minutach filiżanka parującego napoju znalazła się przede mną. Pozostała więc jeszcze tylko kwestia magnetofonu. Specjalnie kupiłem do niego całkiem nowe baterie. Wysłużone głośniki, miały zagrać jedną, jedyną melodię - "Burn" The Cure. Wszystko wydawało się w tamtej chwili dokładnie obmyślone i zaplanowane. Tak jak zresztą każdy dzień mojego życia.

&NBP Obok roztaczającego przyjemny zapach kubka na stoliku leżał także mój kat i wybawca zarazem - ważący niecały kilogram, piętnastostrzałowy model Beretty. Dokładnie taki sam jakiego chciał użyć do popełnienia samobójstwa Mel Gibson w pierwszej części "Zabójczej broni". Niegdyś wydałem na niego fortunę na internetowej aukcji, wtedy jednak nigdy bym nie przypuszczał do czego może mi się przydać...

Usiadłem w fotelu, napiłem się kawy, smakując każdy łyk i włączyłem magnetofon. W pokoju dało się słyszeć krakanie zbliżającego się stopniowo kruka. Podniosłem broń, wziąłem głęboki oddech i ostatni raz rozejrzałem po mieszkaniu. Praktycznie nic więcej nie zostało do zrobienia. Przez moment zrobiło mi się tylko żal, że nie dosłucham do końca nabierającego rozpędu utworu. Otwarłem usta i włożyłem w nie zimną lufę broni. Światło świec przyjemnie migotało. Osobiście bardzo lubiłem ciemność, światło słoneczne zawsze trochę raziło mnie w delikatne oczy. Palec wskazujący położyłem na spuście. Znowu nabrałem powietrza. Palec drgnął. Mrugnięcie oczu. Palec drgnął ponownie. Znowu mrugnięcie...
- Kurwa mać! - ryknąłem, wyjmując nagłym ruchem broń, przy czym boleśnie zahaczyłem o ząb.
Magnetofon wciągnął kasetę.
- Czemu zawsze coś musi być nie tak?! - wrzasnąłem.
Radio poleciało na podłogę, a ja jednym ruchem przyłożyłem lufę do prawej skroni i nacisnąłem spust. Huknął wystrzał. Zamek odskoczył do tyłu razem z moją dłonią. Poczułem szarpnięcie bólu i falę mdłości. W chwilę potem leciałem z fotela na kolana...

***

Nie wiem dlaczego, ale pierwsza myśl, jaka później pojawiła się w mojej głowie, krzyczała, aby szybko podnieść się z ziemi i pobiec do toalety. Nigdy wcześniej nie wymiotowałem u siebie w domu i, nie wiedzieć czemu, zamierzałem koniecznie utrzymać ten stan rzeczy. Refleksje na temat tego, co właściwie mogło się stać i dlaczego jeszcze w ogóle mogę poruszać się o własnych siłach, zamiast wykrwawiać się na podłodze, przyszły dopiero po chwili. Kurczowo zaciskałem palce na zimnych krawędziach muszli i zamroczony patrzyłem w jej ciemną głębię. Kiedy wreszcie zlany zimnym potem przestałem łapczywie łapać powietrze i zwalczyłem okropną falę dreszczy, świat dookoła mnie zaczął wirować. Nabierał przy tym coraz ciemniejszych barw. Ogarnięty nagle okropną paniką, sunąc po kafelkach dotarłem do ściany i nieruchomo się przy niej ułożyłem. Leżałem tak przez dłuższą chwilę, widząc rozmazane odbicie swej twarzy w gładkich płytkach podłogi. Stopiona do połowy, stojąca na brzegu wanny świeczka raziła mnie w oczy. Nadal leżałem. Dopiero po pewnym czasie umysł wznowił obowiązki zadającego i odpowiadającego na zadane pytania. Ręce tak bardzo mi się trzęsły, że prosta czynność podnoszenia się do pozycji siedzącej przez moment wydawała się istną niemożliwością.
Wystrzał był, zacząłem dywagować, na dodatek bolało, jak diabli, ale nie miało to wszystko żadnego znaczenia wobec drobnego faktu, że nadal żyłem. Spudłowanie z broni przystawionej do skroni jest rzeczą niemożliwą. To prawda, byłem niekiedy beznadziejnym nieudacznikiem, ale coś takiego to już drobna przesada!

Zebrałem się wreszcie z ziemi i łazienkowe lustro ukazało moje nagle wyostrzone odbicie. Przeczesałem dłonią włosy, ostrożnie szukając rany. Nie było ani dziury ani krwi. Zamiast nich ból przy byle dotknięciu skroni. Pulsował dziko, a wtórował mu okropny pisk, podobny temu, jaki czasem wydaje zbyt świeża kreda, pisząca po szkolnej tablicy. Określenie tego, co wtedy czułem, mianem zwykłego rozczarowania byłoby prawdziwą zbrodnią. Nie czułem się rozczarowany. Czułem, że stoję na granicy szaleństwa.

Chwiejąc się na drżących nogach i co chwilę opierając o ścianę wyszedłem z łazienki. Broń leżała na podłodze tuż obok fotela. Podniosłem ją i sprawdziłem magazynek. W następnej chwili bez wątpienia zyskałem status największego wariata na świecie - kuli nie było. Czemu więc do cholery byłem ja?!

Odrzuciłem pistolet, po czym, szurając nogami, ruszyłem obejrzeć ściany. Skoro już wyleciała, mała dziwka musiała się chyba przecież na czymś zatrzymać?! Świece i piecyk dawały kiepskie światło, ale po paru minutach udało mi się zlokalizować niewielką dziurę w ścianie. Nie było to zresztą wcale trudne. Kula najwyraźniej strąciła ze ściany mała grafikę, która teraz z potłuczoną antyramą leżała na ziemi. Całkiem ogłupiały pochyliłem się, aby obejrzeć zgubę z bliska i przy okazji wdepnąłem w kawałki szkła. Nic nie czując mamrotałem do siebie, używając wielu brzydkich słów, ale cały ten monolog ani na moment nie zbliżył mnie do zrozumienia czegokolwiek.

Odwróciłem się nadal lekko pochylony i nie zauważyłem, ale raczej mimowolnie zarejestrowałem, zbliżający się do mnie błysk. Bóg raczy wiedzieć, cóż by się stało gdybym odwrócił się wtedy wyprostowany...?

****

To była kosa. Wbiła się z trzaskiem w ścianę kilka cali powyżej dziury po kuli. Jej ostrze znalazło się w ten sposób tuż przy moim nosie, tak więc przez chwilę, wciąż nie zmieniając pozycji, próbowałem skupić na nim mętny wzrok. Kiedy mimo upływających sekund dalej nic mądrego nie przychodziło mi do głowy, zdecydowałem się podążyć wzrokiem najpierw po ostrzu, później po stylisku, aż wreszcie natrafiłem na dwie, mocno zaciśnięte na drewnie dłonie. Należały do kobiety.

Nie zwracając uwagi ani na mnie, ani na moją minę, kobieta podjęła kolejną próbę wyszarpnięcia kosy ze ściany. Bardzo powoli wyprostowałem się i równie wolno odsunąłem kilka kroków w tył. Widziałem w życiu wiele pięknych kobiet, jedną z nich nawet kochałem, ale osoba, która stała przede mną, przerastała jakiekolwiek z moich wyobrażenia o tak skomplikowanej rzeczy, jaką jest uroda. Kiedy wydymając wargi dmuchnęła, aby usunąć z twarzy jeden z opadających na nią kosmyków, poczułem, że muszę się o coś oprzeć. Każda kobieta ma coś w sobie. Jedną czy dwie drobne rzeczy, które zawsze rekompensują ci nawet nie wiadomo jak wielki ogrom towarzyszących jej zwykle wad. Kimkolwiek ona była, nie miała jednej czy dwóch takich rzeczy, lecz sprawiała wrażenie, jakby w całości złożono ją z właśnie takich, idealnych elementów. I to zestawionych z dużą klasą. Ciemniejsza niż cokolwiek w pokoju wieczorowa suknia podkreślała nie tylko kobiecość jej kształtów, ale po prostu biła po oczach, ukazując odrobinę skrywanych pod nią sekretów na przykład w postaci linii napiętych nóg. Ukazywały się one co chwilę w niewielkich rozcięciach spódnicy, kiedy zapierała się, chcąc wyrwać ze ściany ostrze. Do tego wszystkiego cały czas sprawiła wrażenie, jakbym w ogóle dla niej istniał...
- Hej - bąknąłem pod nosem.
Kiedy odpowiedź nie nadchodziła, zdecydowałem się pogrążyć jeszcze bardziej. - Kim pani jest? To znaczy, kim pani jest właściwie..? - zapytałem.
Mniej więcej ten właśnie rodzaj zakłopotania musiał czuć kotek Fey, gdy łamałem mu nos. Dając za wygraną, przestała się wreszcie siłować z kosą i spojrzała na mnie. Takie spojrzenie otrzymuje się tylko raz w życiu. Jeśli bowiem ja byłem w ostatnich dniach wściekłym cholerykiem, ona z pewnością musiała być królową wszystkich wściekłości świata.
- O co ci chodzi?! - warknęła. - Jeszcze chwila nie zrobi ci chyba większej różnicy, prawda?!
Byłem przekonany o wspaniałości tej wypowiedzi. "Ty powarcz na mnie jeszcze trochę, a ja nauczę się wyć; później przewróć mnie na plecy i podrap po brzuchu"... prędko przełknąłem tę myśl. Wziąłem się w garść, odwróciłem i podszedłem do okna.

Na zewnątrz było całkiem ciemno. Zupełnie jakby ktoś zaciągnął nad całym światem czarne, ciężkie kotary. Żadnych aut, żadnych świateł i kompletna cisza. Zmusiłem się, aby policzyć do dwudziestu i ponownie odwróciłem, gotowy w każdej chwili obudzić się we własnym łóżku bez bólu, bez braku sensu i wybuchnąć śmiechem pełnym ulgi. Nic z tego jednak. Ona wciąż tam była. Znów chwyciła za uchwyt kosy.
- Pomóc? - wycedziłem. Nie odpowiedziała.
- ... z tą kosą? - nie dawałem za wygraną.
Wreszcie, nie wiedząc czemu i nie czekając dłużej na odzew z jej strony, podszedłem do ściany. Odepchnąłem ją lekko i chwyciłem mocno za drewniany trzonek. Mocno zaparłem się nogami i, napinając, szarpnąłem. Ostrze wraz ze sporą ilością tynku uwolniło się spomiędzy cegieł. Uwolniło się tak nagle, że straciłem równowagę i poleciałem plecami prosto na stojącą nieruchomo nieznajomą. Popchnięta także się zachwiała i po chwili ja rąbnąłem plecami o podłogę, a ona nieco szczęśliwiej klapnęła prosto w ustawiony nieopodal fotel. Leżąc na ziemi, miałem ochotę wybuchnąć histerycznym płaczem. Nawet tak niedorzeczna czynność, jak wyrywanie ze ściany kosy w obecności najpiękniejszej kobiety świata musiała skończyć się dla mnie katastrofą!
- Niech to szlag! Żesz psia, twoja mać! - ryczałem, piekląc się i nadal mocno ściskając w rękach kosę. Ona zaś, siedząc krzywo w fotelu wyglądała na całkiem zbitą z tropu.
- I kim ty do jasnej cholery w ogóle jesteś?! - zakończyłem niemal krzycząc.
Jej zielone oczy zwęziły się, wskazując na coś więcej niż tylko wewnętrzne poruszenie czy zmieszanie.
- A jak ci się niby wydaje?! - syknęła nienaturalnym głosem, jeszcze bardziej wściekle niż ja.
- Nie mam do diabła pojęcia! - ryknąłem. - Nie wiem, czyja to gra, kto podmienił mi broń i przysłał ciebie do odegrania tej kretyńskiej scenki, ale powiem krótko - wrzeszczałem - zanim się wreszcie zabiję skończę najpierw z tym kimś, kto to wymyślił!
Wyrzucając to z siebie poderwałem się, otrzepując spodnie i cisnąłem kosę w kąt przy piecyku. Musiało to na nią podziałać jak smagnięcie batem. Dziwnie spięta poruszyła nagle energicznie ręką i przysiągłbym, że w tej samej chwili na podłogę spadły wszystkie latające w pomieszczeniu muchy oraz gnieżdżące się pod sufitem pająki. Brakło mi słów.
- Kim jestem?! - zapytała, wolno cedząc każde słowo.
Odruchowo nieco się cofnąłem. Kosa leżała wprawdzie daleko, ale chyba i tak nie była jej tak bardzo potrzebna, jak wydawało mi się to na początku. Patrząc na mnie lodowato zimnym spojrzeniem wolno podniosła do góry rękę, kierując ją w moja stronę.
- Poczekaj! - wrzasnąłem. - Tak nie wolno! To nie jest normalne! Najpierw wytłumacz mi, o co do cholery w tym wszystkim chodzi?!
Przez ułamek sekundy odniosłem wrażenie, że ostre spojrzenie nieco złagodniało.
- Popełniłam błąd - powiedziała.
Ja, stojąc nadal nieruchomo, milczałem. Ona zaś zaczęła znów mówić szybko, równym, bezosobowym głosem.
- Zabieranie was to moje przeznaczenie. W jednej chwili jestem rozdarta na miliony umierających istnień. W jednej chwili wykonuję miliony cięć, rzucam miliony spojrzeń, czasami miliony ostatnich słów. Mam prawo zrobić czasem coś nie tak...
Bacznie obserwowałem napięty wyraz na jej twarzy, bo zdawało mi się, że ostatnie słowa wypowiedziała niemal z wyrzutem.
- Zapomniałam o tobie - ciągnęła teraz już trochę wolniej. -Przeoczyłam twoją chwilę. Teraz jestem tu, aby to naprawić. Powiedzmy, że rozmawiając z tobą i marnując jakąś rozmawiającą z tobą cząstką siebie, czas, który mogłabym poświęcić innym, wyświadczam ci grzeczność. Czuję się winna z powodu zaniedbania, więc ciesz się jeszcze chwilą rozmowy i kończmy z tym...
- Nie rozumiem - jęknąłem, czując nagle strach. Nie taki zwykły, wywołany przez pracę czy niezapłacone rachunki, ale całkiem inny, ludzki.
- Czego znowu? - zapytała i od niechcenia, poprawiła opadające znów na czoło włosy.
- No bo... Jeśli jesteś tym, kim mówisz, że jesteś... To czemu tak wyglądasz? Kosę rozumiem, pasuje, ale gdzie trupie ciało, kości, kaptur...?! - zadając to banalne pytanie walczyłem ze swym strachem.
- Nie podobam ci się? - pytając obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem.
Całkiem mnie zatkało.
- Chyba przyjemniej, że nie przychodzi po twoje życie cuchnący trup, prawda?
- No owszem - bąknąłem.
- Wyglądam, jak chcę - powiedziała, nadal przeszywając mnie spojrzeniem - dla jednych brzydko, a dla innych ładnie, nie zrozumiesz, skoro jeszcze nie zrozumiałeś.
- Wyglądasz przepięknie - wydusiłem wreszcie. Strach okazał się niedawnym piskiem kredy - białej kredy na czarnej tablicy, ale było coś jeszcze...
Dziewczyna wstała z fotela, nie spuszczając ze mnie zielonego wzroku.
- Czy... - zacząłem - Czy zanim mnie zabierzesz, możesz wyświadczyć mi jeszcze jedną przysługę, grzeczność... Proszę...
Jej delikatna, blada twarz stężała. Oczy ponownie się zwęziły, a wargi zmieniły w ciemną, wąską kreskę.
- Żadnych odpowiedzi na trudne pytania nie udzielam - syknęła. - Znam was, zawsze to samo. W ostatniej chwili zaczynacie się wreszcie zastanawiać. Jaki jest sens, Bóg, wiara? Nic z tego, ja nie odpowiadam i nie oceniam. Twoje życie mnie nie obchodzi. Nie sądzę. To, czy żyłeś właściwie, czy nie, jest mi całkiem obojętne. Zresztą jeśli chodzi o twoją obecną sytuację wszystko zostało już postanowione. Ja tylko odgrywam swą rolę w tym jednym, jedynym momencie. Co było wcześniej i co będzie później nie jest moją sprawą. Dlatego tak rzadko z wami rozmawiam. Wolę unikać waszych lamentów, te zawsze przychodzą w chwili, gdy jest już właściwie po wszystkim. Mówisz, że jestem piękna. Nie rozumiem tego słowa. Tak samo ty nic nie zrozumiesz, z tego, co mogłabym opowiedzieć ci o świecie i prawach, które nim rządzą. Najwyraźniej nie rozumiesz także rzeczy o wiele prostszych, nie ma więc o czym mówić.
- Właśnie o to mi chodzi - jęknąłem bezradnie - Nie chcę znać sensu, jego chyba nie ma, ale wytłumacz mi przynajmniej, jak to możliwe, że tak doskonała istota, jak ty mogła o mnie zapomnieć?!
- Dość! Milcz! - Krzyknęła, prężąc się niczym kot. - Robię to, co zostało postanowione, a ty nadal jesteś bezwolnym głupcem. Wiesz, czego mogłabym wam, ludziom zazdrościć, gdybym wiedziała, co oznacza zazdrość?!
- Czego mogłaby zazdrościć śmierć człowiekowi?! - odkrzyknąłem.
- Wolności decydowania o sobie - syknęła - choćby tak skromnej, jak ta, która istnieje w waszym, ludzkim świecie! Ja jestem od zawsze i na zawsze już pozostanę jedynie narzędziem w Jego rękach, a wy macie wybór!
- Wybór? - warknąłem łamiącym się głosem.

Przez moment stałem, jak wryty, aż wreszcie szybko do niej podszedłem, delikatnie schwyciłem piękną twarz w obie dłonie i pocałowałem. Chciałem długo i namiętnie, ale chyba niewiele z tego wyszło. Nagle bowiem zalała mnie fala słodyczy i padłem plecami na podłogę. Całe życie od chwili obecnej do momentu narodzin, od pojawienia się na świecie do teraz mknęło mi przed oczyma z zastraszającą szybkością. Jednocześnie od stóp do głów wypełniło mnie uczucie ulgi i wewnętrznego spokoju. Po moich żyłach sunęło ciepło, przywodzące na myśl stan, kiedy mokrzy po wyjściu z zimnego morza zaczynamy schnąć na słońcu i stopniowo rozgrzewać się w gorącym piasku. Każdy kolejny oddech przynosił odurzającą falę szczęścia.

Dziewczyna stała nieruchomo. O ile to możliwe była jeszcze bardziej blada niż przedtem. Oczy miała szeroko otwarte, usta lekko rozchylone. Ja natomiast patrzyłem oniemiały w sufit, pierwszy raz w życiu dostrzegając, jak niesamowite kształty tworzą pokrywające go nierówności. Wreszcie przeniosłem spojrzenie na nią. Przestała wpatrywać się w przestrzeń przed sobą i nasze oczy się spotkały.
- Dlaczego? - zapytała.
- Nie zrozumiesz - przełknąłem resztkę rozkoszy.
- Dlaczego? - powtórzyła, cedząc to słowo w sposób, w jaki robi się to na przesłuchaniach w policyjnym gabinecie, z lampą i pistoletem na stole.
Zdecydowałem się wreszcie nieco podnieść i podparłem się na łokciach.
- Przecież jesteś śmierć - powiedziałem. - Nic nie czujesz i nic cię nie obchodzi!
Znów przenosząc spojrzenie na sufit pozwoliłem na chwilę odpłynąć myślom i zająłem się obserwacją świata z poziomu, z którego widzą go psy i koty.
- I co teraz? - zacząłem po chwili. - Zwyczajnie zamachniesz się tym żelastwem i zetniesz mi głowę? To już koniec? Hej śmierć! Mówię do ciebie! - podniosłem głos.
Zerwałem się z podłogi. Dziewczyny nie było. Natychmiast zwróciłem głowę w stronę ściany, pod którą powinna leżeć kosa, ale jej nie znalazłem. Rzeczywistość uderzyła mnie z podwójną siłą i zachciało mi się krzyczeć. Krzyk jednak uwiązł mi w gardle, bo na szyi poczułem lodowate palce. Zamiast krzyczeć chciałem więc pisnąć, ale to także mi się nie udało. Jej usta nakryły bowiem moje i znów poczułem się, jakbym wpadł po uszy do wanny z winem...

*****

Podobno sam moment umierania nie boli. Podobno wszystko łagodzą wydzielane w mózgu substancje, które działają jak narkotyk. Dlatego właśnie dopadnięte przez lwy antylopy nie cierpią wcale tak bardzo, jak to się może wydawać. Nigdy nie ćpałem, ale wobec tego ciekawe jak to jest - połączyć złoty strzał z samym uczuciem umierania? Przyjemna śmierć - boimy się jej, a ona potrafi być przyjemna. Nieprzyjemne życie - pragniemy go tak bardzo, choć to właśnie z nim wiąże się całe cierpienie.

Wstałem z podłogi. Nie było dziewczyny, nie było kosy. Nie było przyjemnie. Było za to cholernie zimno. Znowu na nic nie miałem żadnej gwarancji, ale wiedziałem znacznie więcej niż kilka godzin temu. Wiedziałem, dlaczego powinienem wstać.

Rozcierając ręce otworzyłem drzwi na balkon. Mroźne powietrze zakręciło w nosie i zacząłem głośno kichać. Kolejne kichnięcia przerywałem salwą śmiechu. Nie miałem pojęcia, która może być godzina, ale szara masa miotających się po ulicach ludzi wskazywała, że musi dochodzić ósma rano. Po chwili doszedłem do zaskakującego wniosku, iż stanie na balkonie o ósmej nad ranem w zimny, późnojesienny poranek może być całkiem przyjemne. Sięgnąłem po paczkę papierosów. Opakowanie było prawie pełne. Gdybym nie wstał z ziemi, pierwsza osoba, która znalazłaby ciało, pewnie by je zabrała.
- Nic z tego - powiedziałem do siebie. Przypaliłem jednego i pierwsza, wydmuchana chmura dymu poleciała mi prosto w twarz. Już i tak podrażnione wiatrem oczy całe się załzawiły. Przecierając je zobaczyłem, że gdzieś na dole do budynku wchodzi grupka ludzi. Nie zdążyłem jednak dokładniej im się przyjrzeć, bo nagle w pokoju dał się słyszeć sygnał komórki. Zanim ją odebrałem podniosłem z podłogi magnetofon, przewinąłem kasetę i kolejny raz puściłem. Grało całkiem nieźle. Chwyciłem za terkoczący wciąż telefon.
- Tak? - spytałem.
- Ty sukinsynu! - Głos wydarł się na mnie, prawie wprawiając słuchawkę w wibracje. Bez wątpienia należał do Fey.
- Tak? - powtórzyłem.
- Jesteś podłym gnojem! Słyszysz?! - wydarła się znowu. - Złamałeś mu nos! Niech cię szlag!
- Kotek się poskarżył swojej pani?! - spytałem, czując, że po tym telefonie mogę być okropnie wściekły.
- Jesteś chory! - darła się nadal. - Chory! Tom wyjechał! Rujnuj życie sobie, a nie innym, śmieciu!
Chwilowo miałem o sobie całkowicie odmienne zdanie.
- Fey? Pomyśl sobie, że to była ostatnia rozmowa z jedynym człowiekiem, który naprawdę kochał twoją hipochondrię, oziębłość i kompletny brak wyobraźni. Naucz się trzymać nogi razem dłużej niż przez miesiąc. Nigdy już się nie zobaczymy Fey...
Wyłączyłem telefon. Kiedy odkładałem go na stolik, odezwał się dzwonek do drzwi. Nadal byłem zupełnie spokojny.
- Kto tam? - spytałem, mówiąc na tyle miłym głosem, na ile mnie było stać.
- Sąsiadka z naprzeciwka do diabła! - odezwał się, znany mi dobrze głos. - Czy zdaje pan sobie sprawę z hałasów, które dochodziły w nocy z pańskiego mieszkania?! Wie pan, że to nie pierwszy raz?! I co ważniejsze, czy rozumie pan, że ludzie chcą czasem spać, i że złożyłam na pana skargę na policji?!
Papieros zaczynał się dopalać i parzył mi już palce.
- To były aż cztery pytania - odparłem, rzucając niedopałek na podłogę. - Na które mam odpowiedzieć najpierw? Albo załatwmy to inaczej, co pani na to, jeśli na wszystkie pytania odpowiem "tak"?
Odpowiedzi nie było, zamiast niej na schodach dały się słyszeć kroki.
- To do pana - warknęła sąsiadka.
- Słucham? - spytałem ponownie. Tym razem odpowiedzi udzielił gruby, męski baryton.
- Dzień dobry - zaczął. - Jestem komornikiem i reprezentuję władze tego miasta, czy zechciałby pan otworzyć drzwi?
Glos był przyjemny i bardzo grzeczny.
- Dzień dobry - odparłem.
Później rozgniotłem butem niedopałek i wróciłem do pokoju. Pistolet leżał dalej na ziemi. Spojrzałem na niebo za oknem.
- No i co teraz? - spytałem samego siebie i ciężkie, deszczowe chmury. - Mam się drugi raz dać tak samo podejść?
Podniosłem broń i sięgnąłem do kurtki po wyjęte wcześniej kule. Zostały trzy, musiało tyle zostać. - Idealna liczba - ciągnąłem. - Pozwól jednak, jakkolwiek Cię nazwać, że teraz kolejną decyzję podejmę sam. Do cholery, przecież nigdy nie lubiłem leżeć na podłodze i nie zmusi mnie do tego żaden człowiek!



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -